Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-08-14, 20:55


    #27

    Podjechał pod Come a Casa o umówionej godzinie i zarządził dzieciom siedzenie w samochodzie, dopóki on nie wróci tutaj z Mari i jej rzeczami. Gdy tylko otworzyła drzwi, przyciągnął ją za rękę do siebie i złożył na jej wargach gorący pocałunek. Jakże za tym tęsknił! Na festiwalu zachowywali się przyzwoicie aż do bólu, na obiedzie przy dzieciach także, dlatego teraz nie mógł sobie podarować posmakowania jej ust na dzień dobry. Nie wiedział, kiedy znów będzie mógł ich zakosztować z tą samą intensywnością, w końcu to miał być weekend z dziećmi, dlatego zachłannie nasycał się jej bliskością, dopóki nie zabrakło mu tchu w płucach. Niestety, nie mógł zostawić Emily i Thomasa na dłużej w samochodzie, dlatego wprowadzając ją z grubsza w nastrój dzieciaków, zabrał jej torby i poprowadził do samochodu.
    Podróż minęła zadziwiająco dobrze. Po ostatnim wspólnym obiedzie, na którym Thomas był milczący i szybko się zmył, Jeremiah podejrzewał, że chłopak znów zacznie stroić jakieś fochy, ale najwyraźniej atmosfera biwaku bardzo mu się udzieliła, bo ożywił się i rozmawiał całkiem swobodnie. Albo podziałała na niego rozmowa przeprowadzona z ojcem, chociaż jeśli miałby strzelać - pierwsza opcja była bardziej prawdopodobna. Gdy wreszcie rozprostowali kości po podróży i zaznajomili się z grubsza z miejscem, Jeremiah ustawił całą trójkę - łącznie z Mari - przed sobą i z miną harcerskiego druha zaczął swój wywód: - Dobra, łobuziaki, musimy ustalić sobie zasady. Dotyczą one wszystkich - spojrzał także na Mari, bo musiała dawać dobry przykład dzieciom, żeby nie miały powodu do szukania usprawiedliwień. - Po pierwsze - nie oddalamy się od obozu bez poinformowania o tym pana generała - wskazał ręką na siebie - bo za dezercję grozi… jeszcze nie wiem, czym to grozi, ale kara na pewno będzie dotkliwa! - pogroził im palcem z groźną miną, ale jego oczy i usta się uśmiechały. - Po drugie - do lasu i do jeziora wchodzimy tylko pod okiem osoby powyżej metra pięćdziesiąt - ustawił dłoń na odpowiedniej wysokości, która przewyższała trochę Thomasa i wymownie spojrzał na syna, bo mimo iż to on był spokojniejszym ogniwem w tym rodzeństwie, tak jak ojciec miewał głupie pomysły. - Po trzecie… będę wymyślał zasady na bieżąco, więc musicie być czujni, żeby niczego nie przegapić! Za dobre zachowanie będę przydzielał specjalne odznaki, a kto nazbiera ich więcej, wybiera miejsce, gdzie zjemy obiad w drodze powrotnej. - Wiedział, że najprawdopodobniej skończą w jakiejś cukierni, gdzie każde z dzieciaków zamówi jakiś ogromny kawałek tłustego i pełnego cukru ciasta i oboje będą wygrani, ale to były jego dzieci. I tak jak ojciec uwielbiały rywalizację. - No, to póki jeszcze mamy siły, proponuję rozstawić namioty. Żeby było sprawiedliwie podzielimy się na dwie drużyny. Może…
    - Ja z Mali! - zawołała Emily i od razu uczepiła się jej nogi. Mała cholernica. - To będzie nas namiot, dobze? - podniosła pytająco oczy na kobietę i zrobiła tak proszącą minę, jak tylko uroczo proszącą minę może zrobić czterolatka mająca świadomość swojej anielskiej aparycji.
    - W porządku. Mari z Emily - położył jedną z toreb z namiotami pod nogi dziewczynom - ja z Thomasem. Nie mają szans - szepnął konspiracyjnie do syna zupełnie zapominając, że nigdy wcześniej tego nie robił. Ale to nie mogło być przecież specjalnie trudne...
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-14, 21:31


      – LII –

    Była gotowa do drogi już od godziny, ale jak na odpowiedzialną osobę przystało trzy razy sprawdziła czy na pewno niczego nie brakuje. Gdyby jechali sami na spontaniczny wypad pod namiot zupełnie by się tak nie przejmowała, jednak to była wyprawa z dziećmi, które były tak nieprzewidywalne… A co jeśli Emily się przewróci i zedrze sobie skórę na kolanie żądając kolorowego plasterka w motylki? A co jeśli Thomas będzie się nudził a zapomni wziąć swoich ulubionych komiksów? Trzy razy dzwoniła do Jeremiaha by upewnić się, że i on pamiętał o takich szczegółach. Stroje kąpielowe, coś wygodnego do spania, ciepła bluza na wieczór gdyby zrobiło się chłodno. Dlatego słysząc pukanie do drzwi złapała za torbę mając w głowie jeszcze milion pytań. Już brała głęboki oddech by wyrzucić je z siebie niczym karabin maszynowy jednak on zamknął jej usta pocałunkiem. Pełnym tęsknoty, uczucia i czułości pocałunkiem, który od razu odwzajemniła. Torba upadła na podłogę w momencie, gdy oplatała dłońmi jego szyję by przyciągnąć go jeszcze bliżej siebie. Co raz trudniej było sprawiać pozory niewinnej znajomości, zwłaszcza w obecności dzieci.
    - Poczekaj, moja mama przygotowała nam przekąski – przypomniała sobie gdy już prawie wychodzili i cofnęła się po styropianowe pudełka pełne biwakowych smakołyków. Czuła się tak jakby znowu była beztroskim dzieckiem, które wybierało się na długo wyczekiwany wyjazd. Nawet wakacje we Włoszech tak ją nie ekscytowały jak ten biwak. Modliła się by wszystko poszło po ich myśli i cała czwórka mogła bawić się wyśmienicie i zdobywać nowe, wspaniałe wspomnienia. Po wyjściu z samochodu uderzyło ją świeże powietrze oraz kojący szum drzew. Stojąc obok dzieci wpatrywała się w mężczyznę z niedowierzaniem słuchając wszystkich zasad. – A przepraszam bardzo Panie… generale – z trudem powstrzymała śmiech, bo osoba która nigdy nie spała pod namiotem nadała sobie prawo do ustalania zasad? – Czy odbyło się jakieś sprawiedliwe głosowanie, które wskazałoby akurat Ciebie jako zarządcę tej przygody? Dwie pierwsze zasady są bardzo dobre. Nie można oddalać się od namiotów bez osoby dorosłej – skierowała wzrok głównie na Emily, która pokazała już swoje zdolności do gubienia się ojcu. Nie chcieli tego powtórzyć tutaj, bo chociaż nie byli gdzieś daleko w lesie a z brzegu jezioro widać było pobliskie domki, to lepiej by dzieci trzymały się blisko.
    - Mam większe doświadczenie w biwakowaniu, w dodatku zadbałam o rozrywkę podczas jazdy i przekąski. Kto głosuje za mną? – ręka Emily od razu wystrzeliła do góry a Thomas się zawahał. Czuł dylemat przed głosowaniem na kobietę, za którą chyba jeszcze nie bardzo przepadał, ale może znał ojca na tyle by wiedzieć że komfortowo to czuje się w letniskowym domku bądź hotelu a nie w spaniu na świeżym powietrzu. W końcu jednak uniósł dłoń skuszony przekąskami. Dumna Mari mrugnęła do czterolatki, która od razu przytuliła się do jej nogi pokazując namiot, który wybrała. – To chodź, będziesz moim pomocnikiem – nadała jej ważną rolę trzymania kartki z instrukcją. Gdy rozpakowała cały namiot z pokrowca, dokładnie ułożyła sobie części i zaczęła jej składać. To nie było trudne, zwłaszcza że robiła to już jako dziecko, więc nie chcąc za bardzo chwalić się swoimi umiejętnościami pokazywała małej jak to trzeba zrobić. Zaangażowała dziewczynkę w każdą czynność, bardzo często pozwalając jej samodzielnie coś zrobić z czego była niezwykle dumna. W końcu naciągnęły linki i wbiły je w ziemię, dzięki czemu namiot stabilnie przytwierdzony był do podłoża. – Dziewczyny górą – przybiła sobie z czterolatką piątkę i razem poszły do samochodu. Mari wyjęła swoją i jej torbę a dziewczynce podała dwie poduszki, o których też nie zapomniała. Przynajmniej nie będzie im bardzo twardo. Rozłożyły sobie karimaty, śpiwory i po chwili śmiejąc się leżały wygodnie. A chłopcy? Chyba jeszcze męczyli się ze swoim namiotem.
    - Dobrze Wam idzie, może zdążycie zanim się ściemni – zażartowała sobie patrząc jak Emily zajęła się zbieraniem kwiatków. - Może jednak potrzebujesz pomocy? Im szybciej go złożycie tym szybciej pójdziemy wykąpać się w jeziorze.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-08-15, 07:58


    Popatrzył na wahającego się syna wyczekująco, a kiedy i ten oddał głos na Mari, ręce mu opadły w teatralnym geście. - Zdrajcy, jeszcze mnie popamiętacie! - ze zmrużonymi oczami wycelował palcem w dzieciaki i udał obrażonego, ale w duchu uśmiechnął się do siebie z ulgą. To mógł być naprawdę świetny weekend! - Strzeżcie się jednak, ja tak łatwo się nie poddam i kiedyś wprowadzę własną dyktaturę! - bo hej, nie mógł przecież dać tak łatwo za wygraną! A oddanie całej władzy Mari - nawet jeśli było kuszące - absolutnie nie wchodziło w grę!
    Widząc, że dziewczyny zabrały się za robotę zgodnie z instrukcją, Jeremiah - jak na prawdziwego faceta przystało - stwierdził, że instrukcje są dla słabych. Przecież to tylko kilka linek, giętkich kijków i płachta na wierzch. Prościzna. Niemalże godzinę później okazało się, że to wcale nie jest takie łatwe! - Nie, nie, jest w porządku, radzimy sobie! - zapewnił z pełną pewnością siebie, chociaż absolutnie nie miał pojęcia, gdzie popełnił błąd, że namiot nie przypominał za cholerę tego z obrazka. Kilka semestrów na inżynierii budowy maszyn najwyraźniej nie było wystarczającą szkołą dla złożenia czegoś tak prozaicznego jak namiot.
    - Tato, i tak przegraliśmy. Chodź, pokaż mu, jak to zrobić - Jeremiah niemalże parsknął śmiechem słysząc ten lekceważący wiarę w ojca głos Thomasa, ale znów udał tylko obrażonego i pozwolił chłopcu przeprowadzić Mari do ich namiotu. Kilka minut później kobieta rozwiązała problem, z jakim borykał się Jeremy i biwak był już rozstawiony pierwsza klasa!
    W trakcie przygotowywań nad jezioro Jeremiah z lekką paniką stwierdził, że zapomniał dmuchanych naramienników dla Emily, miał tylko pontonik z jednorożcem, ale to niewystarczająca ochrona, w razie gdyby z niego wypadła, na szczęście Mari przygotowała się lepiej od niego (a znów podśmiewał się w duchu z jej nadgorliwości). Z wdzięcznością popatrzył na kobietę, kiedy w drodze na przyjeziorną plażę tłumaczyła jego córce, że to specjalne bransoletki dla wodnych księżniczek, bo oczywiście mała nie chciała ich nosić jako jedyna w zespole. W końcu jednak uległa i po wstępnym przyzwyczajaniu się do różnicy temperatur Jeremiah powściekał się z dzieciakami w jeziorze, wcześniej tłumacząc zasady obowiązujące w wodzie. Thomas, który już umiał pływać, z maską na oczy i rurką do oddychania oglądał dno jeziora na płyciźnie, a on zaczął tłumaczyć Emily jak pływać, ale po jakimś czasie szybko się znudziła i stwierdziła, że woli robić zamki na piasku. Cała trójka wyszła z wody, gdzie Jeremy przekazał dzieciom łopatki i sitka, i zarządził budowanie oddzielnych fortec, za którymi później będą się toczyć wojny na pistolety z wodą. Emily i Thomas mieli na razie względnie bezpieczne zajęcie, na którym skupili swoją uwagę na dłużej, stąd też ojciec miał chwilę dla siebie, dlatego dołączył do Mari, skąd miał dobry widok na bawiące się dzieci.
    - Pomyślałaś naprawdę o wszystkim, dziękuję - powiedział kładąc się koło niej na boku i ze śmiechem pokręcił głową, żeby ochlapać ją kropelkami wody z włosów. - To teraz trzeba zadbać o niezależną kobietę… - dzieciaki były wystarczająco zajęte swoimi zabawami, żeby nie zwracać na nich uwagi, dlatego pozwolił sobie trącić nosem jej ramię, gdzie chwilę później złożył krótki pocałunek, a dłonią powoli zaczął wodzić wzdłuż uda od kolana po jej biodro od tej strony, od której ani Thomas, ani Emily nie mogli spojrzeć. Świadomie przysunął się bliżej i położył głowę na jej ramieniu. - Zastanawiam się, czy wmasowanie ci kremu z filtrem w plecy będzie wystarczająco niewinne, żeby nie zgorszyć dzieci, czy może okaże się zbyt zdradliwe, bo sprowokuje mnie do jakiejś nieprzyzwoitości… Sprawdźmy to! - Poklepał ją z rozbawieniem po udzie i sięgnął do torby po butelkę z kremem, unosząc brew wyzywająco.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    29

    wiek


    let's have some fun, this beat is sick

    ZAJĘCIE


    I wanna take a ride on your disco stick

    UCZUCIA




      
    Hannah
       Mayfair

      
    "she's made of outer space and her lips are like the galaxy's edge and her kiss the color of a constellation...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-15, 14:35


    #tubędzienumerseriojaktylkogarnękalendarz
    outfit

    Podróże małe i duże. Rodzice Hannah od maleńkości wpajali jej ciekawość świata. Podsuwali pod nos atlasy geograficzne, pokazywali zdjęcia z najpiękniejszych zakątków, które udało się im odwiedzić zanim pojawiły się pociechy, zachęcali do poznawania nowych miejsc i ludzi. Nic dziwnego, że gdy tylko nauczyła się chodzić, ciężko było jej usiedzieć na tyłku. Najpierw wraz ze swoimi opiekunami zwiedzała okoliczne góry, jaskinie i lasy. Gdy zaś podrosła - urządzała weekendowe oraz wakacyjne wypady ze znajomymi. Nigdy nie ciągnęło jej do drogich, pięciogwiazdkowych, luksusowych hoteli. Sama wręcz uważała, że jeżeli chce poznać jakieś miejsce, dowiedzieć się czegoś więcej o mieszkających w nim ludziach i panującej kulturze - nie może zamykać się w betonowych, czterech ścianach. I choć niektórzy śmiali się, że jej to przejdzie, że gdy tylko skończy szkołę i dorośnie natychmiast zamarzy o wszelkich wygodach, lata leciały, a ona wciąż z miłą chęcią rozbijała się po świecie. Czasem wybierała pole namiotowe, czasem przyczepę kempingową, innymi razy spała u ludzi, poznanych przez aplikacje internetowe. Przemieszczała się pociągami, autobusami, niekiedy siłą własnych mięśni - pieszo bądź wypożyczanymi w większych miastach rowerami. I co najważniejsze, cholernie dobrze się przy tym bawiła. Zawierała przyjaźnie, próbowała lokalnych przysmaków, żyła pełnią życia.
    Pomysł wspólnego wyjazdu nad jezioro wyjątkowo przypadł jej więc do gustu. Gdy tylko Mari do niej napisała niemalże od razu na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, a ona sama w trzy sekundy z trybu “to będzie ten dzień, kiedy ani na moment nie wyjdę z łóżka, będę oglądać Netflixa” momentalnie przeskoczyła do “cudownie, cu-do-wnie, lecę się pakować”. I prawdę mówiąc, nim zadzwoniła do Brandona była już absolutnie gotowa, w wielkiej, sportowej torbie miała upchnięte koce, niezbędne ubrania, środki na oparzenia i ugryzienia, suchy prowiant. Wszystko, co tylko mogłoby się im przydać w głuszy, nawet papier toaletowy. Bo właśnie taka z niej była zapobiegliwa dziewczyna ot, co. W każdym razie, na przyjacielsko-rodzinną wycieczkę nakręciła się do tego stopnia, że gdyby brunetowi nie przypadł do gustu pomysł, byłaby skłonna użyć wszystkich znanych sobie sposobów, byleby tylko go przekonać. Szczęśliwie, wystarczyło jedynie napomknąć o dużej ilości alkoholu, regularnym pluskaniu się w wodzie oraz miłosnych uniesieniach na świeżym powietrzu (niekoniecznie w tej kolejności), a Dohemy się zgodził. Godzinę później siedzieli więc już w jego samochodzie i obładowani pakunkami, jechali na miejsce, którego współrzędne Carlotta przesłała im kolejnym smsem. I choć GPS mówił, że do celu dotrą za jakieś dwie godzinki, nie byliby sobą, gdyby nie zboczyli nieco z trasy i nie zajęli się sobą, przez co spóźnili się jedynie godzinę piętnaście minut, ale hej. Przecież podobno czasem modnie jest się spóźnić! Zwłaszcza, że Hania miała doskonałą świadomość tego, że na widok Jeremiasza Brandon będzie niekoniecznie zadowolony. Wolała więc zawczasu pozbyć się nagromadzonego w nim napięcia, tak aby później, nie doszło przypadkiem do jakichś rękoczynów.
    Gdy dojechali, w obozowisku nikogo już nie było. Namioty jednak stały pięknie rozłożone, zabezpieczone przed wiatrem i innymi, atmosferycznymi zjawiskami. Nie pozostało więc nic innego jak rozpakować swoje manatki, zadbać o własny kąt do spania, a następnie korzystając z ostatnich chwil samotności, wymienić kilka długich, namiętnych pocałunków i wyruszyć na poszukiwania pozostałych obozowiczów, którzy koniec końców, znaleźli się na brzegu jeziora, gotowi do udzielanych przez Mari pierwszych lekcji pływania.
    “No cześć, jesteśmy” rzuciła wesoło, w kilku krokach pokonując dzielącą ich odległość, chwytając brunetkę w ramiona i cmokając w oba policzki. A potem dokładnie to samo uczyniła z Jeremiaszem, który zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, niczego się nie spodziewał. Zaśmiała się więc cicho, posyłając mu przepraszający uśmiech. “Tak, wiem, jesteśmy okrutne, złe i podłe, bo o niczym Wam nie powiedziałyśmy, ale będzie fajnie. Zobaczycie” wyszczerzyła się w uśmiechu, wymieniając z Carlottą porozumiewawcze spojrzenia. Nie ma to jak dziewczyński spisek. “A co to za młodzi Państwo? Cześć dzieciaki, jeszcze się nie znamy. Jestem Hania!” przywitała się pogodnie.
     
    imię / nick:sashayaway / Hania
    multi:Sia!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 0
     





    36

    wiek


    właściciel warsztatu samochodowego i wypożyczalni sprzętu wodnego

    ZAJĘCIE


    ---

    UCZUCIA




      
    Brandon
       Dohemy

      
    "Keep your face to the sunshine and you cannot see a shadow.

      

      

      

      

      

      

    2020-08-15, 16:55


    #amitobysięprzydałowogóletenkalendarzzałożyć
    outfit

    Takiej propozycji od Hani nie spodziewał się usłyszeć w tej chwili totalnie dlatego sam telefon dość mocno go zaskoczył. To w jaki sposób przedstawiła mu cały ten wyjazd i z jakim zaangażowaniem zaczęła go do niego namawiać sprawiło, że totalnie nie miał serca jej tak po prostu odmówić. Nie chodziło nawet o jej argumenty (choć i one były bardzo przekonywujące), a o fakt jak bardzo była tą sytuacją podekscytowana i jak bardzo czułby się źle z myślą, że swoją odmową całkowicie zepsuł jej dzień. Poza tym lubił przecież takie wypady, z wszystkich Dohemy spędzał na świeżym powietrzu chyba największą ilość czasu czy to truchtając leśnymi ścieżkami, czy spacerując po górach i na dalekich wyjazdach w rozmaite zakątki świata kończąc. No, ostatnio podróżował mniej. Być może po prostu brakowało mu kompana? Jedyną przeszkodą był w tej sytuacji jego biznes ale hej, przecież przez te dwa/trzy dni bez problemu poradzą sobie bez niego, racja? Na pewno. Po prostu na ogół nie miał raczej w zwyczaju rzucać wszystkiego jak stał i z dnia na dzień ruszać w świat. A może ów spontaniczność koniec końców wyjdzie mu na dobre? Na spakowanie się czasu miał niewiele ale nie był to jego pierwszy biwak i wiedział doskonale co powinien za sobą zabrać. Zresztą... Nawet jeśliby czegoś faktycznie zapomniał - istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że pamiętała o tym Hania. Co dwie głowy to nie jedna.
    Tak czy owak - wkrótce zapakowali się w auto i ruszyli w drogę. Hannah choć mówić lubiła dużo - ani na chwilę nie wyszła z roli zgrabnie omijając temat tego kogo właściwie zastaną na miejscu. Kiedy z kolei za bardzo dociekał - skutecznie odwracała jego uwagę. A w odwracaniu uwagi była akurat dobra, może nawet aż za bardzo bo nim się zorientował znów schwytała go w swe pajęcze sidła. Zboczył z trasy wjeżdżając w jakąś leśną, przydrożną ścieżkę i zatrzymał auto nie mogąc oprzeć się wzmożonej chęci by po prostu się nią zająć. Wtedy jeszcze nie wiedział, że cwaniara doskonale to przemyślała.
    Kiedy byli już na miejscu pomógł rzecz jasna Hance z przygotowaniach. Chyba nie przejmował się za bardzo tym, że się troszkę spóźnili. Kto jak kto, ale Brandon miał to akurat we krwi. Przecież on wiecznie się gdzieś spóźniał, dzisiaj miał przynajmniej ku temu solidny powód. Kiedy wszystko było już gotowe ruszył wraz z Hanią na poszukiwania reszty obozowiczów, a tak się składa że szukać długo wcale nie musieli. Tylko, że jakoś tak... totalnie nie spodziewał się zobaczyć tutaj swojego brata. Obrazek niby zwyczajny, para ludzi z dwójką dzieci kąpiących się na plaży, a jednak jemu wyraźnie coś w tym obrazku nie do końca pasowało. Co zabawne nie skupił się wcale tak bardzo na Jeremiaszu jak na kobiecie, która mu towarzyszyła. To jest ta cała Mari, o której mu ostatnio wspominał? Przystanął w miejscu, a nawet cofnął się o krok robiąc miejsce rozochoconej Hani, która wszystkich kolejno zaczęła z entuzjazmem ściskać i całować. Tylko, że on chyba nie do końca rozumiał dlaczego w ogóle go tutaj zaprosiła. Zerknął na nią z ukosa gdy śmiała się do Jeremiasza tłumacząc się ze ich kobiecego spisku, a potem skupił spojrzenie na młodszym Dohemy bardzo szybko dochodząc do wniosku, że jest równie tą sytuacją zaskoczony co i on sam. Nie rozumiał dlaczego Hania i Mari pomyślały, że to dobry pomysł by ściągnąć braci na jeden biwak. Zwłaszcza w obecnej sytuacji, kiedy trochę się ze sobą poróżnili. Mało tego, poróżnili się o kobietę, której nawet nie znał, a która właśnie stała przed nim pogodnie się do niego uśmiechając. Wystarczająco awkward?
    - Może nas sobie przedstawisz? - zwrócił się bezpośrednio do brata. Normalnie powinna to pewnie zrobić Hania, chociażby z uwagi na to, że to mieli być "jej znajomi" ale w tej sytuacji oczywistym chyba było do kogo faktycznie należał ten obowiązek. Brandon nie chciał być niemiły czy opryskliwy ale też nie potrafił udawać, że nic się nie stało, że wszystko gra. Bo nie gra. Jeremiasz zachował się jak dupek w stosunku do swojej żony. To nie Mari powinna być z nim dzisiaj na tym biwaku. W ogóle jakoś odeszły mu chęci na całe to biwakowanie i chyba tylko biegnące w ich kierunku jeremiaszowe dzieci skłoniły go by na chwilę przegnał z twarzy ten pochmurny wyraz i należycie się z nimi przywitał. Emily rzecz jasna od razu wziął na ręce podrzucając ją całą roześmianą w górę, a Thomasa poczochrał lekko po głowie całkowicie ignorując fakt, że pewnie już tego nie lubił. W końcu to już duży chłopak, nie? Pewnie już mu nie wypada, czy coś.
    - Cześć, mistrzu. Co tam budujecie? - zerknął przelotnie za jego plecy na uklepane z wilgotnego piasku budowle.
     
    imię / nick:---
    multi:Elias, Riley
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-08-15, 23:05


    Miało być przyjemne masowanie po pleckach, kiedy dzieci zajęły się sobą, a zrobiło się… dziwnie. Gdy dostrzegł zbliżającą się w ich kierunku dwójkę ludzi - aż za dobrze mu znanych - rzucił Mari pytające spojrzenie, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Hannah już świergotała swoim rozentuzjazmowanym głosem - który akurat dzisiaj zaczął działać mu na nerwy - i obcałowywała mu policzki. Za to jej towarzysz… no cóż. Dobrze, że stanął odpowiednio daleko, bo Jeremy’emu nie podobało się to spojrzenie, jakim brat obrzucił Mari.
    I tyle by było z miłego weekendu w rodzinnym gronie. Miał jeszcze nadzieję, że Carlotta potwierdzi jego myśli, że to jednak jakaś chora pomyłka, ale nie, przyklasnęła słowom Hannah. No świetnie. - Wspominając o rodzinnym wyjeździe nie miałem na myśli aż tak rodzinnego - spojrzał na Mari z wyrzutem nie krępując się tym, że ich goście to słyszeli, bo po pierwsze - to miał być ich weekend z dziećmi, a po drugie - miał na ten wyjazd własne plany, które pokrzyżowało przybycie tej dwójki. Był na nią zły, że nie powiedziała mu wcześniej. Nienawidził niespodzianek. Zwłaszcza takich.
    - O, wręcz przeciwnie! Myślę, że nie muszę nikogo przedstawiać. Ty znasz jej imię, ona zapewne - spojrzał na Mari wymownie - twoje również, wystarczy - nie mając nastroju na kulturalne powitania wzruszył ramionami. Jeremiaszowi nie zależało na byciu miłym czy nieopryskliwym. Słowne przepychanki z Lulą to jedno. Między nim a Brandonem wisiał zgrzyt większy niż czysta złośliwość wobec młodszej siostry. - A skoro już musieliście się poznać osobiście, to ja jednak zaproponuję wam zmianę miejsca biwakowania. To duże jezioro, na pewno znajdziecie kawałek zieleni dla siebie. Gdzieś dalej - uśmiechnął się zupełnie bez szczerości i jednoznacznie wskazał ręką na samochód brata, który świecił swoim kolorem gdzieś zza drzew.
    Dzieciaki za to zainteresowane przybyszami - z których jednego znały całkiem nieźle, a swoją otwartością Hannah również szybko sobie je zjednała - weszły z nimi w krótką pogawędkę i wykazały się większą kulturą od ojca, bo przynajmniej się przedstawiły. - Fortece z piasku. Będziemy się później naparzać z pistoletów na wodę. Ktoś musi pomóc Emily, bo jej jest słaba i radość z wygranej będzie żadna - wyjaśnił Thomas Brandonowi niezbyt zadowolony z tego, że wujek traktuje go tak protekcjonalnie, ale oprócz skrzyżowania ramion na klatce piersiowej nie wyraził swojej dezaprobaty. Za to Emily już świergotała to z Brandonem, to z Hanią. - O-o-o-o! Wujek! Mila tez psyjechała? Będę się miała z kim bawić? Bo Tom nie umie się bawić, chlapie mnie wodą i kladnie łopatki, juz go nie lubię tak bardzo jak wceśniej! - poskarżyła się dziewczynka szukając za nogami Brandona ulubionej kuzynki. Jeremiah nie chciał jednak, aby dzieci uczestniczyły w tej rozmowie, dlatego zaraz wygonił ich z powrotem do swoich piaskowych budowli, a następnie zezował zirytowany od Hannah do Mari zastanawiając się, która z nich wpadła na ten genialny pomysł.
    - Wytłumaczycie mi, o co tutaj chodzi? Bo trochę nie łapię. To jakiś tajemny plan pogodzenia Dohemych? Will też wpadnie z jakąś dziewczyną? Albo chłopakiem, nie zdziwiłoby mnie to wcale - jak zwykle nie umiał odmówić sobie dygresji, która jednak nie wniosła nic do rozmowy. - Może jeszcze poczekamy chwilę na Tallulah z jej Mike’em? Jake’em? Czy jak mu tam było? Ach, no tak - uderzył się teatralnie otwartą dłonią w czoło - prawie zapomniałbym o Makyli i Elio! Ich też nie może zabraknąć! - jawnie ironizował, bo sytuacja coraz bardziej przestawała mu się podobać.

    rebel Jeremiasz wcina się w kolejkę i przypomina o SKRACANIU postów (sama nie wierzę, że JA to piszę :lol: )
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    36

    wiek


    właściciel warsztatu samochodowego i wypożyczalni sprzętu wodnego

    ZAJĘCIE


    ---

    UCZUCIA




      
    Brandon
       Dohemy

      
    "Keep your face to the sunshine and you cannot see a shadow.

      

      

      

      

      

      

    2020-08-16, 00:32


    W jego przypadku to w ogóle nie było mowy o wyjeździe rodzinnym, to miał być tylko zwykły biwak ze znajomymi. Domyślał się już w drodze, że Hannah coś przed nim ukrywa, ale nigdy nie przypuszczałby, że mogłaby w pełni świadomie wepchnąć go w takie bagno. I tak jak Brandon względnie się hamował by nie palnąć czegoś czego kiedyś mógłby żałować tak Jeremiah już się zdążył nieźle nakręcić. Dohemy odstawił małą Emily na ziemi i pokiwał lekko głową na boki.
    - Niestety nie, księżniczko. Gdyby wujek wiedział, że tutaj będziecie na pewno zabrałby ją ze sobą. - skłamał gładko ale w dobrej wierze. Gdyby wiedział, że tutaj będą wcale by pewnie nie przyjechał. Bogu ducha winne dziecko na szczęście nie musiało o tym wiedzieć. Z Emily przeniósł spojrzenie na Thomasa. No już, niech się tak nie dąsa. - Twoja baza wygląda na wytrzymałą, nie wiem czy którekolwiek z nas zrobiłoby lepszą. Może to ty powinieneś pomóc siostrze? Na pewno przyda jej się kilka wskazówek od najlepszego inżyniera w okolicy. - mrugnął do niego porozumiewawczo. Chciał jeszcze rozwiązać jakoś problem Emily ale nim zdążył powiedzieć cokolwiek Jeremiasz pogonił obojga do ich piaskowych fortec. Może to i lepiej? Zdecydowanie nie powinny brać udziału w tej "rozmowie". Podniósł więc wzrok i zmarszczył lekko czoło wracając do tematu dyskusji.
    - Fantastycznie. - skwitował krótko, a potem przerzucił swe spojrzenie na Mari. - Szalenie miło mi zatem poznać kobietę, która rozbiła małżeństwo mojego brata. - uśmiechnął się krzywo. Oho, szambo wylało. I to by było na tyle jeżeli chodzi o sztuczną uprzejmość, na którą jeszcze parę chwil temu potrafił się jakoś zdobyć. Teraz, sprowokowany chamskimi odzywkami młodszego Dohemy przestał przejmować się już tym co mu w ich towarzystwie wypada, a co ewentualnie powinien zachować dla siebie.
    Skupił swą uwagę na rozgorączkowanym Jeremiaszu, który właśnie bardzo grzecznie (jak na niego) i dyskretnie kazał mu wypierdalać.
    - No i bardzo dobrze, mnie to odpowiada. - stwierdził sucho nie mając widocznie zamiaru siedzieć tutaj ani chwili dłużej. Ba, nawet obrócił się na pięcie i ruszył w drogę powrotną do obozu mając totalnie w nosie to czy i kogo jeszcze na ten biwak zaprosili. Tudzież raczej zaprosiły, bo listę biwakowiczów najwyraźniej przygotowały na własną rękę dwie najbardziej rozchichotane dziewczyny w całym tym towarzystwie. Ewentualne wyjaśnienia też widocznie miał w nosie, o nie mógł dopytać kiedy indziej, kiedy już przejdzie mu złość i kiedy będzie z Hanią sam na sam.

    Też się wcinam ale obiecuję więcej tego nie robić. Słowo harcerza. 😂
     
    imię / nick:---
    multi:Elias, Riley
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-16, 07:59


    To był naprawdę świetny pomysł z przyjazdem tutaj, bo wszystko zaczynało się układać. Dzieci grzecznie bawiły się na brzegu jeziora, trzymając się zasady, że do wody nie wolno wchodzić samemu i trzeba poprosić o to kogoś z dorosłych. Pogoda była piękna, słońce świeciło zaskakująco mocno jak na tę część kraju a ona i Jeremiah leżeli sobie wygodnie na kocu. Nie mogła sobie odmówić tej kuszącej propozycji, i odwróciła się do niego plecami by mógł wsmarować w jej skórę olejek do opalania. Oczywiście nie potrzebowała go, jej oliwkowa skóra, nieco ciemniejsza nawet od opalonych Kanadyjczyków nie była tak narażona na słoneczne promienie. W dodatku niedawno wróciła z Włoch, żadne słońce nie było jej straszne, ale jego dłonie tak przyjemnie wodziły po jej ciele, że pewnie gdyby nie głos nadchodzącej Hani mogłaby tam spokojnie zasnąć.
    Nie spodziewała się tutaj rzucania sobie w ramiona, oglądania braterskiej miłości, ale liczyła, że chociaż raz Jeremiah będzie potrafił się zachować. Zamiast tego po krótkim przywitaniu się z Hannah zaczął się obrzucać z bratem błotem. Na całe nieszczęście tej sytuacji nie dosłownie.
    - Nie dramatyzuj – skwitowała go tylko, gdy zaczął wymieniać kolejnych członków rodziny, dodając do listy jej młodszego brata. Zachowywali się jak dzieci, więc Mari wymieniła tylko porozumiewawcze spojrzenie z przyjaciółką, która chyba też nie była zadowolona z tego jak wygląda przywitanie w stylu Dohemy. Naprawdę nie miała pojęcia, że ich relacje są tak trudne. Brandon niestety szybko uderzył też w nią, więc w pierwszym odruchu chciała coś odpowiedzieć, ale przecież nie miała w rękawie żadnego asa. Nie wiedziała nic o nim, Jeremy mało wspominał swoją rodzinę i pewnie gdyby nie jego znajomość z Hannah nawet by go tutaj nie było. Wiedziała też jak wyczulony jest na to wszystko Jer, więc jedno mordercze spojrzenie w jego stronę miało zapobiec kolejnemu atakowi i wybuchu złości. – Dobra, zasłużyłam. Chociaż nie do końca tak było, ale masz prawo mnie nie lubićchociaż idioto nawet mnie nie znasz i jak widać nie znasz też całej historii – Ale mamy piękny weekend, mamy pełno smacznego jedzenia z restauracji, planujemy wieczorem ognisko… - chyba żadne z tych argumentów nie przekonały Brandona, bo ten odwrócił się na pięcie i zaczął iść w kierunku namiotów. Mari spojrzała najpierw na przyjaciółkę potem na swojego mężczyznę, którego obdarowała już nieco ostrzejszym wzrokiem.
    - Brawo, nie mogłeś się chociaż raz powstrzymać prawda? Do rodziny trzeba się odnosić z szacunkiem, nawet jeśli coś Ci się nie podoba… - pokręciła głową i wbrew rozsądkowi ruszyła za jego bratem by szybko go dogonić. Byli oddaleni o kilkanaście metrów od brzegu jeziora a sama Mari nie miała pojęcia czy ten z braci Dohemy jest równie wybuchowy i impulsywny. Nie wiedziała czy jego poprzednie reakcje były po prostu grzecznością z jego strony a teraz nie dostanie się jeszcze mocniej. – Nie zaprosiłyśmy Was byście naprawiali swoje relacje. Jesteś tutaj dlatego, że Hannah też chciała spędzić z Tobą ten czas. Możesz mnie winić za wszystko co się wydarzyło, nie byłbyś pierwszy który z taką łatwością przypina mi łatkę kochanki, naiwnej i głupiej dziewczyny, która z pełną świadomością rozbiłaby czyjeś małżeństwo. Nie powiesz nic czego nie widziałam w spojrzeniach ludzi, którzy przez ostatnie tygodnie z pogardą mijali mnie chociażby w sklepie. Ale dzieciaki ucieszyły się na Twój widok, Hannah zresztą też chodzi cały czas uśmiechnięta, więc może daj nam szansę? To tylko dwa dni – wzruszyła bezradnie ramionami, bo żadne jego słowa nie były w stanie jej zranić. Chociaż było jej przykro, że po kilku sekundach od poznania kolejnego członka rodziny Dohemy tak ostentacyjnie widzi, że jej nie lubią.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    29

    wiek


    let's have some fun, this beat is sick

    ZAJĘCIE


    I wanna take a ride on your disco stick

    UCZUCIA




      
    Hannah
       Mayfair

      
    "she's made of outer space and her lips are like the galaxy's edge and her kiss the color of a constellation...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-16, 11:14


    Niewykluczone, że entuzjazm Hannah był odrobinę nie na miejscu, że brunetka powinna była zachować swego rodzaju powściągliwość i swoim radosnym paplaniem nie prowokować żadnego z Dohemych. Nie sądziła jednak, że po wysłuchaniu jej słów bracia natychmiast rzucą sobie do gardeł. No i że przy okazji oberwie się też Mari, która choć silna i odporna na docinki, nie zasługiwała na takie traktowanie. Była bowiem kobietą nie tylko piękną, ale też niezwykle ciepłą, troskliwą, otwartą. Poza tym nie zrobiła niczego złego, ot. Poznała mężczyznę, zaangażowała się, zakochała, a gdy ten przyznał się jej do tego, że posiada dzieci i żonę… choć nie było to łatwe, dała mu kolejną szansę, wybaczyła. Niechęć Brandona była jednak tak ogromna, że nawet nie brał pod uwagę tego, że to wcale nie musiało być tak, że Carlotta podstępem wdarła się pomiędzy szczęśliwe małżeństwo i z premedytacją uwiodła męża, owijając go sobie wokół małego palca. Czy w ogóle przez myśl mu przeszło, że Włoszka mogła o niczym nie wiedzieć? Patrząc na niego Mayfair była przekonana, że już dawno dokonał osądu, co cholernie ją smuciło, bo ciemnowłosa była ostatnią obecną tutaj osobą, która zasługiwała na jawną szyderę i pogardę.
    Słowa małej Emily na moment wybiły ją z rytmu. Wujek! Mila tez psyjechala? Jaka znowu Mila, nie miała najmniejszego pojęcia. Z odpowiedzi swojego towarzysza wywnioskowała jednak, że… mogło chodzić o jego byłą dziewczynę? Córkę? Kogoś, kogo dziewczynka lubiła i z kim chętnie się bawiła. Dohemy wcześniej nie wspominał o dzieciach, a i ona sama go o nie nie pytała, jeżeli jednak doczekał się potomstwa… zastanawiała się dlaczego do tej pory tego nie zrobił. Nie miał co prawda wobec niej żadnych zobowiązań, ale wciąż. Po tym jak Mason przez długie miesiące zwodził ją i oszukiwał, w tajemnicy utrzymując istnienie Laury była na tym punkcie cholernie wyczulona. Ta rozmowa jednak musiała zaczekać. Prawdziwe dramaty rozgrywały się przecież nie na linii on - ona, a między pozostałymi dorosłymi. I chociaż do tej pory Hannah jedynie biernie się przysłuchiwała, nie wchodząc w dyskusję, nie mogła dłużej tak po prostu stać i nic nie robić.
    “Po pierwsze, nie do końca wiedziałyśmy, że będzie trzeba Was godzić. Liczyłyśmy na nieco cieplejsze przywitanie i kto wie, może nawet odrobinę kultury osobistej” burknęła, marszcząc brwi. “Po drugie, Willa w to nie mieszaj. Co to w ogóle za głupie gadanie, czy z dziewczyną, czy z chłopakiem. Nie mogłeś sobie darować?” zrugała Jeremiasza. Strasznie nie podobało się jej takie jawne dopierdalanie, zwłaszcza, że z Williamem znała się i przyjaźniła najdłużej i czuła się w obowiązku bronienia jego bladego tyłka, nawet jeśli chwilowo sami byli ze sobą pokłóceni i nie dogadywali się najlepiej.
    Koniec końców nie miało to jednak większego znaczenia, bo po zasugerowaniu, że tak właściwie powinni się stąd wynosić Brandon obrócił się na pięcie i ruszył w stronę obozowiska, a ona jak bardzo chciała pobiec za nim, nie ruszyła się z miejsca, wzrokiem odprowadzając Carlottę. Zasługiwała przynajmniej na możliwość wytłumaczenia się i przedstawienia swojego punktu widzenia, dlatego też Mayfair postanowiła trzymać się z daleka, nie wcinać się i nie przeszkadzać. Potem ich dogoni, weźmie Brandona na jakiś długi spacer, spróbuje przekonać do zmiany zdania i spędzenia weekendu w rodzinnym gronie. Bracia nie mogli się przecież kłócić ze sobą w nieskończoność. Taką przynajmniej miała nadzieję.
    “Co to w ogóle było, co?” mruknęła, wbijając srogie spojrzenie w Jeremiasza. “Mari nas zaprosiła, była w stanie schować dumę w kieszeń, wyciągnąć przyjazną rękę i co? Musiałeś od razu do niego startować? Nie mogłeś tak po prostu ugryźć się w język?” zapytała, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. “Ona Cię kocha. Nie widzisz, że jej zależy na tym, żeby mieć dobre relacje z twoją rodziną? Że nie chce, żeby ludzie wytykali ją palcami i uważali za bezczelną i podłą kochankę? Nie planowałyśmy spraszać całej Waszej rodziny. Pomyślałyśmy, że weekend we czwórkę to dobry początek. Chcesz drzeć koty z Brandonem w nieskończoność, śmiało. Zastanów się tylko, czy w ten sposób nie wyrządzasz krzywdy kobiecie, która nijak na tą krzywdę nie zasługuje” ton jej głosu, choć cichy (aby dzieci niczego nie usłyszały) był wyjątkowo dobitny i mówił tylko jedno. Lepiej się z nią nie kłócić.

    / wy się wcinacie w kolejkę, ja nie skracam #rebel
     
    imię / nick:sashayaway / Hania
    multi:Sia!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 0
     





    36

    wiek


    właściciel warsztatu samochodowego i wypożyczalni sprzętu wodnego

    ZAJĘCIE


    ---

    UCZUCIA




      
    Brandon
       Dohemy

      
    "Keep your face to the sunshine and you cannot see a shadow.

      

      

      

      

      

      

    2020-08-16, 16:41


    Nie, nie zasłużyła. To jego zdecydowanie poniosło ale był w tej chwili za bardzo poirytowany by to przed nią (czy chociażby przed samym sobą) przyznać. Dlatego nie zważając na nic parł przed siebie z zamiarem złożenia obozu i spakowania swoich rzeczy z powrotem do samochodu. Słyszał, że ktoś podąża jego śladem ale przypuścił raczej (z dość oczywistych chyba powodów), że ruszyła za nim Hannah. Z drugiej strony... To, że przyjechała tutaj z nim nie oznaczało wcale, że musi też z nim wrócić, racja? Jeśli chciała - mogła zostać ze swoimi znajomymi i bawić się dalej, bez niego. Za jego plecami rozbrzmiał jednak inny głos niż ten, którego się pierwotnie spodziewał co chyba skłoniło go do wstrzymania marszu i obejrzenia się z lekkim poirytowaniem wymalowanym na twarzy na Mari.
    - Może następnym razem miast kierować się wyłącznie własnymi zachciankami zastanowicie się jeszcze przez chwilę nad tym czy skład obozowiczów odpowiada i pozostałym zaproszonym? - wzniósł lekko łuki brwiowe w górę przyglądając jej się chwilę z uwagą. Nie wyglądała mu wprawdzie na wstrętną manipulantkę czy jakkolwiek złą kobietę ale z uwagi na to, że zupełnie nie znał ani jej ani w sumie do końca jej wzajemnych relacji z Jeremiaszem - nie mógł też założyć, że jej intencje były tak samo czyste i niewinne jak wskazywała na to jej ogólna aparycja.
    Łatkę? Skoro nazywała to "łatką" - widocznie postrzegała swoją osobę całkowicie inaczej.
    - Czyli co? Jak to zrobiłaś w rzeczywistości? Przez przypadek? - i tu znów - mógł się ugryźć w język ale uznał widocznie, że to bez sensu skoro cała dyskusja i tak zabrnęła już tak daleko. - Bo "przez przypadek" nie wchodzi się żonatemu facetowi do łóżka, Mari. - dodał zgorzkniale. Wtedy jednak dopuścił chyba do siebie jakiś głos rozsądku bo zaświtała mu w głowie inna myśl. Może rzeczywiście za bardzo na nią usiadł? Może zbyt wielką winą obarczał? Co jeśli jej jedyny występek polegał na tym, że po prostu dała się uwieść? - Ukrył to przed tobą? - zapytał wprost. Gdyby jeszcze kilka tygodni temu ktoś się go zapytał, czy jego brat byłby w stanie zdradzić swoją żonę - zdecydowanie by zaprzeczył. Dzisiaj jeśli chodziło o Jeremiasza - niczego tak naprawdę nie był już pewien. Podświadomość podpowiadała mu wręcz, że sukinsyn mógłby być do tego zdolny.
    - Jak ty to sobie wyobrażasz? Wrócę tam i co? Będziemy przez dwie pełne doby siedzieć zabijać się z Jeremiaszem wzrokiem? On nie chce żebym tu był i mnie też wcale się ten pomysł nie podoba. Wybrałyście zły moment. Właściwie najgorszy z możliwych. - bo ich zgrzyt był bardzo świeży, trudno ocenić kiedy i czy w ogóle uda im się jakoś ten spór załagodzić. Jeremiasz był zdecydowanie zbyt impulsywny, a Brandon nie musiał i nie zamierzał znosić jego ciagłych przytyków, pyskówek i kąśliwych uwag.
     
    imię / nick:---
    multi:Elias, Riley
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-16, 19:30


    To wszystko było tak cholernie niesprawiedliwe, bo przecież w całym tym zajściu to Mari była ofiarą. Nic nie wiedziała ani o żonie ani o dzieciach i pozwoliła sobie na zaangażowanie w relację z mężczyzną, który od samego początku ją oszukiwał. Bo nigdy nie zapytała o jego stan cywilny, więc nie można było nazwać tego kłamstwem. Zgrabnie omijał te tematy przez tyle czasu, że później już nie umiał się z tego wyplątać. Ale wszyscy to w jej stronę rzucali tymi pogardliwymi spojrzeniami, takimi samymi jakimi uraczyła go kilka dni temu jego siostra a teraz jego brat. Była naiwna myśląc, że jego rodzina może ją zaakceptować.
    - Wydaje mi się, że oboje jesteśmy na tyle dorośli by wiedzieć, że pewne sprawy nie są albo białe albo czarne. Jest pomiędzy tym milion odcieni, więc to trochę bardziej skomplikowane niż to kto komu wskoczył do łóżka – nawet teraz nie chciała by Jeremiasz wyszedł na skończonego dupka, który uwiódł niczemu winną kobietę. To nie było tak, ale przecież nie przyzna się przed Brandonem, że z początku miał to być tylko seks. Ani Mari ani Jeremy nie planowali się tak zaangażować, a gdy pojawiły się uczucia wszystko jeszcze bardziej się skomplikowało. – Nie wiedziałam o żonie, ale to nie zmienia faktu, że nie umiem Ci tego wszystkiego wyjaśnić. Nie wiem ile brat mówił Ci o swoim małżeństwie, więc może następnym razem pozwolisz ludziom najpierw wszystko wyjaśnić zanim tak okrutnie ich zaszufladkujesz? – uniosła brew ku górze, bo mimo wszystko oboje byli bardzo do siebie podobni. Impulsywni, mówiący co im ślina na język przyniesienie, nie myślący o tym, że swoimi słowami mogą zranić innych ludzi.
    - Twój brat to kompletny baran, więc nic z tym nie zrobisz. Znasz go dłużej niż ja, więc na pewno widziałeś to spojrzenie nie raz. Może i gada głupoty, udaje że nie chce Cię tutaj widzieć, ale cholera jasna, jesteście braćmi i chyba potraficie wytrzymać dwa dni bez topienia się w jeziorze albo uduszenia podczas snu? – była pewna, że gdzieś w głębi serca Jeremy nie chce by brat pakował się i zostawiał ich samych. Nie mieli najlepszych kontaktów, ale nigdy nie było za późno by to naprawić. Przecież nie zaprosiła tutaj całego klanu Dohemy, to był tylko jego starszy brat, który w dodatku był towarzyszem Hannah, więc czemu mieliby się całą czwórką dobrze nie bawić? To tylko biwak. Jeśli któreś z nich będzie miało dosyć pójdzie spać do namiotu i nie będą wchodzić sobie w drogę. A może okaże się, że to był świetny pomysł i miło będą wspominali ten wyjazd. Chciała jeszcze coś dodać, ale w tle słyszała nawoływanie Emily, która chwilę później podbiegła do niej i wręczyła jej swoje rękawki do pływania. Czterolatka spojrzała na nią błagalnie by znowu mogły się wykąpać w jeziorze, więc Mari pomogła jej założyć na ręce rękawki i ostatni raz spojrzała na Brandona. – Proszę. W każdej chwili możesz spakować się i wyjechać, ale może to dobry moment na dogadanie się z bratem? – uśmiechnęła się do niego delikatnie mając nadzieję, że chociaż jeden z nich będzie potrafił schować swoją dumę do kieszeni i postąpić jak mądry, dorosły człowiek. Przechodząc obok Jeremiah`a rzuciła w jego stronę „zachowuj się” i razem z Ems weszła do wody, machając dłonią by Hannah do nich dołączyła.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-08-16, 21:11


    Słuchając Brandona zrobił krok do przodu, a palce obu dłoni ułożyły się w pięści gotowe do użytku. Starszy Dohemy wiedział, że jeśli obrazi Carlottę, uderzy pośrednio Jeremiaha, który już nabrał powietrze w płuca, żeby wyrzucić z siebie potok obraźliwych słów pod adresem brata. Groźne spojrzenie Mari ostudziło jego zapał do kolejnego konfliktu. Z satysfakcją dostrzegł, że Brandon postanowił się oddalić. Jego zadowolenie nie trwało długo, bo obie kobiety na niego nasiadły. Wywrócił oczami na ich przytyki; owszem, należało mu się, zachował się jak palant (nic nowego), a mimo to nie poczuwał się do całej winy za to zajście. Chciał pobiec za Mari, gdy ta zbliżyła się do Brandona, ale Hannah go zatrzymała. Może to i lepiej? Nie ręczył za siebie, gdyby brat znów zaczął obrażać Tillsley. - No wkurwił mnie, nie pomyślałem, okej? Wystarczyło powiedzieć wcześniej. Nie lubię niespodzianek - wyrzucił z siebie już mniej poirytowany niż wcześniej, ale dalej miał do obu pretensje, że nie poinformowały go o swoich planach. To mogło zakończyć się inaczej, gdyby był przygotowany do...
    Nagle uderzyły go słowa Hannah. Ona cię kocha. Aż go zamurowało z wrażenia; wcześniej nie przyszło mu to do głowy. Nie zastanawiał się do tej pory, jaka była jej motywacja do kontynuowania ich znajomości. Może schlebiało jej, że o nią zabiega? Robiła to dla jego plemników...? Czy coś? Patrząc na siebie nie dostrzegał jej uczuć... Jakoś nigdy nie zaświtało mu, że ona także mogłaby go kochać. Naprawdę był taki ślepy i potrzebował to usłyszeć chociażby i pośrednio? Dużo działań Mari, które postrzegał jako przypadkowe, zaczęło mu nagle układać się w głowie. Dalsza wypowiedź Hani działała jak zimny prysznic, już do końca wyzbywając go ze złości. Odwrócił głowę, a jego wzrok spoczął na Mari, kiedy rozmawiała z Brandonem. Poczuł silne ukłucie winy. Kurwa, tak też na to nie spojrzał. - Rzucisz okiem na dzieci? - skinął głową na jego małe powtórki budujące z piasku, a sam ruszył w kierunku rozmawiającej dwójki, ale w drodze do Mari i Brandona wyprzedziła go Emily, która pociągnęła kobietę nad wodę. Kiedy je wymijał, kiwnął jej głową na potwierdzenie, że tym razem będzie grzeczny i nie wywoła żadnej burdy. Odprowadzał obie wzrokiem, dopóki nie oddaliły się na wystarczającą odległość, by nie słyszeć ich wymiany zdań i dopiero wtedy spojrzał na brata. - Nie zdążyłem wyjaśnić wszystkiego, ale za późno na wykłady o odpowiedzialności za rodzinę i rodzicielstwo, bo moje fikcyjne małżeństwo i tak już nie istnieje. Jak chcesz mi za zdradę i manipulacje dać w zęby, to śmiało, tylko gdzieś dalej, żeby dzieci nie widziały. - Wzruszył obojętnie ramionami, bo znał brata i już zdążył odczuć, że nie podoba mu się sytuacja z romansem Jeremiaha. - Zjebałem z Kourtney, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Ale naprawdę kocham Mari, której z niezrozumiałego dla mnie powodu zależy na dobrych kontaktach z moją rodziną, dlatego… - nie lubił się przed nikim płaszczyć, zwłaszcza przed starszym bratem, toteż było mu niezręcznie. Zacisnął znów szczęki, bo szczerze nie rozumiał tego jej poczucia przynależności do rodziny. - Kurwa, wybaczyła mi parszywe kłamstwa, dzieci ją lubią i jeśli to pomoże mi odzyskać jej zaufanie, to przez cały weekend z uśmiechem na twarzy będę słuchał twoich docinków w moim kierunku i słowem się nie odezwę nawet na te najbardziej upokarzające. - Z jego niewyparzonym językiem i impulsywnością mogło to zakrawać o cud, ale czego się nie robi dla ukochanej kobiety?

    kolejkę na następnego posta zaklepała Hania, proszę bez rebeli tym razem! :lol:
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    29

    wiek


    let's have some fun, this beat is sick

    ZAJĘCIE


    I wanna take a ride on your disco stick

    UCZUCIA




      
    Hannah
       Mayfair

      
    "she's made of outer space and her lips are like the galaxy's edge and her kiss the color of a constellation...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-16, 22:00


    Nagła zmiana jego wyrazu twarzy, tonu głosu, zachowania… Hannah oczyma wyobraźni widziała jak mózg Jeremiasza pracuje na najwyższych obrotach, mieli coś, liczy i analizuje... aż w końcu bingo. Ani śladu wcześniejszego wkurwienia, za to wyraźnie widoczna skrucha i chęć działania, co brunetka zamiast słowami, skwitowała jedynie zadowolonym uśmiechem, bo… przecież nie jechała tutaj taki szmat drogi, aby po pięciu minutach krzyków i wrzasków wracać z powrotem do miasta. Zarówno jej, jak i Mari zależało na tym, żeby spędzić miły, towarzyski weekend, a żeby tak się stało, niezbędne było oczyszczenie atmosfery, wyjaśnienie mniejszych i większych nieporozumień oraz przynajmniej tymczasowe zawieszenie broni. Gdy ruszył więc przed siebie, odkrzyknęła jedynie, że pewnie, popilnuje dzieciaki - co chyba nie do końca się jej udało, bo już moment później Emily jak z procy wystrzeliła przed siebie, w ciągu jakichś pięciu sekund owijając się wokół nogi Carlotty. Szczęśliwie, Thomas pozostał na miejscu, misja więc została w połowie wykonana, a sama Hania odetchnęła z ulgą stwierdzając, że nie jest taką znowu najgorszą opiekunką. Nie najlepszą, nawet nie dobrą czy przeciętną, ale też i nie taką, że klękajcie narody, ziemio się rozstąp. Bawiąc się i grzebiąc w piasku razem z chłopcem raz na jakiś czas podnosiła do góry głowę i obserwowała rozwój sytuacji. Ciemnowłosa wraz z dziewczynką już wracały nad jezioro, panowie stali zwróceni do siebie twarzami i głośno o czymś rozmawiali, jednak nie na tyle głośno, aby mogła ich usłyszeć. Ich miny jednak z każdą chwilą stawały się coraz mniej zacięte, mięśnie się rozluźniały - co traktowała jak dobry znak.
    “Chodź młody, idziemy się popluskać. Dziewczyny nas wołają” rzuciła lekko, gdy zauważyła, że obie panie wesoło do nich machają. Zanim jednak wskoczyli do wody, Mayfair z kieszeni spodni wyjęła komórkę i napisała do starszego Dohemy’ego krótkiego, aczkolwiek treściwego smsa “Przepraszam, wiem, że jesteś na mnie zły. Mam nadzieję jednak, że tylko trochę zły, a nie bardzo zły i nie odmówisz mi kąpieli w jeziorze. Dołącz do nas, potem pójdziemy na spacer i porozmawiamy. Wszystko wyjaśnię” po którym miała nadzieję, że mężczyzna zamiast spakować manatki, wsiąść do auta i odjechać w siną dal, da jej jeszcze jedną szansę i spędzi z nią weekend.
    “Okej, pierwsze koty za płoty” mruknęła, podpływając do przyjaciółki i posyłając jej niewyraźny uśmiech. “Tak na nich patrzę i… nie chcę zapeszać, ale wydaje mi się, jeszcze będzie z tego coś dobrego. Są braćmi, nie mogą się żreć w nieskończoność. W końcu… rodzina jest najważniejsza” podsunęła, natychmiast się rozpromieniając. “Jeśli jednak się mylę i Brandon wróci do domu… będę niepocieszona. Liczyłam na opalanie się topless na brzegu jeziora, spacery po lesie i…. inne czynności, o których przez wzgląd na młodocianych nie wypada mi mówić na głos” zakończyła ze śmiechem, posyłając brunetce rozbawione spojrzenie. “Napisałam do niego, żeby tutaj wrócił. Mam nadzieję, że wróci i to z Jeremiaszem. Obaj w jednym kawałku” dodała, szczerząc się w uśmiechu. Wrodzony optymizm nie pozwalał jej martwić się i smucić.
     
    imię / nick:sashayaway / Hania
    multi:Sia!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 0
     





    36

    wiek


    właściciel warsztatu samochodowego i wypożyczalni sprzętu wodnego

    ZAJĘCIE


    ---

    UCZUCIA




      
    Brandon
       Dohemy

      
    "Keep your face to the sunshine and you cannot see a shadow.

      

      

      

      

      

      

    2020-08-16, 23:30


    "Nie wiem ile brat mówił Ci o swoim małżeństwie, więc może następnym razem pozwolisz ludziom najpierw wszystko wyjaśnić zanim tak okrutnie ich zaszufladkujesz?"
    Co to właściwie miało znaczyć? Czego nie wiedział? O czym Jeremiah zapomniał mu napomknąć podczas ich ostatniej rozmowy? Nie, nie było to do końca jego winą bo to starszy Dohemy uniósł się gniewem gdy tylko usłyszał o zdradzie brata nie pozwalając mu już potem dojść do słowa, czy jakkolwiek się usprawiedliwić. Chyba dopiero przytyk Carlotty skłonił go do przemyśleń i pozwolił mu to wreszcie zrozumieć. Brandon naprawdę nie miał w zwyczaju szufladkować ludzi za sam wygląd czy korelacje z innymi ludźmi, nie miał pojęcia co w niego wstąpiło. To jest właśnie ten moment, kiedy emocje mu trochę opadły i najzwyczajniej w świecie zrobiło mu się... głupio. Taktownie więc milczał, niczym nieprzygotowany do lekcji dzieciak wywołany przez nauczycielkę do tablicy wysłuchując wszystkiego co tylko miała mu do powiedzenia, a potem kwitując to głośnym, nieco ciężkim westchnieniem. W sumie... Za dzieciaka lubił akurat podtapiać Jeremiasza w jeziorze, wtedy różnica ich wieku była zdecydowanie bardziej widoczna i biedak nie miał z nim tak naprawdę żadnych szans. Kąciki jego warg zadrżały spazmatycznie w czymś na kształt uśmiechu czego oczywiście absolutnie nie był w tej chwili świadom ale potem przybiegła Emily, a jej piskliwy głosik skutecznie wyrwał go z tego letargu. Przyglądał się chwilę jak Mari zakłada dziewczynce rękawki, a kiedy odwróciła się do niego tyłem z zamiarem odmaszerowania na plażę rozchylił lekko wargi jak gdyby chciał za nią zawołać. Ostatecznie zapowietrzył się tylko (być może na widok zmierzającego w jego kierunku Jeremiasza) i pozwolił jej odejść. Trudno, złapie ją potem. Teraz powinien chyba skupić się na bracie bo kto wie z jakimi przybył intencjami. Ku jego zaskoczeniu - nastawiony był raczej pokojowo.
    - Nie kuś bo jeszcze to zrobię. - skwitował krótko ale po obniżonym o kilka tonów głosie można było wywnioskować, że cała ta absurdalna złość już mu chyba przeszła. A przynajmniej nie była już tak wyraźna.
    - Masz rację, zjebałeś. Nie będę zaprzeczał. Ale być może i ja pośpieszyłem się trochę z oceną całej tej sytuacji. - przyznał dość niechętnie. - Nie lubię gdy ludzie nie doceniają tego co mają, Jeremiah. Oba moje związki szlag trafił i to nawet nie z mojej winy... - no, może nie do końca. W przynajmniej jednym z nich częściowo winę ponosił ale nigdy nie posunąłby się do czegoś tak obrzydliwego jak zdrada. - ...a ty rozbijasz swoje małżeństwo sam, z pełną świadomością, a może nawet i premedytacją. No kurwa. - coś w nim po prostu pękło bo uznał to widocznie za cholernie niesprawiedliwe. Jedni tracą coś chociaż tracić tego wcale nie chcą, a inni odrzucają to z własnej woli, jakby nie miało to dla nich żadnej, najmniejszej choćby wartości. Właśnie dlatego tak bardzo go wkurzył. Do tego stopnia, że nie wziął pod uwagę, że w ich związku już dawno mogło się nie układać, że być może istniał już tylko na papierku, a ani jedna ani druga ze stron nie była tak naprawdę zainteresowana tym aby próbować go ratować. Kto wie? Może nigdy tak naprawdę nie było między nimi uczucia? Rozmyślania przerwał mu dobywający się z tylnej kieszeni dźwięk przychodzącej wiadomości tekstowej. Sięgnął po telefon i zerknął na wyświetlacz, a zauważając nadawcę kliknął w ekran i otworzył wiadomość. Nie odpisał na nią co prawda, ale też nie było za bardzo takiej potrzeby. Widocznie podjął już decyzję.
    - Ratuje cię chyba już tylko fakt, że naprawdę kochasz Mari... Bo to musi być miłość skoro jesteś skłonny do takich aż poświęceń. - skwitował ostatnie z jego słów i chyba nawet uśmiechnął się znikomo pod nosem. - Wiesz, że to poważna deklaracja i zamierzam ją egzekwować przynajmniej do końca dzisiejszego dnia, nie? - ciekawiło go swoją drogą jak długo wytrwa w tym postanowieniu. Przyglądał się jeszcze chwilę bratu, a potem pokręcił lekko głową na boki zażenowany odrobinę tą sprzeczką na poziomie przedszkolaków i ostatecznie, po chwili namysłu wyciągnął do niego dłoń by zbić z nim grabę i klepnąć go lekko w ramię. Tak naprawdę to wcale nie lubił drzeć z nim kotów, wystarczyło w zupełności, że z jednym z braci łączyły go beznadziejne relacje.
    - Chodź, wracamy. Muszę przeprosić twoją pannę, a potem... zrobić ci może jakiś przypał skoro już obiecałeś trzymać gębę na kłódkę. - i jak powiedział tak pewnie zrobili zmierzając z wolna w stronę jeziora. Gdy byli już na brzegu pozbył się też zbędnego odzienia, a potem wszedł do wody zmierzając w stronę już pluskających się kobiet i towarzyszących im jeremiaszowych dzieci. Hani rzucił tylko przelotne spojrzenie by jeszcze trochę się pomartwiła o to czy i jak bardzo był na nią zły (taki podły z niego człowiek), a potem zawołał za Mari i machnął do niej ręką.
    - Chyba należą ci się przeprosiny. - oznajmił gdy podszedł bliżej. - Poniosło mnie, wiem o tym. Zachowałem się jak dupek. Nie z tobą miałem problem a z moim bratem, totalnie bez sensu więc na ciebie naskoczyłem. Naprawdę nie mam w zwyczaju tak szybko oceniać i szufladkować ludzi nie zamieniając z nimi choćby jednego słowa. - oho, widocznie ta część zabolała go najbardziej. - Podobno pierwsze wrażenie zawsze jest najważniejsze i choć najlepszego pewnie na tobie nie wywarłem... liczę, że mimo wszystko uda mi się jakoś zrehabilitować. - chyba powoli wracał mu humor bo nawet leciutko się do niej uśmiechnął. No to jak, będzie zgoda?

    Najmocniej przepraszam za ten esej, co złego to nie ja.
     
    imię / nick:---
    multi:Elias, Riley
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-08-17, 08:44


    Wchodząc do wody upewniła się jeszcze, że Thomas zabrał swoją maskę do nurkowania i nie oddalając się za bardzo obserwowała bawiące się dzieci. Wyraźnie było widać po niej zdenerwowanie, bo nie chciała by przez jej szalony pomysł brania pokłócili się jeszcze bardziej. Powinna się przyzwyczaić do tych pogardliwych spojrzeń ludzi, którzy nie wiedzieli nic o ich sytuacji. Jak widać Jeremiah nie zwierzał się wszystkim ze swoich małżeńskich problemów, więc to ona wychodziła na kobietę, która świadomie rozbiła rodzinę, pozbawiła dzieci matki i odbiła męża. Bardzo niesprawiedliwa ocena, ale chyba powinna do tego przywyknąć. Nie wiedziała, że zakochanie się w tym mężczyźnie będzie niosło za sobą tyle komplikacji i trudnych sytuacji.
    - Normalne rodzeństwo nie mogłoby drzeć kotów w nieskończoność, ale to Dohemy, oni nie są normalni – próbowała obrócić to wszystko w żart, uśmiechając się niepewnie do przyjaciółki. Cudem było to, że rozmawiali i jeszcze się na siebie nie rzucili. – Brandon nie jest idiotą, nie zostawiłby Cię tutaj. Bo na pewno wspomniałaś mu o tych atrakcjach – zaśmiała się, bo żaden mężczyzna nie byłby jej w stanie tego odmówić. Nawet jeśli rodzeństwo by się nie dogadało nie musieli wyjeżdżać. Każdemu z nich należał się urlop. Krótki, bo krótki ale te dwa dni spędzone na łonie natury powinno pozwolić im odpocząć od codziennych spraw i codziennych dramatów. Kątem oka skontrolowała dzieci, bo Emily piszcząc i śmiejąc się uciekała przed bratem, który próbował ochlapać ją wodą. – Thomas chyba za bardzo za mną nie przepada. Nie mogę powiedzieć, że jest nie miły, uparty i robi wszystko na złość. Jest przerażająco milczący i obojętny w stosunku do mnie. Nie wiem czy mam nie zwracać na to uwagi i pozwolić mu powoli przyzwyczajać się do tej sytuacji czy z nim porozmawiać… - zerknęła na przyjaciółkę licząc na jakąś złotą radę, ale tak samo jak ona nie miała żadnego doświadczenia z dziećmi. Westchnęła, więc tylko ciężko i obserwowała jak bracia robią coś co ją zaskoczyło; podali sobie ręce na zgodę i wspólnie zaczęli zmierzać w stronę wody, w której chwilę później się znaleźli. Gdy Brandon zaczął ją przepraszać uśmiechnęła się delikatnie, bo doceniała taki gest, zwłaszcza że mogła się tylko domyślać jakie jest to dla niego trudne.
    - Nie było sprawy – zerknęła na niego i niewiele myśląc chlusnęła w niego wodą – Chociaż możesz się zrehabilitować, my z Hannah chętnie sobie odpoczniemy a Wy przygotujecie coś do jedzenia. Dzieciaki na pewno zgłodniały – uśmiechnęła się przyjaźnie i z dumą w oczach spojrzała na Jeremiah`a. Może to był pierwszy krok w naprawianiu ich braterskiej relacji?

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: