Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    29

    wiek


    let's have some fun, this beat is sick

    ZAJĘCIE


    I wanna take a ride on your disco stick

    UCZUCIA




      
    Hannah
       Mayfair

      
    "she's made of outer space and her lips are like the galaxy's edge and her kiss the color of a constellation...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-17, 11:57


    Spojrzała na Carlottę i posłała jej pokrzepiający uśmiech. Kobieta tak naprawdę nie potrzebowała jej wsparcia. Była silna, odporna, miała w sobie ogromną wolę walki. Nie oznaczało to jednak, że musiała to starcie toczyć sama. Od tego miała ją. Przyjaźniły się, kibicowały sobie, pomagały. Cokolwiek się nie działo, mogły na siebie liczyć. Właśnie dlatego, gdy Mayfair znalazla się tuż przy Tillsley, objęła ją ramieniem i cmoknęła w czubek głowy.
    "To prawda, ta rodzina jest zdrowo pokręcona" przyznała, śmiejąc się pod nosem. Z całą sympatią dla wszystkich Dohemych, obserwowanie z boku ich potyczek czasem przypominało średnich lotów operę mydlaną. Kłótnie, słowne pyskówki, obrażone miny. Ilość dramatów, którą można by spokojnie obdzielić trzy lub cztery inne familie. A jednak, Hania uwielbiała przebywać w ich towarzystwie. Z Willem przyjaźniła się od lat, Jeremiasza uważała za naprawdę spoko kumpla, a Brandona... Wystarczyło tylko spojrzeć na jej maślane oczy, żeby wiedzieć jakie relacje ich łączyły.
    "Po powrocie będę musiała się zająć trzecim z braci. Przed wyjazdem paskudnie pokłóciłam się z Willem. Miałam dość patrzenia na to, jak dzień w dzień chodzi kompletnie pijany i zaciągnęłam go na spotkanie AA. Gdy się zorientował... Nie był zadowolony. Jeszcze nigdy przedtem nie widziałam go tak wściekłego" przyznała, wzdychając ciężko. Chęci były dobre, pomysł niezły, wykonanie fatalne. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej żałowała, że w ogóle wkroczyła do akcji. Nijak nie pomogła mu w walce z nałogiem, a jedynie nadszarpnęła ich przyjaźń.
    "Obyś miała rację" uśmiechnęła się lekko. Nie, żeby uważała go za idiotę, nic z tych rzeczy, ale dobrze też wiedziała czym jest urażona, męska duma. Gdyby Dohemy zawinął się do domu, nie mogłaby być nawet na niego zła. Szczęśliwie, obaj mężczyźni niedługo później pojawili się na brzegu jeziora, humory im dopisywały, uśmiechy jaśniały na opalonych twarzach, a najstarszy z grona pokusił się nawet o szczere przeprosiny. Kątem oka obserwując jego krótka wymianę zdań z Włoszką Hannah uśmiechnęła się zadowolona, a poziom jej szczęścia momentalnie poszybował do góry. Cieszyła się, że drobne nieporozumienie mają już za sobą.
    "Hej, co to ma znaczyć. Pogodziłeś się ze wszystkimi, tylko nie ze mną?" podpłynęła do nich, rzucając brunetowi zaczepne spojrzenie. Po tym jak wściekłość opuściła wnętrze jego organizmu nie sądziła, że wciąż jakoś specjalnie mocno się na nią gniewa, ale i tak. Chciała od niego usłyszeć, że wszystko jest w porządku, no i może przy okazji wymienić kilka mniej lub bardziej niewinnych pocałunków.
    "W bagażniku mamy kosz z jedzeniem. Jak będziecie wrzucać mięso na ruszt, nie zapominajcie o moich warzywkach, bo inaczej przymrę głodem" rzuciła jeszcze, uśmiechając się szeroko. Bycie wege w gronie mięsożerców nie zawsze było łatwe, ale przez te wszystkie lata już się przyzwyczaiła, że gdy gdzieś jedzie musi zabrać coś swojego. W innym razie jedyne co jej zostanie to chleb opiekany nad ogniskiem, który pewnie, był super pyszny, ale jednak przegrywał przy tych wszystkich fantazyjnych, grillowanych przysmakach.
    "A jeśli chodzi o Thomasa" zwróciła się do brunetki, bo wcześniej temat się im urwał. "Daj mu chwilę, pozwól przyzwyczaić się do nowej sytuacji, a kiedy już się oswoi... Po prostu zapytaj co najbardziej lubi robić. Poproś, żeby pokazał Ci swoje ulubione zabawy. Niech opowie o hobby. To przełamie lody" poradziła, bo może i specjalistką od wychowywania dzieci nie była, na ludziach jednak całkiem nieźle się znała, a przecież w rzeczy samej... Brzdące to tacy mali dorośli, czyż nie?

    / sorrka, tak bardzo mi się nudziło, tak bardzo chciałam odpisać <3
     
    imię / nick:sashayaway / Hania
    multi:Sia!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 0
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-08-17, 17:33


    Wiedział dobrze, że Brandon ma rację i zrozumiał jego pretensje. Patrząc z jego perspektywy miał pełne prawo do oskarżania młodszego brata o lekkomyślność, egoizm, głupotę i wszystko, co najgorsze, ale jak to bywa, nawet z pozoru tak proste sprawy mają bardziej skomplikowane podłoże. A mimo to zrobiło mu się głupio, bo cholera, to jemu w życiu ułożyło się lepiej, mimo różnych dramatów po drodze. Ucieszył się jednak, że Brandon odpuścił. - Dzięki - uścisnął rękę, odbił mu tym samym uderzeniem w ramię i odetchnął z ulgą. - Przepraszam, że tak wyszło - w ciągu ostatnich tygodni Jeremiah użył tego słowa więcej razy niż przez trzydzieści lat swojego życia. Za co jednak przepraszał brata? Nie był do końca pewny, ale coś mu podpowiadało, że Brandonowi należały się przeprosiny. Uśmiechnął się na groźbę brata, że wykorzysta okazję do narobienia mu przypału. - Tylko zrób jakiś konkretny, żeby poziom jego żenady przebił cały ten absurd, jaki odjebaliśmy przez kilka niedopowiedzeń - zaśmiał się cicho wracając nad wodę, gdzie i Brandon potrafił schować dumę do kieszeni, gdy przeprosił Mari.
    Nie ma co się oszukiwać, Jeremiaha bardziej od naprawiania braterskich relacji obchodziło naprawianie relacji z Carlottą. Wpędziła go w samozadowolenie tym spojrzeniem (chociaż w sumie powinien się wstydzić, bo to on był zarzewiem wszystkich konfliktów, jakie wisiały w tym towarzystwie), więc jak już Hania z Brandonem się wyściskali na zgodę (Jeremy też chciał podejść do Mari, ale Emily w tym czasie przybiegła do niego pochwalić się znalezionym kamyczkiem “zobacz, jaki ładny, tsymaj, zlobisz mi później z niego nasyjnik”), zawinął brata z powrotem do obozu. W trakcie przygotowań posiłku i stanowiska do siedzenia przybliżył Brandonowi pokrótce całą sytuację z Mari i jego małżeństwem, której to nie zdążył dokończyć podczas ich spotkania w domu rodzinnym. Wspomniał o awanturze zrobionej Kourtney w Nowym Jorku, kiedy wpadł niezapowiedziany do mieszkania z krzykiem - dla testu - że wie o jej (w jego głowie wyimaginowanym) kochanku, do czego zaskoczona przyznała się bez próby kłamstwa. Nie ominął także manipulacji argumentami, do jakiej uciekł się wobec żony, aby zatrzymać dzieci przy sobie, ale nie zrobiłby tego, gdyby nie był przekonany, że z nim będzie im lepiej. - To i tak nie miało sensu, Kourtney więcej nie było w domu, niż była - podsumował na koniec wzruszając ramionami. - Zrozumiałem to dosadnie, gdy Emily w gabinecie lekarskim zaczęła zwierzać się ze swoich problemów obcej kobiecie tylko dlatego, że ta okazała jej trochę życzliwości. A Mari… Sam widzisz… - wyprostował się, spojrzał na bawiącą się z dziećmi w wodzie kobietę i uśmiechnął się mimowolnie. Już prawie wymsknęło mu się, że Mari chciała go zaangażować w ojcostwo dla jej dziecka, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. To był jednak jej problem, a on nie miał prawa zdradzać go nawet własnemu bratu.
    - Ty i Hannah - odbił piłeczkę i rzucił Brandonowi spojrzenie w stylu “no wiesz” sugerujące pytanie o ich potencjalną relację - to tak na poważnie? Od dawna...? - spytał dość niewinnie. Wiadomo, że nie przyzna się bratu, że pieprzył się z jego laską nie tak dawno temu, bo to mogłoby zaognić jeszcze nie w pełni wygasłą kłótnię sprzed kilkudziesięciu minut, ale no… chciał wiedzieć dla własnej ciekawości. - No, to wołam głodomorów. - Gdy wszystko było już przygotowane (po usłyszeniu odpowiedzi od Brandona, oczywiście), ogarnął ostatnie szczegóły i odszedł kilka kroków w kierunku jeziora. - Panie i panowie, do stołu podano! - zawołał do bawiącej się nad wodą grupy. - Le mięso z le rusztu, le warzywka z le tacy i le włoskie coś przygotowane przez panią Tillsley - zaczął najpierw z pseudo-francuskim akcentem, a zakończył już normalnie ze śmiechem. Emily zainteresowała się tym, dlaczego Hannah nie je mięsa i sama odmówiła jego spożycia, wyjadając kobiecie z talerzyka co smaczniejsze kąski. - Czy życzą sobie państwo coś do picia do posiłku? - spytał wymownie wyjmując z bagażnika turystyczną lodówkę z napojami i alkoholem, którego nie przywiózł co prawda dużo, bo miała być ich dwójka, a sam planował nie pić przez wzgląd na dzieci, ale zawsze można było uzupełnić zapasy w pobliskim sklepie, prawda? Oczywiście nie zamierzał jawnie stawiać alkoholu przy dzieciach, ale cichcem przemycone drinki w szklance soku nie wyglądały przecież jakoś specjalnie niebezpiecznie.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    36

    wiek


    właściciel warsztatu samochodowego i wypożyczalni sprzętu wodnego

    ZAJĘCIE


    ---

    UCZUCIA




      
    Brandon
       Dohemy

      
    "Keep your face to the sunshine and you cannot see a shadow.

      

      

      

      

      

      

    2020-08-17, 22:19


    Chluśnięcia wodą akurat się nie spodziewał dlatego totalnie zaskoczony zdążył jedynie zmrużyć powieki co by woda nie dostała mu się do oczu. Naturalna chyba reakcja.
    - Czyli jednak chcesz wojny. - skwitował ścierając wierzchem dłoni spływające mu po czole krople chłodnej wody. Chociaż brzmieć mogło dwojako - próżno było doszukiwać się w jego głosie jakichś negatywnych emocji. Przebiegły uśmiech rozciągnął jego wargi ale nie uczynił w zasadzie nic. Miał czas, poczeka sobie cierpliwie aż Carlotta straci czujność.
    Przechylił za to głowę do boku i zerknął przez ramię na zbliżającą się do nich Hanię.
    - Z tobą to w zasadzie nie zdążyłem się jeszcze nawet dobrze pokłócić. - a należałoby choćby dla zasady zachować właściwą kolejność, racja? Przez krótką chwilę tylko z namysłem jej się przyglądał, a potem kręcąc lekko z dezaprobatą głową chwycił ją za nadgarstek i płynnym ruchem przyciągnął ku sobie. Prawą dłonią ujął jej podbródek unosząc go lekko w taki sposób by nie mając większego wyboru - zajrzała mu prosto w oczy. Dopiero potem złożył na jej wargach krótki pocałunek. - Nigdy więcej takich niespodzianek, rozumiemy się? - uśmiechnął się wprawdzie znikomo, ale mówił akurat jak najbardziej poważnie. No dobrze, wystarczy tych czułości, dzieci patrzą. Wypuściwszy ją z objęć zerknął jeszcze przelotnie na Mari, a potem idąc w stronę brzegu zaczepił gdzieś po drodze kąpiącego się Thomasa. Nachyliwszy się nad nim odrobinę z pełną konspirą szepnął mu coś na ucho, a potem ruszył dalej i dołączył do brata.
    W obozie, podczas przygotowywania posiłku mieli dość czasu by nadrobić zaległości i wyjaśnić sobie to i owo. Jeremiasz wreszcie się przed nim otworzył, a on bez krzyków i złości - po prostu go wysłuchał. Dlaczego nie potrafili zrobić tego wcześniej? Pewnie dlatego, że nazywają się Dohemy, a nazwisko jednak zobowiązuje. Zaskoczył go informacją o wcześniejszej zdradzie Kourtney i w ogóle tym jak kiepsko im się w związku układało. Pomimo tego, że jego żona ciągle żyła ostatnio w rozjazdach z punktu widzenia osoby trzeciej - wyglądali raczej na względnie szczęśliwe małżeństwo. To tylko dowodzi jak bardzo się z Jeremiaszem przez wszystkie te ostatnie lata od siebie oddalili. Zbyt rzadko się widywali i zdecydowanie za mało rozmawiali. Tak szczerze, po bratersku.
    - Cholera, tego się nie spodziewałem. - przyznał więc otwarcie. Teraz zaczynał rozumieć dlaczego zachował się tak, a nie inaczej. - Ty to faktycznie baran jesteś, nie mogłeś powiedzieć mi o tym wcześniej? - nie to, żeby zdrada Kourtney usprawiedliwiała jakkolwiek jego postępowanie ale... cóż, na pewno je w jakimś stopniu tłumaczyła. Wcześniej całą winą obarczył Jeremiasza, teraz wiedział że niesłusznie. Jak przeważnie w takich sytuacjach - leżała ona mimo wszystko po obu stronach.
    Powiódł za spojrzeniem brata przez krótką chwilę faktycznie przyglądając się w milczeniu bawiącej się z dzieciakami kobiecie. Zdecydowanie nie wyglądało to na sztuczną, wyuczoną uprzejmość. Naprawdę jej zależało. Do zmiany obiektu obserwacji skłoniło go pytanie Jeremiasza. Teraz przez dłuższą chwilę przyglądał się Hani i obracając w palcach wykałaczkę do szaszłyków popadł w chwilową zadumę.
    - Dobre pytanie. - odparł wreszcie wracając do przygotowywania porcji warzywek dla Mayfair. W sumie to nawet nie wiedział, że jest wege... Czy w takiej sytuacji ich relację można określić mianem "poważnej"? - Jak już poznam na nie odpowiedź to dam ci znać. - parsknął krótko i zerknął na Jeremiasza. - Prawdę mówiąc to prawie się nie znamy, a mimo wszystko kiedy jesteśmy razem - czuję się jakby było zupełnie na odwrót. - jakoś tak nigdy nie było między nimi niezręcznie, czuli się w swoim towarzystwie zaskakująco wręcz swobodnie, zwłaszcza jak na znajomość z tak krótkim stażem. Co prawda "znali się" już wcześniej ale pamiętał ją raczej jako kumpelę z podwórka ich młodszego brata.
    - I odpowiadając na drugie z twoich pytań - nie. To raczej świeża sprawa. - pytanie to wydało mu się całkowicie normalne i w żadnym wypadku nie wzbudziło jego podejrzeń. "Sekret" Jeremiasza był więc na tę chwilę całkowicie bezpieczny. Kiwnął zgodnie głową gdy brat postanowił zawołać obozowiczów, a potem sunął dupsko na bok robiąc Hani miejsce. Oczywiście obok siebie. Zerknął za to z rozbawieniem na dobierającą jej się do talerza Emily. W sumie to raczej rzadki widok, dzieci w jej wieku raczej nie przepadały za warzywami, a tu proszę - jak niewiele trzeba by je do nich skutecznie zachęcić.
    - Nie wydłubiesz mi oczu widelcem jak zjem sobie stek, co? - zagaił Hanię tematycznym półżartem, a potem machnął dłonią do Jeremiasza bo on to by się w sumie chętnie czegoś napił. - Jakby zabrakło, mamy swoje w bagażniku. - starszy Dohemy z kolei totalnie nie spodziewał się dzieci na biwaku więc o zapas alkoholu Jeremiasz martwić się akurat nie musiał.
     
    imię / nick:---
    multi:Elias, Riley
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-18, 09:49


    Uśmiechnęła się niewinnie, bo taka wojnę mogła zaakceptować. Ba! Sama ją zaczęła, więc spojrzała z lekkim zawiedzeniem, że Brandon nie dał się sprowokować nie mając pojęcia, że dla niego zemsta również lepiej smakuje na zimno. Obserwowała jak przekomarza się z jej przyjaciółką i nie mogła powstrzymać uśmiechu.
    - Znajdźcie sobie pokój… Albo w tym przypadku namiot – zaśmiała się, bo im dłużej na nich patrzyła tym bardziej zdawała sobie sprawę, że naprawdę do siebie pasują. Znała ich relację tylko z opowieści przyjaciółki, ale teraz na własne oczy widziała te iskry między nimi. Jeśli ten weekend będzie cały taki udany to miło będzie mieć kogoś po swojej stronie. Mogliby częściej wybierać się gdzieś razem, przynajmniej na chwilę będą mogli komuś podrzucić dzieci a sami wymknąć się na spacer wokół jeziora. Zerknęła na Jeremiah`a, który razem z bratem zabrali się za przygotowywanie jedzenia a sama zaczęła bawić się z dzieciakami w wodzie. Nawet Thomas był taki jakiś bardziej wesoły, gdy co chwilę zanurzał się w wodzie i opowiadał, co widział na dnie. Zapach pysznego jedzenia wyciągnął dzieciaki z wody, więc łapiąc za ręcznik opatuliła czterolatkę i zaczęła ją wycierać. Na dworze było ciepło, ale lepiej żeby się nie przeziębiła. – Pozwolisz, że nie przekażę mojej mamie, że jej jedzenie nazwałeś włoskie coś – z trudem powstrzymała śmiech, gdy siadała obok swojego mężczyzny. Pokręciła głową, gdy skierował w jej stronę butelkę z piwem, bo ostatnio odstawiła alkohol ze znanych jemu przyczyn i ktoś w tym towarzystwie musiał być w stanie prowadzić samochód w razie jakiejś kryzysowej sytuacji. Jednak cała trójka spokojnie mogła sobie coś wypić. Jedzenie powoli było gotowe, więc zgodnie z życzeniem Emily i Hannah dostały warzywa a cała reszta zaczęła delektować się mięsem i włoskimi przekąskami. Chwilę później dzieci złapały za swoje zabawki i znów siedziały na piaszczystym brzegu bawiąc się w najlepsze.
    - Czy to odpowiednia pora gdy opowiadacie o sobie jakieś wstydliwe historie, czy potrzebujecie jeszcze jednej butelki? – zaśmiała się spoglądając najpierw na Brandona a później na jego młodszego brata. Gdyby było tutaj jej młodsze rodzeństwo już musiałaby się za nich wstydzić a Ci jakoś nie rwali się do podkopywania wizerunku tego drugiego. Zresztą, Jeremy nigdy jakoś wiele nie opowiadał o swojej rodzinie a teraz miał ku temu okazję. Siadając bliżej przytuliła się do niego sięgając po owocowy sok.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    29

    wiek


    let's have some fun, this beat is sick

    ZAJĘCIE


    I wanna take a ride on your disco stick

    UCZUCIA




      
    Hannah
       Mayfair

      
    "she's made of outer space and her lips are like the galaxy's edge and her kiss the color of a constellation...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-18, 12:17


    Dlaczego momentami czuła się przy nim jak rozchichotana nastolatka? Nie miała pojęcia. Inna sprawa, że niespecjalnie się też nad tym zastanawiała. Samą swoją obecnością cholernie ją rozpraszał i ciężko było zebrać jej myśli. Kiedy jednak przyciągnął ją do siebie i przywarł swoimi miękkimi ustami do jej ust, skupiła się na nim tak bardzo, że na chwilę zapomniała o bożym świecie, a do porządku przywołał ją dopiero śmiech przyjaciółki. Spojrzała na nią z ukosa, a potem wystawiła jej język, no bo… to może nie był odpowiedni czas, nie było to również odpowiednie miejsce, ale… czy można ją za to winić? Z rozbawieniem pokręciła głową i znów zerknęła na swojego towarzysza, a kąciki jej ust mimowolnie uniosły się ku górze.
    “Rozumiemy się” rzuciła wesoło, splatając ze sobą ich dłonie, jakby na znak, że zgadza się, przeprasza i nie będzie już więcej spiskowała za jego plecami - nawet, jeśli robiła to w dobrej wierze. Gdy wraz z bratem ruszył w stronę obozowiska odprowadziła go tylko wzrokiem, a następnie wróciła do beztroskiego pluskania się w wodzie z Mari i dzieciakami. Choć z początku przerażała ją nieco wizja opiekowania się jeremiaszowymi pociechami, musiała przyznać, że Thomas i Emily szybko podbili jej serce, a w ich towarzystwie czuła się wyjątkowo swobodnie. No i że całkiem podobało się jej bycie fajną ciocią, z którą można urządzać wyścigi wodne i lepić babki z piasku. Sama dzieckiem była niesfornym i zdaje się, że nigdy z tego nie wyrosła. Jedynie przybyło jej wzrostu.
    Całe szczęście, że kiedy ich czwórka rozrabiała w najlepsze, bracia Dohemy zajęli się przygotowaniem obiadokolacji, bo… gdyby po tak intensywnym wysiłku fizycznym mieliby czekać jeszcze godzinę zanim mogliby się najeść, pewnie wszyscy padliby z głodu. A tak, uradowani zebrali się nad ogniskiem, Hania natychmiast zajęła miejsce obok Brandona i roztaczając wokół piękne uśmiechy, przystąpiła do pałaszowania tych wszystkich warzywnych pyszności, najsmaczniejszymi kąskami dzieląc się z Emsi, opowiadając jej przy tym o zdrowym odżywianiu, ilości białka zawartego w ciecierzycy i innych wege sprawach, o których zazwyczaj nie mówiła, bo też nikt nie chciał słuchać. Cieszyła się więc, że w gronie mięsożerców udało się jej znaleźć sprzymierzeńca. Ba, obiecała swojej nowej koleżance, że któregoś dnia zabierze ją na najlepsze w mieście falafele i sama przygotuje dla niej pyszny hummus.
    “Nie, bez obaw. Nie wydłubię Ci oczu widelcem” parsknęła, szturchając bruneta w bok. “Dopóki nikt nie zmusza mnie do jedzenia mięsa, ja nie zmuszam nikogo do jedzenia warzyw. Wydaje mi się to całkiem sprawiedliwy układ” dodała, zabawnie marszcząc nosek. A wtedy też dziewczynka władowała się jej na kolana, więc Hania zmuszona była odłożyć na bok tackę i zamknąć ją w objęciach, palcami delikatnie przeczesując jej piękne, długie włosy.
    “Mogę Ci zapleść warkoczyki? Takie wiesz, jakie mają najprawdziwsze księżniczki?” zaproponowała w nagłym (i zupełnie niespodziewanym) przypływie czułości, a kiedy Emka się zgodziła, bez zbędnego ociągania Hania przystąpiła do pracy, wyczarowując na jej głowie piękną, misterną fryzurę. “Och, tak. Ja się chętnie napiję” zawołała za Jeremiahem, posyłając mu piękny uśmiech. Chwilę potem w jej dłoni wylądował już niebudzący podejrzeń dzieci plastikowy kubek z wysokoprocentową zawartością. Upiła więc ochoczo kilka łyków, lekko się skrzywiła, a potem cicho zaśmiała. “O Boże, nie mogę się doczekać. Wstydliwe historie, chcę usłyszeć każdą jedną” natychmiast zgodziła się z Mari, wystawiając w jej stronę dłoń tak, jakby na odległość miały zbić sobie piątkę. “Jak to dobrze, że nie ma tutaj moich braci. Obecność Willa też by mi trochę w tym momencie życie skomplikowała. Pewnie opowiedziałby o tym, ile razy uciekliśmy razem ze szkoły przez co już nigdy nie uwierzylibyście, że byłam dobrą i grzeczną uczennicą” zażartowała. “W takich chwilach nikt nigdy nie chce zacząć, więc może… zagrajmy w “ja nigdy” na rozgrzewkę, a potem przejdźmy do najbardziej smakowitych opowieści, co Wy na to?” zaproponowała, opierając głowę o ramię starszego Dohemy’ego, dłoń kładąc na jego kolanie.
     
    imię / nick:sashayaway / Hania
    multi:Sia!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 0
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-08-18, 17:35


    - Awww, tak pieszczotliwej obelgi dawno nie słyszałem! - zaśmiał się na tego “barana”. Prawda jednak była taka, że Jeremiah sam nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, w jak słabej sytuacji tkwił. Skupiał się głównie na dzieciach, zapomniał, jak to jest żyć w inny sposób. Dopiero znajomość z Mari mu to uświadomiła. A że ceną otworzenia oczu było nawarzenie potężnej beczki rozwodnionego i niesmacznego piwa, którą trzeba było wypić - to już inna para kaloszy. - Nie żałuję mimo wszystko, wiesz? Ani małżeństwa z Kourtney, ani tego, że ostatecznie się rozpadło. A jeśli uda mi się naprawić relację z Mari, to do pełni szczęścia zabraknie mi tylko astona martina w kabriolecie, ale bez niego obejdę się bez żalu - uśmiechnął się kątem ust, bo od kiedy miał dzieci, tylko rodzinne samochody wchodziły w grę, żeby pomieścić w nich foteliki. Pokiwał głową ze zrozumieniem na wiadomość o jego znajomości z Hannah. Doskonale wiedział, o czym mówił Brandon. Jego znajomość z Carlottą od samego początku wyglądała dokładnie tak samo. - Brzmi znajomo. Tylko powiedz jej o dzieciach wcześniej, niż ja się za to zabrałem - po takim czasie od tamtego kryzysu potrafił o tym żartować, ale dalej jego ciało reagowało irracjonalnym ukłuciem z lewej strony klatki piersiowej i dziwną gulą w gardle, którą na szczęście szybko udało mu się przełknąć i nie zepsuła mu ona humoru.
    Gdy towarzystwo znad wody przybyło do stołu, posłał Mari całusa w powietrzu na wspomnienie o niedzieleniu się tą informacją z panią Tillsley. Jeremiah już poznał tego smoka, nic gorszego chyba nie mogło go spotkać ze strony mamy Carlotty. - Zabieraj, zabieraj, może jak trochę zatęskni za ojcem, doceni go bardziej - nawiązał do słów Hannah, że zabierze Emily na falafele, a przechodząc obok dał dziewczynce pstryczka w nos, na co córka odpowiedziała mu wystawieniem języka. Oczywiście, milusia jak każde z Dohemych. - Obiecałem być grzeczny, jeśli chodzi o dokuczanie pewnemu osobnikowi w tym towarzystwie, więc dzielnie będę trzymać język za zębami, co ja mogę zrobić - wzruszył bezradnie ramionami, bo może kilka ciekawych historii z dzieciństwa przemknęło mu przez myśl, ale serio się pilnował.
    Zamiast więc drinka, podał Mari czysty sok, a sam zawahał się nad decyzją czy pić, czy nie pić. Nigdy nie pił przy dzieciach, kiedy nie był pewien, że zostanie im zapewniona wystarczająca opieka “w razie gdyby”. Teraz miałby polegać na Tillsley. Czy był w stanie aż tak jej zaufać? Zastanawiał się tylko jedno uderzenie serca, po czym własny kubeczek dopełnił procentami. Sam nie był głodny, wystarczyło, że nawdychał się zapachu przy przygotowywaniu jedzenia. Usiadł koło Mari tak blisko, jak to było tylko możliwe. Odgarnął jej włosy za ucho, do którego szepnął tylko “przepraszam”, zanim oparł na chwilę czoło na jej skroni i musnął lekko wargami jej policzek. Jej też należały się przeprosiny. I to w lepszym stylu niż takie pobieżne zahaczenie o temat. Jeszcze kiedyś to nadrobi. Teraz jednak objął ją ramieniem, a kciukiem odruchowo zaczął głaskać chłodną po wyjściu z wody skórę, która jeszcze nie zdążyła się nagrzać od słońca.
    - Hannah, serio uważasz, że którekolwiek z nas było dobrym i grzecznym uczniem? - spojrzał na nią z rozbawieniem. - No dobra, może ktoś mógł być… - trącił nosem płatek ucha Mari, bo w sumie ona najbardziej pasowała mu do obrazka grzecznej uczennicy. A może się mylił? Chętnie zobaczyłby ją w tej roli, chociaż jego “wyobrażenie” rozmijało się mocno z rzeczywistym znaczeniem tego epitetu. Zaraz rozproszyła go uwaga Hani o grze w “ja nigdy”, na którą przyklasnął z aprobatą. - Świetnie! Ja zaczynam… - udał, że się zastanawia nad pytaniem, ale przyszło mu ono do głowy niemalże w ułamku sekundy. Miał bezpośrednio nie dokuczać bratu. Ale o pośrednich metodach przytyków nie było przecież mowy, prawda? Rzucił jeszcze okiem na dzieci, czy są na pewno poza zasięgiem jego głosu i wypalił bez skrępowania: - Nigdy nie zostałem przyłapany przez rodzinę na seksie - z niewinnym uśmiechem rzucił Brandonowi wymowne spojrzenie i uniósł swój kubek na znak, że wznosi w ten sposób jego zdrowie. Może i brat był wtedy nie do końca trzeźwy, ale niemożliwe, że nie pamiętał, jak… w sumie prawie dwadzieścia lat temu wparowali mu z Williamem do pokoju w niezbyt sprzyjającym momencie. Trauma życia to to może nie była - przynajmniej dla niego, gorzej z Willem, który był wtedy w wieku Thomasa - a dzisiaj mógł wypomnieć Brandonowi mały przypał. Zupełnie niewinnie!
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    36

    wiek


    właściciel warsztatu samochodowego i wypożyczalni sprzętu wodnego

    ZAJĘCIE


    ---

    UCZUCIA




      
    Brandon
       Dohemy

      
    "Keep your face to the sunshine and you cannot see a shadow.

      

      

      

      

      

      

    2020-08-19, 00:23


    Niby żartował z tym wydłubywaniem oczu, a jednak mimo wszystko chciał poznać stosunek Mayfair do osób, które mięso jednak spożywały. Pomimo całej swej sympatii do różnorakiej maści zwierzaków - Dohemy nie wyobrażał sobie przejścia na dietę całkowicie bezmięsną. Męczyłby się przeokrutnie. Zdecydowanie uspokoiła go więc jej odpowiedź, mógł bez przeszkód nałożyć sobie na jednorazowy talerzyk kilka najlepszych jego zdaniem przysmaków i nie martwić się tym, że jego towarzyszka zabije go wzrokiem za przykładanie ręki do maltretowania trzody, drobiu i bydła. Szamając przyglądał jej się ukradkiem. Był pełen podziwu dla jej cierpliwości i życzliwości względem pchającego się jej na kolana całkowicie obcego dziecka, które na domiar złego mieszało jej w talerzu i beztrosko wyjadało jej z niego co lepsze kąski. Nieświadomie uśmiechnął się pod nosem gdy zaoferowała się wykonać Emily szybką fryzurę, a uzyskawszy jej zgodę zaczęła zaplatać na jej głowie misterne warkoczyki. Nie miała nawet pojęcia jak bardzo mu tym zaimponowała. Znowu. Jeremiah miał rację, powinien być z nią szczery, również w kwestii swoich dzieci. Sugerując się tym jak dobrze Hannah dogadywała się z jego bratanicą - martwił się tym wszystkim jakoś mniej. Z drugiej strony... Co innego było bawić okazjonalnie dzieci przyjaciół, a co innego zaakceptować te należące do potencjalnego, życiowego partnera.
    Z chwilowej zadumy wyrwało go dopiero pytanie Carlotty, jej pomysłowi natychmiast zawtórowała zresztą siedząca obok Hania.
    - Proszę, jak się rozochociły. - skwitował tylko odsuwając się nieco od stołu i chwytając w dłoń szklankę z alkoholem. Upił ze dwa łyki, a potem przygarnął do siebie opierającą się o jego ramię Hanię i pocałował ją lekko w sam czubek głowy.
    - O nie, nie lubię tej gry. Mam wrażenie, że zawsze wychodzę z tej imprezy najbardziej pijany. - kiedy masz na karku 36 lat trudno jest już zaskoczyć cię czymkolwiek. Na większość pytań odpowiadasz twierdząco, a że wiąże się to z karnym piciem alkoholu... No wiadomo jak się to potem kończy. Na szczęście dzisiaj, biwakując z dziećmi nie musieli walić szklanki za szklanką, symboliczny łyk w zupełności wystarczał.
    Oczywiście pierwszy z pytaniem wychylił się Jeremiasz. Brandon nie był zaskoczony, wiadomym było że jego brat nie przepuści takiej okazji by mu trochę podokuczać. Nie robił tego bezpośrednio, a to oznaczało że nie łamał wcale danego mu wcześniej słowa. Jego wymowne spojrzenie i błąkający się po twarzy, rozbawiony uśmiech mówił jednak sam za siebie. Starszy Dohemy wpierw popatrzył z zainteresowaniem po pozostałych uczestnikach zabawy a potem chwycił szklankę w dłoń i pociągnął z niej solidnego łyka. Po samych spojrzeniach towarzyszących im kobiet domyślał się, że oczekują obszernego wyznania, koniecznie ze wszystkimi pikantnymi szczegółami.
    - Każdy normalny człowiek puka do drzwi nim zdecyduje się wejść do cudzego pokoju, ale nie moi bracia. - rozłożył bezradnie ręce. - Większy przypadł był jednak dopiero kiedy ojciec wrócił do domu bo powołując się na rodzicielski obowiązek wychowania swoich synów na porządnych mężczyzn próbował przeprowadzić ze mną "tę" rozmowę. Czujecie ten poziom zażenowania? - Liam był wtedy chyba bardziej zakłopotany niż on sam i to z własnej woli bo mógł przecież wybrać milczenie. - Nie mam pojęcia który z gówniarzy się wygadał ale z uwagi na to, że William był wtedy jeszcze młodym szczurem, któremu nie tak dawno temu wypadły dopiero pierwsze mleczaki założyłem, że zrobił to Jeremiah. - zerknął z ukosa na rozweselonego brata. Nie był to jeszcze koniec tej historii, a jednak powstrzymał się póki co z jej kontynuacją.
    - Okej, to teraz moja kolej. Nigdy nie zostałem przyłapany przez rodziców na oglądaniu treści pornograficznych. - odbił piłeczkę spoglądając z przekąsem na brata. Prawdopodobnie nawet nie wiedział, że tajemnicza gazetka o niezwykle ciekawej treści, którą pewnego dnia znalazł u siebie na biurku została mu tam podrzucona celowo. I tak samo nieprzypadkowa była wizyta matki w jego pokoju kiedy zdążył się swoim znaleziskiem zainteresować. Biedak nie miał szans się przed nią wytłumaczyć. Co prawda Brandon do dziś nie miał pojęcia czy zemścił się na właściwym bracie ale w jego opinii było to akurat mało istotne. Z motywem czy bez - Jeremiaszowi zawsze fajnie było dowalić.
     
    imię / nick:---
    multi:Elias, Riley
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-19, 09:03


    Z rozbawieniem obserwowała jak mała Emily wyjada z talerza najlepsze wegetariańskie przekąski, współczując jej ojcu, który od teraz będzie musiał słuchać o wiele więcej marudzenia przy kolacji niż dotychczas. Nie miała pojęcia, że Brandon również ma dzieci, chociaż zaczęła się domyślać gdy usłyszała pytanie czterolatki nad jeziorem. Podejrzewała że pyta o kuzynkę a nie o jakąś byłą dziewczynę wujka. Dlatego z uśmiechem zerkała na bawiącą się włosami dziewczynki przyjaciółkę i na Brandonda, który uważnie obserwował jej poczynania. Życzyła im jak najlepiej. Jej skupienie zostało rozproszone przez delikatnie muśnięcia na jej szyi, więc obdarowała Jeremiaha promiennym uśmiechem i na chwilę zapomniała, że nad brzegiem jeziora bawią się jego dzieci a naprzeciwko nich siedzi inna para. Właśnie tak wyobrażała sobie ten weekend. Pełen radości, spokoju, śmiechów i bliskości.
    - Och skarbie, naprawdę myślisz, że była ze mnie dobra i grzeczna uczennica? – roześmiała się, klepiąc go z rozbawieniem po nodze, bo chyba nie myślał, że w szkole Mari była aniołkiem? Nigdy nim nie była i nie bez powodu nigdy nie zdecydowała się by pójść na studia. Jej oceny nie były zadowalające, w dodatku sporo wagarowała i bardziej skupiała się na życiu poza szkolnym niż na samej nauce. Szkoda, że rujnowała jego fantazje, ale przynajmniej wiedziała jak mogą pobawić się następnym razem. Dobrze, że skupili się na grze, która polegała bardziej na dopiekaniu bratu niż faktycznie poznaniu pikantnych sekretów z życia. Chociaż pierwsze pytanie wprawiło Mari w lekkie zawahanie, co mogli zauważyć, gdy uniosła swój kubeczek (co prawda bez alkoholu ale liczy się gest), ale jednak z niego nie wypiła. – To była jego siostra, więc chyba się nie liczy prawda? – uśmiechnęła się zadziornie, bo niestety raz została nakryta ze swoim licealnym chłopakiem, ale pytanie chyba dotyczyło ich rodzin, więc ostatecznie skupiła się na opowieści brata, co chwilę śmiejąc się z jego słów. Mogła to sobie wyobrazić i chociaż nie znała ich najmłodszego brata czuła że to właśnie z tamtego jest największe ziółko.
    - Chyba dzisiaj będziemy musiały ich pijanych ułożyć do snu jeśli tak dalej pójdzie a same będziemy się bawić przy ognisku – zaśmiała się, chociaż może Hannah też miała coś na sumieniu i po pytaniu Brandona uniesie kubeczek do góry? Skontrolowała dzieci po czym chwilę zastanowiła się czego tak naprawdę nie robiła a co mogłoby wyciągnąć tajemnice pozostałej trójki. Cholera, trudno było coś znaleźć, bo w swoim trzydziestoletnim życiu zrobiła wiele szalonych rzeczy. – Nigdy nie byłam w klubie ze striptizem – spojrzała na nich z zadowoleniem, bo chociaż nie było to nic pikantnego (chyba) to nic innego aktualnie nie przyszło jej do głowy. Bacznie przyglądała się kto unosi swój kubeczek do góry, gdy jej telefon dwukrotnie dał o sobie znać. Mari bez wahania sięgnęła po komórkę leżącą na plażowym ręczniku i momentalnie wyraz jej twarzy się zmienił. Przez chwilę wpatrywała się w ekran, nie zważając na śmiechy znajomych w tle. – Przepraszam na chwilę – jej głos się zmienił a oczy zrobiły się takie jakieś smutne. Ściskając mocniej telefon ruszyła w stronę namiotów, bo musiała na chwilę zostać sama. Nie chciała pozostałym psuć weekendu, musiała się doprowadzić do ładu i wziąć w garść. Czuła jak jej oczy zaszły łzami, więc tylko westchnęła i oparła się plecami o jedno z drzew, przy którym nie widzieli jej z nad brzegu jeziora. Jednak szybko usłyszała za sobą kroki, więc tylko przetarła twarz i spojrzała na Jeremiah`a który z troską stanął naprzeciw niej.
    - Przepraszam, zaraz wrócę… - nie mogła okłamywać, bo z jego upartością nie da jej spokoju. Wyciągnęła, więc w jego kierunku odblokowany telefon by mógł przeczytać wiadomość od jej kuzynki. Wiadomość, która wprawiła ją w takie zasmucenie. Niektórzy mieli takie szczęście i doczekiwali się drugiego dziecka a ona nie mogła mieć nawet jednego.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-08-19, 11:07


    - Jesteś okrutny, wiesz? Miałem wtedy trzynaście lat i już wiedziałem, że jak chłopak z dziewczyną bawią się w łóżku, to nie uprawiają zapasów. Przynajmniej nie w takiej wersji, jak my to robiliśmy - udał oburzonego. - Aaaaale… być może naopowiadałem głupot Williamowi, który musiał zweryfikować ich prawdziwość u matki. - Wzruszył niby obojętnie ramionami, powstrzymując się przed uśmiechem pełnym satysfakcji. Jak widać już od dzieciaka tak kombinował, żeby jak najmniej przewinień spadło na niego. Wykorzystywanie do tego młodszego rodzeństwa było idealną przykrywką. Jednak najwyraźniej nie tylko on lubił robić rodzinie na złość w nieoczywiste sposoby...
    Parsknął śmiechem na wyzwanie Brandona i bez zawahania uniósł kubek z drinkiem do ust. Z tym, że we wspomnieniu Jeremiaha pojawiła się zupełnie inna sytuacja, niż ta, która chodziła po głowie bratu. - Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie oglądał pornola, szczególnie za kilkunastoletniego gówniaka, kiedy to było takie zakazane! Jezu, przez kilka lat musiałem tłumaczyć się, że Damien to tylko kumpel i przyjaźnimy się bez żadnych podtekstów, ale matkę wtedy przerażało, że mogłaby mieć homoseksualnego syna i swatała mnie z córkami wszystkich swoich koleżanek. - Szczególnie z jedną… Widząc jednak zaskoczoną minę brata na jego wytłumaczenie - zastanowił się. Czyżby nieświadomie sam się sprzedał z własnym przypadłem? - To nie chodziło ci o tamtą awanturę, gdzie myśleliśmy, że mamy podłączone słuchawki do komputera, a tak naprawdę wszystko poszło normalnie z głośników na pełną głośność? Ups! - Na samą myśl tamtego dnia do dziś robiło mu się totalnie niezręcznie, ale dziś umiał się z tego śmiać, chociaż - gdyby wiedział, że Brandonowi chodzi o inną sytuację - nie wspomniałby o tej nawet słowem.
    Gdy Mari wspomniała o tym, że przyłapała ją siostra jej kochanka, lekko się spiął. Gdyby takiej odpowiedzi udzieliła Hannah, na pewno kazałby jej pić, ale… tym razem się powstrzymał. Mimowolnie zaczął się zastanawiać, czy chodziło o Marshalla. Miał siostrę? A może o kogoś innego? Humor tylko lekko mu siadł, ale nie dał po sobie poznać i na wyzwanie Tillsley również odpowiedział uniesieniem kubeczka do góry. Cholera, jak tak dalej pójdzie, to faktycznie skończą z Brandonem pod stołem wcześniej, niż można się było tego spodziewać.
    Słysząc wibrację telefonu odruchowo zaczął szukać swojego - jako ojciec był przeczulony na punkcie przychodzących wiadomości - jednak adresat smsa znalazł się szybciej. A raczej adresatka. Jeremiah już ze śmiechem chciał zażartować, że w towarzystwie nie ma tajemnic, ale widok miny Mari powstrzymał go przed tym. Odstawił swój kubek na stolik i ruszył zaniepokojony za kobietą, wcześniej wskazując pozostałej dwójce ręką na bawiące się na piasku dzieci, aby mieli je na oku. Gdy znalazł się przy Tillsley, westchnął cicho najpierw na łzy w kącikach jej oczu, a następnie na przedstawionego mu smsa. Nie wiedział, kim była Sicily ani ile znaczyła dla Mari, ale musiały być blisko, skoro chwaliły się sobie takimi wiadomościami. Przytulił kobietę mocno do siebie i oparł brodę na czubku jej głowy, bo i jemu zrobiło się przykro. I głupio. Uczucie rozdarcia między jej pragnieniami a własnymi przekonaniami sprzed kilku tygodni wróciło na nowo. Wtedy rzucała słowa pod wpływem alkoholu, ale czy dziś - zupełnie na trzeźwo - dalej chciała, aby został ojcem jej dziecka? To nie był dobry moment na takie rozmowy i przemyślenia. Ani obietnice, które ciągle wywoływały niepokój w jego sercu podszyty wątpliwością - a co jeśli znowu coś zjebie i Mari odejdzie zabierając dziecko ze sobą...? Ona nie odpuściłaby tak łatwo jak Kourtney. Z drugiej strony - czy byłby w stanie jej to zrobić? Był pewien swojego uczucia do niej. Nie był jednak pewien samego siebie. Czy kiedykolwiek będzie…? Jeremiah miał czas na zastanawianie się - Mari nie mogła tego samego powiedzieć o sobie. Kochał ją, ale decyzja nie stawała się przez to łatwiejsza, bo nie chodziło tylko o nią czy o niego. Chodziło o dziecko. Widział, jakie to dla niej ważne. Mógł rozstrzygnąć to teraz, sprowokowany tę jedną wiadomością przywołującą przykre emocje, albo czekać nie wiadomo na jaką okazję, która nigdy mogła się nie nadarzyć.
    Czas leciał; tik-tok-tik-tok. Tak albo nie. Prosty wybór, tak trudny do podjęcia.
    - Hej, księżniczko, doczekasz się jeszcze swojego dziecka, jasne? - powiedział z przekonaniem, po czym odsunął się od niej i po odgarnięciu włosów z jej twarzy, otarł także łzy z policzków. - Poruszymy niebo, ziemię i piekło, jeśli zajdzie taka potrzeba, ale i ty zobaczysz na ekranie bicie serduszka i poczujesz na własnej skórze ciążowe uroki - próbował zażartować i uśmiechnął się lekko. - Jeśli dalej chcesz tego dziecka ze mną to świetnie, możesz na mnie liczyć, będzie prościej dla nas obojga. Jeśli nie… - urwał na chwilę, bo nie chciało mu to przejść przez gardło. - Jakoś to przełknę i znajdziemy inny sposób. Nie będziesz sama, coś wymyślimy. Na pewno coś wymyślimy. - Nie mówił tego, żeby tylko ją uspokoić, sam zaczynał w to wierzyć. Określenie się już było jakimś krokiem rozwiewającym część wątpliwości i chociaż jeszcze stąpał po omacku, bo nie za wiele wiedział o sposobach leczenia problemów z płodnością, to przecież pogłębienie wiedzy w tym temacie wymagało jedynie czasu i chęci. Oba warunki mógł wypełnić. Resztą będzie się martwić na bieżąco.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-19, 11:49


    Mari czuła się z tym wszystkim tak cholernie źle a wszystko za sprawą tego, że tak naprawdę nie wiedziała, które z tych uczuć dominuje. Szczęście z tego, że innym się powodzi? Zazdrość? Egoistyczne podejście, które sprawiało, że nie umiała się cieszyć? To w tym wszystkim było najtrudniejsze, bo inne kobiety w ciąży bądź z dziećmi nie wywoływały u niej takiego smutku. Ale ciąża kogoś jej tak bliskiego, dziewczyny, którą uważała zawsze za swoją siostrę sprawiła, że w pierwszym odruchu nie potrafiła się cieszyć. Nie było to dla niej łatwe, więc gdy Jeremiah bez słowa ją do siebie przytulił pozwoliła by stali w kompletnej ciszy. Chyba tego potrzebowała najbardziej, jego silnych ramion otulające jej drobne ciało jakby chciał ją w ten sposób obronić przed całym złem tego świata. Chociaż w tym przypadku to zło siedziało w niej i nic na to nie mogli zaradzić. Jedynie pojedyncza łza popłynęła po jej policzku, bo czuła się taka bezsilna. Uciekając do lasu chciała uciec właśnie przed tymi wszystkimi problemami a doganiały ją szybciej niż myślała. Gdy się od niej odsunął i tak czule zagarnął kosmyk jej włosów za ucho poczuła się lepiej. Nie była w tym sama i nawet jeśli żadna z metod nie byłaby skuteczna i tak będzie miała jego po swojej stronie. To ciekawe że przez większość czasu ich relacja była tak skomplikowana a chwilami wydawała się taka prosta. I to w najtrudniejszych dla Mari momentach.
    - Muszę jej coś odpisać – westchnęła wystukując krótkie gratulacje, bo chociaż Sicily pewnie liczyła na większy entuzjazm ze strony Mari to chyba lepiej, że powiedziała jej o tym w wiadomościach. Przynajmniej mogła się przygotować na spotkanie i przełknąć tę zazdrość by cieszyć się razem z nią. Chociaż niesamowicie wkurwiało ją to jak świta jest niesprawiedliwy. Jedni bez problemu rodzili kolejne dzieci, pijane nastolatki wpadały z przypadkowymi facetami z klubu a ona tak bardzo chcąc potomstwo nie mogła się go doczekać. A przecież obdarowałaby to dziecko tak ogromną miłością… - Trudno mi o tym myśleć a co dopiero mówić. Wszyscy uważają mnie za silną osobę. Twardą, odporną na wszystko a nie wiem czy potrafię znosić kolejne pojedyncze kreski na ciążowych testach. Dlatego nie powiedziałam mojej rodzinie… - wiedziała że otrzymałaby od nich ogromne wsparcie, ale nie chciała by patrzyli na nią z litością, jakby coś było z nią nie tak. Musiała tę walkę stoczyć sama i dopiero gdy spróbuje wszystkiego będzie mogła im powiedzieć. Biorąc głębszy oddech uśmiechnęła się delikatnie i czule pogładziła Jeremiah`a po policzku. Tyle dla niej robił. Był gotowy spędzić weekend z bratem bez docinania mu, był gotowy zrobić jej dziecko byleby tylko nie miała więcej powodów do smutku. Mari mogła się tylko domyślać ile to go kosztowało, więc przyciągnęła go do siebie i pocałowała.
    - Porozmawiamy o tym wszystkim po powrocie dobrze? Bo ja wiem, że to już taka ostateczność, ale nie mam czasu zastanawiać się czy warto, czy to na pewno dobre. Chciałabym spróbować In vitro i jestem gotowa na wszystko z tym związane. Odstawiłam alkohol, zdrowo się odżywiam, biegam, przyjmuje hormony… Chciałabym żebyś przemyślał czy Ty jesteś gotowy spróbować tego razem ze mną. Bo to nie może być decyzja podjęta pod wpływem chwili, tylko dlatego że rozpłakałam się w środku lasu – jeszcze nie wiedziała skąd wytrzaśnie na to wszystko pieniądze, ale oszczędności powinny pokryć większość leczenia a resztę najwyżej pożyczy. Marzenia o dalekich podróżach zeszły na dalszy plan, teraz miała znacznie ważniejszy cel. Zanim wrócili nad jezioro, Mari jeszcze raz się do niego przytuliła wsłuchując się w rytmiczne bicie jego serca. To, w połączeniu z ciepłej jego ciała zawsze ją uspokajało. – Jestem z Ciebie dumna wiesz? Mam nadzieję, że to nie tylko chwilowe zawieszenie broni tylko dogadacie się z bratem. Wydaje się w porządku a Hannah nie odrywa od niego maślanych oczu – zaśmiała się, nieco się rozluźniając i będąc w końcu gotową do powrotu. Nie chciała by wiedzieli, że przed chwilą się popłakała z pozoru tak błahego powodu.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    29

    wiek


    let's have some fun, this beat is sick

    ZAJĘCIE


    I wanna take a ride on your disco stick

    UCZUCIA




      
    Hannah
       Mayfair

      
    "she's made of outer space and her lips are like the galaxy's edge and her kiss the color of a constellation...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-19, 12:35


    Wyszczerzyła się w uśmiechu do Jeremiasza. Pomysł wydawał się całkiem niezły. Ona przez jedno południe mogłaby zająć się dzieciakami i sprawdzić się w roli opiekunki - on mógłby nieco odpocząć, wykorzystać tych kilka wolnych godzin i spędzić je sam na sam z Mari. Ot, przyjacielska przysługa. W dodatku taka, na której wszyscy korzystali. Kiedy więc Dohemy dał jej zielone światło, poziom jej ekscytacji jeszcze się zwiększył, co też udzieliło się siedzącej na jej kolanach dziewczynce, z którą przez cały ten czas wesoło paplała o wszystkim i o niczym, co jakiś czas kątem oka zerkając na Brandona. Naprawdę cieszyła się, że zamiast spakować swoje manatki i wrócić do miasta zdecydował się zostać. Im więcej się o sobie dowiadywali, tym mocniej go lubiła. Co chyba działało w obie strony, bo za każdym razem, kiedy łapała go na tym, że się jej przygląda, na jego twarzy błąkał się piękny, promienny uśmiech, powodujący u niej przyjemne ciepło w okolicy klatki piersiowej. Gdy więc mała Emsi wyplątała się z jej objęć i pobiegła bawić się z bratem, Hania bez zapowiedzi wtuliła się w ramię mężczyzny, a następnie cmoknęła go lekko w policzek, tym krótkim, prostym gestem wyrażając całą swoją wdzięczność za to, że miała go obok.
    “Wy dwaj nie, ale Carlotta…” zaśmiała się, posyłając przyjaciółce rozbawione spojrzenie, bo nie wiedząc czemu, Tillsley naprawdę pasowała jej do obrazka słodkiej i grzecznej uczennicy, takiej, która jest najbardziej lubianą osobą w klasie. Zawsze dobrze doradzi, uśmiechnie się, wytłumaczy jakieś skomplikowane pojęcie. O błoga nieświadomości, ona też uciekała ze szkoły i imprezowała do upadłego? Jakim cudem w ogóle ich czwórka wyszła na ludzi?
    “Ile razy grałam w tę grę, zawsze kończyłam mocno porobiona, także… lepiej uważaj. Po pijaku staję się bardzo napalona i nie mam dość” mruknęła swojemu towarzyszowi na ucho, lekko przygryzając jego płatek. Miała cichą nadzieję, że w namiocie powtórzą to, co zrobili po drodze w samochodzie, bo fizyczność była dla niej niezwykle ważna. Budowała bliskość między nią a partnerem. Pogłębiała zażyłość.
    “To brzmi jak bardzo realistyczny scenariusz. Mam nadzieję jednak, że się nie spełni” zaśmiała się, posyłając brunetce roziskrzone spojrzenie. Kiedy tak przytulała się z Jeremiaszem… cholera, tak miło było na nich patrzeć. Wyglądali jak szczęśliwa, zakochana do szaleństwa para.
    “No dobra, koniec pogaduszek. Gramy” ponagliła towarzystwo, czego w sumie zaraz pożałowała, bo wystarczyło tylko jedno zdanie wypowiedziane przez ukochanego przyjaciółki, a ona już z marszu musiała się napić, bo tak. W jej domu również nikt nie uznawał pukania, przez co wchodzenie bez zapowiedzi do jej pokoju było na porządku dziennym.
    “Och, nie wiem komu bardziej współczuję. Tobie czy Twojemu ojczulkowi. Poza tym… biedny Will. Nigdy nie chciał powiedzieć dlaczego się nie lubicie. Założyłam, że w dzieciństwie podczas zabawy w chowanego zamknąłeś go na strychu, czy coś takiego. Teraz mam swoją odpowiedź” zażartowała, przekrzywiając lekko głowę, starając się nie wybuchnąć śmiechem na jego kolejne pytanie. Szczęśliwie, nigdy nie została przyłapana przyłapana przez rodziców. W klubie ze striptizem była jednak nie raz i nie dwa, znów więc zmuszona była unieść do góry szklaneczkę. I kiedy już gotowa była wypowiedzieć pojedyncze, krótkie zdanie zaczynające się od “ja nigdy….” ciemnowłosa na moment odłączyła się od grupy, a w ślad za nią poszedł Jeremiasz. Odprowadziła więc ich wzrokiem i odwróciła się twarzą do Brandona, wzdychając cichutko. Miała nadzieję, że nie wydarzyło się nic złego.
    “Mogę Cię o coś zapytać?” zaczęła niepewnie, głaszcząc kciukiem wierzch jego dłoni. “Kim jest Mila? Słyszałam jak Emily się zastanawiała, dlaczego nie zabrałeś jej ze sobą” mruknęła na moment spuszczając wzrok. Domyślała się jego potencjalnej odpowiedzi, ale wciąż… chciała, żeby to padło z jego ust. Po tym jak Mason przez pół roku zwodził ją i oszukiwał, była na tym punkcie niesamowicie wyczulona.
     
    imię / nick:sashayaway / Hania
    multi:Sia!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 0
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-08-19, 16:03


    Nie chciał, żeby więcej patrzyła na telefon, więc kiedy tylko odpisała, zabrał jej aparat z ręki i wyłączył na głucho. Nikt nie będzie im więcej psuł tego weekendu. Słuchał jej słów w milczeniu i ze skupieniem. Stresowało go oczekiwanie na odpowiedź. A krótki pocałunek wcale nie rozładował napięcia. Czy był gotowy? Wychowuje przecież dwójkę dzieci, trzecie zawsze będzie kolejnym armagedonem, szczególnie dla niej, ale nie organizacyjnych obowiązków się obawiał. Głowę zaprzątały mu zupełnie inne rzeczy.
    Rozpoczęcie związku dziesięć lat temu tylko dla dziecka - mimo dwóch wspaniałych pociech, jakich się doczekał - bez miłości nie było najłatwiejsze, a ostatecznie i tak zakończyło się rozwodem. W ich przypadku było inaczej. Najpierw pojawiło się uczucie - przynajmniej z jego strony - dopiero później zaczęła być mowa o dziecku. Dochodziła jednak kwestia jej zaufania, które on nadwyrężył. I jego zdobytego bagażu doświadczeń oraz… zwykłej niepewności. Prosty - choć niewypowiedziany nigdy na głos - dziesięcioletni układ małżeński, w którym przez większość czasu to właśnie on dbał o dzieci, zakładał partnerstwo dla ich dobra. Łatwy do przewidzenia, rozplanowania, stabilny. Uczucia zawsze były niewiadomą - szczególnie w przypadku tej temperamentnej dwójki. Nie wiedział, jak buduje się życie na tym gruncie, a związku Mari i Jeremiaha nie dałoby się ustawić w konkretny sposób. W ciągu kilku miesięcy zaliczyli tyle wzlotów i upadków, że uporządkowanie tej relacji w spójną całość wymagało naprawdę ciężkiej pracy. I cierpliwości. Gdyby któremuś z nich zabrakło wytrwałości, odbiłoby się to na dzieciach z nawiązką… A on już raz poniekąd odebrał im matkę…
    Czyli w kółko to samo. I to samo. I to samo. Nie chciał się już więcej nad tym zastanawiać, bo ilekroć o tym nie myślał, ciągle roztrząsał te same problemy, które zderzały się powtarzającymi się wątpliwościami. Podjął decyzję, ale skoro chciała porozmawiać o niej w innych okolicznościach, postanowił to uszanować. Do tego momentu przygotuje się lepiej. I poszuka konkretnych rozwiązań, zamiast jedynie rzucać pustymi obietnicami. - Jasne, nie ma sprawy… - powiedział niepewnie. Chciał podzielić się z nią swoimi wątpliwościami, ale miała rację - powinni porozmawiać w innych okolicznościach. Przytulił ją jeszcze do siebie z cichym westchnieniem i pocałował w czubek głowy. A gdy wspomniała o dumie, uśmiechnął się pod nosem. - Chyba już sobie wszystko wyjaśniliśmy, więc jest szansa, że następne spotkanie nie zacznie się od rzucania się sobie do gardeł. Miał prawo się unieść i wcale mu się nie dziwię. - Znów - przeszłość Brandona była jego sprawą, a Jeremiah nie miał w zwyczaju opowiadać o swoim życiu, co dopiero o życiu rodzeństwa. - Jesteś gotowa? - upewnił się, a po uzyskaniu odpowiedzi złapał ją za rękę i poprowadził w kierunku jeziora. Wracając do stolika Jeremiah postanowił jeszcze zajrzeć do dzieci, gdzie pociągnął także Mari. Oczywiście nie chciał, aby jego szkraby były substytutem jej własnego dziecka, ale jeśli naprawdę mieli się zdecydować na to wspólne, i Emily, i Thomas będą w pewnym sensie elementem jej życia bez względu na to, czy dojdą do tego etapu relacji, w którym postanowią się związać.
    Podziwiając budowlę stworzoną przez córkę Jeremy zauważył, że Emily zaczyna ziewać i mrużyć oczy. Mimo iż to nie była jej pora na spanie, zdecydował się nie zwlekać dłużej. - Pomożesz mi ogarnąć dzieci do spania? - zaproponował, żeby mogła jeszcze bardziej dojść do siebie po wiadomości od Sicily, zanim wrócą do Hannah i Brandona. - Lepiej teraz, póki jestem jeszcze trzeźwy - dodał z uśmiechem. Gdy Mari zajmowała się Emily i położyła ją do “namiotu dziewcyn”, jak określiła go Ems, on dopilnował Thomasa i rozłożył mu śpiwór w “namiocie chłopaków”. W drodze wyjątku - pozwolił mu przed snem pograć na Nintendo, które przywiózł z wakacji od matki z Nowego Jorku, czego normalnie nie pochwalał, ale na ten jeden weekend mógł wyłączyć swój tryb prozdrowotnego terrorysty, nie? Zbił z synem żółwika i przeszedł do drugiego namiotu, gdzie pomógł Mari uśpić Emily.
    UWAGA, WAŻNE: Brandon i Hania - możecie skipnąć w swoich postach fragment poniżej i uznać, że Jeremiasz z Mari wrócili w tym momencie, na jaki macie ochotę, niekoniecznie w następnej kolejce postów, bo my i tak wyłamałyśmy się z kolejki.
    - No to co nas ominęło? - wrócili do centrum imprezy już z pozytywnym humorem, ale kręcąc głową Jeremiah dał znać Brandonowi i Hani, żeby nie dopytywali. Na wszelki wypadek. - Proszę mi tu śpiewać wszystkie przypały, których nie słyszeliśmy! I na kim stanęła kolejka? - wszedł w gadkę, byleby odwrócić uwagę od ich odejścia, z którego ani on, ani - jak zakładał - Mari nie chcieli się tłumaczyć.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    36

    wiek


    właściciel warsztatu samochodowego i wypożyczalni sprzętu wodnego

    ZAJĘCIE


    ---

    UCZUCIA




      
    Brandon
       Dohemy

      
    "Keep your face to the sunshine and you cannot see a shadow.

      

      

      

      

      

      

    2020-08-19, 20:41


    Uśmiechnął się pod nosem na nieprzyzwoite wyznanie Mayfair i późniejszy, niezwykle pobudzający, elektryzujący gest, jakim obdarowała jego ucho. Gdyby nie fakt, że dzieci wciąż biegały po plaży - pewnie już na tym etapie pożegnałby towarzystwo i zaciągnął ją do namiotu.
    - Grozisz czy obiecujesz? - odparł z kwitnącym na twarzy uśmiechem zawadiaki. Potem popatrzył w stronę Jeremiasza bo jego pytanie rozpoczęło grę.
    Zauważył zawahanie Mari gdy po pierwszym pytaniu sięgała po szklankę jakby nie była pewna czy aby na pewno powinna ją przechylić. Normalnie uznałby, że jak najbardziej się liczy żeby reszta graczy nie odstawała jakoś bardzo z ilością spożytego alkoholu ale Tillsley i tak jako jedyna z towarzystwa piła wyłącznie sok. Odpowiedzialnie wolała roztoczyć opiekę nad najmłodszymi. Jego uwagę od Carlotty odciągnęła za to pociągająca solidny łyk alkoholu Hannah.
    - Hej, nie tak szybko. Chcę usłyszeć tę historię. - to dobra okazja do tego by posłuchać trochę o jej rodzinie. Tę jego znała aż za dobrze i to od najmłodszych lat, powinna mu się choć odrobinę zrewanżować.
    Potem przeniósł swe spojrzenie na teatralnie oburzonego brata i uśmiechnął się z przekąsem pod nosem. Gadał bzdury, jak zwykle. Taki brat jak Brandon to skarb, tylu ciekawych rzeczy się dzięki niemu dowiedział, że do końca życia nie będzie w stanie mu się za to odpłacić. Historia jaką Jeremiasz ich uraczył po pytaniu, które zadał przed chwilą starszy Dohemy odrobinę go zaskoczyła bo ewidentnie spodziewał się usłyszeć inną. Ale i tak parsknął głośnym śmiechem bo wszystko zaczynało mu się układać we względnie logiczną całość.
    - Cholera, tej historii jeszcze nie słyszałem. - przyznał otwarcie. - Ale to ma sens, był taki okres kiedy matka namiętnie wypytywała mnie o tego całego Damiena, a ja totalnie nie rozumiałem dlaczego suszy mi o to głowę. Może po prostu robiła rozeznanie licząc, że jako twój brat jestem w temacie nieco lepiej zorientowany. - im dłużej nad tym myślał tym bardziej żałował, że nie wiedział o tym jakie wydarzenie wzbudziło matczyne podejrzenia. Może dla zabawy faktycznie wkręciłby Jeremiasza przed matką w homoseksualny związek? Np. jakimś niewinnym pytaniem w stylu "a to ten pocałunek na werandzie to tylko taka zmyłka?" Matka by łyknęła, a Jeremiah prawdopodobnie go zabił ale... umarłby z uśmiechem na ustach bo mimo wszystko byłoby warto. Potem przyszła kolej na pytanie Carlotty i oczywiście znów musiał przystawić szklankę do ust, zrobił to niemalże synchronicznie z siedzącą obok, wtuloną w niego Hanią. Z jakiegoś powodu nie był zaskoczony. - Chyba nie jako striptizerka, co? - mruknął z przekąsem. I kiedy nadeszła pora na pytanie Hani gdzieś wśród całego tego gwaru rozbrzmiał dźwięk nadchodzącej wiadomości sms. Mari z zaszklonymi oczyma poderwała się od stołu i odeszła na bok, a w ślad za nią udał się jego brat. Co jest grane? Brandon nie ruszył się z miejsca ale wymienił ze swoją towarzyszką pytające spojrzenie.
    - Mam tylko nadzieję, że to nic poważnego. - westchnął bezgłośnie, a potem zerknął przelotnie na bawiące się na piasku dzieci. Na szczęście zarówno Emily jak i Thomas grzecznie zajmowali się sobą, a Brandon mógł bez przeszkód nieco więcej uwagi poświęcić siedzącej u jego boku kobiecie. Niepewność w jej głosie wzmogła jego czujność. Oh... Czyli jednak udało jej się to wychwycić. Dohemy nigdy nie miał w zamiarze niczego przed nią ukrywać, po prostu jak dotąd nie poruszyli w rozmowie tego, szczególnego tematu, a skoro dopiero się wzajemnie poznawali... Jakoś nie sądził by właściwym było wyrywać się do niej z tego typu rewelacjami. A może jednak Jeremiasz miał rację i bez względu na to jak wypadłby w jej oczach - powinien uprzedzić ją w tej kwestii już na samym początku znajomości?
    - Mila to moja... córka. - oznajmił wreszcie, bez zbędnego owijania w bawełnę. Jeśli fakt posiadania przez niego dzieci miałby być dla niej jakimkolwiek problemem - nie miało znaczenia w jakie słowa ubierze swoje myśli. - ...jedna z dwóch jakie posiadam. - dodał po chwili bo uważał, że skoro już się zwierzał to powinien wspomnieć o wszystkim. Uważnie obserwował przy tym jej reakcję nie będąc widocznie pewien czego się po niej spodziewać.
    - Mały, kochany, sześcioletni urwis. Dla Emily - najlepszy kompan do zabawy. Dziewczynki świetnie się dogadują i jak to kuzynki - razem się bawią i wspólnie też psocą. - kącik jego warg drgnął nawet w słabym półuśmiechu bo prawdę mówiąc cieszył się ogromnie z tego jak dobre łączyły je relacje. Z kolei Maeva... Cóż, to był już nieco cięższy orzech do zgryzienia. Zanim jednak opowie jej parę słów o drugiej z córek - wolał mimo wszystko poznać najpierw jej stosunek do całej tej sprawy.
    - Mam nadzieję, że niczego to między nami nie zmienia bo naprawdę uwielbiam twoje towarzystwo i zdecydowanie nie chciałbym aby ostudziło to jakkolwiek naszą relację. - córki były dla niego całym światem dlatego jeśli dla potencjalnej partnerki stanowiły przeszkodę nie do pokonania - nie było szans na jakikolwiek związek. Zwłaszcza z charakterkiem jego starszej córy. - Zrozumiem jednak jeśli to dla ciebie zbyt wiele. - dodał na zakończenie.
     
    imię / nick:---
    multi:Elias, Riley
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    29

    wiek


    let's have some fun, this beat is sick

    ZAJĘCIE


    I wanna take a ride on your disco stick

    UCZUCIA




      
    Hannah
       Mayfair

      
    "she's made of outer space and her lips are like the galaxy's edge and her kiss the color of a constellation...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-19, 21:32


    Spojrzała na niego spod wachlarza swoich długich, ciemnych rzęs i uśmiechnęła się zadziornie, a gdy skupił swoją uwagę na jej ustach zrobiła to, przed czym powstrzymać się po prostu nie mogła. Bezwstydnie zagryzła dolną wargę, doskonale wiedząc jak bardzo ten drobny i gest na niego działa. W końcu sam się jej do tego przyznał.
    “To zależy” rzuciła, unosząc do góry brew i cicho się śmiejąc. Potrafiła być zarówno słodka i uległa, jak i władcza i dominująca. Wszystko zależało nie tylko od dnia i okoliczności, ale też osoby, z którą była. O czym chętnie pozwoliłaby mu przekonać się na własnej skórze już teraz, ale… impreza trwała w najlepsze, a wymknięcie się w wiadomym celu pewnie zostałoby uznane za wyjątkowo niegrzeczne. Z niecierpliwością Mayfair wyczekiwała więc na moment, kiedy wszyscy położą się spać, a ona będzie miała Brandona tylko dla siebie.
    Gdy po pociągnięciu sporego łyka ze szklanki jej towarzysz zaczął domagać się szczegółów spojrzała tylko na niego rozbawiona, bo choć bardzo by chciała, nie była w stanie przebić jego historii. Jej wydawała się być jednak całkiem zwyczajna.
    “Szczerze? To nie było nic wielkiego. No i zdarzyło się więcej niż raz. W mojej rodzinie nie funkcjonuje pojęcie prywatności, nikt nie puka” wyjaśniła, zabawnie marszcząc nosek. “Za pierwszym razem do mojej sypialni władował się najstarszy brat. Z chłopakiem byliśmy w trakcie, a on widząc nas momentalnie zapomniał, czego potrzebował. Zamiast tego, zapytał czy używamy gumki, a gdy usłyszał, że tak, życzył nam dobrej zabawy i jakby nic wyszedł” parsknęła na samo wspomnienie. Całe szczęście, w ich domu rodzeństwo zawsze trzymało sztamę, więc obyło się bez donosu u rodziców i niezręcznej pogadanki o seksie.
    “Poczekaj, ale zaraz. Jaki typ porno oglądaliście, to mnie bardzo ciekawi” upomniała się Jeremiaha, bo jej zdaniem, to była bardzo ważna informacja, dopełnienie całej historii. Spojrzała więc na kumpla z nieskrywaną ciekawością i kiwnęła na niego głową, zachęcając go do mówienia. Wierzyć się jej nie chciało, że matka mogłaby podejrzewać go o homoseksualny związek. Wszyscy mężczyźni z rodziny Dohemy tak bardzo kochali kobiety, że było to fizycznie niemożliwe.
    “Nie, nie jako striptizerka” szturchnęła bruneta lekko w bok, widząc jego zaciętą minę. “Moi przyjaciele z Toronto uwielbiali tego typu miejsca. Swego czasu regularnie wpadaliśmy do różnego rodzajów klubów ze striptizem, gejbarów. Tańczyliśmy, braliśmy udział w karaoke. Naprawdę świetnie się bawiliśmy” przyznała wesoło. “Na rurę nigdy nie wskoczyłam, ale zdarzyło mi się wraz z koleżankami pląsać na podeście” dodała, upijając jeszcze kilka łyków drinka, bo od tego całego gadania zaschlo jej w gardle. I chyba dobrze zrobiła, bo gdy Mari i Jeremiasz się oddalili czekała ją kolejna, o wiele poważniejsza rozmowa. W milczeniu wysłuchała słów Brandona, przyswajając kolejne, przedstawiane przez niego rewelacje. Nie była wcale zła za to, że wcześniej jej nie powiedział. Po części rozumiała jego obawy, cieszyła się więc, że mają to już z głowy. Nie znosiła tajemnic, a zwłaszcza takich.
    “Dziękuję, że mi powiedziałeś” mruknęła miękko, łapiąc go za dłoń i splatając ze sobą palce. “Mój poprzedni chłopak przez pół roku mnie oszukiwał. Ukrywał, że ma córkę, że spotyka się ze swoją byłą… nie wiem, jakbym zareagowała, gdybym dowiedziała się za kilka miesięcy” przyznała zupełnie szczerze, bo niewykluczone, że gdyby kolejny mężczyzna wywinął jej taki numer spakowałaby manatki i wyjechała w cholerę, zaszywając się w jakiejś kompletnej głuszy i wyrzekając wszelkich związków. Brakowało jej już sił na tego typu akcje. “Lubię Cię, naprawdę Cię lubię… może więc któregoś dnia mogłabym je poznać?” zapytała nieśmiało, bo wiedziała, że to poważny krok, ale z drugiej strony. Ich znajomość nabierała rozpędu, niewykluczone, że znajdą się w końcu na takim etapie, w którym będzie to wręcz konieczne. “Ale zanim to się stanie, chciałabym, żebyś mi o nich opowiedział. Jakie są, co lubią” dodała, odstawiając szklankę na bok i przysuwając się do niego bliżej, a potem wtulając się w jego klatkę piersiową.
    Wtedy jednak do obozowiska wróciły ich najcenniejsze zguby, Hania więc przekręciła się tak, że znów siedziała do nich przodem i powitała ich promiennymi uśmiechami.
    “Wstrzymaliśmy się z przypałami, teraz moja kolej” rzuciła, znów łapiąc za drinka. “No to cóż… ja nigdy nie wszczęłam bójki w barze” mruknęła, obserwując jak szklaneczki idą w ruch.
     
    imię / nick:sashayaway / Hania
    multi:Sia!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 0
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-19, 22:05


    To nie było odpowiednie miejsce na przeprowadzanie takich rozmów, zwłaszcza że oboje byli znani z tego, że najpierw działali a potem myśleli nad konsekwencjami. Dlatego Mari tylko wspomniała o tym, co chciała zrobić i Jeremiah miał czas by to sobie wszystko przemyśleć i ułożyć w głowie. Zegar tykał coraz głośniej, ale oboje zasługiwali na trochę czasu by później nie żałować podjętej przez siebie decyzji. Chwilę jeszcze przytulała się do niego, co było niezwykle miłe i tak bardzo jej potrzebne. Ostatnim razem widzieli się podczas festiwalu gdzie czas spędzali we trójkę, teraz również na biwaku było ich sporo osób, więc taka chwila sam na sam była jej potrzebna. Uśmiechając się delikatnie podziękowała mu za całe zrozumienie i nie lekceważenie jej problemów. Chwilę później znaleźli się na brzegu jeziora, gdzie zmęczone całą zabawą i pluskaniem w wodzie dzieci nie protestowały na wspomnienie o śnie. Wchodząc do namiotu dziewczyn Mari pomogła czterolatce przebrać się w jak to nazwała „ulubioną pisamkę w jednolosce” i wymieniła się z nią poduszkami, bo ta włoszki bardziej pasowała jej do ubioru. Nie miała pojęcia, co Em lubi. Czy Jeremiah opowiada jej bajki na dobranoc? Pozwala w ciszy zasnąć a może daje tylko buziaka na dobranoc i wychodzi? Dziewczynka szybko pozbawiła ją wszelkich wątpliwości, bo przysunęła się do niej i wyciągnęła w jej kierunku malutką dłoń, którą Mari od razu ujęła. Nachylając się nad nią założyła kosmyk niesfornych włosów za ucho i uśmiechnęła się do niej ciepło. Gdy Jeremy otworzył wejście do namiotu, brunetka przyłożyła palec do ust bo mała chwilę wcześniej zamknęła oczy i powoli zapadała w sen. Razem przy niej posiedzieli, posyłając sobie tylko pełne czułości spojrzenia i po cichu wyszli z namiotu.
    - Ktoś tutaj jest tak zajęty sobą, że nawet nie zauważył, że trzeba dołożyć do ognia – zaśmiała się, bo Brandon i Hannah sprawiali jakby właśnie świata poza sobą nie widzieli. Co tylko poprawiło jej humor, bo był to miły obrazek. Wiedziała jak Hannah straciła głowę dla starszego z braci, jednak nie miała pojęcia że działa to w obie strony. Mrugnęła tylko do niej porozumiewawczo dorzuciła kilka przygotowanych wcześniej gałęzi do ogniska. Wychodząc ze swojego namiotu zabrała gitarę, więc teraz gdy zaczęło się powoli ściemniać, usiadła na swoim poprzednim miejscu i czekając na ponowną grę zaczęła sobie coś tam brzdękać. Znowu czuła się jak nastolatka, która biwakuje w środku lasu, gra przy ognisku i beztrosko bawi się ze swoimi znajomymi. Jako jedyna w tym towarzystwie nie piła, na co sama zgłosiła się jako ochotniczka, bo ktoś trzeźwy musiał mieć oko na śpiące dzieci plus, w razie potrzeby potrzebna była osoba zdolna prowadzić samochód. Jednak pomimo że w jej kubeczku znajdował się zwykły sok bawiła się świetnie. Była pewna, że podczas ich krótkiej nieobecności Hannah i Brandon poczęstowali się nową porcją alkoholu bo byli w coraz lepszych humorach.
    - Nie wierzę w to Hannah… - zaśmiała się, bo sama musiała na chwilę zaprzestać brzdąkania na gitarze by unieść swój kubeczek i upić z niego łyk. – Zanim zaczniecie sobie wyobrażać Bóg wie co, to pytanie dotyczyło wszczynania bójek a nie uczestnictwa w nich. Od tamtej pory mam nauczkę, żeby nie flirtować z dwoma facetami na jednej imprezie… w dodatku jeśli są najlepszymi kumplami, którzy nagle rzucają się sobie do gardeł – dodała, niewinnie wzruszając ramionami. Wiedziała, że Jeremiah raczej nie lubi słuchać jej romansowych historii, jednak zanim go poznała przez jej życie przetoczyło się kilku bardziej lub mniej znaczących mężczyzn. A że nigdy nie mieli okazji o nich porozmawiać to już była inna sytuacja. Bo w odróżnieniu od niego Mari nie była w dziesięcioletnim małżeństwie. – Nigdy nie fantazjowałam o kimś, będąc w łóżku z kimś innym – zerknęła na zebranych wokół ogniska z ciekawością i dla podbicia atmosfery zagrała mroczniejsze akordy na gitarze.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: