Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    36

    wiek


    właściciel warsztatu samochodowego i wypożyczalni sprzętu wodnego

    ZAJĘCIE


    ---

    UCZUCIA




      
    Brandon
       Dohemy

      
    "Keep your face to the sunshine and you cannot see a shadow.

      

      

      

      

      

      

    2020-08-20, 00:02


    No i takich braci to się ceni. Z drugiej strony - inaczej wyglądała relacja między braćmi i inaczej miedzy bratem, a siostrą. W przypadku pierwszej kombinacji zdecydowanie częściej dochodziło do jakichś chorych sytuacji, zwłaszcza jeśli oboje mieli ze sobą dobre relacje, lubili śmieszkować i robić sobie wzajemnie przypał. Tak czy inaczej zostawił temat rodzinnych wpadek i tańców na rurze bo nieoczekiwanie zaczynali wchodzić na znacznie cięższe i mniej wygodne, a przynajmniej w jego odczuciu tematy. Ulżyło mu co prawda gdy dała mu do zrozumienia, że mimo wszystko chciałaby kontynuować znajomość ale wciąż - rozmowa na temat jego rodziny i wiążącej się z nią przeszłości sprawiała, że mimo wszystko czuł się odrobinę niepewnie. Przytulił jednak Hanię do siebie gdy tylko wtuliła się w jego pierś, dłonią przez krótką chwilę gładząc jej nagie ramię.
    - Z Milą na pewno byś się dogadała. Charakterkiem zbliżona jest do Emily, choć z uwagi na to, że jest nieco starsza - większy też z niej łobuz. Zawsze wszędzie jest jej pełno i chociaż Elza z Krainy Lodu to nadal jej największa idolka - wspinając się na drzewa krzepą i zwinnością zawstydziłaby pewnie niejednego chłopca w jej wieku. - prawdę mówiąc nie lubił gdy to robiła, zawsze cholernie się bał, że upadnie i zrobi sobie krzywdę. Na szczęście wybierała te małe drzewka, najczęściej owocowe bo - jeśli akurat trwał sezon - mogła podjadać przy okazji jabłka, gruszki czy czereśnie.
    - Z kolei Maeva... Maeva to już pannica. Uwaga, ciekawostka - tak się zabawnie złożyło, że jest o rok starsza od mojej najmłodszej siostry. - z jakiegoś powodu zawsze go to bawiło. Uśmiech jaki gościł jeszcze przed chwilą na jego twarzy pobladł natychmiast gdy tylko otworzył usta i zaczął mówić dalej. - Nie będę kłamał, ma trudny charakter. Straciła matkę w wieku sześciu lat, a ja nie chcąc by jakoś bardzo odczuła jej brak - mocno ją przez te wszystkie lata rozpieściłem. Ma duży problem z akceptacją kobiet pojawiających się w moim życiu, przez jej zachowanie nad którym totalnie nie potrafiłem zapanować rozpadł się zresztą mój drugi, wieloletni związek. - westchnął ciężko. Najbardziej przeszkadzało mu jednak to jak podle traktowała Milę. Tak, to zdecydowanie bolało go najbardziej. Przerwał na moment swoją opowieść spoglądając na dołączających do nich Mari i Jeremiasza. Po promiennym uśmiechu jaki rozjaśnił właśnie twarz tej pierwszej przypuścił, że wszystko jest już ok.
    - O cholera, przepraszam. - zreflektował się dopiero teraz spoglądając na ledwie tlący się ogień w palenisku. - Na swoje usprawiedliwienie dodam, że podstępem zostałem obezwładniony przez pewną, piekielnie seksowną kobietę, której imię zaczyna się i kończy na literkę "H". Jeśli ktoś potrzebuje dodatkowej wskazówki - czytane od tyłu brzmi dokładnie tak samo. - uśmiechnął się półgębkiem. Poza tym kiedy kobieta taka jak Hannah siedzi obok ciebie wtulona ciasno w twoją pierś to grzecznie siedzisz i korzystasz z tej bliskości, a nie biegasz z drewnem wokół ogniska.
    - Wszystko gra? - zapytał Mari zerkając też przelotnie na brata. Napędzili im trochę stracha tym nagłym odejściem od stołu. Nie chciał być wścibski więc nie pytał o szczegóły. Chwycił za to za szklankę bo Hannah wznowiła grę i niestety (albo stety bo wyjątkowo mu dziś smakowało) znowu był zmuszony się napić.
    - Przyglądałem ci się z boku jak dzieliłaś się z Emily kąskami ze swojego talerza, a potem z uśmiechem na twarzy zaplatałaś warkoczyki na jej włosach. Masz podejście do dzieci, przez chwilę zastanawiałem się nawet czy nie posiadasz aby własnych. - wrócił do poprzedniego tematu darując sobie opowieść o wszczynaniu burdy w barze. Nie była to zresztą jednorazowa akcja. Za to szczerze zainteresował się wyjaśnieniami Carlotty.
    - Ależ z ciebie femme fatale, a wyglądasz tak niepozornie. - zażartował opuszczając (o dziwo) następną kolejkę. Nigdy nie zdarzyło mu się fantazjować o kimś będąc w intymnej sytuacji z inną osobą i miał resztą nadzieję, że tak już pozostanie. Pieprzyć się z jedną, a myśleć o drugiej to jak marzyć o bentleyu i zadowolić się jakimś starym fiatem. No trochę słabo.
     
    imię / nick:---
    multi:Elias, Riley
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    29

    wiek


    let's have some fun, this beat is sick

    ZAJĘCIE


    I wanna take a ride on your disco stick

    UCZUCIA




      
    Hannah
       Mayfair

      
    "she's made of outer space and her lips are like the galaxy's edge and her kiss the color of a constellation...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-20, 11:30


    Gdy tylko zaczynało robić się poważnie we wnętrzu jej głowy zapalała się lampka ostrzegawcza, a wszystkie mięśnie się spinały, stając się w pełni gotowymi do ucieczki. Rozsądek podpowiadał, że to jest właśnie ten moment, kiedy powinna wziąć nogi za pas i uciekać. Już tyle razy w miłości jej nie wyszło, tyle razy się rozczarowała. Czystą naiwnością było myśleć, że z nim będzie inaczej, a jednak… nie ruszyła się z miejsca. Siedziała wtulona w jego klatkę piersiową i chłonęła każde jego słowo jak gąbka wodę, a przez cały ten czas na jej twarzy gościł lekki uśmiech. Zwłaszcza, gdy Brandon opowiadał o najmłodszej córce, która tak bardzo przypominała Hanię z czasów młodości. Ona sama też uwielbiała psocić, skakać po drzewach, bawić się w podchody i chowanego. Pozdzierane łokcie i kolana były u niej na porządku dziennym. W najlepsze biegała razem z chłopakami, niczego się nie bała. A kiedy upadła na rowerku i złamała sobie rękę, płakała jedynie przez chwilę, bo przecież przy kolegach nie wypadało się mazać. Była silną, upartą i czupurną dziewczynką. Na pewno więc jakoś by się dogadały. Niewykluczone, że bardzo szybko nawiązałaby się nimi nić porozumienia, prawdziwa sympatia.
    Natomiast starsza latorośl… rzeczywiście, był to ciężki orzech do zgryzienia, no bo jak wytłumaczyć rozpieszczonej nastolatce, że wcale nie zamierza ukraść jej ojca, a miejsca wystarczy dla wszystkich? Zwłaszcza, że skoro przyczyniła się do rozpadu jego poprzedniego związku Mayfair nijak nie sądziła, że nastawienie Maevy nagle magicznie się zmieniło. Ot, po prostu Brandon był sam, a ona nie miała nad kim się pastwić. Charakter jednak miała niezłomny, mało rzeczy w życiu ją przerażało. Nie bała się złośliwych uwag czy nieczystych zagrywek ze strony najstarszej córy. Nie była przecież skończoną ofiarą, która nie potrafiła się bronić. Jeżdżąc po świecie goniła za seryjnymi mordercami i terrorystami, ładowała się w sytuacje potencjalnie niebezpiecznie. Czym więc był bunt młodocianej? Niczym, co mogłoby ją odstraszyć. Szczególnie, że im więcej czasu spędzała w towarzystwie Dohemy’ego, tym bardziej była zauroczona jego osobą. Chciała go lepiej poznać i przekonać się… dokąd ich to zaprowadzi.
    “Ten wieloletni związek, o którym wspominasz… pewnie nie łatwo pogodzić się z rozpadem relacji, kiedy winy można doszukiwać się w osobach trzecich, zastanawiać się, co by było gdyby. Jesteś pewien, że ten etap masz za sobą? Że nie chciałbyś… no wiesz… wszystkiego naprawić?” zapytała cicho, próbując zapanować nad drżeniem głosu. “Nie chciałabym zostać nagrodą pocieszenia” dodała posyłając mu krótkie, aczkolwiek znaczące spojrzenie. Takie, w którym zawierały się wszystkie jej nadzieje, ale też lęki i obawy. Nie zdążyła jednak powiedzieć nic więcej, bo to był dokładnie ten moment, w którym dołączyli do nich zagubieni przyjaciele. Po ich minach widziała, że wszystko jest już okej, nie chciała więc głośno pytać, co się stało, wprowadzając tym samym Carlottę w zakłopotanie. Pod tym względem były identyczne, gdy działo się coś złego, wolały nijak o tym nie wspominać, nie w szerszym gronie. W duchu obiecała więc sobie, że gdy tylko nadarzy się okazja i zostaną same, mocno ją przytuli, cmoknie w czubek głowy i zapewni, że może liczyć na jej wsparcie, a potem dyskretnie podpyta o to, co się właściwie wydarzyło, bo coś musiało, inaczej tak nagle nie zerwałaby się z miejsca. Na szczęście Jeremiasz w porę zareagował, co niesamowicie ją cieszyło, bo… widziała po nim, że naprawdę mu na niej zależało i że gdyby tylko mógł, nieba by jej przychylił. A Mari była cudowną osobą i zasługiwała na kogoś, dla kogo będzie wszystkim.
    Parsknęła na wzmiankę o dogasającym ognisku, bo z ręką na sercu, wcale nie zauważyła z każdą chwilą coraz bardziej słabnącego żaru.
    “Nie słuchajcie go, nie ma…” i już chciało się jej wyrwać, że Brandon nie ma racji, ale kiedy ten z uśmiechem oznajmił, że jest tak piekielnie seksowna, że skupiła na sobie całą jego uwagę skapitulowała. Zaśmiała się jedynie cicho, a potem wyszczerzyła w przepięknym, szerokim uśmiechu, a jej humor momentalnie się poprawił. Takie to próżne i łase na komplementy, zwłaszcza te, płynące z jego ust.
    “Och, wzięłaś gitarę!” zauważyła po chwili, a poziom jej entuzjazmu nagle wystrzelił gwałtownie do góry. “Wow, nie wiedziałam, że potrafisz grać. Umiesz też śpiewać?” zapytała, wpatrując się w brunetkę z przejęciem, bo sama wyć do księżyca wprost uwielbiała, a jeśli właśnie odnalazła do tego kompankę - wiedziała już jak to się skończy. Recitalem aż do rana!
    Kolejne słowa starszego Dohemy’ego sprawiły, że ni to z rozbawieniem, ni z niedowierzaniem pokręciła przecząco głową, bo nigdy nie planowała zakładania rodziny. Uważała, że nijak nie nadaje się do roli matki i że gdyby tylko zdecydowała się na posiadanie dzieci byłaby to możliwie najbardziej egoistyczna i nieodpowiedzialna podjęta przez nią decyzja. Była przecież wolnym duchem, nieustannie rozbijała się po świecie, miała milion pięćset obowiązków na głowie. Ba, nie lubiła nawet dzieci - a przynajmniej właśnie to uparcie powtarzała. Kiedy jednak poznawała jakieś małe bąble w zupełnie naturalny sposób wchodziła w rolę słodkiej i uśmiechniętej cioci Hani i było jej z tym naprawdę dobrze. Zaczynała więc wątpić we wszystkie swoje założenia i postanowienia. Może rzeczywiście nie była tak kiepską kandydatką, jak się jej wydawało? Dostrzegali to inni, może powinna i ona sama? Od zawsze jednak była bardzo krytyczna i surowa wobec własnej osoby.
    “Nie, nie posiadam” mruknęła miękko, głaszcząc go czule po wierzchu dłoni. Nie rozwijała specjalnie tego tematu, bo gdzieś tam z tyłu głowy towarzyszyła jej świadomość, że przecież w ich gronie jest Mari, która bardzo by chciała doczekać się własnego maleństwa, a opowiadanie o tym, jak ona świadomie zrezygnowała z macierzyństwa byłoby w jakiś sposób okrutne i tylko wpłynęłoby na samopoczucie kobiety. A przecież tego wieczora mieli dobrze się bawić i biesiadować, a nie smucić i zadręczać. Dlatego też, kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały posłała Włoszce pokrzepiający uśmiech, a potem wróciła do gry. Chociaż wróciła to może nie do końca pasujące słowo, bo szczęśliwie, tym razem napić się nie musiała. Będąc z kimś, zawsze myślała o tej osobie, nie fantazjowała o innych. Szczęśliwie, (chyba) wszyscy w ich gronie podzielali ten tok rozumowania.
    “Okej, to ja się teraz wyrwę przed kolejkę” zaczęła wesoło, ładując się swojemu towarzyszowi na kolana, bo to już był ten moment, kiedy dzieci słodko spały, a oni nie musieli się przejmować tym, że ich zachowanie zostanie uznane za gorszące. “Nigdy nie flirtowałam z kimś, kto mi się nie podobał tylko po to, aby osiągnąć z tego jakąś korzyść. Wyciągnąć od największego kujona z roku notatki, uniknąć zjeby w pracy i tak dalej” rzuciła, spoglądając na wszystkich po kolei pytająco, spojrzeniem zatrzymując się na dłużej na twarzy Jeremiasza. Byłaby skłonna uwierzyć w to, że w różnych sytuacjach używał swojego czaru i uroku, owijając sobie kobiety wokół palca.

    / tak wiem, popłynęłam i jeszcze bezczelnie wcięłam się w kolejkę, kocham Was mocno <3
     
    imię / nick:sashayaway / Hania
    multi:Sia!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 0
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-08-20, 15:20


    Patrząc po powrocie na Hannah przypomniał sobie pytanie o typ porno, jakie zadała mu przed szybkim odejściem, a na które nie zdążył odpowiedzieć. Spodziewał się wiercenia dziury w brzuchu, stąd od razu postanowił je wyjaśnić: - A wracając… Szczerze powiedziawszy nie pamiętam, mam w uszach jedynie krzyki zdenerwowanej matki, że wstydu nie mamy i groźby dożywotniego szlabanu na komputer. Ale na pewno nie było gejowskie - parsknął śmiechem. Przeniesienie spojrzenia na Brandona nie trwało długo, kiedy siedzieli w siebie wtuleni, a wzrok Jeremiasza mówił mniej więcej tyle co “no debil, no, przecież dałem znać, żeby nie dopytywać!” i skinął głową, a ręką dał znać, żeby nie drążył - oczywiście tak, żeby Mari nie zauważyła tego gestu. Usiadł koło niej sięgając po swojego drinka, bo Hannah wróciła do poprzedniej zabawy.
    - Ja też nie - zgodził się z wątpliwością Mari również pijąc. - W barze, pod barem, na boisku, w szatni, w wesołym miasteczku, gdzie tylko sobie pani życzy! - nie zawsze był prowodyrem, ale nie było co ukrywać jego skłonności do mordobicia, bo Brandon by szybko je wyprostował. Ech, te uroki zabawy z rodzeństwem w takie gry! Zresztą, Mari również była tego świadkiem, nawet pisali o tym w lokalnej gazecie. O jego książkach nigdy nie wspomnieli, ale raz mu się zdarzyła publiczna bójka i od razu sensacja, cholera jasna! - Ona tylko wygląda tak niewinnie - potwierdził słowa brata i obrócił twarz Mari w swoją stronę, aby skraść jej szybkiego całusa i uśmiechnął się szeroko. Po kolejnej rundzie (a raczej drinku) już nie przeszkadzało mu słuchanie, że Tillsley z kimś flirtowała, zwłaszcza że dzisiaj była tutaj z nim. Ale wewnętrzna zazdrość gdzieś tam dawała o sobie znać, bo znów usiadł tak blisko, jak było to możliwe, aby nie przeszkadzać jej w graniu na gitarze.
    A gdy padły te nieszczęsne mocne akordy po kolejce wyzwań Mari, jako jedyny drgnął, a ręka z kubkiem powędrowałą do ust. No cóż - był jedynym nieudacznikiem pijącym przy każdej kolejce oprócz swoich własnych. Trudno. Wszyscy w tym towarzystwie wiedzieli, że Jeremiah do najbardziej ułożonych i uczciwych nie należał. - Ups! Chyba tym razem to ja skończę imprezę najbardziej pijany. A tak chciałem wyłamać się ze schematu, że co najgorsze to ja - wykrzywił usta w sztucznym grymasie i - a co tam - zzerował swojego drinka do końca. Żeby się z tego nie tłumaczyć, pozbierał opustoszałe kubki i odszedł, aby dopełnić je tym razem większą ilością alkoholu niż poprzednią kolejkę. Rozdał każdemu jego napitek i zajął swoje miejsce przy Mari, której szepnął do ucha: - Zagrasz i zaśpiewasz coś swojego? Nie musisz się przyznawać, że to twoje utwory, a chciałbym je usłyszeć - zagaił miękko, po czym położył głowę na jej ramieniu, ale na krótko. Wyprostował się podchwytując spojrzenie Hannah po jej wyznaniu i bez zawahania podniósł swój kubek do ust, wypijając połowę jego zawartości. Skoro dzieciaki już spały, nie musiał być aż tak powściągliwy. - Na inżynierii i budowie maszyn nie było wielu kobiet, ale wszystkie doktorantki jadły mi z ręki - udzielił dość oszczędnego wytłumaczenia, wzruszył ramionami w geście - “no co ja zrobię, genów się nie wyprę” i uśmiechnął się do Hannah tym samym niewinnym uśmiechem, jakim raczył rzeczone doktorantki, a potem zaśmiał się krótko. Tak naprawdę nie tylko na studiach wykorzystywał swoją bezczelność do osiągnięcia mniejszych lub większych korzyści. Ze skromnością Jeremiah Dohemy miał mało wspólnego. Wystarczyło, że zaczynał się przyjaźnić ze szczerością, a to i tak wymagało pilnowania swojego języka niemalże non stop.
    Po tym, jak każde z zebranych zadeklarowało swoje stanowisko w sprawie flirtowania dla korzyści, Jeremiah bez zastanowienia rzucił swoim wyzwaniem: - Nigdy nie poszedłem do łóżka z kimś, kogo imienia nie znałem i nie pamiętałem na drugi dzień; albo jedno z obu - specjalnie użył bezosobowej formy zamiast doprecyzować płeć, aby dziewczyny nie brały dosłownie tego wyzwania. O Hannah już wiedział, że lubi też dziewczyny, ale Mari mogła się wykręcić tą nieścisłością. A nie ma co ukrywać, najbardziej interesowała go właśnie jej reakcja. Chociaż byłby mniej zazdrosny o jakiegoś anonimowego Alvaro, niż o konkretnych typów z imienia i nazwiska.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-20, 20:35


    Uśmiechnęła się przyjaźnie w ich kierunku, bo to było miłe że się o nią martwili, ale przecież to nie było nic z czym by sobie nie poradziła. Dlatego kiwnęła potwierdzająco głową, doceniając że żadne z nich nie naciskało na zwierzenia. Humor jej się nieco poprawił, bo tak bardzo chciała wierzyć w słowa Jeremiah`a. Jeszcze będzie się z tego śmiać i z tęsknotą wspominać czasy, gdy nie musiała martwić się o spuchnięte stopy, obolały kręgosłup czy nieprzespane noce.
    - Coś tam potrafię, nie mnie oceniać… - próbowała udawać nieśmiałą, ale przecież tak bardzo to do niej nie pasowało, więc zaśmiała się z rozbawieniem i zaczęła grać bliżej nieznaną melodię. – W szkole średniej razem z moją przyjaciółką Lindsay, która swoją drogą też świetnie śpiewa, byłyśmy mistrzyniami karaoke. Wygrałyśmy nawet kilka konkursów i nie ważne że nagrodą było picie w barze za darmo – po chwilowym gorszym nastroju nie było już śladu. Gdy jednak obaj Dohemy zaczęli żartować sobie, że Mari wygląda niepozornie a drzemie w niej prawdziwy diabeł wykorzystała sytuację, że Jer był obok niej i trzepnęła go w ramię. Po chwili jednak z rozbawieniem pozwoliła skraść sobie całusa i przeczesała palcami włosy, gdy oparł się o jej ramię. Dla takich momentów warto było żyć, więc korzystając z chwili faktycznie spełniła jego prośbę i zaczęła grać piosenkę, którą sama niegdyś napisała. Słowa znał tylko on. Pamiętała o dzienniku, który przeczytał kilka tygodni temu. Później sama przekazała mu kilka swoich tekstów do jego książki, więc mógł rozpoznać jeden z nich. Ciszę wokół ogniska rozbrzmiewały dźwięki gitary i jej delikatny śpiew, który na chwilę wstrzymał grę. Nie mogli narzucać szalonego tempa, bo panowie niedługo będą im tutaj zasypiać skoro nie opuszczali żadnej kolejki. Gdy Hannah zadawała swoje pytanie Mari na chwilę przerwała grę i upiła łyk pomarańczowego soku. Chyba nie powinno to nikogo dziwić, że włoszka wykorzystywała swoje wdzięki by wyciągnąć pracę domową od jakiegoś kujona albo zakręcić się tak, że zawsze wszystko uchodziło jej na sucho.
    - Szkoda tylko, że w pracy mój urok nie działa – zaśmiała się teatralnie odrzucając włosy na plecy, bo w jej rodzinie to chyba tylko ojciec potrafił ulec temu smutnemu spojrzeniu, który Mari stosowała na nim od wielu, wielu lat. Matka była nieugięta a babcia… Nie bez powodu mówią, że wnuczka jest jej kopią, więc w pracy nie mogła tego wykorzystywać. Obserwowała kto jeszcze unosił swoje kubeczki i chwilę później padło kolejne zdanie. Tym razem rozłożyła bezradnie ręce w stronę swojego mężczyzny, bo przypadkowe pijackie numerki jej nie kręciły. Jeśli liczył na jakieś brudne sekreciki tego akurat nie miała na sumieniu.
    - Nigdy nie miałam kłopotów z prawem ani nie spędziłam nocy w areszcie - zerknęła na swoich towarzyszy z ciekawością, bo skoro mieli na swoim koncie barowe bójki to kto wie co skrywały ich akta.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    36

    wiek


    właściciel warsztatu samochodowego i wypożyczalni sprzętu wodnego

    ZAJĘCIE


    ---

    UCZUCIA




      
    Brandon
       Dohemy

      
    "Keep your face to the sunshine and you cannot see a shadow.

      

      

      

      

      

      

    2020-08-20, 21:56


    - Nie, to nie do końca tak. Jakim byłbym ojcem gdybym winą za własne niepowodzenia i popełnione w życiu błędy - również te wychowawcze - obarczał własną córkę? - on jeden ponosił tutaj winę. On sam i nikt inny.
    Oj tak, wielokrotnie wracał wspomnieniami do przeszłości i poszczególnych wydarzeń będących punktami zwrotnymi w historii zwanej życiem gdybając i układając w głowie miliony innych scenariuszy. Nie było to ani rozsądne ani dla niego dobre bo ugrzązł w tej chorej sytuacji jak w gęstym mule i po dziś dzień za cholerę nie mógł się z niego wydostać. Wehikuł czasu nie istniał, nie dało się cofnąć minionych wydarzeń ani wrócić do przeszłości, kiedy wszystko jeszcze jakoś w miarę dobrze się układało. Próbował ruszyć ze swoim życiem dalej, naprawdę. Ale potem, zawsze w najmniej spodziewanym momencie znów dostawał obuchem w głowę i wracał do punktu wyjścia błądząc w plątaninie własnych uczuć jak jakieś dziecko we mgle. To był właśnie ten moment, kiedy poczuł ów uderzenie. Huk, który słyszalny był wyłącznie w jego głowie dosłownie rozsadzał mu bębenki. Delikatny grymas wykrzywił jego twarz, gdy próbował zmierzyć się z pytaniami zadanymi przez Mayfair. Uderzyła w jego czuły punkt, a Dohemy - sądząc po jego reakcji - nie był chyba jeszcze gotowy na tę rozmowę.
    - Nie jesteś żadną nagrodą pocieszenia, coś ty sobie ubzdurała..? - przez chwilę wyglądał tak, jak gdyby faktycznie zamierzał dać się wciągnąć w tę cholernie niewygodną dla niego dyskusję, ale pojawienie się Mari i Jeremiasza skutecznie zamknęło mu usta. I całe szczęście. - Proszę cię, Hannah... Możemy odłożyć tę rozmowę na potem? - na takie dłuższe, dłuższe potem? Bo prawdopodobnie czas i miejsce nigdy nie będą dla niego dość odpowiednie. Coś czuł, że nastrój jaki chwilę temu się między nimi wytworzył pryśnie zaraz jak mydlana bańka. Ostatnie czego chciał to sprawić Hani przykrość, a był prawie pewien, że to właśnie przed chwilą na wpół świadomie uczynił.
    Grobowe spojrzenie brata w zasadzie zignorował. Przecież o nic nie wypytywał, racja? Chciał tylko zapewnienia, że cokolwiek się stało - sytuacja jest już pod kontrolą. Nic więcej. Otrzymał je zresztą chwilę potem od samej Mari.
    Palce bruneta zacisnęły się ciasno wokół napełnionej przed chwilą przez Jeremiasza szklanki, a potem poniosły ją wprost do jego ust wlewając w nie około połowy całej zawartości. Wyszło mu to dość naturalnie, jakby po prostu kontynuował grę i przyznawał się właśnie do flirtowania z kobietami w celu osiągnięcia jakichś korzyści, ale wprawne oko, zwłaszcza kogoś kto znał go względnie dobrze zauważyłoby na pewno, że już od dłuższego czasu był trochę nieobecny i podejrzanie milczący. Niby patrzył po roześmianych twarzach czasami nawet ściągając w uśmiechu własne wargi, a jednak wątek jako taki zgubił już dobrych parę minut temu. Nie miał pojęcia o co go właściwie pytają i chyba też zapomniał, że grali w jakąś grę bo znowu nieumyślnie przepuścił swoją kolejkę. Z letargu ocknął się dopiero w momencie, gdy siedząca na jego kolanach kobieta poruszyła się niespokojnie w niewiadomym celu. Instynktownie objął ją mocniej w pasie bo tylko ten gest dawał mu jakąś gwarancję, że mimo wszystko nigdzie mu nie ucieknie.
     
    imię / nick:---
    multi:Elias, Riley
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    29

    wiek


    let's have some fun, this beat is sick

    ZAJĘCIE


    I wanna take a ride on your disco stick

    UCZUCIA




      
    Hannah
       Mayfair

      
    "she's made of outer space and her lips are like the galaxy's edge and her kiss the color of a constellation...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-20, 23:01


    Nigdy nie była w podobnej sytuacji, a jednak potrafiła sobie wyobrazić jak potężny chaos panował teraz w głowie Brandona, za co wcale go nie winiła. Domyślała się, że gdyby to jej związek rozpadł się przez rodzinne niesnaski, rozstanie wcale nie byłoby równoznaczne z nagłym i szybkim wygaśnięciem uczuć. Byli przecież tylko ludźmi, nie wypranymi z emocji, zimnymi robotami. A jednak zrobiło się jej odrobinę przykro, bo lubiła go, coraz bardziej się angażowała i naprawdę chciała wierzyć w czystość jego intencji. Mimo to gdzieś w jej środku drżała obawa, że w pewnym momencie Dohemy zda sobie sprawę, że to jednak nie to. Że tęskni za byłą dziewczyną, że zda sobie sprawę z tego, że wciąż ją kocha i jej potrzebuje i postanowi zawalczyć o przyszłość ich relacji. A ona nie chciała ładować się w związek bez przyszłości. Była coraz starsza, coraz trudniej było jej przełknąć gorycz porażki, coraz ciężej jej było się po wszystkim pozbierać.
    Westchnęła cicho, widząc te wszystkie uczucia malujące się na jego twarzy. Nie skomentowała ich jednak słowem, po prostu kiwnęła głową na znak zgody, bo jakie właściwie miała inne wyjście? Zresztą, nigdy nie należała do osób, które wbrew czyjejś woli, ciągną kogoś za język i zmuszają do niewygodnych wyznań. Po prostu chciała wiedzieć na czym stoją, a on choć nie powiedział wiele, powiedział wystarczająco, aby w jej głowie pojawiła się jakaś tam wizja ich relacji, a uczucia nieco ostygły. Ponownego zranienia bała się jak diabeł święconej wody. Resztka instynktu samozachowawczego kazała jej więc zareagować tak, a nie inaczej.
    “Wy, ludzie małej wiary” zwróciła się do przyjaciół, przybierając na twarz swobodny uśmiech. Aktorką jednak była kiepską, to też widać było po niej, że coś ją trapi. Na szczęście, nikt nie zadawał zbędnych pytań. “Nigdy nie wszczęłam burdy, a przynajmniej nie celowo. O żadnej niecelowej też sobie nie przypominam” przyznała, wzruszając ramionami. “A Tobie słonko mam nadzieję, że nikt więcej buzi nie oklepie. Masz taką ładną twarzyczkę, szkoda, gdyby w końcu coś Ci się stało” zwróciła się do Jeremiasza, wystawiając mu język.
    Gdy zaś rozmowa skupiła się na wokalnych zdolnościach Carlotty, twarz Hani rozjaśnił autentyczny uśmiech. Posłała brunetce roziskrzone spojrzenie, zerkając to na nią, to na gitarę.
    “Nie mam pojęcia dlaczego wcześniej o tym nie widziałam, ale to nie istotne. W przyszłym tygodniu jedziemy do Van na karaoke” zarządziła, w międzyczasie upijając jeszcze kilka łyków alkoholu. W głowie już jej szumiało, ale nie na tyle, aby po poważnej rozmowie z Brandonem przetrwać resztę wieczoru. Przez moment Mayfar nie mówiła więc nic, wsłuchując się w wyśpiewywany przez Tillsley fragment piosenki pociągała raz za razem ze szklanki, zastanawiając się, w którym momencie tak przeokrutnie zjebała i zabiła atmosferę. Czasu jednak nijak nie potrafiła cofnąć.
    “Czy to prawda co mówią o doktorantkach na inżynierii? Że to piekielnie mądre, ale niezbyt urodziwe kobiety?” zapytała zaciekawiona. Niby stereotypy stereotypami, ale jednak skądś się one brały. “Och, Mari. Jak znajdziesz sposób na to, żeby szef jadł Ci z ręki, daj znać. Mój to prawdziwy wrzód na tyłku” przyznała, unosząc do góry kubeczek w momencie, w którym Jeremiasz zadał swoje pytanie. Cóż, nie był to powód do chluby, ale też nie wstydziła się przesadnie. Była kobietą, miała swoje potrzeby, nikogo przy tym nie raniła.
    “Od razu sprostuję, nigdy nie zapomniałam imienia osoby, z którą się przespałam. Po prostu… zdarzało się, że... nie pytałam. Oddzielanie uczuć od fizyczności nie jest proste, a to… pomaga” mruknęła, niechętnie się przed nimi odsłaniając. Niechętnie, bo w tej konkretnej chwili robiła to jako jedyna, czuła więc na sobie ich ciekawskie spojrzenia i zagadkowe uśmiechy, a to mimo wszystko nieco ją krępowało. Tym bardziej, że temat był delikatny.
    “Och, znowu ja” westchnęła, gdy pałeczkę dla odmiany przejęła Mari i znów… jednym zdaniem zmusiła ją do picia. “Nie mam na myśli niczego konkretnego, żadnej przypałowej historii. Po prostu kiedy pracowałam jako dziennikarka śledcza, często wchodziłam policjantom i federalnym w paradę i zdarzało się, że miałam z tego powodu nieprzyjemności. Długo by tu opowiadać” wzruszyła ramionami, bo w jej starej pracy awantury i niesnaski z mundurowymi były na porządku dziennym.
    “Hej, chcesz się już położyć?” na moment odwróciła się twarzą do swojego towarzysza. “Było tak miło, a ja to wszystko zepsułam… przepraszam. Nie miałam niczego złego na myśli, po prostu… chciałam wiedzieć na czym stoję... na czym stoimy” mruknęła cicho, tak, że tylko on mógł ją usłyszeć. Szybko jednak znów odwróciła się do niego plecami, nie chcąc wprawiać go w jeszcze większe zakłopotanie. “Okej… niech będzie… nigdy nie doprowadziłam się do takiego stanu, że film mi się urwał. Nawet podczas największych imprez, potrafiłam wyczuć ten moment, w którym powinnam już przestać i odstawić kieliszek” przyznała, uśmiechając się lekko, gdy tylko dłonie bruneta zacisnęły się na jej talii, a ona poczuła na karku jego ciepły, łaskoczący oddech.
     
    imię / nick:sashayaway / Hania
    multi:Sia!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 0
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-08-21, 19:17


    Słuchał melodii granej i śpiewanej przez Mari patrząc w płomień ogniska. Jej ciepły głos miło otulał go ze wszystkich stron niosąc się w ciszy lasu i jeziora. Wyłapał znajome fragmenty i mimo iż napisała te teksty zapewne przed wpakowaniem się w romans z żonatym facetem, to odnajdywał w nich odniesienie do ich relacji w rozumieniu ogólnym. Ale na tym właśnie polegał urok takich piosenek - wychwytywało się z nich to, co chciało się usłyszeć. Uśmiechnął się lekko, kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki drgających strun i szepnął jej do ucha ciche “dziękuję”.
    - Ująłbym to tak: spośród inteligencji, wyglądu i fajnego charakteru zawsze brakowało im przynajmniej jednego - wyjaśnił Hannah i szczerząc zęby poklepał się po policzkach ze sztuczną skromnością, gdy wspomniała jego śliczną buzię. Do której to uniósł drinka i wypił kolejne łyki, bo na komisariacie też siedział nie raz i nie dwa. - Powiedzmy, że lubiłem robić na złość ojcu i sprawdzać, do czego jest w stanie się posunąć, żeby wydobyć synalka z aresztu. Dopóki pewnego dnia nie powiedział “dość” i przesiedziałem za kratami cały wymiar kary. Nie polecam. - Zainteresowało go za to wytłumaczenie Hani. Dziennikarstwo śledcze brzmiało niezwykle ciekawie! A nuż udałoby mu się znaleźć jakiś ciekawy wątek, który mógłby wykorzystać w swojej kolejnej książce? Inspiracji nigdy za wiele! Szybko jednak i Mayfair rzuciła takim nigdynierobieniem, które najpierw wprawiło Jeremy’ego w zdumienie, a potem pokręcił głową z niedowierzaniem. Spodziewał się, że prędzej czy później każdemu w życiu zdarza się taki epizod - w końcu jak najlepiej nie odkryć swoich granic, zanim nie zaliczy się zgona? - Twoje zdrowie, Hannah. - Zzerował kolejny kubek i odstawił go na stolik wstając, aby jeszcze sobie dolać. - W tym tempie skończę tak po raz kolejny. Czy padnie wreszcie jakieś takie stwierdzenie, na które nie będę musiał pić? Chociaż jedno? - Etap imponowania ilością wypitego alkoholu miał już za sobą, ale jak zabawa to zabawa, a że wszyscy mieli takie a nie inne pomysły, to już nie jego wina! Wzruszył ramionami ostentacyjnie, jakby robiło mu to jakąś różnicę, ale mówił to wszystko z humorem… dopóki jego spojrzenie nie padło na nieobecnego duchem Brandona. Westchnął lekko. Wcześniej brat wysłuchał jego, czyżby przyszła kolej na wyrównanie rachunków?
    - Chodź, pomożesz mi coś przynieść z samochodu - zakomenderował poklepując mężczyznę po ramieniu. Nie musiał się wysilać z lepszą wymówką, chociaż na końcu języka miał uwagę o tym, że słyszy jakieś dźwięki z lasu i powinni sprawdzić, czy to przypadkiem nie niedźwiedzie - kto jak kto, ale Brandon wyłapałby aluzję - jednak podarował sobie. Był w otoczeniu inteligentnych ludzi, którzy na pewno bez problemu domyślili się, dlaczego chciał oddalić się od grupy. - Skoro podniosłeś kubek do ust, zanim Hannah zaczęła w ogóle mówić swoje wyznanie, to znak, że już wyłączyłeś się totalnie. U was też wszedł ciężki temat pod naszą nieobecność? - zapytał cicho w drodze do samochodów, żeby dziewczyny nie słyszały. Kliknął pilotem od auta i otworzył drzwi bagażnika tylko po to, aby usiąść na filcowym materiale wyściełającym jego podłogę. Samochód stał przodem do ogniska, dlatego ani Mari, ani Hannah nie mogły ich dostrzec ze swojego miejsca. - Słuchaj, nie powiem ci, o co nam chodziło, bo to sprawa Mari i nie mam prawa dzielić się jej problemami. Widzę jednak, że i ciebie coś gryzie, a przez to psujesz humor nam wszystkim, więc… dla odmiany pozwól młodszemu bratu pobawić się w małego terapeutę. A jak wypiłeś jeszcze za mało na zwierzenia, to… - sięgnął głębiej między jakieś torby i wyciągnął butelkę z alkoholem i wyciągnął ją w stronę Brandona. Sam za to założył nogę na nogę, złożył na kolanie położone na sobie dłonie i wyprostował się na ile pozwalał mu dach samochodu. Minę przybrał w pełni profesjonalną i z neutralnością właściwą dla zawodu w jaki się wcielał, podjął wątek: - Więc jakie problemy sprowadziły cię do mojego skromnego gabinetu, Brandonie? Wybacz brak kozetki, wyszły z mody w zeszłym sezonie, od tego stawiamy na niekonwencjonalne formy terapii… - próbował humorem rozładować trochę atmosferę, ale z samego wyrazu twarzy brata niewiele był w stanie wyczytać.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-21, 21:19


    Świetnie się bawili, ciągle śmiejąc się i opowiadając sobie najbardziej wstydliwe historie ze swojego życia. Każde z nich na swoich plecach dźwigało inny życiowy bagaż a mimo wszystko tego wieczora poczuli się tak beztrosko, jakby znowu mieli po osiemnaście lat i koniec wakacji spędzali na biwaku nad jeziorem. Z czułością spojrzała na zadowolonego Jeremiah`a, któremu uśmiech nie schodził z twarzy. Podejrzewała że to nie tylko zasługa jej piosenki, którą jako jedyny znał ale także tego, że wszystko układało się idealnie. Ciepły wieczór, ognisko i najbliżsi przyjaciele. Nawet relacje z jego bratem nie wyglądały jakoś bardzo skomplikowanie. Gdy opróżniali swoje kubeczki Mari znowu bezradnie rozłożyła ręce, bo nie zdarzyło jej się by kompletnie urwał jej się film.
    - Niestety pamiętam wszystko z tamtego wieczora – zaśmiała się wbijając palec w bok mężczyzny, który posłał jej rozbawione spojrzenie. Miała oczywiście na myśli swoją urodzinową imprezę, gdzie ze wściekłości na niego popijała jednego drinka za drugim aż musiał odebrać ją pijaną z klubu. – No prawie wszystko, ale film mi się nie urwał – wytknęła w jego stronę język i dopiła swój sok. Obserwowała jak wstaje z miejsca i porywa Brandona, który przez ostatnie kilka minut wydawał się jakiś nieobecny. Mari nie znała go na tyle dobrze by przy wszystkich pytać czy coś się wydarzyło, to nie była jej sprawa, więc tylko uśmiechnęła się do nich, chociaż wiedziała że wcale nie potrzebują nic z bagażnika. Jeremiah chciał po prostu pogadać z bratem więc by upewnić ich, że im wierzy krzyknęła jeszcze za nimi – Weźcie z bagażnika jakieś koce, później na pewno zrobi się chłodno – i bez żadnego zawahania przesiadła się obok przyjaciółki, wcześniej dolewając jej alkoholu a sobie owocowego soku. Zerknęła jeszcze na namioty w których nie widać było żadnego ruchu, światło z tabletu Thomasa już też jakiś czas temu zgasło, więc smacznie i grzecznie sobie spali.
    - Gdyby nie fakt, że kilka metrów dalej śpią dzieci poczułabym się jak nastolatka – wypowiedziała swoją wcześniejszą refleksję na głos i chwilę spoglądała w ognisko. – Dlaczego mam wrażenie, że podczas naszej nieobecności poruszyliście jakieś niewygodne tematy? Co się stało? – kiwnęła głową w stronę samochodu, gdzie bracia Dohemy na pewno rozmawiali na podobne tematy. Hannah i Brandon do siebie pasowali, tworzyli zgraną parę i Mari miała wrażenie, że oboje mają na siebie bardzo dobry wpływ. Coś było w nich, co sprawiało że na sam ich widok razem uśmiechała się. Ach Ci bracia Dohemy.

    *w końcu jako pierwsza skróciłam <3 *

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    36

    wiek


    właściciel warsztatu samochodowego i wypożyczalni sprzętu wodnego

    ZAJĘCIE


    ---

    UCZUCIA




      
    Brandon
       Dohemy

      
    "Keep your face to the sunshine and you cannot see a shadow.

      

      

      

      

      

      

    2020-08-23, 16:56


    - Nie, nie przejmuj się. - odparł tylko na pytanie Hani, a kiedy odwróciła się do niego znów plecymi nachylił się na nią odrobinę i złożył na jej obnażonym karku krótki, ciepły pocałunek. Żadna w tym jej wina, miała prawo wiedzieć. Jej jedynym przewinieniem było to, że zadała swoje pytanie o złym czasie, porze i okolicznościach bo trudno było rozmawiać na tak poważne tematy w czyimś jeszcze towarzystwie, zwłaszcza gdy dla niego osobiście były one wybitnie niewygodne. Zaraz mu przejdzie, po szocie albo trzech. Ostatnie czego chciał to psuć innym zabawę. Niestety Jeremiah wyłapał zmianę w jego zachowaniu zanim jeszcze ten zdążył wziąć się w garść i od razu... wezwał go na dywanik. Klepnięty w ramię westchnął bezgłośnie, a potem przeprosił siedzącą mu na kolanach Mayfair i udał się w ślad za bratem. Jego pytanie zdawał się puścić mimo uszu choć w rzeczywistości zbierał myśli zastanawiając się jak wiele mógł mu powiedzieć i od czego właściwie powinien zacząć. Usadził dupsko obok brata na filcowym materiale podłogi bagażnika i bez namysłu sięgnął po wręczoną mu butelkę.
    Docenił żart choć wcale się z niego nie zaśmiał. Wiedział doskonale co miał na celu - rozluźnić trochę atmosferę i przegnać z jego twarzy ten ponury wyraz.
    - Ja bym mimo wszystko stawiał na komfort pacjenta, a nie ślepo podążał za modą. - skwitował półżartem i pociągnął z szyjki konkretny łyk alkoholu.
    - Pytałeś mnie wcześniej czy ja i Hannah to tak na poważnie. - zmarszczył lekko czoło spoglądając z boku na brata. - Cóż... wydaje mi się, że wszystko ku temu zmierza. - brzmi jak dobra wiadomość, czyż nie? A jednak coś go ewidentnie trapiło. Podwinął jedną nogę na bagażnik i ugiąwszy ją w kolanie - wsparł na nim przedramię. Zakręcił butelką w dłoni spoglądając z namysłem przez szkło na jej zawartość. - Powiedziałem jej o Mili i Mae, a co za tym idzie - również o mojej relacji z Elle i bolesnym rozstaniu po długich latach związku. - wyznał wreszcie. - Pytała czy na pewno mam ten etap za sobą. Czy nie chciałbym... wiesz, spróbować tego naprawić i mimo wszystko do niej wrócić. Nie mam jej tego absolutnie za złe, każdy na jej miejscu... - a przynajmniej ten, kto traktuje tę relację poważnie. - ...po usłyszeniu takiej historii pewnie by o to zapytał, chociażby po to by dowiedzieć na czym właściwie stoi. - przerwał na chwilę i pociągnął kolejny łyk z butelki. - Tyle, że ja milczałem jak skończony dupek, Jer. Poprosiłem żebyśmy przełożyli tę rozmowę na kiedy indziej ale... umówmy się - to tylko odwlecze w czasie to co i tak stać się musi. - a czego, sądząc po jego zachowaniu widocznie wcale nie chciał. Niepotrzebnie się w tę relację tak bardzo angażował, ich relacja dawno wykroczyła poza definicję zwykłego romansu, a mimo to nie próbował tego powstrzymać.
    - Nadal kocham Elle, Jer. - z ciężkim westchnieniem, kciukiem i palcem wskazującym rozmasował przestrzeń między oczami. - Chociaż to raczej niemożliwe żebyśmy kiedykolwiek do siebie wrócili bo ona już dawno temu wymazała mnie ze swojego życia. - nie zmieniało to jednak faktu, że to nadal nie fair w stosunku do Mayfair. Sama przecież powiedziała, że nie chciałaby być jego nagrodą pocieszenia i wbrew temu co jej wtedy odpowiedział - doskonale rozumiał co miała na myśli. Nie chciał jej w ten sposób traktować, a jednocześnie... Nie potrafił dać jej tak po prostu odejść. Tych kilka spotkań w zupełności wystarczyło by stracił dla niej głowę.
     
    imię / nick:---
    multi:Elias, Riley
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    29

    wiek


    let's have some fun, this beat is sick

    ZAJĘCIE


    I wanna take a ride on your disco stick

    UCZUCIA




      
    Hannah
       Mayfair

      
    "she's made of outer space and her lips are like the galaxy's edge and her kiss the color of a constellation...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-23, 19:41


    Gdy ucałował jej rozgrzany kark na jej twarzy pojawił się słodko-gorzki uśmiech. Lubiła go, lubiła jego bliskość. Mieli podobne poczucie humoru, świetnie się dogadywali. Sama nie wiedziała kiedy ich relacja nabrała głębi, a oprócz wzajemnej fascynacji i palącego pożądania pojawiły się uczucia. Z trudem powstrzymała więc cisnące się na usta westchnięcie i odprowadziła Brandona wzrokiem, zastanawiając się, czy rozmowa z bratem polepszy, czy też pogorszy całą sytuację. Wszystko to była dla niej jedna wielka niewiadoma, dlatego też zamiast zadręczać się w ciszy, spojrzała na przyjaciółkę, która rozumiejąc powagę chwili postanowiła zadbać o nią najlepiej jak tylko umiała - przysiąść się obok, uzupełnić jej szklaneczkę alkoholem i otulić swoim miękkim, aksamitnym głosem - i objęła ją ramieniem, chłonąc ciepło bijące od jej drobnego, kobiecego ciała. Już samo to, że miała ją obok siebie było dla niej niesamowicie kojące. Przynosiło jej błogą ulgę i wytchnienie. Kąciki jej ust mimowolnie drgnęły więc ku górze. Ten stan rzeczy utrzymał się jednak jakieś raptem pięć sekund, wszystko za sprawą pytania brunetki, które jak magnes - przyciągnęło do niej nieproszone myśli. Najprostszym wyjściem byłoby je zignorować, udać, że problem jej nie dotyczy, że wszystko jest w porządku. Były jednak same, a Carlotta posiadała tę magiczną umiejętność rozwiązywania języka Mayfair. Wystarczyło jedno spojrzenie Mari, a Hania już śpiewała jej wszystko jak na spowiedzi, co choć z początku było cholernie niewygodne i niekomfortowe, w ostatecznym rozrachunku naprawdę jej pomagało. Zerknęła więc na nią ostrzegawczo, upiła sporego łyka alkoholu i… zaczęła mówić, o wszystkim co leżało jej na sercu.
    “Dlatego, że… masz rację” oznajmiła, krzywiąc się lekko. “Zapytałam o to, kim jest Mila. Okazało się, że jego córką. Jedną z dwóch. Jest jeszcze starsza, która… poniekąd przyczyniła się do rozpadu jego poprzedniego związku” westchnęła, wbijając wzrok we własne dłonie. Tak bardzo jak nie przerażała jej wizja buntu rozpieszczonej nastolatki, tak cholernie smuciła ją myśl, że facet, na którym jej zależało wciąż nie do końca pogodził się z rozstaniem, bo to z kolei budziło w niej obawę, że któregoś dnia postanowi zawalczyć o rodzinne szczęście, a ona znowu zostanie sama. Ze złamanym sercem. “Zapytałam się o to, czy na pewno uporał się z przeszłością, czy jest gotowy ruszyć dalej, a on… nie powiedział wiele, ale wystarczająco, żebym wiedziała, że.. że chyba nie” przyznała, opróżniając do końca swoją szklaneczkę. “Już tyle razy byłam zraniona, że z każdym kolejnym powinno być łatwiej, ale jest dokładnie na odwrót, a ja nie chcę więcej cierpieć” dodała, wbijając w nią swoje wielkie, czekoladowe oczy. “Tyle dobrego, że wyjaśniliśmy to już sobie na początku. Przynajmniej wiem, czego się spodziewać i… czego się nie spodziewać” podsumowała, zaciskając usta w wąską kreskę. “Powiesz mi o co chodziło z tym sms’em? Widziałam, że coś bardzo Cię poruszyło. Teraz Twoja kolej na zwierzenia. Dobrze się czujesz, wszystko w porządku?” zapytała, cmokając brunetkę w czubek głowy. Każdego dnia się cieszyła, że ich ścieżki się skrzyżowały, a ona zyskała tak fantastyczną przyjaciółkę jak Carlotta.
     
    imię / nick:sashayaway / Hania
    multi:Sia!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 0
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-23, 20:08


    Mari miała nadzieję, że cały limit dramatów na weekend wyczerpali już na samym początku gdy dziewczyny takim podstępem zmusiły swoich mężczyzn do spędzenia razem czasu. Bracia wydawali się świetnie dogadywać i gdyby nie znała prawdy powiedziałaby, że są ze sobą całkiem blisko. Rzuciła jeszcze okiem w stronę samochodu, jednak usiedli tak, że nie było ich widać. Totalnie zapomniała o swoich problemach, bo po twarzy przyjaciółki widziała, że gryzie ją poważna sprawa. Co takiego podczas jej nieobecności mógł powiedzieć Brandon, że ta iskra w jej oczach nieco przygasła? Z uwagą słuchała jej słów i nie dowierzała, że wszystko jest już tak określone.
    - Jednego czego nauczyłam się przez ostatnie tygodnie to, że przy kimś o nazwisku Dohemy nie można traktować wszystkiego tak dosłownie – próbowała się do niej uśmiechnąć nieco pokrzepiająco, bo dobrze wiedziała jak bywa z nimi ciężko. Tyle niedopowiedzeń, domyślania się i doszukiwania się drugiego dna. Nieustanna niepewność bywała męcząca, więc tylko położyła swoją dłoń na dłoni kobiety i dalej słuchała jej opowieści. Czyli on też miał dwójkę dzieci? I to starsze od dzieci Jeremiasza? Rozumiała jej wszystkie wątpliwości i było jej szkoda, że wyszło to akurat teraz, gdy całą czwórką mieli się po prostu świetnie bawić a nie komplikować swoje relacje. – Wiesz… - zaczęła niepewnie przez chwilę wpatrując się w ognisko. Próbowała sobie ułożyć w głowie wszystkie słowa, ale chyba czego by nie powiedziała niekoniecznie musiało to odnieść pozytywny skutek. – Mamy po trzydzieści lat, więc każdy z nas dźwiga na plecach jakiś bagaż. Pewni ludzie gościli już w naszych życiach, naszych sercach i chyba nigdy nie da się wyrzucić ich tak na dobre. Zobacz na mnie. Drake od dziesięciu lat miesza w moim życiu, pomimo że nie jesteśmy razem. I nie mogę powiedzieć, że nie darzę go żadnymi uczuciami, bo byłoby to kłamstwo. Ale nie jest to miłość, to sentyment. Darzyć kogoś uczuciami nie znaczy, że chce się z tą osobą być. Może tak jest między nimi? – to było jedynie przypuszczenie, bo nie można było wymagać od ludzi w tym wieku że przychodzili z czystymi kartami a nowe związki były proste. Jeśli faktycznie coś go łączyła z byłą partnerką a świadomie angażował się w relację z Hannah to znaczyło że sam tego chce. Dlatego uśmiechnęła się do niej i dolała jej alkoholu. Westchnęła ciężko słysząc pytanie z ust przyjaciółki, bo nie wiedziała czy jest gotowa komukolwiek się zwierzać.
    - To trochę trudne – przygryzła dolną wargę i wyciągnęła nogi przed siebie – Pamiętasz jak powiedziałam Ci, że poprosiłam Jeremiah`a by zrobił mi dziecko? Przed moim wyjazdem do Włoch? To było wariactwo ale miało swój powód, bo dowiedziałam się, że być może nigdy nie zajdę w ciążę. A ja chcę mieć dziecko, chociaż jedno. Jego dzieci są cudowne i Emily dawno skradła moje serce, ale wiesz… to nie do końca to samo. I nie jestem pewna czy Jeremy też by chciał jeszcze jedno czy zgodził się tylko dlatego bym była szczęśliwa. Przez to mam wątpliwości. A ta wiadomość… Siostra Drake`a wysłała mi zdjęcie usg, spodziewa się drugiego dziecka – wzruszyła ramionami, bo nie chodziło tutaj o zazdrość, bo to do Mari podobne nie było. Po prostu to nie był dobry moment, gdy nie do końca pogodziła się ze swoimi problemami.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-08-23, 21:21


    - Terapia ma być trudna, okej? Sorry, komfort pacjenta to mrzonki poprzedniej epoki, dla rozwoju nauki potrzeba innowacji. I poświęceń jednostki - wzruszył obojętnie ramionami, ale uśmiech już zniknął z jego twarzy, kiedy brat zaczął mówić.
    Nie przerywał Brandonowi pozwalając mu się wygadać. Nawet w trakcie przerw w wypowiedzi po prostu milczał i analizował. Tak czuł, że po “wszystko ku temu zmierza” padnie coś niezbyt pomyślnego, skoro wyraz twarzy brata dalej pozostawał nieodgadniony, a sam mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby bił się z myślami.
    Cholera, myślałem, że z boku takie zamyślenie wygląda bardziej… melodramatycznie? A może już za długo napatrzyłem się na tę mordę, żeby móc na to tak spojrzeć? Jakże współczujące myśli pojawiły się w głowie Jeremiaha, ale szybko je od siebie odgonił dochodząc do wniosku, że jego profil na pewno prezentował się lepiej w podobnych chwilach.
    A gdy wreszcie padło clou problemu, Jeremiah zagwizdał z wrażenia i zabrał z rąk brata butelkę, żeby samemu wychylić kilka łyków. No dobra, na coś takiego nie był gotowy. To już był problem przekraczający jego kompetencje. Ale nie zamierzał poddawać się tak łatwo!
    - Hannah jest bardzo otwartą kobietą, ale wątpię, czy będzie chciała zaangażować się w relację jako trzeci element układanki. - Jakoś użycie określenia z trójkątem nie chciało mu przejść przez usta nawet mimo wypitego alkoholu. - A właściwie piąty, jeśli wliczymy twoje córki - nie pomagasz, chłopie, nie pomagasz, pomyślał zagryzając niezręcznie dolną wargę. - No to masz dylemat, stary. - Niezwykle pomocny z niego terapeuta, nie ma co! Ale on sam nie stał przed podobnym wyborem. Nie kochał Kourtney, więc gdy zakochał się w Mari na poważnie, wybór - mimo iż nie do końca taki prosty - pozostawał oczywisty. Sam siedział chwilę w milczeniu, próbując znaleźć jakąś boczną perspektywę na rozwiązanie tej zagwozdki, jednak w jego głowie nie pojawiały się żadne mądre rady. Zrobił zatem to, co sprawdzało się niezawodnie - zamiast analizować, zaczął działać: - Dobra, ja nie jestem Hannah, więc mi możesz odpowiedzieć - masz ten etap za sobą? Kochasz ją tak tylko z przyzwyczajenia, bo jest matką twojej córki, czy faktycznie… no wiesz… - no, Jeremiah, jak kocha się kobietę? Z tym pytaniem sam miał problem, dopiero zaczynał się tego uczyć. - No tak, że jakby ci powiedziała, że “ma migrenę” - zrobił palcami cudzysłów sugerując tym samym, że owa migrena jest tylko wymówką - to pokiwałbyś głową ze zrozumieniem, bez nacisków przytuliłbyś się do niej na łyżeczkę i poszlibyście spać z uśmiechem na ustach, mimo że cały wieczór myślałeś tylko o tym, co zrobisz, jak wreszcie pójdziecie do łóżka? Z Elle, nie Hannah - (bo Hannah by się pewnie nie wykręcała) doprecyzował nie wiedzieć czemu. Chyba tylko dlatego, że alkohol zaczynał mieszać mu w głowie i jego zdanie nie brzmiało wcale tak sensownie, jak pierwotnie zakładał. - Nie, wróć, to było złe porównanie. Ale wiesz, o co mi chodzi, głupi nie jesteś. To akurat ważne w kontekście tego, co dalej z tobą i Hannah. - Klepnął brata w ramię i oddał mu butelkę, bo jemu bez dwóch należało się więcej alkoholu.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    29

    wiek


    let's have some fun, this beat is sick

    ZAJĘCIE


    I wanna take a ride on your disco stick

    UCZUCIA




      
    Hannah
       Mayfair

      
    "she's made of outer space and her lips are like the galaxy's edge and her kiss the color of a constellation...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-23, 22:24


    Limit dramatów? O słodka naiwności! Gdy tylko w życiu Hannah zaczynało się układać, nagle działo się coś, co sprawiało, że wszystko stawało na głowie. Ile razy tylko się jej wydawało, że jest już bliska odnalezienia wewnętrznego spokoju i stabilizacji, bum. Jeden kryzys gonił kolejny. Co kiedyś nawet ją bawiło, przecież lubiła, gdy dookoła działo się wiele. Im jednak była starsza… tym mniejszą ochotę miała na użeranie się z problemami i coraz częściej łapała się na tym, że gdyby tylko mogła, rzuciłaby wszystko w cholerę i zaszyła się w jakiejś głuszy. Oczywiście, rozwiązanie to posiadało całe mnóstwo minusów. Musiałaby wtedy zostawić w Deep Lakes całą swoją rodzinę, wszystkich bliskich i znajomych, a to nie wchodziło nawet w grę. Niemniej jednak, czasem naprawdę, jedynym czego jej brakowało był święty spokój. Miała już dość komplikacji, burzliwych związków, zagmatwanych relacji z mężczyznami. Gdyby tak chociaż raz dla odmiany mogła szczęśliwie się zakochać, stworzyć zdrowy, stabilny związek…
    “Branie rzeczy niezbyt dosłownie ma jeden minus, zbyt duży margines błędu. Łatwo można się przeliczyć” mruknęła, raz za razem pociągając ze swojego kubeczka. Była urodzoną optymistką, na świat zawsze patrzyła przez różowe okulary, a jednak w temacie związków… często czuła się zagubiona. Nie chciała zbyt wiele sobie wyobrażać, bo też i faceci, z którymi się dotychczas spotykała przyzwyczaili ją do tego, co najgorsze. Wszystkie jej związki były w gruncie rzeczy bowiem bardzo do siebie podobne. Na początku prawdziwe fajerwerki, wielka ekscytacja, namiętność, a potem tylko kłótnie, wzajemne pretensje, kłamstwa, tajemnice. Byli panowie ze zbyt ciężką ręką, Ci, którzy ją zdradzali, oszukiwali. Gdyby chciała opowiedzieć o swoich miłosnych porażkach, wieczoru by jej pewnie nie starczyło.
    Wysłuchała słów przyjaciółki w milczeniu. Miała rację, a przynajmniej Hania bardzo chciała w to wierzyć. Czułaby się jednak o wiele spokojniejsza, gdyby tego typu zapewnienia padły nie z ust Mari, a Brandona. Cisza, z którą ją zostawił burzyła jej krew i przyprawiała o niespokojne myśli. Mimo to, była wdzięczna, że Włoszka stara się poprawić jej humor. Naprawdę to doceniała. Wyciągnęła więc w jej stronę dłoń i z czułością pogłaskała ją po ramieniu.
    “Jak nie wyjdzie nam z braćmi Dohemy, zostaniemy parą. Będę dla Ciebie najlepszą dziewczyną na świecie, masz moje słowo” rzuciła, puszczając jej oczko. Nawet, jeżeli to, co działo się teraz w jej głowie mocno oddziaływało na jej nastrój, użalanie się i załamywanie rąk nie leżało w jej naturze. Poza tym, impreza wciąż trwała, a ona nie chciała, żeby przez jej niewyraźną minę pozostałym biwakowiczom udzielił się podły nastrój. Nie ważne jak źle u niej było, zawsze myślała o innych. Właśnie tego typu osobą była. Empatyczną, sympatyczną, serdeczną i otwartą.
    “Hej, słońce. Nie jesteś Jeremiaszem, skąd wiesz, że zgodził się tylko dlatego? Myślę, że zależy mu na Tobie i chce Cię uszczęśliwić, ale… nie wydaje mi się, żeby to był jedyny powód. To duża decyzja, a on absolutnie uwielbia swoje dzieci i jest w nie zapatrzony jak w obrazek. Bardziej bym obstawiała, że naprawdę myśli o Tobie poważnie i chce stworzyć z Tobą rodzinę, w każdym rozumieniu tego słowa” odparła miękko, posyłając kobiecie nieśmiały uśmiech. “A co do tego, że może nigdy nie zajdziesz… Mari, lekarze to tylko ludzie. Popełniają błędy, mylą się. Pójdź do pięciu lekarzy, a każdy wystawi inną diagnozę” dodała, kiwając głową. “Zresztą, co ja mówię, pójdź. Nie musisz tego robić sama, od czego masz mnie. Jeśli będzie trzeba, odwiedzę z Tobą wszystkie kliniki leczenia niepłodności w kraju. A kiedy już zobaczysz na teście ciążowym dwie kreski, wykupię cały nakład poradników dotyczących macierzyństwa i będę je razem z Tobą czytać, zaznaczając co ważniejsze fragmenty. Wiem, że teraz nie jest Ci wcale łatwo, ale zobaczysz. Któregoś dnia zostaniesz mamą, świetną w dodatku i nie będziesz pamiętać o przejściowych trudnościach” zapewniła z mocą w głosie, natychmiast się ożywiając. Ciąży Sicily nie skomentowała, bo nie miała ona dla niej większego znaczenia. Liczyło się tylko dobre samopoczucie Carlotty. “Zresztą, słyszałaś co powiedział Brandon. Że mam wyjątkowy talent do zajmowania się dziećmi, a to oznacza, że będę najlepszą na świecie ciocią Twojego bąbelka. Taki potencjał nie może się zmarnować” zaśmiała się, odgarniając z twarzy brunetki kosmyki włosów i cmokając ją w czółko.
     
    imię / nick:sashayaway / Hania
    multi:Sia!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 0
     





    36

    wiek


    właściciel warsztatu samochodowego i wypożyczalni sprzętu wodnego

    ZAJĘCIE


    ---

    UCZUCIA




      
    Brandon
       Dohemy

      
    "Keep your face to the sunshine and you cannot see a shadow.

      

      

      

      

      

      

    2020-08-23, 23:21


    Kwestii kozetki tudzież jej braku i samego komfortu pacjentów już nie skomentował ale za to od czasu do czas zerkał kontrolnie na twarz brata zastanawiając się czy nie dostanie aby zaraz od niego w ryj jakimś oskarżającym spojrzeniem. No bo tutaj, zaledwie parę chwil wcześniej wypominał mu romans z Mari i świadomą zdradę Kourtney, a teraz sam zalewa go swoimi dylematami o uczuciach wobec dwóch różnych kobiet. Tak jakby to było całkowicie w porządku. Szczęśliwie Jeremiah okazał się być tym bardziej wyrozumiałym bratem i jak dotąd jedyne co zrobił, a co starszemu Dohemy się nie spodobało to bezczelnie zabrał mu z rąk butelkę. Gadał w sumie też bez sensu ale trudno mu się dziwić skoro przez tę grę w "nigdy w życiu" wlał w siebie już całkiem sporą ilość alkoholu. Większą nawet niż on sam. Skrzywił się lekko na tę część i trzecim piątym elemencie układanki, a potem westchnął bezgłośnie i wykazując się ogromną cierpliwością wysłuchał tego bełkotu o migrenie i spaniu na łyżeczkę do samego końca. Dopiero potem wywrócił oczyma i pokręcił lekko głową wyrywając mu z dłoni swoją własność.
    - Przypomnij mi dlaczego właściwie z tobą o tym rozmawiam? - upił kilka łyków alkoholu zanim Jeremiah znów zabierze mu butelkę i jak glonojad przyssie się do szyjki. Na jego szczęście zrozumiał o co mu chodzi, nawet jeżeli użył ku temu strasznie kiepskiej metafory.
    - Minęły prawie trzy lata od naszego rozstania. Prywatnie widujemy się tyle co wcale, zwykle tylko wtedy gdy odbieram albo podrzucam jej z powrotem Milę. Nie wiem, może masz rację. Może to tylko głupie przyzwyczajenie ale nie zmienia to faktu, że cholernie tęsknię do tamtego życia. - popatrzył gdzieś przed siebie, w las dumając nad czymś przez chwilę. W ich związku nie zawsze było kolorowo ale przynajmniej dawał mu poczucie jakiejś takiej... stabilności, bezpieczeństwa i spokoju o przyszłość swoją i swojej córki. Tej młodszej bo starsza odkąd pamiętał zachowywała się jakby celowo ją unieszczęśliwiał. Eh...
    Dopiero po chwili zorientował się, że chyba powinien coś sprostować.
    - W gwoli ścisłości, zanim sypniesz mi kolejną, dziwną metaforą - nie sypiamy ze sobą. I to od bardzo dawna. - miał oczywiście na myśli Elle, nie Hanię. Ale tyle dopowie sobie nawet podpity, nie do końca rozgarnięty umysł Jeremiasza. Chyba.
    - Hannah to wspaniała kobieta, zdecydowanie zasługuje na to co najlepsze... Ja też zresztą powinienem ruszyć wreszcie ze swoim życiem naprzód, trzymanie się kurczowo przeszłości nigdy nikomu nie wyszło na dobre. - wsparł się ramieniem o ścianę bagażnika i ziewnął przeciągle. Może z tym pójściem spać to wcale nie był taki znowu głupi pomysł? Nie wiedział już co go bardziej zmęczyło - intensywny dzień, alkohol czy wszystkie te jego absurdalne dylematy.
     
    imię / nick:---
    multi:Elias, Riley
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-24, 09:14


    - No dobra masz rację. Mnie też to denerwuje, że przez 99% muszę się domyślać co miał na myśli a gdy wydarza się ten 1% gdy mówi konkretnie to ja i tak szukam drugiego dna. To męczące, ale tego już nie zmienisz. Musisz zadawać odpowiednio sformułowane pytania, z których nie da rady się wykręcić – uśmiechnęła się z rozbawieniem, bo mogły tylko to wszystko zaakceptować, nie warto było się denerwować. Przynajmniej miały siebie i w razie czego mogły wspólnie ponarzekać na braci, dokładnie rozumiejąc swoje problemy. Zaśmiała się na jej kolejne słowa, bo z pozoru były one niewinne jednak po ich wspólnej zabawie nabierały nowego znaczenia. Ale miała rację, byłaby najlepszą dziewczyną na świecie, chociaż tego samego nie umiała powiedzieć o sobie. Nie była ideałem, pewnie dlatego małe nieporozumienia przez jej temperament były tak rozdmuchiwane, że nabierały miana trzeciej wojny światowej. Jeremiah przekonał się już o tym kilkukrotnie, ale czy właśnie to nie napędzało ich relacji?
    - Chyba właśnie o to chodzi, boję się że to wszystko zadziało się za szybko dla niego. Przez ostatnich dziesięć lat miał żonę i może nie zdążył się wyszaleć? Wiesz o co mi chodzi… Co jeśli teraz poczuje smak wolności i za kilka miesięcy pozna kogoś innego dla kogo straci głowę? – do tej pory sama nie zdawała sobie sprawy, że ta wizja tak strasznie ją przeraża. Każdy dzień przy nim był czymś zaskakującym, przynosił coś czego się nie spodziewała a z ich ust nie padły żadne zapewnienia. Zresztą czy poza kilkoma znanymi jej przypadkami istniała miłość aż po grób? Więcej par się rozchodziło niż dotrzymywało obietnicy i że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Czy decydowanie się na dziecko w tym momencie było dla niej odpowiednie? To był ostatni moment, ale może tak naprawdę był najgorszym? Westchnęła tylko ciężko i oparła głowę na ramieniu przyjaciółki, która okazywała jej tak ogromne wsparcie. Była jej wdzięczna za to wszystko, bo przez ostatnie tygodnie żyła w błędzie myśląc, że łatwiej jej będzie się z tym pogodzić jeśli nikomu o tym nie powie. Jednak okazało się, że wcale nie jest taka silna i twarda a rozmowa o tym wcale nie jest czymś trudnym.
    - Będziesz najlepszą ciocią nie tylko dla mojego dziecka. Rodzina Dohemyh jest dość spora – uśmiechnęła się, bo ona również zauważyła jak Hannah szybko złapała kontakt z małą Emily, która nie była bardzo ufnym dzieckiem. A one dogadywały się świetnie jedząc wspólne warzywa i zaplatając sobie warkoczyki. Nic dziwnego, że na twarz Mari wrócił promienny uśmiech. – Ty i Brandon pasujecie do siebie. Z tego co tutaj widziałam, to jemu również świecą się oczy na Twój widok a przecież faceci, zwłaszcza te dwa uparte osły, nie są mistrzami w okazywaniu uczuć. Dlatego jestem pewna że Wam się ułoży. Nie będzie to łatwa droga, będzie wyboista i kręta, ale na końcu czeka wspaniała nagroda. Wiem to z doświadczenia, bo jeszcze kilka tygodni temu myślałam, że nie będę umiała mu wybaczyć tych wszystkich kłamstw i manipulacji a popatrz, jednak jesteśmy tutaj razem. Spotkajcie się po weekendzie i postaw sprawę jasno jeśli sam nie będzie chciał o tym rozmawiać – to była najprostsza i najbardziej logiczna rada. Jeśli Hannah nie chciała się pakować w związek bez przyszłości to musiała zdobyć się na odwagę i poruszyć ten temat. Wiedziała jak ciężko żyje się w tej niepewności i nie chciała tego dla przyjaciółki, która zasługiwała na wszystko co najlepsze. Brandon byłby idiotą gdyby nie docenił tak pięknej, mądrej i uczynnej kobiety o złotym sercu.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: