Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    welcome

    wiek


    to

    ZAJĘCIE


    Deep Lakes

    UCZUCIA




      
    Deep
       Lakes

      
    "the land of the silver birch

      

      

      

      

      

      

    2020-04-11, 23:22


     
    imię / nick:-
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 0
     





    30

    wiek


    i've given all i can

    ZAJĘCIE


    but we're still on the payroll

    UCZUCIA




      
    Joan
       White

      
    "it is a terrifying thing, when love finally works

      

      

      

      

      

      

    2020-05-08, 22:28


    Wciąż nie wiedziała, co ją podkusiło, żeby zgodzić się na dowiezienie tych papierów do komisariatu. Powinna być już w domu, powinna zadbać o Laurę, zrobić jej coś lekkiego na kolację i podać ostatnie leki, opowiedzieć na dobranoc ciąg dalszy wymyślonych przygód pana Jednorożka, z którym córka zdążyła się już zaprzyjaźnić i prawie w niego uwierzyła. A tymczasem jechała przez ciemne ulice Deep Lakes zmęczona i głodna, niemal przytulając się do kierownicy, samej nie wiedząc czemu. Zaparkowała swój samochód pod budynkiem policji, wyłączyła silnik i spojrzała na białą kopertę.
    Wejdziesz tam, zostawisz ją komuś i po postu sobie pójdziesz – mówiła do siebie, dłońmi przecierając twarz, ostatnimi siłami odrzucając na bok ślady wyczerpania. Dyżur był długi albo raczej – dłużył się niemiłosiernie. Spraw nie było zbyt wiele, nie były wymagające i właśnie to było w nich najgorsze. Musiała siedzieć tutaj, nie w domu, nie przy córce. W końcu chwyciła za niewielką przesyłkę, zabrała torbę i wysiadła z auta, blokując drzwi kluczykiem. – Herbata, kanapka, łóżko, dzień wolny. Czemu ja się na to zgadzałam...
    Wiedziała dlaczego, pytania zadawała z czystej bezradności nad swoją empatią, która nigdy nie miała swoich granic, a każdy krok, który stawiała coraz bliższej czerwonej linii sprawiał, że ta posuwała się jeszcze dalej. Potrafiła być asertywna, kiedy tylko chciała, ale wystarczyło zagrać na jej emocjach, na instynktach matki, a zdolna była poświęcić swój czas wolny, żeby tylko komuś pomóc. Pokręciła głową, bo to głupota, czysta głupota – dać się tak manipulować. Pociągnęła za drzwi do komisariatu i w jednej chwili ogarnęła ją ciężka cisza, akustycznie podkreślona przez pusty korytarz i pusty blat, gdzie zazwyczaj urzędować musiała rejestratorka. W kubku wciąż delikatnie falowała herbata, więc pewnie niedawno udała się na przerwę albo zwyczajnie, zachęcona pustkami na komisariacie, ulotniła się na papierosa. To były tylko ludzkie domysły kłębiące się pod ciemnymi włosami Joan, bo w rzeczywistości najprawdopodobniej znajdowała się w tym budynku po raz drugi albo trzeci w całym swoim przeraźliwie długim życiu.
    Dobry wieczór? – obcasy zastukały lekko, ostrożnie, jakby bała się, że wszechogarniająca ją cisza za chwilę wrzaśnie wyrwana z przyjemnego otępienia. – Przyniosłam dokumenty dla komendanta… - nie wiedziała, czy do kogokolwiek trafią jej słowa. Równie dobrze mogła właśnie gadać do gołych ścian. – Przepraszam, że tak późno, ale miałam dyżur w szpitalu i… i nie wiem, czemu mówię do siebie - zmarszczyła brwi, rozglądając się wokół siebie. Cisza, pustka, późny wieczór. Wzięła głęboki wdech, miała nadzieję, że ostatni tego dnia, i zaczęła rozglądać się za powierzchnią, na której pozostawiona koperta byłaby dobrze widoczna i przyciągnęłaby uwagę pierwszego pracownika, który zjawi się na poranną zmianę.
     
    imię / nick:gaba
    multi:vanilla
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    31

    wiek


    Policjant

    ZAJĘCIE


    nie wie, co zrobić

    UCZUCIA




      
    Mason
       Kernighan

      
    "I'll be good, I'll be good and I'll love the world, like I should

      

      

      

      

      

      

    2020-05-09, 11:39


    Nocne zmiany - jak wszystko - miały swoje wady, ale również zalety.
    Podstawową wadą niewątpliwie był brak możliwości ułożenia się we własnym łóżku. Za tymi chwilami Mason tęsknił najbardziej, ilekroć tylko wczesnym wieczorem musiał podnieść swój tyłek z kanapy i podjąć się przygotowań do wyjścia do pracy. Tutaj jednak spis niedogodności się kończył.
    Noce na komisariacie były spokojne. Rzadko kiedy działo się coś, co wymagało czyjejkolwiek interwencji, dzięki czemu Kernighan mógł się skupić na robocie czysto papierkowej, a kiedy cierpiał nawet na brak takowej - zwyczajnie się lenił. Partyjka gierek komputerowych czy drzemka w ulubionym fotelu były całkiem dobrymi alternatywami, nawet jeżeli raz czy dwa przespał zakończenie swojej zmiany, w wyniku czego z sennej ułudy wyrywał go dopiero głos pojawiających się o wczesnej porze współpracowników. Dopóki jednak nikt nie rościł sobie prawa do pretensji, Mason korzystał z tych wygód.
    Na ten konkretny wieczór miał niemal idealny plan.
    Na komisariacie pojawił się punktualnie. Korytarze już świeciły pustkami, zaś na stanowiskach pracy pozostały jedynie pojedyncze rzeczy - stos papierów czy nieumyty kubek po kawie. Mason świadomie ignorował te niedopatrzenia. Żwawym krokiem ruszył do swojego niewielkiego gabineciku, gdzie kurtkę zawiesił na stojącym w kącie wieszaku, a sam przysiadł obok biurka w celu wykonania pobieżnego rozeznania - musiał wiedzieć, na jak długą drzemkę mógł sobie tej nocy pozwolić.
    Od tego zajęcia oderwał go głos. Miękki, spokojny, ale przepełniony zmęczeniem. Kobiecy.
    Nie spodziewał się gości. Lub przynajmniej nie miał informacji o tym, by ktokolwiek miał się tego wieczora zjawić. Westchnął więc ciężko w niezadowoleniu i, kiedy niespodziewany gość coraz bardziej się niecierpliwił, ruszył w stronę głównego holu.
    - O co cho.. - urwał. Urwał w pół słowa i przystanął, nie chcąc wykonać ani jednego gwałtownego, zdradliwego kroku.
    O ile nie spodziewał się nikogo, o tyle stojąca przed nim kobieta znajdowała się na samym końcu listy osób, które chciał i mógł spotkać na komendzie o tej porze. Był zmieszany spotkaniem, które było tym pierwszym od.. nie pamiętał kiedy.
    Po kilku niesamowicie długich sekundach pozwolił sobie na to, by zaczerpnąć nieco większej dawki powietrza - potrzebował jej. Serce biło jak oszalałe, zaś cała krew zdawała się odpłynąć z męskiej twarzy. Stał jak słup, tępo wpatrując się w twarz, której na żywo nie widział od dawna, a która w snach nawiedzała go niemal każdej nocy.
    Nie był z siebie dumny. Wielu rzeczy żałował - włącznie z tym, jak potraktował Joan oraz całą ich wspólną przeszłość. Od lat wypierał ze swojej świadomości istnienie kobiety, która - mimo odległości - wciąż miała znaczący wpływ na jego życie; przede wszystkim to uczuciowe.
    - Cześć.
     
    imię / nick:ever
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 1
     





    30

    wiek


    i've given all i can

    ZAJĘCIE


    but we're still on the payroll

    UCZUCIA




      
    Joan
       White

      
    "it is a terrifying thing, when love finally works

      

      

      

      

      

      

    2020-05-09, 13:36


    To nie była pora ani miejsce na przygody albo kolejne niespodzianki darowane przez los. Tych już Joan miała w nadmiarze i chociaż z każdym westchnięciem przypływała do niej nadzieja, że to już ostatnia, prędko życie udowadniało jej, że ono jeszcze nie raz ją zaskoczy. Choroba Laury nie do końca wywróciła jej świat do góry nogami, ale zaburzyła długo przepracowywany spokój, za który Jo tak bardzo się poświęciła. Uważała, że to niesprawiedliwe być tak potraktowaną. Za to wszystko, co robiła dobrze, według powszechnie przyjętych zasad i norm, poświęcała się i dawała zdecydowanie więcej, niż brała. To niesprawiedliwe.
    Może to tylko zmęczenie nagoniło tyle niepotrzebnych myśli, wymiotło spod dywanu narzekanie i marudzenie w chwilach, gdy nie dawała już rady, a może to ten głód. Nie wiedziała, ale wiedzieć wcale nie musiała, bo przecież tak niewiele dzieliło ją od progu domu i zadbania o siebie i Laurie. Jeszcze chwila, Jo, odłóż tę kopertę tutaj, ktoś ją zobaczy, weźmie, odda komendantowi. To przecież komisariat policji i wszystkie społecznie nieakceptowalne sytuacje nie mogły mieć tu miejsca, zwłaszcza, jeśli chodziło o przesyłkę, która miała dostać się prosto do rąk komendanta. W to chciała przynajmniej wierzyć.
    Już sięgała po marker stojący wiernie w siatkeczkowatym kubku na przybory biurowe, kiedy jej uwagę odwrócił szczęk klamki ściąganej w dół i za chwilę wydobywające się zza otwieranych drzwi kroki. W ciemności mogła rozpoznać zaledwie męską sylwetkę – szerokie ramiona, wysoki wzrost, krótkie włosy. Przymrużyła momentalnie oczy chcąc rozpoznać jakieś szczegóły, które zdołały uwidocznić się przy półświetle lampki w gabinecie. I wystarczyło to jedno, dokładniejsze spojrzenie, żeby całe jej ciało doznało natychmiastowego zdębienia.
    To był poniekąd szok, jakaś wewnętrzna reakcja alergiczna organizmu, która uniosła w gęsiej skórce drobne, jasne włoski na jej przedramionach i rozlała się dreszczem po karku. Przełknęła ślinę, ale gorzka gula przeszła przez gardło szorstkim dyskomfortem i Jo mała wrażenie, że za chwilę przepali się przez jej jasną skórę na szyi. Wpatrywała się w mężczyznę z szeroko otwartymi oczami, nie do końca wiedząc, co powiedzieć. Przywitał się z nią. Tak po prostu. Powiedział „cześć” po tym, jak zostawił ją i Laurę na pastwę losu. Wolno wypuściła powietrze przez nos, jakby rozkoszowała się gorącem zalewającym ostrożnie jej arterie.
    Nie wiedziałam, że tu pracujesz – nie odpowiedziała tym samym gestem. Nie przywitała go. Była zła. – Mam dokumenty dla komendanta. Prosił, żebyśmy mu je przynieśli. – pokazała mu kopertę, na której zaciskała palce. To akurat utrudniało sprawę. Nie mogła teraz tak po prostu położyć jej na biurku, skoro wyszedł i był jedyną osobą, której mogła… zaufać? Zabawne. Zrobiła krok do przodu, potem następny, zbliżając się do Masona coraz bardziej. Oddaj i odejdź. Ale im bliżej jego była, tym więcej widziała. Nie mogła powiedzieć, że się zmienił, ale… zmężniał. Coś w jego rysach mówiło, że te kilka lat rozłąki nie tylko na niej odcisnęło piętno doświadczeń. Zawsze budził pożądanie w dziewczęcych sercach, zmuszał oczy do podziwiania, a usta do przygryzania, kiedy tylko mijał którąś nastolatkę jeszcze w czasach liceum. Teraz wyrósł, dojrzał jak dobre wino. Zacisnęła zęby. – Mogę liczyć na to, że oddasz mu je bez zaglądania do środka?
    Jej głos wydał się niestabilny, dlatego gdy skończyła mówić, odchrząknęła niewyraźnie. Chciała stąd uciec i jednocześnie zostać, jeszcze chwilę na niego popatrzeć, zatęsknić. Niech cię cholera, Kernighan.
     
    imię / nick:gaba
    multi:vanilla
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    31

    wiek


    Policjant

    ZAJĘCIE


    nie wie, co zrobić

    UCZUCIA




      
    Mason
       Kernighan

      
    "I'll be good, I'll be good and I'll love the world, like I should

      

      

      

      

      

      

    2020-05-09, 16:32


    Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się tak.. pusty.
    Stał w progu między gabinetem a głównym holem. Wpatrywał się w twarz osoby, którą ze wszystkich sił starał się traktować jak przeszłość; coś, co nigdy nie miało wrócić i czego nie chciał do siebie po raz kolejny dopuścić. Podejmował te próby każdego dnia, a mimo to - wciąż ponosił porażkę.
    Joan wciąż była obecna w jego życiu. Choć nie przeglądał albumów ze zdjęciami i nie wylewał morza łez nad ckliwymi piosenkami, to jednak o jej osobie przypominały mu wszystkie te miejsca, w których przed kilkoma laty bywali razem. Wciąż widział ją w kinie na jednej z pierwszych randek. Kojarzył moment, w którym pocałował ją po raz pierwszy przy fontannie w centrum Deep Lakes. Wspominał wyprawę pod namiot nad jedno z miejscowych jezior. Nieustannie dostrzegał jej śliczną, nieskażoną wiekiem i zmartwieniami twarz; roześmiane oczy, które tak ufnie wpatrywały się w te jego; uśmiech, który był zapowiedzią dźwięcznego, melodyjnego śmiechu.
    Pamiętał wszystko. I wciąż postrzegał ją w ten sposób - nawet w chwili, kiedy jej mina była obojętna, zaś roziskrzone spojrzenie wyrażało jedynie złość, niechęć, być może nieufność. Miała prawo do wszystkich tych uczuć. Może nawet do nienawiści, o której on myśleć nie chciał. Nie chciał, żeby go nienawidziła, nawet jeżeli od kilku lat nie zrobił nic, by ją odzyskać.
    - Tak.. wyszło - mruknął zaraz po tym, jak odchrząknął znacząco. Jej słowa i sam ton głosu bardzo skutecznie wyrwały go z zadumy. Wrócił na ziemię, do rzeczywistości. Co więcej mógł dodać? Jego życie od dawna było pasmem porażek, zaś piastowanie urzędu policjanta na miejscowym komisariacie było skutkiem jednej z nich. - Nie ma go - zawyrokował krótko.
    Nie miał pojęcia, o jakie dokumenty chodziło. Tak naprawdę nawet nie zamierzał w to wnikać. Trzymana przez nią koperta była jedynie nieistotnym elementem; dodatkiem do całokształtu sylwetki, po której sunął spojrzeniem. Nie zamierzał być nachalny, ale nie potrafił tak po prostu odwrócić wzroku.
    Mimo to poczuł się jak spłoszony zwierz. Sam wykonał krok w tył - gwałtownie, bez przemyślenia - jak gdyby obawiał się ciosu, który mógłby nadejść, a który byłby całkowicie zasłużony.
    Rezon odzyskał dopiero wtedy, gdy z ust Joan padły kolejne słowa. Dopiero wtedy znów zwrócił uwagę na kopertę.
    - To nie moja sprawa - rzucił, wyciągając dłoń po dokumenty. Nie zamierzał zaglądać do środka. I choć w normalnych okolicznościach obróciłby jej zarzuty w żart, to tym razem był poważny. Nadzwyczaj poważny. - Rano powiem mu, że byłaś - dodał krótko, by miała pewność, że ten jeden raz odpuścił sobie wrodzone wścibstwo.
     
    imię / nick:ever
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 1
     





    30

    wiek


    i've given all i can

    ZAJĘCIE


    but we're still on the payroll

    UCZUCIA




      
    Joan
       White

      
    "it is a terrifying thing, when love finally works

      

      

      

      

      

      

    2020-05-09, 19:46


    Nie miała tyle szczęścia, co on. Nie potrafiła wydobyć z dna pamięci wspomnień, które mogły być tak klarownie czyste i przyjemne, pozbawione ran, pozbawione pyłu przeszłości. I chociaż czasami udawało jej się odnaleźć wśród gęstego mułu coś pozytywnego, jego rozgrzane o ogień dłonie zamykające jej własne, wolny, milczący taniec w jego domu, pozwalający odetchnąć sobą, przestać martwić się o świat za przesłoniętymi oknami, krótki uśmiech posłany na drugim końcu korytarza. Kiedy urodziła się Laurie, a Mason przestał się do niej odzywać, wypierała te wszystkie nostalgiczne bodźce. Nie chciała myśleć o nim, ani tym bardziej wypłakiwać po nim oczu, musiała skupić się na pokonywaniu bieżących przeszkód, na stawianiu kolejnych kroków tak, jak robią to dzieci – ostrożnie i powoli, w innym razie zaliczą bolesną wywrotkę. A teraz, kiedy wszystko teoretycznie było na swoim miejscu, znowu się pojawił. Jakby to było za mało, a świeże blizny miały otworzyć się po raz kolejny. Poprzedni wdech nie był ostatnim tego dnia, tego mogła być pewna.
    Słuchała go, łączyła spojrzenie z głosem, który wciąż jeżył skórę na karku, powodował, że w gardle zasychało. Wzrokiem zielonkawych oczu wodziła po jego twarzy upstrzonej igiełkami zarostu, po ustach, których przecież nie dało się zapomnieć. Mogła wmawiać, że zapomniała o nim, że przeszłość została okiełznana i zamknięta, ale ciało doskonale pamiętało. Przez to złość walczyła w krwiożerczej bitwie z palącą tęsknotą. Serce miała przecież przeraźliwie miękkie.
    Od dawna… jesteś policjantem? – od kiedy, Mason? Ile lat zajęło ci dotarcie tak wysoko? Przecież musiałeś podjąć się szkoły policyjnej, wszystkiego dopilnować, zdobyć odznakę. Na jej ustach pojawił się cienisty grymas uśmiechu, ledwo widoczny, zmęczony słaby, ale był tam, bo myśl o tym, że niemal w tym samym czasie walczyli o swoją przyszłość, była jakoś… słodko-gorzka. Chciała go o to zapytać. Tak po prostu. Coś podsunęło jej tę ideę i zdecydowała się za nią pójść. To mógł być rozsądek, bo on kazał jej stąd uciekać, a ona twardo trzymała się podłogi komisariatu.
    Podejście do niego bliżej było naturalnym odruchem, jaki podjęło się jej ciało – tylko to mogło pozwolić jej na szybkie zwinięcie się do domu. Laurie pewnie już o nią dopytywała, nie lubiła zasypiać przed powrotem mamy. Chciała oddać mu tę cholerną kopertę i odejść, ale on... cofnął się. I to tak, że wzbudził jej niepokój. Zatrzymała się, patrząc na niego z uwagą. Przestraszył się? Nie chciał, żeby była bliżej? Brzydził się? Żałował…? Nie, to przecież niemożliwe.
    Wszystko w porządku? – to pytanie było naturalne. Była lekarzem, w jej interesie leżała ochrona zdrowia każdego mieszkańca tego miasteczka, odkąd objęła posadę internisty w szpitalu. Chociaż była między nimi przepaść nie do przeskoczenia, nie wahałaby się udzielić mu pomocy. Przełknęła ślinę, gdy wyciągnął w jej stronę swoją dłoń. W głowie pojawiły się nagle strzępy wspomnień, tych zapomnianych, porzuconych – palce na ramieniu, dłoń przyciągająca ją do siebie, by oboje zmieścili się pod parasolem w ulewny dzień, dotyk nieco szorstkiej dłoni na odsłoniętym policzku pokrywającym się czerwienią. Oddała mu kopertę dbając o to, by się przypadkiem nie dotknęli. Z ust zniknął krzywy grymas uśmiechu, znów pojawiła się dziwna niepewność, niezręczność. – Dzięki. On… gdyby miał pytania, jestem pod telefonem, może do mnie dzwonić. Gdybyś mu to przekazał… – sięgnęła do swojej torby po niewielki kalendarzyk i ołówek. Na rogu strony napisała swoje dane kontaktowe i oderwała go od pojedynczej strony, którą za chwilę podawała już Masonowi. – To… dość ważne. Dla niego.
    Dziwne, Joan, nie powinnaś już iść?
     
    imię / nick:gaba
    multi:vanilla
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    31

    wiek


    Policjant

    ZAJĘCIE


    nie wie, co zrobić

    UCZUCIA




      
    Mason
       Kernighan

      
    "I'll be good, I'll be good and I'll love the world, like I should

      

      

      

      

      

      

    2020-05-09, 21:14


    Silny, jednoznaczny charakter Masona skrywał wiele tajemnic, zaś jego serce znało więcej uczuć niż duch rywalizacji czy zadowolenie z samego siebie. Wbrew wszelkim pozorom - wcale nie był mężczyzną prostym. Labirynt emocji dawał mu się we znaki za każdym razem, gdy stos papierów piętrzących się na biurku zmuszał go do ucieczki w krainę wspomnień, w których istniało miejsce tylko dla jednej osoby.
    Dla niej.
    Był idiotą. Wiedział o tym. Nie tylko z perspektywy czasu. Ta myśl uderzyła w niego już tamtego pamiętnego dnia, kiedy - zaraz po opuszczeniu jej pokoju w akademiku - uderzył w niego podmuch mroźnego, wieczornego powietrza. Proces niszczenia ich związku był długotrwały i rozkładał się na możliwe do wyszczególnienia etapy, jednak jego definitywne pogrzebanie nastąpiło właśnie w momencie, w którym Joan oznajmiła mu, że była w ciąży.
    Tak po prostu, niespodziewanie, zupełnie nieplanowanie. Był gówniarzem. Młodym chłopakiem z głową przepełnioną marzeniami, które wraz z kontuzją pękły niczym mydlana bańka i długo, skrupulatnie pompowany balonik przepełniony nie powietrzem, a ambicjami. Nie chciał spieprzyć sobie życia. I chyba właśnie tu leżał problem - zawsze było tylko ja, moje; nigdy ty, my, nasze. Jej ciąża była niewygodna, więc zniknął, po drodze tracąc wszystko to, co się dla niego liczyło. Ostatecznie nie miał niczego.
    Nie chciał myśleć; ani o niej, ani tym bardziej o dziecku, którego płci wcale nie zamierzał poznawać. Słyszał plotki; o małej dziewczynce, która mogła być jego córką. To jednak wciąż były niepotwierdzone, zasłyszane i szybko wyparte ze świadomości informacje. Nie drążył.
    I nagle stało się to - Joan stała przed nim, w korytarzu miejscowego komisariatu, szukając komendanta. Zamiast tego natknęła się na Masona, którego nos zmarszczył się w niezrozumieniu dla pytania, które brzmiało tak.. normalnie. Zupełnie, jak gdyby mieli przeprowadzić zwyczajną rozmowę z grona tych dotyczących na przykład pogody.
    - Od kilku lat. Właściwie od naszego.. - rozstania. Ale o tym mówić nie chciał. Nie na głos. Nie, kiedy ona stała obok. Tak realna, idealna w swojej niedoskonałości, naznaczona znakami czasu, ale wciąż tak samo piękna jak za czasów szkoły średniej.
    Pożałował swojej gwałtownej reakcji i doskonale widocznego zmieszania. Uzewnętrznianie się z czymkolwiek nigdy nie było jego mocną stroną, dlatego powrót do typowej, przepełnionej obojętnością postaci był konieczny.
    - Tak, jasne - rzucił krótko, wzruszając ramionami. Nie działo się nic. Lub przynajmniej nie coś, o czym ona musiałaby wiedzieć.
    Dlaczego to było tak cholernie trudne?
    Odebrał od niej kopertę. Ta jednak niemal od razu straciła na znaczeniu. Wepchnąwszy ją sobie pod pachę, znów zrównał swoje spojrzenie z tym kobiecym. Zaraz potem z uwagą przyglądał się kolejnym ruchom kobiety; czuł ten nieprzyjemny ucisk w żołądku, gdy podała mu kartkę z zapisanym numerem; numerem, z którego miał skorzystać komendant. Nie on.
    - Przekażę - skwitował markotnie, wciskając niewielki świstek do tylnej kieszeni spodni. Nie wiedział, co mógł dodać. Pewny był jedynie tego, że cholernie zaschło mu w gardle.
    - Wszystko.. u Ciebie w porządku? - zagaił niespodziewanie, tak naprawdę nawet nie oczekując odpowiedzi. Nie miał do niej prawa.
     
    imię / nick:ever
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 1
     





    30

    wiek


    i've given all i can

    ZAJĘCIE


    but we're still on the payroll

    UCZUCIA




      
    Joan
       White

      
    "it is a terrifying thing, when love finally works

      

      

      

      

      

      

    2020-05-09, 22:07


    Nawet teraz, po tylu latach, nie była pewna, które z nich pierwsze zakończyło ten ciągnący się jak smoła związek. Chciała mówić, że to ona powiedziała „dość”, ale świadomość swoich własnych wad skutecznie jej to uniemożliwiała. Tyle razy analizowała ich ostatnią rozmowę, że absolutnie żadnym problemem nie było wynajdywanie kolejnych argumentów na to, że to ona zawaliła. Masochistycznie wyliczała, jak bardzo nie wspierała Masona, kiedy ten doznał kontuzji i wszystkie jego plany trafił szlag, nie była przy nim, postawiła ambicje ponad wszystko inne, może nawet ciążą chciała zatrzymać go przy sobie, uwiązać, byleby tylko go nie stracić. Wybrał inne życie, z dala od niej. Wciąż miała mu to za złe, ale to chłodne uczucie z biegiem lat pozostało tylko nieprzyjemnym, zimnym podmuchem.
    Wsunęła dłonie do kieszeni rozpiętego, brązowego płaszcza, bo nie wiedziała, co ma z nimi zrobić. Palce pociły się pod wpływem stresu, chciały naprzemiennie zaciskać się i rozluźniać. W jednej kieszeni miała mały kamyk, ten szczęśliwy, znaleziony na plaży jeszcze w czasach liceum, przed tym, jak wszystko zaczęło w nich gnić; w drugiej miała klucze, a przy nich miły w dotyku breloczek z Tęczowym Misiem, prezent od Laurie. Obie te rzeczy związane były z dwiema najważniejszymi w jej życiu osobami.
    To dobrze, że postawiłeś sobie… cel – to było tak ciężkie do przetrawienia, każde słowo wydawało się niepoprawne, każde zdanie ołowiane, tępe, zupełnie pozbawione lekkości w prowadzeniu konwersacji z drugą osobą. Otworzyła usta, żeby jeszcze coś powiedzieć, coś w swoim charakterze uchodzącego za pocieszające, normalne, troskliwe, ale w końcu zrezygnowała i wargi znów się ze sobą złączyły. Ich rozmowy miały być od tej chwili pełne niedopowiedzeń, bo przecież oboje wciąż świetnie się rozumieli. Wiedziała, że chodziło o ich rozstanie, o tę rozmowę przeprowadzoną wieczorem w akademiku w Edmonton. O dziwo, obyło się bez krzyków i rzucania talerzami – dla nich to miał być koniec.
    Dzięki – powtórzyła w stylu każdego ułożonego Kanadyjczyka, który trzech magicznych słów zdecydowanie uwielbia nadużywać. W rzeczywistości proste „dzięki” pozwalało jej wypełnić ciszę, która nieprzyjemnie wibrowała w uszach, gdy tylko ich głosy niknęły w ciemnych zakamarkach komisariatu. Nie chciał jej pomagać, czuła to, ale mimo wszystko sam nie uciął rozmowy i nie wrócił do swoich zajęć, do pracy, na pewno ważnej i wymagającej skupienia. Po prostu stał tutaj razem z nią. Patrzył, obserwował, badał. Nie pozostawała mu dłużna. – U mnie… tak, wszystko w porządku – nie umiała kłamać, chociaż zawsze starała się przykrywać rzeczywistość niewinnymi łgarstwami, zaklinać ją według własnych wymagań. Tak naprawdę nic nie było w porządku. Stał przed nią ojciec Laury. Ojciec, który nie wiedział, że jego córka była chora. I wciąż go nie znała. – Ma na imię Laura – powiedziała w końcu i nagle poczuła, jak serce niebezpiecznie przyspiesza, jednocześnie zrzucając z siebie jakiś ciężar, skorupę dystansu i samotności. Podzieliła się nią, swoją Laurie. – Twoja córka. Ma pięć lat – nie wiedziała, czy chciał o tym słuchać, ale właśnie teraz poczuła się w obowiązku, by go poinformować o tym, że tak, jego córka żyje i… nie do końca ma się dobrze. Ale to może później. – I ma twoje oczy. Chciałam, żebyś wiedział. Nie musisz brać sobie tego do serca, możesz o tym za chwilę zapomnieć i wrócić do swojego życia, po prostu… chciałam, żebyś wiedział. – mówiła zrezygnowanym głosem, zmęczonym i strudzonym przez ciężar, jaki w sobie nosiła każdego dnia.
     
    imię / nick:gaba
    multi:vanilla
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    31

    wiek


    Policjant

    ZAJĘCIE


    nie wie, co zrobić

    UCZUCIA




      
    Mason
       Kernighan

      
    "I'll be good, I'll be good and I'll love the world, like I should

      

      

      

      

      

      

    2020-05-11, 09:38


    Cel Masona był.. przypadkiem; zwyczajnym zbiegiem okoliczności i zrządzeniem losu, który niespodziewanie postawił na jego drodze kumpla znanego z liceum. To właśnie on, tuż po skończeniu szkoły, zdecydował się na karierę w policji. Spotkanie na jednej z miejscowych ulic sprowokowało Kernighana do przeanalizowania tej konkretnej perspektywy. Akademia policyjna nie brzmiała tak źle, szczególnie w odniesieniu do pracy tutaj, na miejscu - w miasteczku, które kochał i którego nie chciał opuszczać na dłużej.
    Chociaż wielokrotnie zastanawiał się nad tym, by rzucić to wszystko w cholerę, zawsze kończyło się jedynie na planowaniu. Wiedział, że nie chciał wyjeżdżać, nawet jeżeli prowincja wielokrotnie dawała mu się we znaki. Tutaj każdy znał każdego, plotki roznosiły się z prędkością światła i nie było mowy o żadnej prywatności. Mimo to istniały tutaj takie elementy jak cisza, spokój i bliskość natury, w której można było się zaszyć. To wystarczało, by Mason czuł się tam jak w prawdziwym domu.
    Do pełni szczęścia brakowało mu jedynie tych emocjonalnych elementów związanych bezpośrednio z rodziną; z kimś, z kim mógłby dzielić troski oraz radość, porażki i sukcesy, upadki i wzloty. Nie był świadomy tych konkretnych tęsknot, ale wielokrotnie przyłapywał się na zazdrości, z jaką zerkał chociażby na układającego sobie życie brata. Ethan w końcu poznał kogoś, z kim był szczęśliwy i z kim wiązał swoją przyszłość. Pod tym względem niewątpliwie był mądrzejszy niż Mason, który swoją własną potencjalną rodzinę zniszczył nim ta w ogóle zdążyła powstać.
    Nie miał pretensji do niej. Z perspektywy czasu wiedział, że to on był stroną, która zawaliła. Brakiem odpowiedzialności i emocjonalnej dojrzałości wykazał się w najgorszym z możliwych momentów. Mimo to kąciki ust drgnęły mu w uśmiechu. Cieszył się, że było w porządku; że sobie radziła i nie potrzebowała jego łaski. Była silna. Zarówno wtedy, jak i obecnie. Nie przewidział jedynie, że mogłaby tego użyć przeciwko niemu.
    Słysząc to kolejne wyznanie, Mason poczuł, jak żołądek po raz kolejny wykonał gwałtownego fikołka. Gardło zacisnęło się boleśnie, pozwalając, by z pomiędzy męskich ust wydobył się jedynie cichy, niewyraźny pomruk.
    Laura. Miała pięć lat. I jego oczy.
    Jego córka.
    Nie wiedział, co miał powiedzieć. Milczenie wydawało się być mniejszym złem niż palnięcie czegoś, czego znów mógłby pożałować już w chwili, w której Joan odwróciłaby się od niego i ruszyła w stronę wyjścia. On wcale nie czuł pragnienia usłyszenia tego, czym go uraczyła, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę z faktu, że przed kilkoma laty to on był stroną, która skrupulatnie zignorowała potrzeby i uczucia tej drugiej. Jeżeli to miała być forma zemsty, to była bardzo wyrachowana i - co najważniejsze - skuteczna.
    - Ja.. - podjął po pauzie, która w jego opinii trwała zdecydowanie za długo. Zbiła go z tropu, ale zarazem skutecznie sprowadziła na ziemię, przypominając o tym, o czym on chciał jedynie zapomnieć. Nie mogła mu tego zabronić. - Muszę wracać do pracy - skwitował, powracając do swojego obojętnego, twardego tonu.
    Dla niej powinien być to bardzo wyraźny sygnał do opuszczenia komisariatu. Dla niego okazja do powrotu do rzeczywistości, w której nie było jej, dziecka, wspomnień czy wyrzutów sumienia.
    Tak było lepiej.
     
    imię / nick:ever
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 1
     





    30

    wiek


    i've given all i can

    ZAJĘCIE


    but we're still on the payroll

    UCZUCIA




      
    Joan
       White

      
    "it is a terrifying thing, when love finally works

      

      

      

      

      

      

    2020-05-12, 09:12


    Przedłużające się milczenie było zdecydowaniem złym omenem. Co ją podkusiło, żeby mówić mu cokolwiek o Laurze? Odpowiedziała na swoją potrzebę, to jasne, ale przede wszystkim – na potrzebę Laury. Brakowało w życiu dziewczynki męskiego ramienia, które zdolne byłoby unieść ją ponad głowami innych na jednym z tych kolorowych festynów; który w jednej z zabaw wygrałby ogromnego pluszaka albo drobny breloczek z obracającym się na igle ziemskim globem. Joan, choć starała się jak mogła, nie potrafiła przejąć męskiej roli w swojej rodzinie. Była zbyt zmęczona, żeby trzymać córkę na barana, nieść ją na rękach dłużej niż kilka minut, przepracowane oczy nie widziały celów, gdy próbowały zbijać baloniki przyczepione do ściany. Była bezradna wobec tego.
    A on teraz milczał.
    Znowu w jej oczach zalśniła złość, ale tylko na krótką chwilę. Potem parsknęła gorzkim śmiechem i odwróciła od niego wzrok, szukając na ścianach komisariatu jakiegoś punktu zaczepienia. Powiedział jej, że musi wracać do pracy. Musi wracać do pracy.
    Jasne – powiedziała, nie kryjąc cynicznego zabarwienia głosu. Kiwała głową, wzruszała ramionami w panicznej gestykulacji, jakby sama siebie chciała przekonać do tego, że faktycznie to najlepsze wyjście. – Wtedy też musiałeś wrócić do pracy? Kiedy powiedziałam ci, że jestem w ciąży? – wylała z siebie żal, który zbierał się przez pięć lat. Pięć trudnych, chudych lat, w których dowiedziała się, że jeśli choroba będzie postępować, straci jedyną iskrę przyszłości w swoim życiu. – Albo wiesz, nie odpowiadaj, nie chcę wiedzieć. W ogóle nie wiem, po co o to pytam. – w bezradności uniosła ramiona i dłońmi uderzyła o uda, odwróciła się w stronę wyjścia. – Czego ja się właściwie po tobie spodziewałam – prychnęła. Już była przy drzwiach, kiedy nagle zawróciła i stanęła w tym samym miejscu, w którym stała jeszcze przez kilkoma sekundami. Teraz nie była zła. Teraz ta złość z niej kipiała. – Jesteś tchórzem – wysyczała przez zaciśnięte zęby, palcem celując oskarżycielsko w jego twarz. – Parszywym, przeklętym tchórzem, Mason! I… - skrzywiła się, nie rozumiejąc, co tu jeszcze, do jasnej cholery, robi. – Zresztą, nieważne. Wszystkiego, jasna cholera, dobrego!
    Cofnęła się po raz drugi w stronę drzwi wyjściowych, ale tym razem pchnęła je przed siebie i po prostu wyszła, niemal biegnąc w stronę auta. Była wściekła. Wściekła na los, że zagnał ich tutaj razem; wściekła na siebie, że nie pohamowała chęci i powiedziała mu o Laurze; wściekła na niego, że tak się zachował. Kiedy otworzyła drzwi auta, poczuła w końcu ulgę, że jest sama.
    Że znowu jest sama.

    i mamy chyba tutaj zt!
     
    imię / nick:gaba
    multi:vanilla
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-07-08, 13:13


      [ 29 ] + na potrzeby rozgrywki będziemy udawać, że nie jesteśmy na zewnątrz tylko przy jakiejś recepcji czy coś, bo odmówiono mi schadzki w męskiej szatni a to pilna sprawa, ok
    Być może i wątpliwej słuszności życiowe wybory Atlasa wcale nie wskazywały na jakąkolwiek dojrzałość i umiejętność radzenia sobie z sytuacjami, które nie były jednoznacznie komfortowe, ale przyznać należało, że najmłodszemu Kahanowi naprawdę nie można było zarzucić panikarstwa. Znalezionym o poranku na wycieraczce nieoznakowanym pudełkiem nie wydawał się więc specjalnie mocno przejęty, nie mając z resztą zbyt solidnych podstaw do sądzenia, że jest ono zwiastunem czegoś niedobrego – bo wbrew pozorom i obiegowej opinii, wcale nie miał w zwyczaju węszyć afery tam, gdzie ewidentnie jej nie było. Sęk w tym, że wobec samej zawartości pudełka, odpakowanego bez namysłu na stole w jadalni, ciężko było pozostać obojętnym. Chyba pierwszy raz od dawna Atlas poczuł się tak samo zaniepokojony co rozzłoszczony, zupełnie jakby jednocześnie sądził, że nietypowy prezent może być tak samo groźbą jak i kolejnym niezbyt udanym dowcipem pod adresem jego rodziny. I tak jak nie miał w zwyczaju w swoje życie angażować osób trzecich, nawet z rzeczami podobnego sortu woląc radzić sobie w pojedynkę, tak po głowie wciąż echem obijała się treść załączonej do pudełka karteczki – a wiedząc, że ani rodzeństwo, ani którekolwiek z przyjaciół nie będzie w stanie cokolwiek z tym fantem zrobić, Atlas podjął chyba najbardziej zaskakującą i niespodziewaną decyzję ostatnich miesięcy... decyzję o tym, żeby o pomoc zwrócić się do miejscowej policji.
    Tak naprawdę wcale nie pokładał wielkich nadziei w swojej dzisiejszej nagłej wizycie na komisariacie, bardziej wybierając się tam chyba po to, aby po raz setny wytknąć funkcjonariuszom ich całkowitą bezczynność wobec problemów mieszkańców, którzy na nazwisko nie mieli Dohemy lub Wilson. I choć obok zdenerwowania i obaw czuł też złość, nie przyjął roszczeniowego tonu, nie od razu. Zamiast tego całkiem kulturalnie spytał na recepcji, czy jest jakikolwiek funkcjonariusz, któremu mógłby zgłosić naglący problem, w trakcie składania tej wyjątkowo jeszcze grzecznej prośby starając się nie zaciskać palców na przyniesionym ze sobą kartonowym pudełku zbyt mocno. Poproszony o moment cierpliwości mógł tylko skinąć niemrawo głową, z trudem udając, że rzeczywiście jakąkolwiek cierpliwością w tym momencie dysponował i że cała ta sytuacja wcale nie przerastała jego zdolności do powstrzymywania się od zbędnie kąśliwych komentarzy pod adresem psi... policji.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    31

    wiek


    Policjant

    ZAJĘCIE


    nie wie, co zrobić

    UCZUCIA




      
    Mason
       Kernighan

      
    "I'll be good, I'll be good and I'll love the world, like I should

      

      

      

      

      

      

    2020-07-08, 19:44


    To był kolejny, nudny dzień na komendzie.
    Nie powinno tak być. Mason boleśnie zdawał sobie z tego sprawę. Zgodnie z jego przypuszczeniami - ponowne przesłuchania świadków nie przyniosły żadnych, pozytywnych efektów. Miejscowa policja wciąż była tak samo mądra jak przed wielogodzinnymi rozmowami, a nawet gorzej - niektóre zeznania skutecznie namieszały w głowach, dlatego szukanie powiązań, poszlak i prawdopodobnych scenariuszów było zwyczajnie niemożliwe. Z perspektywy czasu Kernighan żałował zaangażowania się w to konkretne śledztwo. Dużo mniej nerwów kosztowałoby go wlepianie mandatów za niepoprawnie zaparkowane auto pod supermarketem.
    Przeglądał notatki z poszczególnych spotkań, raz za razem zerkając w kierunku wiszącego na ścianie zegarka. Przesuwające się na jego tarczy wskazówki chodziły zdecydowanie za wolno, dlatego czas pozostały do lunchu zdawał się być bardzo odległym marzeniem.
    Mason podniósł się z miejsca, aby podejść do ekspresu i przygotować jeszcze jedną, mocną kawę. Góra sprawozdań nie wnosiła do sprawy martwego Dohemy'ego niczego, dlatego każde urozmaicenie - nawet to pokroju bezsensownego spaceru po budynku komendy - było czymś na wagę złota. I chociaż w normalnych okolicznościach nie czułby się usatysfakcjonowany koniecznością rozmowy z jakimś dzieciakiem, to tego dnia nakazał zaprosić go do gabinetu.
    - Cześć - rzucił krótko, kiedy usłyszał szmer za swoimi plecami. Zgarnąwszy kubek z gorącą kawą, ruszył do biurka. Dopiero, gdy za nim usiadł, zrozumiał, kto był jego gościem. Zmarszczył nos, mierząc Atlasa pełnym podejrzliwości spojrzeniem. Niespodziewanie znów zaczął wątpić w to, że zostawianie Laury z tym chłopakiem było odpowiednią decyzją.
    - O co chodzi? - zagaił tuż po tym, jak kiwnął głową w kierunku krzesła stojącego po drugiej stronie mebla. Kiedy młody Kahan zajął miejsce, Mason wsparł się dłońmi o blat biurka, czekając na wyjaśnienia.
     
    imię / nick:ever
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 1
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-07-08, 22:28


    Widok Masona wzbudził w Atlasie tylko podwójnie silne wątpliwości tyczące się tego, czy udanie się ze sprawą na komisariat było właściwą decyzję – bo, czysto teoretycznie rzecz biorąc, może i funkcjonariusz którego miał dziś zamiar męczyć oskarżeniami i zarzutami nie powinien mieć dla niego znaczenia, ale wcale nie miał najmniejszej ochoty brać się teraz za pośrednie ubliżanie niedawnej randce Joan. Z drugiej strony, był sobie w stanie wyobrazić gorsze scenariusze, jak na przykład konieczność odbycia tej rozmowy z własnym bratem, którego trudzić podejrzeniami pogróżek wcale nie chciał, nie ze świadomością jak wyglądała jego sytuacja w całym tym wynikającym z rozgrzebywanego przez policję morderstwem burmistrza zamieszaniu. Właśnie dlatego wykazał się dużą dozą cierpliwości, powstrzymując od bombardowania Masona wszystkimi swoimi żalami, pochopnymi wnioskami, podejrzeniami i innymi, zamiast tego z należytym szacunkiem kiwając mu głową na powitanie, bo... bo chyba jednak wcale nie miał ochoty węszyć afery bez cywilizowanego przywitania, nie w tym konkretnym wypadku.
    Idąc za sugestią zajął miejsce naprzeciwko mężczyzny, nie czując się po prawdzie w pełni komfortowo z myślą, że to równało się z tym, że jego wizyta na komisariacie wcale nie będzie tak krótka jakby sobie tego życzył. Z resztą, w ogóle nie czuł się komfortowo, bo usadzony na przeciwko Masona jakoś całkiem stracił ochotę na kręcenie awantury, teraz zwyczajnie zastanawiając się, jak sensownie ubrać w słowa niepokój i zdenerwowanie jakie wynikały z otrzymania tajemniczego pakunku.
    - O to – odpowiedział więc bez dłuższej chwili zwłoki, podnosząc pudełko z kolan i kładąc je na biurku. Nie zamierzał wyjaśniać jego zawartości, mając wrażenie, że powagę sytuacji szło zrozumieć wyłącznie przy okazji zaglądania do środka bez uprzedniej świadomości na temat tego, co znajdowało się wewnątrz. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak w momencie bycia znalezionym przez Atlasa – na szczęście młody Kahan miał wystarczająco pomyślunku, aby nie próbować ruszać niczego, co znajdowało się w środku, w tym także zawierającej pogróżki karteczki. – Leżało dziś na wycieraczce przed naszym domem. Nie wiem kto to zostawił ani kiedy to zrobił – doprecyzował jeszcze, bo akurat fakt, że prezent był anonimowy wydawał się być wiążący.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    31

    wiek


    Policjant

    ZAJĘCIE


    nie wie, co zrobić

    UCZUCIA




      
    Mason
       Kernighan

      
    "I'll be good, I'll be good and I'll love the world, like I should

      

      

      

      

      

      

    2020-07-09, 12:37


    Mason nie zwykł snuć zbyt wielu teorii spiskowych. Lubił posiadać klarowne fakty, dzięki którym mógł układać liczne scenariusze. Bazowanie na własnych domysłach nigdy nie było jednak dobrym punktem wyjścia, dlatego starał się wystrzegać wszystkiego, co mogłoby zmącić sensowny, poparty silnymi argumentami widok na całokształt sprawy.
    Obecność młodego Kahana w jakimś stopniu była dla Kernighana.. krępująca. Nie dlatego, że Mason odzwyczaił się od wysokiego odsetka przestępczości wśród miejscowej młodzieży. Przeciwnie - był znużony tym, że tutejsze przestępstwa i drobne występki były wśród gówniarzy chlebem powszednim.
    Czuł się skrępowany, bo Atlas miał do czynienia nie tylko z Joan, ale przede wszystkim z Laurą, zaś jego obecność na komendzie i mina, z jaką przekroczył próg jednego z gabinetów, same w sobie świadczyły o kłopotach. Od tych Kernighan pragnął dawną partnerkę i pięcioletnią córkę najzwyczajniej w świecie trzymać z daleka, toteż młody Kahan w roli opiekunki nie jawił się jako ktoś z najlepszymi referencjami.
    Podejrzliwie, ale i z odpowiednią dozą dystansu przyglądał się każdemu krokowi chłopaka. Napięcie mięśni na jego twarzy sugerowało, że wydarzyło się coś złego; że sprawa nie mogła czekać. Właśnie dlatego mężczyzna zrezygnował z kurtuazyjnych uprzejmości, proponowania napoju czy pytania o ogólne samopoczucie. Wolał przejść do rzeczy i Atlas najwidoczniej też.
    Z nieskrywanym zaciekawieniem sięgnął do jednej z szuflad biurka. Nie zamierzał ryzykować, że jego własne łapy mogłyby zatrzeć jakiś istotny ślad, dlatego po karton sięgnął dopiero w chwili, w której otulił ręce rękawiczkami.
    - Boże, stary - jęknął żałośnie, kiedy uderzył w niego nie tyle widok, co odór bijący od martwego szczura. Chociaż zapach nie był intensywny, to jednak z perspektywy kogoś siedzącego tak blisko - zdecydowanie za mocny. - Masz jakieś podejrzenia, kto mógł to zrobić? - mruknął, wzrokiem sunąc po karteczce z niekoniecznie miłą wiadomością. Jej krótka treść pozwoliła w ekspresowym tempie zamknąć wieko pudełka.
     
    imię / nick:ever
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 1
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-07-09, 13:15


    Choć w podejrzliwości Masona względem Atlasa było, chcąc nie chcąc, sporo słuszności, bo na miano świętego z całą pewnością nie zasługiwał, to w tym jednym, konkretnym przypadku naprawdę nie należało winić Kahana za nietęgą minę i bojowe nastawienie z jakim zawitał na komisariat. Już i bez tego miał poważne obiekcje wobec tego, w jaki sposób działała policja, wciąż mając dużo żalu o to, jak mocno zbagatelizowana została śmierć ojca, a kolejna pogróżka pod, jak sądził, adresem jego rodziny, tylko przelała czarę goryczy. Całą drogę starał się zebrać myśli, w głowie ułożyć tyradę do wyrecytowania pechowemu funkcjonariuszowi, któremu przypaść miała wątpliwa przyjemność zajęcia się tą sprawą. Tyle tylko, że wcale nie spodziewał się tego nie do końca fortunnego przydziału policjanta do pomocy, nie mając przecież najmniejszej ochoty żeby cała ta sprawa nagle stała się jakkolwiek powiązana z jego życiem prywatnym. Czuł się wobec Joan i Laury najzwyczajniej w świecie zobowiązany do tego, żeby w tym momencie odpuścić sobie zbędne złośliwości, dość odważnie ale chyba nie całkowicie niesłusznie zakładając, że istniała jakaś szansa, że z Kernighanem miał mieć jeszcze w przyszłości do czynienia. I bynajmniej nie miał na myśli bycia przez niego przyskrzynianym, gwoli ścisłości.
    Był Masonowi otwarcie wdzięczny za to, że oszczędził im całkowicie zbędnych wymian uprzejmości i formalności. Atlas naprawdę nie miał specjalnej ochoty spędzać na komendzie więcej czasu, niż było to realnie konieczne, teraz już nie tylko dlatego, że tego miejsca nie kojarzył sobie z niczym dobrym, ale również przez to, że szybko zaczął nabierać poczucia, że swoją wizytą w jakiś sposób marnował teraz cenny czas mężczyzny – raczej niesłusznego, bo wcale nie przychodził przecież z głupotą wymyślonego problemu, a całkiem konkretną, względnie naglącą sprawą.
    - Fanatycy burmistrza Dohemy? Ktoś od Wilsonów? – zaczął zastanawiać się na głos, na krótki moment wbijając odrobinę nieobecne spojrzenie w leżące na stole pudełko. – Bo zakładam, że to ma związek z moją rodziną – wyjaśnił, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, że pakunek równie dobrze mógł być wymierzony bezpośrednio w niego samego i nie mieć absolutnie nic wspólnego z całą resztą Kahanów. Z drugiej strony – komu miałby podpaść? Jedyną osobą, po której mógłby spodziewać się jakichkolwiek uzasadnionych pogróżek pod własnym adresem był Marshall, który raczej nie zniżałby się do poziomu zostawiania na wycieraczce martwych szczurów. No chyba że...? – Zanim... Pan? ...zapyta, nie podpadłem nikomu w ostatnim czasie – odezwał się znów, najwyraźniej nie zamierzając dać Masonowi szansy na to, aby na dzień dobry utożsamić jego osobę z kłopotami, nie mając świadomości, że mężczyzna zrobił to już dawno temu.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: