Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-08-10, 17:35


    [ 36 ]
    i. dłoń, która mnie wiodła na stracenie!

    W ciągu tych trzydziestu siedmiu sekund które trwało kolejne, dziesiąte a zarazem pierwsze realnie skuteczne wystosowane przez Atlasa połączenie do Cyana, ustalić zdążyli i niewiele, i wszystko. W zasadzie bardziej wszystko, bo w pospiesznym zgodnym pomruku ustalili, że nie, Atlas nie wypierdala stąd, tylko wypierdalają oboje, co więcej w trybie natychmiastowym. Ekran telefonu równo o piątej dwadzieścia jeden przygasł, bezradnie odłożony na tą wymiętą kołdrę, skopaną i wciśniętą w popękany tynk schodzących się ścian, niepotrzebną i przeżutą prawie tak bardzo jak on sam. Więc odłożył ten telefon, nie, rzucił o tą niedoszłą walmartową metaforę własnego życia choć dużo chętniej rzuciłby nim na przykład o podłogę, no i wstał. Spakowany był, dawno już, ile niby pakować można sweter, jakieś jedenaście dolców na krzyż i... i co jeszcze, tak w sumie? Mógłby to nieprzytomne spojrzenie rzucić na przykład w stronę Scooby'ego, teraz tak spokojnie śpiącego gdzieś pod biurkiem, dokładnie tam, gdzie leżał nietknięty od czasu ostatniej szkolnej lekcji plecak, wylewające się z niego papiery, pożyczone z antykwariatu książki, wszystko tuż obok krzesła na którym wciąż wisiała bluza, chętnie myślałby jak o swojej, ale nie była, już nie i... chyba oddać ją powinien. Teraz? Nie no, kurwa, oczywiście ze nie teraz. Pocztą wysłać? Widoku własnej twarzy oszczędzić, skoro takie było życzenie, no tak. W porządku, może innym razem. Może matka wyśle. Odwrócił po prostu wzrok, od bluzy znaczy, nie matki, choć od niej przecież też kiedy pogrążonym w absolutnej ciszy korytarzem mijał uchylone drzwi od jej sypialni, w mroku mimowolnie wyłapując tą sylwetkę, jakimś cudem wyrażającą zmęczenie tak głębokie i przejmujące, że nawet fakt że przecież spała, odpoczywała, wcale tego jej zmęczenia nie umniejszał. Niech śpi. Paradoksalnie nawet przez gest ostrożnego zamknięcia drzwi wejściowych przemawiała teraz niby najszczersza atlasowa troska, ale to przecież głupie, żenujące i tak naprawdę potwornie zakłamane, bo gdyby jego priorytetem choć na chwilę przestało być cokolwiek innego niż tylko własne ja, gdyby rzeczywiście w całej swojej samolubności znalazłby chociaż te najmarniejsze dziesięć sekund żeby pomyśleć o innych i rzeczywiście naprawdę wyrazić jakąś troskę, wcale by tych drzwi za sobą nie zamykał. I wcale nie zabrałby z kuchennej szuflady ostatniej nienapoczętej paczki fajek matki, nie powiedziałby sobie przy tym że to na pewno wyjdzie jej na dobre bo nie powinna palić, tak samo jak na dobre na pewno wyjdzie jej mieć od dzisiaj o jednego syna mniej.
    Powinien się pożegnać. Bo przecież nie dopuszczał możliwości powrotu, wcale nie chciał tu być, ani w domu, ani na Northern Palace krótym właśnie oślepiony porannym słońcem maszerował, ani tym bardziej tu, w Deep Lakes tym przeklętym. Przecież w głowie jawiła się cała lista powodów dla których musiał stąd zniknąć i musiał zrobić to teraz. I super, wspaniale, naprawdę zajebiście. Całą drogę do centrum powtarzał sobie, że pół życia na to czekał, wykładał sam sobie, że widzisz, Atlas, fantastycznie, naprawdę wspaniale, wcale nie potrzebujesz jakichś głupich studiów żeby stąd wyjechać i coś ze sobą zrobić. Prawie uwierzył! Ale żeby mu się przypadkiem, kurwa jego mać, za mocno we własną siłę nie uwierzyło, naiwnie zaufało, że tak łatwo będzie którąś z tych bujd sobie wkręcić, uwierzyć w życie po śmierci i nowe początki gdzieś daleko za granicami Deep Lakes, to i przystankowy kosz zaznał zaszczytu bliźniaczo podobnego temu, który już kilka razy dzisiejszej nocy dotknął kibla w łazience na piętrze. Skończyły się piksy, tak samo jak Atlasowi skończyła się cierpliwość, no ale nic przecież nie mógł zrobić, tylko rzygać po tych przystankach i krzakach jak kot i udawać że te torsje to od jakiegoś grubymi nićmi szytego baletu, od tych trzech szotów za dużo i od niczego innego. A kiedy do uszu dotarło jakieś zatroskane przepraszam, wszystko w porządku? przypadkowego przechodnia, jakiś dobroduszny młodzieniec, chwila, ktoś ze szkoły?, nie, nieważne, oby nie, ważne że Atlas naprawdę mógł tylko burknąć żeby mu dać pierdolony święty spokój, a potem potoczyć się te kilka metrów dalej, szybko się od źródła intensywnego poczucia beznadziei oddalić, no bo co, przecież mu nie powie, że tak serio to w sumie nic w porządku i że chętniej by pod ten poranny autobus wpadł niż mu teraz wyjaśniał dlaczego. I tak nie bardzo kogokolwiek to obchodziło, więc naprawdę, zostało już tylko w jakimś ostatnim podrygu siły woli wyprostować się i spróbować jak gdyby nigdy nic pójść dalej, więcej się już przy żadnym koszu nie zatrzymać. Co za ulga, że akurat to jedno opanowane miał już do perfekcji. W tym był mistrzem – w udawaniu, że tak właśnie jest nie tylko normalnie i zwyczajnie, ale i tak ordynarnie w sam raz. Rzeczywiście, to naprawdę piękny poranek i naprawdę w sam raz, że ciało trzęsie się desperackim głodem, że te stróżki potu to wcale nie od słońca, że bełt nie od gorzały, że ręce drżą nie z niewyspania, że zmęczona świadomość dyktuje myśli i potrzeby o których mówić na głos naprawdę nie wolno, a nikogo, absolutnie nikogo na tym świecie wcale nie obchodzi, że Atlas mógłby umrzeć dziś, najlepiej tu i teraz, i poczułby się tym chyba tak zwyczajnie uszczęśliwiony i odciążony. I ptaki z rana ćwierkają, mój Boże, co za wspaniałe życie!
    Miał być o szóstej, był chwilę przed. Chyba. Albo to Cyana po prostu jeszcze tutaj nie było, bo przecież Atlas nie miał zegarka, tak samo jak nie miał siły patrzeć na ekran telefonu i po raz kolejny zmierzyć się z przemożną chęcią ciśnięcia nim o chodnik tylko dlatego, że wciąż nie pojawiało się na nim nic co naprawdę chciałby zobaczyć. Cokolwiek, naprawdę cokolwiek. Obelgę jakąś głupią, groźbę, proszę, no po prostu się do mnie odezwij, tylko nie zostawiaj proszę, bo Atlas naprawdę dużo bardziej wolałby dostać od Eddiego porządnie w ryj niż przez choćby jeszcze minutę znosić to milczenie, zupełnie jakby wcale do niego nie docierało, że znosić trzeba je będzie jeszcze długo, bo to już, koniec, po wszystkim. Ale wróć, no poczekaj, przecież to dobrze, wszystko dobrze, doskonale przecież, dobrze też jednak że był przed czasem, bo do gardła znów coś podeszło, znów rzucony jakimś żałosnym spazmem na dłużej musiał przystanąć przy tych Bogu ducha winnych krzakach, a potem głowa też zrobiła się cięższa, więc z niewyraźnym obrazem porannego miejskiego spokoju chylącym się przed oczami przysiadł na krawężniku. Wcisnął sobie ten praktycznie pusty plecak gdzieś pomiędzy nogi a ten wciąż obolały po starciu z Jonesem brzuch (czemu wydawało mu się, że to było już tak strasznie dawno temu...?), pochylił do przodu i czekał tak – może chwilę, może dwie, a może tych chwil mnóstwo, wszystko już kurwa jedno, bo wcale nie przestawało robić mu się niedobrze, a może wręcz przeciwnie, może tylko gorzej. Nie miał pojęcia czy przed oczami migały teraz mroczki czy jakieś dziwnie rozmyte całkowitym wyczerpaniem organizmu wspomnienia, pojawiające się tam prawie tak szybko jak znikające – zupełnie jakby Atlas siedział na tym chodniku minutę, pięć, piętnaście i grał z własną świadomością w jakieś pierdolone memo, a może układał z nią puzzle własnych niepowodzeń, próbował zrozumieć czy to fizycznie było mu tak strasznie źle że nagle odjęło mu podstawową zdolność rozumienia, czy to naprawdę w głowie mętlik był tak wielki, że nic nijak nie chciało ułożyć się w jakąś spójną całość, czy może po prostu naprawdę nic tego sensu nie miało i on właśnie zaznał olśnienia, w tej sekundzie to zrozumiał.
    - Wiesz w którą stronę jest Vancouver? – przywitał go w końcu tym tylko odrobinę głupim pytaniem. Nawet nie słabym uśmiechem ani tym bardziej nie jakkolwiek łaskawym spojrzeniem, bo zalany obcymi kolorami wzrok wciąż musiał pozostać utkwiony w dziurawym asfalcie jeśli Atlas nie chciał zaraz na tych betonowych płytach zalec już na dobre. A nie mógł, bo przecież jadą sobie do Vancouver, jak turyści, no przecież wakacje najprawdziwsze, wspaniała rzecz, to nie ucieczka i nie krzyżyk na drogę, tylko zwykłe zwiedzanie. Do Vancouver pojadą, wezmą sobie trochę, jeśli ich nie zmiecie to może Stany też zwiedzą? Do Seattle niedaleko, kurwa, Cyan, co fajnego można zobaczyć w Seattle, o, a może na TripAdvisorze mają jakiś ranking lokalnych dilerów?
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    jako dziecko byłem komunistą nie żałuję

    ZAJĘCIE


    powinnaś mnie zobaczyć jak czytam marksa

    UCZUCIA




      
    cyan arsen
       meyer

      
    "ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim

      

      

      

      

      

      

    2020-08-11, 10:14


    c y a n & a t l a s



    Czyż nie jest tak, że człowiek zaczyna życie jako urocze dziecko,
    które wierzy święcie we wszystko pod dachem swojego ojca?
    A potem nastaje dzień laodycejski, kiedy dowiadujesz się, że jes
    teś marny, nieszczęśliwy, biedny, ślepy, nagi, i z tą wizją upiorne
    go, udręczonego ducha idziesz drżąc cały przez koszmarne życie.


    Czas zbijał się w jakąś niewyraźną breję, która pożerała go najwyraźniej, oblepiała szczelnie, zaciskała na nim palce, dusiła. Godziny czasem rozwlekały się nieznośnie, żeby zaraz skurczyć niepostrzeżenie, a on mógł tylko patrzeć, za rzadko mrugać, pozwalać oczom piec i szczypać nieznośnie. Zasypiał nad toaletą, z policzkiem opartym o klozetową muszlę, z wargami zlepionymi resztkami wymiocin, bo przecież musiał jeść - czasem, kiedyś, kiedykolwiek i to było straszne, i nie miał na to siły, i niczego nie miał, i wytrzymywał chwilę, a potem już nie. I wolał chyba, żeby dalej kręciło mu się w głowie, oddech urywał gwałtownie, a serce biło tak przerażająco wolno, że czasem miał wrażenie, że to koniec, że nie poczuje już kolejnego uderzenia. Chyba nie miał siły już dłużej udawać. Nie miał przed kim zresztą - bo był już naprawdę sam, sam jak palec w ciemnym mieszkaniu bez prądu i bez wody też już teraz, bez niczego, z pustą lodówką, pustym sercem, porozrzucanymi na podłodze grubymi swetrami i bluzami, choć przecież było lato, upalne w dodatku. Z lustra krzyczały do niego jakieś upiorne słowa, nabazgrane na samoprzylepnych karteczkach późną nocą przy świetle rzucanym przez latarkę z telefonu. Mógł je rozklejać, nalepiać wszędzie, bo przecież nikt już nie przychodził. Sam był przecież.
    I może to dobrze, tak naprawdę, może to najwyższa pora, żeby przestać ranić wszystkich dookoła. Może to dobrze, że Elijahy już nie było - to znaczy był, ale nie z nim, nie sam nawet, parę drzwi dalej częstując pocałunkami inne usta, uśmiechając się do kogoś ciepło, obejmując ramieniem, szepcząc słowa o miłości i kochaniu. Jesteś piękny, słonko - może tym razem mówi to szczerze, może tym razem patrzy na czyjeś nagie ciało i nie czuje obrzydzenia, może tym razem mówi to, bo kocha naprawdę, i nie chce przestawać, i chce być tylko, i czuć się dobrze, i ten ktoś mówi mu, że jest dobry, i ważny, i piękny, i najlepszy, i on w to nie wątpi, i może płakać, i może czuć się źle, ale nie chce, bo czuje się dobrze przecież, bo wreszcie ma kogoś, kto go nie krzywdzi, kogo nie musi pilnować, nad kim nie musi się trząść bez przerwy. Może tam, parę ścian dalej, wszystko jest gładkie i łatwe, prozaiczne, niewinne, czyste, szczerze, okupujące w wartości, których on nie znał i nie rozumiał, i nie wiedział czy pozna jeszcze kiedykolwiek - wątpił. Bo wtłukł sobie do głowy, że trzeba odpuścić, że Jacob kłamał, że nie jest wcale aż tak bardzo ludzki już, że bliżej mu do zwierzęcia tak naprawdę. Nie można kochać zwierzęcia, to popierdolone, nienormalne. I zwierzę też nie kocha przecież - przywiązuje się, tak, przyzwyczaja, ale nie kocha przecież, nie rozumie miłości. On też nie rozumiał, wyparł ją chyba, wyparł doszczętnie. Zbudował sobie domek z kart, w którym się schronił i drżał na myśl o tym, że może niedługo się zawalić.
    Karmił się szeregiem kolejnych, wymyślanych na bieżąco postanowień, wmawiał sobie masę rzeczy, wpajał obce wartości, a przede wszystkim działał cholernie wbrew sobie, cholernie źle, cholernie nieodpowiedzialnie, niepoprawnie cholernie, cholernie boleśnie, wszystko było nie tak, kurwa. Bo to, co miał zostawić za sobą wracało teraz, bo znowu klękał przed kimś za coś i czuł się tak jak lata temu, jakby nie miał wcale wyboru, jakby tak trzeba było po prostu, w imię jakiegoś wyższego dobra: niegdyś boskiego i zbawiennego, ale teraz takiego, które przecież miało go w końcu zniszczyć, zmiażdżyć, rozbić na atomy. To już nie był żaden rzekomy ideał, nie czarujmy się - czegoś brakowało w krwioobiegu, w żyłach coś nie płynęło, coś nie uspokajało obumierającego umysłu i cierpiał przez to tak cholernie, tak silnie, tak mocno, że wszystko wydawało się lepsze. Wtedy. Bo teraz już wcale nie, teraz czuł się podle, rzygał herbatą, nie spał, łykał te dziwne tabletki na odchudzanie, godziny mijały, a on trząsł się w ciemności nad toaletą, wyrywając pęsetą na oślep rzadki meszek, który zaczął porastać mu grzbiety dłoni.
    I gdzieś w tym wszystkim dzwonek telefonu. Tak odległy i ocucający zarazem - nienawidził go chyba. Pierwszy, drugi, ale komórka była tak daleko przecież, w dodatku praktycznie rozładowana, bo mógł podłączać ją do prądu tylko w pracy, w której nie był od... paru dni przecież, czy zgłosił to w ogóle? Czy ktokolwiek wiedział? Czy pisał ktokolwiek? To bez sensu, nawet z pracy nikt nie pisał, zabawne, kurwa, jakby nie istniał już zupełnie, jakby każdemu to pasowało - pasowało może? - że gnił w tej swojej norze, że wyszedł z niej raz, żeby obciągnąć komuś za piguły, że w sumie nie miał za co żyć, że w sumie znowu połknął wszystkie tabletki, jakie znalazł w domu i znowu wbił ostrze scyzoryka w przed ramię i pociągnął - za słabo, za płytko, plama krwi w łazience, nie miał siły jej wytrzeć, więc zaschła na dywanie, ale to nic. I tak nikt nie przychodził, nikt nie przyjdzie, nikogo to nie obchodziło. A teraz ten telefon - musiał podnieść się, wstać musiał, bo może to Elijah, głupia myśl, skończenie durna, bo on przecież był zajęty teraz, w każdym tego słowa znaczeniu. Nie dzwoniłby. Nie pisałby też. Nie obchodziło go to, on już go nie obchodził, ale to nic, tak jest lepiej, tak jest szczęśliwszy. To faktycznie nie był Eli.
    Atlas. Czego chcesz Atlas? Wypierdalać. Wypierdala. Wypierdalają. Wypierdalamy.
    Słaby, drżący głos wcale go nie zdradził, tak jak nie zdradził Kahana. Wcale. Nieważne to przecież. Przebrać się, bo wszystko upaprane było zastygniętą już ciężkimi strupami krwią. Odrzucił ubrania, trzęsąc się z zimna, spojrzenie skrzyżowało się z lustrzanym odbiciem. Ohydny, obrzydliwy. Coś ciepłego, coś długiego, coś, pod czym nie będzie widać tych ran i krągłości. Nie miał jak zmyć tej krwi, paskudne, całe przedramię umazane czerwienią, której nie potrafił zetrzeć na sucho, a próbował, uwierzcie, że tak. To nic - golf, kurtka. Kurwa mać, dlaczego było mu tak zimno? Jakaś bielizna na zmianę, dwie koszulki na krzyż. Resztka papierosów, ostatni skun i najważniejsze - foliowe zawiniątko z kilkoma tabletkami - rzecz osobliwa, że nie zeżarł ich wszystkich naraz, bo chyba trochę to planował, ale teraz była nadzieja przecież, tak? Teraz był Atlas przecież. Bo miał Atlasa chyba, bo zawsze będzie go miał. Bo siebie mieli i mieć będą. Zawsze, nie zostawi go. Nie zostawią się.
    Nasypał królikowi do miski karmę do końca, kotu zresztą też, choć wiedział, że Barry poradzi sobie bez problemu. O Morsa się martwił tak naprawdę. Nie miał nawet żadnego pierdolonego warzywa, które mógłby mu dać. Tylko ten zasrany granulat, trzy garści siana. Miał resztkę wody w poidle - musiał oszczędzać. Pogładził go drżącą ręką po grzbiecie. Ktoś go znajdzie, ktoś się nim zajmie, prawda? Nie. Co, jeśli nie? Coś zbyt dobrze znanego ścisnęło mu płuca. Wyrzuty sumienia. Nie zostawi go tu, kurwa, na pewno nie. I Barry’ego… Barry’ego też nie. Jakieś pojedyncze łzy, nienienie. Chwilę później już wynosił klatkę na korytarz, ciągnąc ją jakoś nieporadnie po podłodze, która skrzypiała pod wpływem sunącego po niej ostro plastiku. Tylko kawałek, parę metrów. Drzwi Elijahy. Zrozumie, zajmie się nim, ogarnie. Na pewno. Barry sam wyszedł z mieszkania, więc Cyan zamknął drzwi po prostu - nawet nie na zamek, po chuj. Nic tam nie było, teraz już dosłownie nic.
    Poranne słońce łaskotało promieniami poszarzałą twarz. Przed wyjściem umył na sucho zęby, ale posmak mięty na języku nie był wcale przyjemny. Miał wrażenie, że jest tylko gorzej, tylko bardziej niedobrze. Nogi uginały się pod nim, czuł, że oblewa się potem, choć wciąż trząsł się z zimna przecież. Lodowate dłonie. Wszystko go bolało. Żeby skupić się na pokonywaniu kolejnych metrów, liczył kroki, ale ciągle się gubił, ciągle coś pomijał, zapominał ciągle. Gdzie Atlas? Jest, siedzi tam, na krawężniku, z pochyloną głową. Podszedł do niego nieco nieprzytomnie, trącił w łydkę koniuszkiem buta, ale niepotrzebnie, bo Kahan już wiedział, że on przyszedł, już mówił do niego, pytał o coś chyba. Ale Cyan milczał, potrzebował jeszcze chwili, jeszcze momentu. Jesteś tu dla mnie, jesteś naprawdę. Nie dla niego - ale to nic, musiał sobie to wmówić, pociągnąć musiał tę myśl. Nie jestem sam, bo jestem z tobą, razem jesteśmy. W końcu zrozumiał - Vancouver. Mogą jechać do Vancouver, obojętnie mu to było. Był kiepski w mapach i orientacji w terenie, a telefon… wziął go w ogóle ze sobą? Musiał zostać gdzieś pomiędzy pościelą, zresztą nieważne. Może to i lepiej. Przełknął ślinę, pomimo suchości w ustach, odchrząknął gardłowo, przesunął wzrokiem po pustej ulicy - wszystko jedno po drugim, jakby stanowiąc jakiś niezrozumiały do końca rytuał.
    - Chyba najpierw po prostu do Prince George. - Na pewno, tak. No przecież nie inaczej, nie dało się stąd wydostać w inny sposób niż najpierw po prostu do Prince George. A tam najłatwiej było się dostać autobusem, prawda? Stał w milczeniu. Kręciło mu się w głowie - wolałby usiąść, ale stał uparcie, bo tak traciło się kalorie, chociaż trochę, chociaż odrobinę. I stał tak, i układał w głowie milion pytań, które chciałby (wypadałoby?) Atlasowi zadać, ale żadne z nich nie mogło jakoś ułożyć się na języku. Aż w końcu podjechał on: ich rydwan wspaniały, Błędny Rycerz, którego opony zaskrzypiały głośno, kiedy się zatrzymywał. Najpierw do środka zaczęły wpakowywać się jakieś starowinki, które pożerały ich podejrzliwymi spojrzeniami. Ich dwóch na końcu, spojrzenie wbite w Kahana. Czekał, żeby wejść razem z nim, ramię w ramię.
    - Na gapę? - mruknął gdzieś przy jego uchu, ale to i tak nie miało już znaczenia. Autobus ruszył, oni nie mieli zamiaru wysiadać. Może na gapę, może nie na gapę - on nie miał hajsu, niech Atlas wybierze. Opadł ciężko na siedzenie przy oknie, głowa uderzyła za mocno, kiedy opierał się o szybę, plecak wylądował na ziemi pomiędzy stopami. No to nara, Deep Lakes, nie będę tęsknić.
     
    imię / nick:cyjanek
    multi:zorka
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-08-11, 15:42


    Chyba mu powinien ten przeciągły moment ciszy przeszkodzić, bo przecież podobno wszystko wyrywało się do ucieczki, a przekonanie że przejechanie granic tego przeklętego miasta będzie synonimiczne z zaznaniem jakiejś wielkiej ulgi – coraz mocniejsze i pewniejsze. I to znaczyło, że powinni się spieszyć, że Atlasa coś powinno prosto pod ten autobus pognać, nie, wróć, najlepiej pod sam rozkład, tak żeby mógłby zerknąć na niego nerwowo, wyjąć telefon, w c a l e nie spojrzeć na kartę wiadomości i nie rozczarować się głęboko, a potem stanąć na krawężniku i z niecierpliwością wyglądać. Ale milczenie Cyana nie było dla niego kłopotem, choć Atlas wcale nie chciał tych ważnych momentów i wyniosłych wniosków, nie chciał mówić ani myśleć o tym wszystkim, przyznawać że tak, jestem z Tobą i trochę dla Ciebie jakby też, bo niezupełnie miał ochotę myśleć o tym w ten sposób. Ze sobą byli, obok siebie – może. Dla siebie w pewnym sensie też, ale nie do końca przecież, lepiej nie mówić o tym tak, bo być dla siebie to straszny obowiązek. A Atlas powoli zaczynał mieć już dosyć tych kłamstw i odwróconych spojrzeń, więc... więc i tym razem naprawdę lepiej było to przemilczeć, albo pozwolić Cyanowi tak sobie mówić i powtarzać, bo przecież te drobne oszustwa były dla nich na porządku dziennym, można śmiało było wydać na nie otwarte przyzwolenie. Pozwolić, przemilczeć, chwilę tak posiedzieć i wstać dopiero wtedy, gdy stary silnik zawarkotał nieprzyjemnie, a na języku ułożył się odrzucający zapach spalin. Na gapę? Przytaknął zgodnie.
    - Nie mambiletu, kasy, kasy na fentanyl bilet, chęci ani sił też nie. Już sam sobie wybierz które najbardziej chciałbyś usłyszeć. Chociaż Cyan chyba nie musiał wcale sobie wybierać, bo jeśli istniał jeden atut tej gnijącej przyjaźni, to na pewno to, że rozumieli się bez słów, wiecznie poruszeni tym samym poziomem niechęci i zrezygnowania. Ale coś wymyślimy. Na pewno. Zawsze coś wymyślali. A dziś wymyślą na pewno, bo Atlas teraz chyba już nie cofnąłby się przed niczym, no przecież nie powstrzymywało go już teraz zupełnie nic, już nawet nie myśl o tym, że to chyba nie w porządku wobec Cyana, bo on też bardzo chciał wypierdalać i skoro tak, to proszę, proszę go bardzo, zrobią to razem i zupełnie nieważne, co się w atlasowej podświadomości za tym bardzo poetyckim wyrażeniem kryło. Ważne, że razem. Jakby na potwierdzenie tych składanych wyłącznie sobie samemu zapewnień, bezmyślnie ujął tą jego drobną dłoń. Po nic? Może po coś, może na przykład żeby sprawdzić, czy jeszcze się nie rozpadł, a może żeby bez użycia słów zadać te kilka pytań które do tej pory wisiały gdzieś w krtani i za żadne skarby nie chciały jej opuścić. I to nie były wnioski, które chciał z tego sprawdzania i pytania wysnuć – Cyan owszem, rozpadł się już praktycznie całkiem i, co gorsza, chyba nie dało się na to nic poradzić. Znaczy dało, dało się jak najbardziej, ale Atlas nie przyjmował scenariusza w którym tą jego przypadłość miałby na głos nazwać, jak zawsze tłumacząc sobie to wszystko tym, że nie taka była umowa. No a jak nie taka, to mógł tylko te kościste palce pomiędzy własnymi obracać, po to żeby za dużo nie myśleć – o tym, jak Meyer wyglądał, o tym, jak wyglądał sam, o tym że było mu teraz tak strasznie niedobrze no i na pewno nie o tym, że na tak długiej trasie ktoś na pewno będzie chciał sprawdzać bilety, a oni siedzieli przecież na tych autobusowych siedzeniach jak zawsze wczepieni w siebie przemocno i wcale się tym nie przejmowali. Do Vancouver jedziemy. Pokażę Ci zatokę, chuj, że sam nigdy nie widziałem. A potem nad Ocean pojedziemy. Widziałeś Pacyfik? Widziałeś? Trzeba zobaczyć zanim się... no trzeba po prostu zobaczyć.A co z kotem? – Któreś pytanie musiało zostać zadane. Z tych kilkudziesięciu, które mogłyby paść, Atlas wybrał to o losy kota – no bo było łatwe, wspólne i... i miał nadzieję że na swój sposób wygodne też, chociaż jemu specjalnie wesoło nie było na myśl o tym, że Scooby w domu został sam. Może nie sam, ktoś się nim zajmie, mama coś rzuci, wypuści na podwórko, nieważne już. Był pewien, że zwierzęta nie były jedynymi które w tym momencie zostawiali za sobą, ale o nic innego chyba nie śmiałby pytać. Więc co z kotem, czy spakowałeś wszystko co potrzebne (naprawdę n i c nie było potrzebne, to też głupie pytanie), czy z Prince George bierzemy stopa czy wsiadamy w pociąg i chowamy się całą drogę w kiblu...? O te rzeczy musiał teraz pytać. Zwłaszcza, że autobus w końcu wyjechał z tej niezbyt pokaźnej plątaniny wąskich uliczek centrum Deep Lakes i złapał prostą. I nie ma już odwrotu. Trzy godziny. Trzy godziny będą jechać, no a potem Prince George i potem dalej już wszystko jedno, gdziekolwiek, może być Vancouver chociaż Atlas wcale by się nie pogniewał gdyby nigdy tam nawet nie dotarli. Ale cel mieć musieli, mówić sobie, że jechali dokądś, bo przecież oboje zwariowaliby jeszcze zanim te koła autobusu zaskrzypiały tak złowrogo – nawet jeśli to akurat była prawda, bo oboje chyba postradali rozumy długo zanim decyzja o wyjeździe zapadła. I znów trzeba było sobie na siłę błogim tonem powtórzyć: dobrze, że oboje! Z resztą, prawda była taka, że to całkiem poważnie było dobrze, że jednak byli tu we dwójkę. Atlas całkiem szczerze wolał to szaleństwo dzielić na pół, przeżywać to dziwaczne folie a deux i niepoważność własnych decyzji przysłaniać tym, że jeśli one były przez kogoś zatwierdzone, przez Cyana znaczy się, to wcale nie mogły być aż takie złe. Tak samo mocno doceniał też to ramię zlewające się w jedno z kiczowatą tapicerką autobusowego siedzenia, ramię, na którym po chwili – nie był w stanie stwierdzić czy to było kilka minut drogi, czy półtorej godziny – w końcu bezsilnie ułożył głowę. Więcej już nie rozmawiali, nie było o czym, a Atlas po prostu te zmęczone oczy na chwilę przymknął, nawet jeśli lepiej niż doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że sen nie przyjdzie, że na to wszechogarniające wyczerpanie lek jest tylko jeden.
    Nie przysnął, ale siedział tak długo. Z zamkniętymi oczami. Plecak już dawno wysunął się spomiędzy dłoni i wisiał bezwiednie gdzieś pomiędzy stopniem a podłogą, dostępny i otwarty dla wszystkich. Może nie powinien tak siedzieć, jeszcze ich okradną? A chuj, niech biorą, tylko mu przysługę zrobią bo w rękach zostanie wtedy jeszcze mniej domu i jeszcze mniej przeszłości. Chciałby powiedzieć, że wszystko miał przy sobie, rzecz w tym, że nie miał już w zasadzie niczego żeby to tak blisko i uparcie trzymać. Więc wisiał ten plecak, tak samo jak Atlas wisiał na cyanowym ramieniu, starając się zignorować to, że od tych lokalnych wyboistych dróżek chciało mu się wymiotować trzy razy bardziej niż z rana, a wcale nie sądził że to w ogóle możliwe. Czyli lepiej sobie nie mówić że tym razem już gorzej nie będzie, to taka nauczka może.
    Zwłaszcza, że koniec końców zrobiło się jeszcze gorzej, bo Atlas nie dość, że z trudem trzymał pion i wnętrzności na miejscu, to i jeszcze kątem oka zauważył, że nawet na tej głupiej linii którą jeździły poważnie tylko prawe moherowe berety ktoś postanowił zainstalować kanara. Właśnie dziś, właśnie teraz, zupełnie jakby tym krótkim pytaniem, zgodą, że tak, na gapę, całkiem przypadkiem wyprosili od losu ten równie nieprzychylny co podejrzliwy męski wzrok, wyglądający zza posiwiałych krzaczastych brwi na pasażerkę która z trudem przekopywała teraz swój wielki plecak. I ta twarz skrzywiona jakimś wielkim nieszczęściem, widać, że życia nie kocha, tylko mówienie proszę ze mną kiedy kolejny cwany smark okazuje się nie mieć biletu. Musiał Atlas niesubtelnie szturchnąć tego Cyana łokciem w bok – spał? oczy zamknięte, otwarte? bo nie widział, nieważne, ważne że trochę problem mieli.
    - Wysiadamy – zdecydował, uznając, że to jedyna słuszna opcja, zwłaszcza, że autobus przystanął, pieprzyć że w jakiejś dziczy totalnej, drzewa i dwa domy na krzyż, witamy w Kolumbii Brytyjskiej. Nawet nie czekał na zgodę, po prostu znów go złapał za rękę, nie, za nadgarstek bardziej, bo pewny był że jeśli nie pociągnie porządnie to on tam na tym siedzeniu zostanie i słusznie, słusznie bardzo, bo wypadli za te drzwi w ostatniej chwili. Autobus z klekotem odjechał, w środku kanar, zostali sami, sami z rozkładem jazdy na który Atlas zerknął pobieżnie. – Stoimy czy idziemy? – znów ta całkowicie obojętnie złożona propozycja, bo jak dla niego to mogli się równie dobrze udać wgłąb lasu, położyć na tej ściółce, odpalić tego ostatniego gibona którego wymiętego trzymał gdzieś w tylnej kieszeni spodni i poczekać tam... na nic w sumie nie czekać, po prostu leżeć tam już zawsze. Ale iść też mogli. Piechotą do Prince George, jeśli trzeba było, zwłaszcza że Atlas wiedział, że nie było wcale daleko, bo okolica jakby wcale nie tak niecywilizowana jak na tych krętych leśnych drogach, a autobus jechał długo – czyli byli bliżej niż dalej, a to dobrze, doskonale. Więc mogą stać i iść, jemu wszystko jedno.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    jako dziecko byłem komunistą nie żałuję

    ZAJĘCIE


    powinnaś mnie zobaczyć jak czytam marksa

    UCZUCIA




      
    cyan arsen
       meyer

      
    "ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim

      

      

      

      

      

      

    2020-08-11, 17:57


    Co z kotem? Co ze wszystkim w sumie, bo ten kot to tylko taka przykrywka przecież i on doskonale to wiedział. Kot. Kot poradzi sobie sam, bo tak naprawdę wcale go nie potrzebował przecież, gardził tym najtańszym whiskasem ze spożywczaka i z powodzeniem żebrał u sąsiadów resztki po obiedzie, jak jakiś bezpański kundel. Regularnie też odwiedzał Northern Palace, a konkretniej dom rodzinny Meyerów, gdzie z inicjatywy Em zawsze czekała na niego (i inne okoliczne kociaki) miska karmy. Em to ogarnie, Em się nim zajmie. Zrozumie, kiedy Barry przyjdzie do niej drugi, trzeci i czwarty dzień z rzędu - na pewno zrozumie. Oboje byli mądrzy - i kocur, i jego siostra, dadzą radę. Jakoś. W końcu jego pupil nie był jakimś kichającym na kurz rasowym burżujem - miał w sobie krew podwórkowej znajdy, jedynej ocalałej spośród całego miotu kociaków, które ktoś wyrzucił w worku (!) na śmietnik (!!), jednej z tych gorszych zim. Patrz, jaką ma silną wolę walki. Bez woli walki już by go nie było, tak mówiła matka, kiedy odbierali go od weterynarza. Dlatego podobno pozwoliła mu go zatrzymać. Bo wola walki. Ciekawe, co by powiedziała, gdyby widziała go teraz - tak nędznego, słabego, jadącego w nieznane na gapę z plecakiem załadowanym fentanylem i parą gaci na zmianę. Żadna wola walki to nie jest, już nawet nie wola przetrwania, bo może - ale może tylko - w którymś momencie zmęczą się za bardzo, usiądą, zjedzą te wszystkie zdobyte przez Cyana pigułki, zrobi im się ciepło i koniec, i tyle, i nic więcej - i pięknie.
    - Poradzi sobie. - Kot sobie poradzi jakoś, a my, czy my sobie poradzimy? Z jakimś opóźnieniem dotarł do niego ten bodziec, ten dotyk. Atlasowa dłoń tak idealnie pasująca do jego, splatające się ze sobą palce. Musiał zsunąć spojrzenie na te ich złączone ręce, drżące razem jakby mniej, co było bez sensu, bo obaj przecież drżeli równie mocno, równie niebezpiecznie. Cyan wsparty o szybę, a Atlas wsparty o Cyana i dobrze, nie musieli się już ruszać nigdy, nigdy. Meyer tylko patrzył na te ręce i miał wrażenie, że jego palce są bardzo grube w zestawieniu z tymi Kahana, tak jak nogi zresztą... nogi. Nie mógł tak, musiał zsnąć się lekko w dół wzdłuż oparcia, razem z głową Atlasa ciążącą na ramieniu. Nie wolno było pozwolić jej spaść. Wsparł kość ogonową o krawędź fotela, wzrok na uda. Tak lepiej, wciąż beznadziejnie, ale lepiej przecież. Niewygodnie, ale zawsze było niewygodnie, zwłaszcza kiedy spinał wszystkie mięśnie, tak jak teraz, żeby spalać wciąż kalorie. Bolał go brzuch, było niedobrze. Ale miał dłoń Atlasa w swoich palcach, tak? Spojrzenie powracało do niej co chwilę, jakby nie mógł uwierzyć, że była tam nadal, cały ten przeklęty czas, że jest prawdziwa (choć czuł ją przecież, kciuk przesunął delikatnie po przegubie jego dłoni), że mózg sobie jej nie wymyślił. Zdziwił się, jak bardzo go to wszystko przygniotło nagle. Zawiódł się? Może. Chyba myślał cały ten czas, że jakaś forma pokrzepiającego dotyku będzie zbawienna, ale... ale nie była wcale, choć dobrze przecież było go przy sobie mieć. A i tak myślał tylko o tym, czy to spuszczone spojrzenie Atlasa nie wędruje wprost na jego wielkie uda, na grube palce u dłoni. Leży tak na nim, bo jest wygodnie? Na tłustych ludziach wygodniej się leży, to jedna z niewielu zalet bycia tłustym. Znowu zrobiło mu się niedobrze.
    Odpłynął na chwilę - kuksaniec w bok. Poderwał się gwałtownie, a żołądek znowu szarpnął niebezpiecznie. Nieprzytomne spojrzenie, głos Atlasa odbijający się echem w głowie. Wysiadamy. Przełknął gwałtownie ślinę, chwycił plecak i pozwolił Kahanowi pociągnąć się za nadgarstek gdzieś... na zewnątrz gdzieś, nieważne, byle jak najdalej z tego pojazdu. Podeszwy butów uderzyły o asfalt (bo nie było chodnika - oczywiście, że nie było, było tylko wąskie pobocze brudne od piachu i udeptana trawa tuż przy jezdni, był przekrzywiony słup znaku oznajmiającego obecność przystanku autobusowego - i tyle tylko, bo żadnego przystanku na dobrą sprawę tutaj nie było: jedynie ten słup i przytwierdzony do niego rozkład jazdy, ale to wszystko Cyan zdążył obejrzeć jedynie pobieżnie, szybko, bezmyślnie, wzrokiem zaraz powracając do bezpiecznej twarzy przyjaciela) i musiał wolną ręką podeprzeć się też o ramię Atlasa, pisk opon odjeżdżającego autobusu utkwił mu w uszach. Źle już było, bardzo źle, bardzo nie dobrze, stoimy czy idziemy?, chwila, Atlas, kurwa, chwila. Opadł ciężko na kolana, impuls bólu prześlizgnął się wzdłuż kręgosłupa, ale to nic - kolejne szarpnięcie żołądka, gwałtownie zgięte ciało. Podparł się na dłoniach, szybko, w ostatniej chwili, bo runąłby zaraz twarzą we własne wymiociny, złożone z żółci żołądkowej i fascynująco zbitych zarysów kilku połkniętych przez niego wcześniej tabletek. Atlas był gdzieś obok, za nim, po lewej biegła droga, rozkład jazdy gdzieś nad głową, ale to nieważne wszystko przecież, bo na razie nie mógł jeszcze robić nic, bo dreszcze szarpały mocno, tak jak żołądek szarpał, a on nie mógł przestać kaszleć i pluć, i krztusić się chyba, brakowało mu powietrza. Nie wiedział czy już koniec, czy początek dopiero, w głowie kręciło mu się nieznośnie i za każdym razem, kiedy był już pewien, że po prostu nie ma czym rzygać, organizm znowu się spinał, kolejne szarpnięcie, otumaniający ból w dolnym odcinku pleców. Czy tak umrze właśnie? Wyrzygując własne wnętrzności na poboczu jakiejś prowincjonalnej drogi jak jakiś pierdolony kot, jak zwierzę, tuż przy nogach Atlasa, skupiając się naprawdę na tym tylko, żeby nie przewrócić się na dobre, bo przecież jak już zalegnie na tej ziemi, to wcale a wcale nie wstanie. Musiał w końcu poszukać go gdzieś wzrokiem - nieprzytomnie trochę, trochę tak, że wcale nie był pewien czy Kahan jest bardzo daleko, czy może bardzo blisko, oczy trochę bardzo piekły, on trochę bardzo zasłabł, chciał sprawdzić, czy z nosa znowu leci krew, ale nie czuł na wargach jej posmaku, więc chyba nie, chyba tym razem nie, dobrze. Chuj z tym, to wszystko nieważne, kiedy widział przecież, że Atlas potrzebuje i sam już potrzebował tak bardzo, że nie dawał rady ani trochę, ani odrobinę, bo to wszystko nakładało się na siebie tak potwornie i on czuł się tak tragicznie, jak śmieć najgorszy, jak odpadek z produkcji, jak robak, jak wszystko to, o czym nie myśli się na co dzień, bo kogo to obchodzi. Kogo, no właśnie?
    - Atlas...? - zachrypnięty głos, imię, którego nie musiał wypowiadać. Byli sami przecież, tak? Sami byli? Za dużo śliny w buzi, musiał jeszcze splunąć ostrożnie, żołądek szarpnął, wszystko w środku zabolało, ale nic poza tym się nie stało. Chyba koniec, chyba koniec naprawdę. Tak cholernie kręciło mu się w głowie. - M-mała kieszeń, wyjmij - tyle powiedział i miał nadzieję, że tyle wystarczyło właśnie. Mała kieszeń, do której nie był w stanie sięgnąć, bo tkwił tak nadal podparty na rękach, bo świat kręcił się tak nieznośnie, tak źle, tak... tak strasznie, wszystko, kurwa, nie tak. W środku ten foliowy woreczek, kilka tabletek, więcej niż Cyan kiedykolwiek mógł trzymać w dłoni - i Atlas też pewnie, prawda? Kto nie, może wcale nie, może Kahan chomikował gdzieś piksy na czarną godzinę i nie dzielił się nimi, bo nie, może też musiał zrobić coś obrzydliwego, żeby je dostać, a może opychał je dzieciakom pod szkołą z obojętną miną? Nie wiedział i nie pytał, i nie chciał wiedzieć tak naprawdę. To nic, to nieważne. Weźmiemy i pójdziemy. Albo poczekamy, będzie coś jechać - za godzinę albo dwie, albo trzy, chuj.
    - M-musimy - ogarnij się, kurwa - musimy iść daleko... teraz. Wiesz? Jak najdalej, jak najszybciej, a potem możemy zwolnić... trochę - głos drżał, cały drżał zresztą, bo teraz, kiedy umysł znowu skupić się na tak bliskiej obecności narkotyku, organizm zaczął domagać się go silniej, mocniej, szybciej. Przedramiona drżały i chciał przenieść się do siadu, ale bał się chyba. To trudne, ryzykowne takie, co, jeśli mu się nie uda i upadnie, i nie wstanie już nigdy? Wyjmuj te piksy, Atlas, no już. Jak wyścig z czasem - taki z góry przegrany i osądzony.
     
    imię / nick:cyjanek
    multi:zorka
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-08-11, 22:49


    Kot sobie poradzi i my też na pewno sobie poradzimy. Pokiwał głową. To dobrze, dobrze że poradzi. Kot, królik, rodzeństwo, wszyscy sobie poradzą. Scooby, mama, rodzeństwo, oni też sobie poradzą. Trochę to przykre, rozczarowujące odrobinę, ale wszyscy sobie bez nich poradzą. Wszyscy, co do jednego. Nikomu nie byli teraz potrzebni – chyba, że sobie, bo sobie na pewno, o czym przekonywały te splecione ze sobą dłonie, idealnie do siebie pasujące palce, wspólne drżenie które w końcu znalazło współdzielony rytm, jedno, konkretne tempo. Oni wszyscy sobie bez nas poradzą i dlatego wyjeżdżamy, ale my sobie też poradzimy, pojedziemy najpierw tu, potem tam, prześpimy się gdzieś, skołujemy jakąś kasę, będzie fajnie, super, zapamiętasz to do końca życia. W ogóle nie ruszała myśl, że to wszystko nie ma przyszłości – że tak jak kłamstwo, tak cała ich ucieczka będzie musiała mieć krótkie nogi, bo w końcu coś się skończy. Nie kasa, bo kasa skończyła się już dawno, ale coś na pewno. Fajki, piksy, energia, zdolność udawania, że mogą tak w nieskończoność i wszystko to by znaczyło, że będą musieli wrócić. Ale Atlas wcale o tym nie myślał, wcale się tym nie martwił, podświadomie chyba po prostu nastawiał i przyjmował, że nie wypierdalali z Deep Lakes po to, żeby kiedykolwiek mieć okazję tam wrócić. Poradzą sobie, dokładnie tak, jak niby radzili sobie teraz, kiedy Atlas po tej nagłej wysiadce musiał w niezręcznej ciszy patrzeć, jak Cyan wtóruje mu w tym, czego sam zaznał o poranku, też na przystanku i też z poczuciem, że zaraz się od tego rozrywającego uczucia rozpadnie. I nie tylko o poranku przecież, pół nocy wisiał nad tym kiblem, bo od ostatniego łykniętego fentanylu mijało już ile, trzy, cztery dni? Przeraźliwie długo, to na pewno, tak długo, że oprócz nudności brała cała reszta syfu, gorączka, katar, bóle brzucha, cały asortyment nieprzyjemności. Więc Atlas cały ten czas nie mówił nic, po prostu tam stał, nie przyglądał się zbyt uważnie, tylko dłonią ostrożnie ułożoną gdzieś na plecach asekurował, gotowy w każdej chwili tak po prostu go złapać, przytrzymać w miejscu.
    Lakonicznej instrukcji posłuchał od razu. Nie wierzył, ale wiedział o co chodzi. Mała kieszeń, mała kieszeń, mała kieszeń. Wyjmij. No już, dwa razy powtarzać nie trzeba. Odwinął bez cienia skrępowania, bezczelnie i otwarcie, ale z dobrej przyczyny, przecież wiedział co się dzieje. I w nim wszystko się tak przeraźliwie wściekle zatrzęsło kiedy w końcu zrozumiał, co to takiego – w końcu czyli w zasadzie natychmiast, już z pierwszą sekundą w której wzrok zawisł na znajomym obłym kształcie. Cyan, jebany bohaterze. Znaczy... znaczy tak by pomyślał, wychwaliłby te wielkie czyny których dokładnej treści chyba znać nie chciał, tyle tylko, że zbyt zajęty był gorączkowym tych piks liczeniem. Jedna, druga, trzecia, czw... Boże, skąd? Nieprzytomnym spojrzeniem powiódł w stronę wciąż zgiętego wpół Meyera i z powrotem na niechlujnie rozparcelowane na własnych palcach zawiniątko. Spróbowałby policzyć jeszcze raz, ale chyba sama świadomość, że miał to tak blisko, trzymał to i było zupełnie prawdziwe sprawiła, że dłonie zatrzęsły się tak mocno i niekontrolowanie, że od samych prób patrzenia na nie zrobiłoby mu się znów przeraźliwie słabo. Nieważne, czasu nie mieli, bo Cyan najwyraźniej nastrój miał ten sam i nie bardzo wiadomo było, czy to jemu udzieliło się od Atlasa, czy tym razem właśnie odwrotnie, ale to też nie miało absolutnie żadnego znaczenia, bo Kahan zaraz wprawnym ruchem wolnej dłoni odważnie sięgnął w stronę szeleszczącej folii, między palce złapał jeden z tych cennych darów. No i wiedział co robić, wiedział jak idealnie kucnąć przed przyjacielem dokładnie tak, żeby być blisko, ale nie za blisko, stanąć wygodnie i jednocześnie nie wdepnąć w jego rzygi, kucnąć i po ostrożnym uniesieniu podbródka palcami ułożyć mu pomiędzy bladymi wargami tą piksę. W jakimś kuriozum tego świetnie wypracowanego już mechanizmu, układu znanego tak dobrze, że działał niezawodnie wszędzie i zawsze, nawet w czymś tak prostym i zarazem destrukcyjnym jak łykanie fentanylu znalazło się miejsce na odrobinę zdrowo dozowanej ostrożności i troski, na te dłonie pomimo intensywnego drżenia z tak wielką uwagą układającą tabletkę gdzieś na cyanowym języku, na skupione spojrzenie. Siebie już tylko mieli. Z tą myślą Atlas pozwolił przełykowi zacisnąć się, chrząknął lekko po fakcie i zerknął w stronę wciąż trzymanego na wygiętej w koślawy półksiężyc dłoni zawiniątko, na te piksy, dużo piks, udając że po głowie wcale nie kołatał się teraz intensywnie pomysł odwrócenia się i łyknięcia ich wszystkich na raz, ot tak, bez słowa. Wystarczyłoby. Po to je liczył – żeby sprawdzić, czy wystarczyłoby żeby już więcej się z tego szutrowego pobocza nie podnieść. Jakiś przebłysk rozwagi – posłał własnej otwartej dłoni ostatnie tęskne spojrzenie, jakby w myślach tulił ten ich teraz wspólny dobytek do serca, a potem zawinął od nowa, wetknął do kieszeni, tym razem własnej. Będzie na potem, Cyan, musi nam wystarczyć do Prince George. Tam sobie kupi... nie, nie kupią, nie ma z czego, ale tam sobie załatwią, jakoś sobie poradzą. Ale najpierw musi im wystarczyć. Dopiero teraz dotarło do niego, że on coś mówił, Cyan coś mówił. Zbyt zajęty był tymi piksami, przeliczaniem ich, połykaniem i dopiero teraz wystarczyło mu energii na to, żeby część uwagi wygospodarować i przeznaczyć na zrozumienie o czym w zasadzie była mowa. Iść muszą. Okej. Tylko że jemu nigdzie się już nie spieszyło, zupełnie nie.
    - Nie musimy – wyrzucił z siebie w końcu, bo dla odmiany to Atlasowi cały ten moment pospiesznego przeszukiwania cyanowych kieszeni poprzedzonych minutami spojrzenia utkwionego w rzucanego znajomymi spazmami ciała odebrał zdolność szybkiej analizy i rozumienia. Nigdzie się już nie spieszyło. Przekrzywił głowę, walcząc o to, aby rozbiegane myśli choć na moment jakoś złapać, ująć, przywołać porządek sprzed chwili, kiedy jeszcze wydawało mu się, że ważne są te decyzje – idziemy, stoimy, leżymy, żyjemy, umieramy, rzygamy, patrzymy, wszystko jedno. – Nie musimy – powtórzył z uporem, oferując dłoń, przedramię swoje, cokolwiek, Cyan, po prostu już wstań, już jest dobrze, koniec. Wzięliśmy i teraz wszystko znów się zgadza, przywrócony porządek świata, odzyskana równowaga. – Ale chodź – zgodził się w końcu, dając Meyerowi tyle, ile tylko potrzebował. Ale w końcu ruszyli, wzdłuż pobocza, no i Atlas był tylko prawie pewny że we właściwym kierunku, bo wydawało mu się, że ten autobus pojechał właśnie tam, w tamtą stronę, ale równie dobrze to też mógł sobie uroić albo w ramach własnego nieuzasadnionego roztrzęsienia przekręcić. – Stopa możemy złapać – rzucił gdzieś bez dłuższego namysłu po kilku czy kilkunastu krokach, pewnie tak samo chwiejnych co niespiesznych, choć w sumie może i nie, może i pospiesznych skoro Cyan chciał iść, twierdził, że muszą maszerować. Jeśli coś innego niż autobus tej samej linii wtoczy się na to wypizdowo to tak, można jechać stopem. To nic, że to chyba nie był dobry pomysł, skoro za ileś minut, naście, dziesiąt, bez znaczenia w zasadzie, wezmą ich te piksy, a może akurat dogorywać w cudzym samochodzie nie jest zbyt mądrze. – Żeby tak nie zapierdalać pół dnia – wyjaśnił, choć natychmiast miał ochotę kontrargumentować samemu sobie że, tak na dobrą sprawę, niczego lepszego do roboty nie mieli. I jak trzeba było pół dnia – albo i dłużej – powłóczyć nogami wzdłuż lasu w stronę miasta... no to spoko.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    jako dziecko byłem komunistą nie żałuję

    ZAJĘCIE


    powinnaś mnie zobaczyć jak czytam marksa

    UCZUCIA




      
    cyan arsen
       meyer

      
    "ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim

      

      

      

      

      

      

    2020-08-12, 14:28


    Nie musimy.
    To prawda, nic już nie musieli, wszystko mogli tylko. Nie było już nikogo, kto szeptałby im do uszu jakieś idiotyczne nakazy, zakazy, rozkazy, nie było żadnych głupich oczekiwań i nierozsądnych obietnic. Sami byli - w środku tego pieprzonego zadupia i w ogóle, w świecie też sami. A to jeszcze nawet nie Prince George, prawda? Jeszcze nie było bezpiecznie, jeszcze nie było wystarczająco daleko, jeszcze czuli na karkach ciężki oddech tego wszystkiego, co zostawili (porzucili, prawdę mówiąc, ale to takie mocne słowo, nieznośne) w Deep Lakes. Dlatego, jeśli nawet nie musieli, to zdecydowanie powinni iść, po prostu. Nawet jeśli nogi nadal odmawiały posłuszeństwo, nawet jeśli ciało wspierało się ciasno o Atlasa, żeby w ogóle podnieść się z tej nieszczęsnej ziemi, nawet jeśli jedynym psychicznym bodźcem do faktycznego ruszenia się z miejsca, była ta wciśnięta mu przez Kahana między zęby tabletka.
    Chujowo, strasznie, beznadziejnie, ale będzie lepiej przecież, już zaraz, już za niedługo, przestanie tak boleć wszystko - i serce, i żołądek, i głowa, i myśli, wszystko po prostu. Teraz tylko cierpliwość. Ale chodź. Więc wstał i szedł, choć świat znowu wydawał się chwiejny i niestabilny, choć bez atlasowego ramienia nie ruszyłby się wcale, choć nogi drżały jeszcze przeraźliwie. Stopa za stopą, powoli. Nierówny asfalt, zalewany ponownie już kilkakrotnie, ale wciąż krzywy, wciąż problematyczny. Przystanek bez budki i bez nazwy. Tak, przecież zgadza się wszystko - tutaj są nadal, nie przemieścili się nigdzie, tylko… to tylko krótka przerwa była, tabletka między usta, już będzie dobrze. Tak więc do Prince George. A potem będą kombinować dalej.
    Na razie i tak była tylko ta pusta szosa, wydeptane pobocze, rzędy iglastych drzew po obu stronach jezdni. Gdzieś przed nimi, przy najbliższym zakręcie, niewielkie skupisko jednorodzinnych domków - dwóch, a może trzech, więc dalej pewnie będzie ich więcej… a może nie. Może wcale nie. Może była jakaś odnoga, może musieli tam dalej skręcić w jakąś wiejską drogę, biegnącą leniwie między tymi budynkami właśnie, jeżeli chcieli spotkać jakichś ludzi. Ale nie chcieli, zdecydowanie nie chcieli. Dobrze sobie radzili przecież, tak? Stopa za stopą - robiło się coraz cieplej, słońce padało na twarze między drzewami, raziło w oczy, ale to nic. Całkiem to przyjemne. Nie było mu gorąco nadal - więc szedł tak uparcie, co jakiś czas być może zbyt panicznie chwytając się skrawka atlasowego swetra. I wydawało mu się, że naprawdę wieczność już idą, że ten pseudoprzystanek muszą mieć już w cholerę daleko za sobą, ale te domki wcale nie zdawały się przecież bliższe, to chyba jakiś okrutny żart. Musiał odwrócić się wreszcie, spojrzeć za siebie. Niedaleko wcale, widział dobrze, wyraźnie widział, może nawet byłby w stanie odczytać te cyferki na rozkładzie jazdy, gdyby bardziej się wysilił. Tyle dopiero przeszli, a on już wysiadał, już czuł to, już modlił się do boga, w którego nie wierzył, żeby ten pierdolony fentanyl zaczął działać, choć nie mógł być pewny, co wtedy - może usiądą tu, oprą się o siebie i nie kiwną nawet palcem w ciągu następnych kilku godzin? Nie, będziemy szli. Chciał w to wierzyć, więc powtarzał sobie uparcie w myślach, a chwiejność każdego kolejnego kroku przestała już być taka znacząca, wobec tego, że szli faktycznie, że uciekali tak naprawdę, a ponad wszystko, że razem to robili, bo tylko oni sobie pozostali; bo siebie mieli tylko.
    I przyjdzie jeszcze czas na inne pytania, i inne rozmowy, ale na razie tylko może stopem - może, i tak było dobrze przecież, a będzie jeszcze lepiej, tak? Jeszcze usiądą, odpoczną, może wieczorem albo jak Atlas będzie chciał coś zjeść. Usiądą i powiedzą sobie wszystko - marząc o tym bał się bardziej niż kiedykolwiek chyba, bo to ostateczna forma uwiązania przecież: powiedzieć sobie wszystko. Ale chciał, może chciał być uwiązany wreszcie, może chciał mieć tę pewność, żę Atlasa nikt mu nigdy nie zabierze i że jego nikt nie wyrwie Atlasowi, choć Jacob próbował tak zawzięcie przecież, tak ostro. Na nic to wszystko, bo już byli związani, już połączeni, teraz brakowało tylko potwierdzenia, przypieczętowania, że razem jesteśmy, razem w tym siedzimy. Dlatego ma parzystą ilość tabletek w małej kieszeni… w Atlasa kieszeni? Nieważne przecież, bo i tak dla siebie byli cali i Cyan ufał mu najbardziej na świecie teraz - naprawdę, zupełnie szczerze, zupełnie oddanie. Tak myślał przynajmniej, takie słowa układał sobie w głowie, bo tak naprawdę nie mógł wiedzieć przecież, pojęcia nie miał, zaufanie to taka dziwna rzecz. Ale może stopem.
    - Myślisz, że ktoś się zatrzyma? - On się zatrzymał. Bez ostrzeżenia, gwałtownie, spojrzenie lokując w atlasowej głowie, żeby zaraz przesunąć je na ulicę: najpierw w stronę, z której przyszli (prosta szosa, ten jeden przystankowy znak, drzewa, drzewa, drzewa, lekko zachmurzone niebo), a potem w tę, w którą zmierzali właśnie (kilkadziesiąt metrów ulicy, zakręt, nieliczne zabudowania, słońce przebijające ponad dachami domów i koronami drzew). Myślisz, że ktoś tędy jeździ w ogóle? - Masz telefon? Sprawdź, jak daleko jeszcze. - Do Prince George, w sensie, ale słowa nadal były ciężkie i to nie takie proste tak szybko je z siebie wyrzucać. Jeśli byli już niedaleko obrzeży, to łapanie stopa do miasta nie miało sensu, prawda? A może warto próbować mimo wszystko?
    Ruszył znowu, licząc na to, że Atlas w międzyczasie sprawdzi odległość i zrobi to samo. Wsłuchiwał się w głuchą ciszę, jaką ofiarowały takie zadupia w środku lasu, mając nadzieję na to, że do jego uszu dotrze w końcu warkot silnika i co jakiś czas obracając się kontrolnie, żeby upewnić się, że nic nie jedzie. Pusto, głucho. Dobrze, że szli - po jakichś piętnastu minutach polowania na niezjawiające się auta, Cyan doszedł do wniosku, że oszalałby, gdyby miał siedzieć na dupie po prostu i czekać na cud z nieba. Halo, panie fentanyl, proszę już zacząć działać. Psychicznie już był stabilniejszy, ciało już trzęsło się mniej i było mu mniej niedobrze, bo placebo potrafiło jednak zdziałać niezłe cuda. Co za pacany, swoją drogą, bo jeździli tędy z pewnością nieraz, ba! Za każdym razem, kiedy musieli wybrać się do Prince George, a tymczasem teraz rozglądali się po okolicy równie nieświadomie i nieprzytomnie, jakby widzieli to wszystko pierwszy raz. Zdążyli już minąć tę parę domków (tak jak przypuszczał - odnoga drogi, rzadsze drzewa; musieli wcale nie być tak głęboko w puszczy, jak mogli to przypuszczać na początku), i nieoczekiwanie do cyanowych uszu dotarł nie warkot silnika (bo nie jechał w ich stronę żaden pierdolony traktor), ale przebijający się przez leśną ciszę szum kół sunących po asfalcie.
    Musiał odwrócić się gwałtownie, wyciągnąć rękę jakoś bezmyślnie w stronę jezdni, choć nie widział jeszcze tego, co jechało - promienie słońca odbijały się od szyby, kierowca musiał pewnie nosić przeciwsłoneczne okulary. A raczej kierowczyni, jak się zaraz okazało, kiedy jeden z nowszych modeli opla zatrzymał się tuż przy nich, bez pisku opon ani niczego takiego, za to z całą pewnością prawie upierdoliwszy Meyerowi rękę przy dupie. Kobieta opuściła przednią szybę od strony pasażera, a w międzyczasie Cyan zdołał ustalić, że jechała sama. Dobrze. Była ubrana w elegancką spódnicę do kolan, białą koszulę i buty na obcasie, w których na pewno nie jechało jej się wygodnie. Ciemne okulary całkiem zabawnie kontrastowały z tym strojem, ale kobieta zaraz wsunęła je na głowę jak opaskę i wzrok Meyera zderzył się z inteligentnym, ale całkiem ciepłym spojrzeniem niebieskich tęczówek, spod przyprószonych lekką warstwą tuszu rzęs. Uśmiech, no dalej.
    - Dzień dobry, czy jedzie może pani do Prince George? - Jakoś zaskakująco swobodnie, jak aktor na scenie, choć szeroki uśmiech nie pasował wcale do tej zapadniętej twarzy, a głos nie dygotał tak mocno jak przed kilkunastoma minutami. Uspokajał się chyba, chyba narkotyk powoli wchodził, chyba serce wolniej było jakoś, a może szybciej właśnie? Ciężko było mu to ocenić, ale to nieistotne przecież. Istotne, że nachylił się tak, żeby oprzeć łokcie na okiennej ramie, wtykając nochal prosto do pojazdu i to, że kobieta nie wykorzystała tej okazji, żeby odrąbać mu pół twarzy poprzez naciśnięcie guziczku podsuwającego szybę do góry.
    - Jasne, wskakujcie. Wszystko dobrze? - miły, choć odrobinę zachrypnięty głos zdradzał troskę, której Cyan łudził się uniknąć. No nic, nie udało się. Odwrócił się, żeby skinąć na Kahana głową tylko, wskazać na tylne siedzenie czy też w ewentualności pociągnąć go za ramię w stronę samochodu, żeby zczaił na pewno, że tak, wsiadamy, teraz właśnie i Meyer miał zamiar ogarnąć to jak najbardziej, póki kontaktował jeszcze, póki nie siekło go totalnie.
    - Tak, doskonale. Często pani tędy jeździ? - Szybka zmiana tematu, klasycznie. Usadowił się w fotelu, zapiął pasy, obejrzał jeszcze na Atlasa, a potem wrócił wzrokiem do ich bohaterki. Kobieta zamknęła okno i zaraz ruszyła dalej. Stale zerkając na niego uprzejmie w lusterku. Choć nie wyglądała na znerwicowaną, wewnątrz samochodu śmierdziało papierosami, na co organizm Cyana zaczął dobijać się o nikotynę. Morda, są ważniejsze rzeczy teraz. Kierowczyni zaśmiała się krótko, niezbyt głośno, ale serdecznie, a Cyan poczuł ciepło w brzuchu.
    - Codziennie, do pracy. A wy? Jesteście braćmi?
    - Tak. W sensie - braćmi, tak. Pierwszy raz tutaj, jedziemy do rodziny. - Oho, Cyan krętacz się odpalił, uwaga teraz. Kobieta cmoknęła w zamyśleniu.
    - Skąd?
    - Z Yukon.
    - Och, byłam w Yukon raz w życiu, ale w takiej dość małej mieścinie, nie kojarzycie na pewno, pod Rampart House, przy granicy z Alaską, wiecie gdzie to? Ja i mój mąż pojechaliśmy tam na ferie…
    Wyłączył się, ale to nic. Jechali przecież, a to było najważniejsze.
     
    imię / nick:cyjanek
    multi:zorka
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-08-14, 17:56


    Czy ktoś się zatrzyma? No nie, pewnie nie.
    Ale i tak możemy stopem. Wszystko możemy, Cyan, o to chodzi właśnie. Że nawet jak nie zadziała, to my i tak możemy, paradoks taki, czaisz? Mamy tyle czasu do zmarnowania że wszystko nam już wolno. A z resztą... Kiedyś ktoś przejedzie. I ktoś zatrzyma się w końcu też, nawet jeśli w Prince George dopiero, przy obwodnicy gdzieś – to już coś przecież, wsiądziemy, pojedziemy gdzieś, gdziekolwiek. Chcieliśmy do Vancouver, ale jeśli wywiozą na Alaskę to też w porządku, nie wiem jak Tobie, Cyan, ale mi to już naprawdę wszystko jedno. Spojrzenia skrzyżowane, Atlas też przystanął, choć trochę jakby nieświadomie, odruchowo, po prostu w ślad za Meyerem.
    - Mhm – potwierdził krótko, jakimś wybitnie spowolnionym i ociężałym ruchem sięgając gdzieś do kieszeni spodni, zapomniał, że tam telefonu nie było. Druga, trzecia, plecak na końcu dopiero – no tak, tak, przecież miał plecak. Ubrania na zmianę w nim i ten telefon też przecież miał, wyciągnął go, kurwa, kiedy on tą szybkę stłukł tak w sumie? Nad ranem chyba. No nieważne, zza tych res też było widać co trzeba, a że popękany... to już też nie robiło różnicy, nie przyda się więcej. Zwłaszcza że bateria na wyczerpaniu, ile tam tego, dwadzieścia procent? Piętnaście? Coś takiego. Pięć pewnie ubyło z samego otworzenia map, tym bardziej, że Atlas dobrą chwilę się na tą skromną sieć dróg i na plamy pastelowych kolorów gapił, bo wszystko znowu trochę zwolniło. Po co on ten telefon wyjmował w sumie? Czy daleko, dobra, Boże, czy daleko sprawdzał. – Trochę jeszcze – poinformował Cyana z poważną miną, zupełnie jakby rzeczywiście udzielał mu teraz jakiejś szalenie konkretnej, rzeczowej i, przede wszystkim, wybitnie przydatnej odpowiedzi. Trochę jeszcze.Autobusem byłoby z... pół godziny? Czterdzieści minut? – zgadł tym swoim mętnym, niewyrażającym wielkiego zainteresowania tonem, ze spojrzeniem nieobecnie wciąż wbitym w zarysowany ekran odruchowo ruszając za Meyerem. W ogóle nie pomyślał, żeby sprawdzić trasę. Dokładną odległość na przykład. W końcu tchnięty tym nagłym oświeceniem zrobił to pospiesznie, krzywiąc się lekko na widok tej odległości. Trzydzieści kilometrów tą najkrótszą możliwą drogą. Niecałe. – Nie no, kurwa, mam nadzieję że coś się zatrzyma – stęknął z cieniem irytacji w głosie, wsuwając telefon z powrotem w którąś kieszeń, którąkolwiek, a w końcu i przyspieszając nieznacznie żeby dotrzymać kroku przyjacielowi. Co, nawiasem mówiąc, trudne nie było, nawet jeśli Atlas był, delikatnie mówiąc, nie w formie – oboje byli. Bardzo nie w formie. I dla wspólnego komfortu należało udawać, że nie jest to najmniejszy nawet kłopot, a na przykład cieszyć się, że mogli w pełnym zgraniu powłóczyć nogami w jednostajnym, równym i przede wszystkim wspólnym rytmie.
    Bardziej niż w ciszę kanadyjskiej głuszy Atlas wsłuchany był w dźwięk tych ich kroków właśnie. Dziwne i może odrobinę naciągane, bo chyba łapał się teraz najdrobniejszych głupot w panicznym lęku przed całkowitym osamotnieniem, ale kojący wydawał mu się ten dźwięk, zwłaszcza ze świadomością, że żwir chrzęści nie pod jedną, a dwiema parami stóp. A może zastanawiał się nad tym wszystkim tylko dlatego, że naprawdę bardzo nie chciał pozwolić myślom pomknąć w kierunku tego łykniętego fentanylu, czując, że cierpliwości było zdecydowanie za mało żeby próbować teraz domyślać się kiedy wreszcie wejdzie. Kiedy no i przede wszystkim jak – będą w ogóle w stanie iść? Wejść do jakiegoś auta, jeśli zajedzie? No ale tak, o tym myśleć nie należy, tylko o tym, jak miło te kroki w końcu znalazły wspólny rytm, jak buty zaczęły o twardą nawierzchnię wystukiwać te same dźwięki i o tym, jak przyjemnie akompaniował im ten cichy wiatr, poranne słońce. W odrobinę innych okolicznościach może i dałoby się powiedzieć, że to wszystko było tak zwyczajnie miłe i przyjemne. Dałoby się, naprawdę, gdyby tylko nie ten wstrętny oddech rodzinnego miasta wciąż na karku, myśl, że jeszcze nie daj Boże ktoś się zainteresuje, spyta gdzie jadą i po co – co powiedzą? I nie chodziło o kogoś-kogokolwiek, tylko o konkretnego kogoś, brata, siostrę, innych członków rodziny nie daj Boże, jeszcze im trzeba będzie wyjaśniać, że nie, Thomas, nie wrócę dzisiaj na obiad i nie, proszę, nie szukaj mnie nigdzie, wcale nie chcę żebyś mnie znajdywał. Komuś-komukolwiek mogli w końcu skłamać, rodzinie... nie wiem, pewnie też, choć Atlasowi na myśl nie nasuwały się już żadne wytłumaczeni, zupełnie jakby tymi nieustającymi oszustwami ostatnich kilkunastu (jeśli nie więcej) miesięcy zdołał się już przeraźliwie zmęczyć, wypalić.
    Ktoś-ktokolwiek w końcu się pojawił, obok zatrzymało się auto – na początku wychwycone tylko kątem oka, jakaś tląca się w świadomości myśl że o, to jednak się udało, ale brak należytej reakcji, spóźniony odruch odwrócenia w stronę tej uchylonej szyby głowy. W ślad za Cyanem wymusił uśmiech, ostrożny, chłopięcy, promienny, zupełnie jakby tymi skromnymi gestami i doskonale zagraną uprzejmością oboje starali się teraz nadrobić za to, jak wyglądali. I działało, najwyraźniej zadziałało, bo szykownie ubrana kobieta nie miała żadnych oporów przed tym, żeby na pokład pachnącego mieszanką papierosów i lawendy samochodu zabrać te dwa cienie nastolatków które w swoim obecnym stanie przypominali. Bez żalu ani zastanowienia pozwolił, żeby to Meyer był odpowiedzialny za część towarzyską tego niezupełnie przypadkowego spotkania z pracownicą jakiejś lokalnej firmy przewoźniczej, o której zaraz z resztą z zapałem zaczęła opowiadać. Czasem mruczał zgodnie, kiwał głową albo odpowiadał półsłówkami, nie chcąc pozwolić wyjść im na niegrzecznych – zwłaszcza wtedy, gdy i Cyan wyłączył się na dobre. Ale na tylnym siedzeniu w końcu zrobiło się tak strasznie błogo, wydawało się bardziej miękkie i przystępne niż kiedykolwiek, ciało wreszcie odrobinę lżejsze, te zawroty głowy, dotąd tak męczące – już nie tak silne i zupełnie inne, jakby przyjemne. Wtedy nawet na te pojedyncze sylaby Atlasowi całkowicie zabrakło już sił, ale właścicielce opla to też chyba nie przeszkadzała, bo rzuciła tylko to jedno, ostatnie pytanie, to długa droga, jesteście pewnie bardzo zmęczeni, co, chłopcy?, a Atlas bez namysłu po prostu kiwnął głową. Znów wystarczyło i znów mógł bez strachu po prostu wtopić się w to siedzenie głębiej, palce mocno zacisnąć na pasie i zmrużyć oczy, wsłuchany w powolne dudnienie własnego serca.
    W końcu miasto, zjazd z drogi szybkiego ruchu i auto stające gdzieś na poboczu między siecią stacji benzynowych, fast foodów, pojedynczych marketów. Złożone przez kobietę przeprosiny – chętnie podrzuciłaby ich nawet dalej, w jakieś konkretne miejsce, ale była umówiona niedaleko. Powiedziała, że ma nadzieję że Prince George im się spodoba i że miło spędzą czas z rodziną. Atlas z trudem namierzył klamkę samochodowych drzwi, niezdarnym ruchem nacisnął, zaraz po tym jak znów tak bezmyślnie złapał za cyanowy nadgarstek, wyciągając go z wnętrza pojazdu za sobą. Mętnymi podziękowaniami otworzył te wspólne wyrazy wdzięczności, a potem mówił coś jeszcze chwilę – że to wielki gest, że nie byli pewni czy w ogóle ktokolwiek się zatrzyma, że to, że tamto... Same głupoty, ale ważne, że kobieta w końcu odjechała, a oni zostali sami na trawiastym poboczu, między jednym pasem jezdni a wyjazdem z miejsca obsługi podróżnych.
    - I z-zajebiście – skwitował cały swój zachwalający ich spryt i talent monolog, zupełnie nie zauważając, że żadnej z tych pochwał i zachwytów nie wypowiedział na głos. Ale tak, zajebiście. Przez ten nieprzytomny umysł i odrobinę bezwładne ciało przemawiała teraz duma tak wielka, że Atlas zaraz dłonią zanurkował w pierwszą lepszą kieszeń własnych spodni, cudem wydobywając z niej telefon. – Stawaj kurwa, będzie... będzie fota na pamiątkę – zadecydował tonem zaprawionego w boju turysty, palcem na oślep pokazując Cyanowi miejsce, które wydawało mu się do tej wielkiej chwili najbardziej odpowiednie. Jak pomyślał tak zrobił, nieważne, czy Meyer był ku temu chętny czy nie – w końcu się udało, a Atlas nie dość, że cyknął naprawdę majestatyczne zdjęcie z paluchem na pół kadru, to jeszcze w przypływie wielkiej dumy i absolutnym braku zrozumienia wobec tego, co robił, bez żadnego stosownego komentarza zamieścił je na Instagramie. I tym razem wcale nie kusiło sprawdzenie wiadomości czy messengera – nie, zadowolony i roześmiany z tytułu ich wielkiego wspólnego geniuszu czuł się tak błogo wobec tego wszystkiego zobojętniony, że nawet bez blokowania ekranu wrzucił telefon gdzieś do plecaka, tym samym zapewne pozwalając mu rozładować się ostatecznie gdzieś na przestrzeni najbliższych kilku minut.
    Udało się. Aha, dalej trzeba iść. Więc machnął na tego Cyana ręką, ruszył – gdzieś, przed siebie przede wszystkim, to na pewno. Bo wszystko mogli, ale nie stać. Wciąż byli za blisko Deep Lakes i Atlas pamiętał o tym nawet wbrew temu, że świat, a wraz z nim te jego równie mętne co samo spojrzenie myśli, zdawał się płynąć w zwolnionym tempie.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    jako dziecko byłem komunistą nie żałuję

    ZAJĘCIE


    powinnaś mnie zobaczyć jak czytam marksa

    UCZUCIA




      
    cyan arsen
       meyer

      
    "ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim

      

      

      

      

      

      

    2020-08-15, 15:34


    ii. prześpię się i zapomnę


    Cariboo Highway rozciągała się przed nimi zaskakująco niezbyt szeroką dwupasmówką, prześladując oczy startym asfaltem i wyblakłą farbą. Pierwsze kilometry zrobione wzdłuż pobocza za Prince George rozmywały się już leniwie w pamięci, przypominając w gruncie rzeczy raczej sen niż realne wspomnienie. Tabletki nie działały już tak dobrze jak kiedyś - jak parę dni, tydzień, dwa tygodnie wcześniej - nie działały po prostu i mogli to wypierać, i mogli udawać, że to zjebany towar, że zły setting, że to i tamto, ale prawda wisiała gdzieś w powietrzu, ciężka od kurzu unoszącego się nad jezdnią. A prawda była taka, że nie czuli już wiele; przynajmniej Cyan nie czuł wiele, tyle tylko, że nie bolało go wszystko tak okropnie, że lęk odpływał, choć nie całkowicie przecież, że lekka senność zgarniała go ze sobą, ale nie osuwał się na ziemię nie przez fentanyl, tylko szedł dalej. Nieprzytomnie trochę, trochę bezmyślnie, w jakimś dziwnym otępieniu, ale szedł. Szli. Szli, dopóki ta mierna dawka nie zeszła, nie zaczęło się robić niedobrze znowu.
    Autostop. Bo szli tak wolno przecież, bo to było bez sensu, bo za każdym razem, kiedy mijał ich jakiś samochód, Cyan irytował się, bo mógł się zatrzymać przecież, więc czemu nie, czemu się nie zatrzymał? Głupi ludzie, wszystko głupie, wszystko denerwujące - to przez ten fentanyl? Przez to, że działał tak chujowo? Może Drake go oszukał? Oczywiście, że go oszukał, na pewno go oszukał, to straszne, że ciągle ktoś go oszukiwał, a on się tak starał przecież, tak próbował. Ukradkiem zerknął na Atlasa, żeby sprawdzać, jak ten się trzyma. Mieli jeszcze na dwa wrzuty. Słabe, bo słabe, ale dwa. Lepsze to niż nic, prawda?
    Dwa dni, dwa wrzuty. Tak liczył chyba, tak było najrozsądniej, choć nie wyszło, bo nie wytrzymali; bo świadomość, że mieli na te dwa wrzuty jakoś skradała się ciągle, chodziła za nimi, śledziła, dyszała ciężko w kark zgniłym oddechem. I w ten sposób przeminął dniem za dniem, szeregiem nietrzeźwych godzin (za mało nietrzeźwych), w rytm wolno stawianych na poboczu autostrady kroków, dyktowanych letargiem, otumanieniem, otępieniem spowodowanym zarówno bliskim dostępem do pożądanej substancji, jak i wzrastającej irytacji wobec tego, co musiało być tolerancją, a o czym Cyan nie chciał myśleć, głupie, idiotyczne.
    Środowy poranek zastał ich trzeźwych, ale nieumierających - choć pierwszą noc przeszli uparcie, wytrwale, nad ranem łapiąc się podwózki o marnych piętnaście kilometrów, drugą przespali w przyczepie campingowej jakieś rodziny wesołych i zbyt gadatliwych hippisów, gdzieś przy 150 Mile House. W gruncie rzeczy byli całkiem spoko, usilnie próbowali dzielić się z nimi prowiantem (Cyan uśmiechał się miło i upychał dyskretnie wszystko do plecaka, dla Atlasa, na później, bo kto wie?), a potem jeszcze podzielili się blantem, który podniósł trochę ogólne morale podróżnych. Protoplasta tej samej rodziny, Bob chyba, wcisnął Cyanowi w rękę jakąś przestarzałą mapę, ze słowami, że może się przydać, ale Meyer zaraz oddał ją Atlasowi.
    - Zawsze trzymam do góry nogami - wyjaśnił tylko.
    Z hippisowską rodziną rozstali się kilkanaście kilometrów dalej, na skrzyżowaniu Cariboo Highway 97 z Enterprise Road.
    - Wolimy mniej oczywistą trasę - tłumaczył im Bob, kiedy zbierali się leniwie z tylnego siedzenia, a potem dodał coś jeszcze o destynacji podróży, o drodze przez Dog Creek, wzdłuż Fraser River do Churn Creek, walczyć o coś tam z ochroną bogactwa naturalnego. Nieważne, nie słuchali już - Cyan nie słuchał, uśmiechał się tylko, dziękował jakoś koślawo za podwózkę, ciągnął Atlasa za ramię. A potem spoglądali jeszcze przez jakiś czas za ich minivanem, Kahan czytał mapę, Meyer szedł po prostu, wypalając ostatniego papierosa. Aż nagle olśnienie. Wolimy mniej oczywistą trasę. Tak, tak, tak, to miało sens, Atlas, posłuchaj, mniej oczywista trasa, to jest mądre, inteligentne to jest. Mniej oczywista trasa, rozumiesz? Trasa mniej oczywista.
    Zawracali te kilkadziesiąt metrów, które zdążyli przejść, minąwszy skrzyżowanie. Wracali, przekonani o słuszności swojej myśli, o błyskotliwości, Cyan uwiesił się gdzieś przy atlasowym ramieniu i pchał paluchy na mapę, zupełnie jakby rozumiał, jakby był doświadczony w tych podróżniczych sprawach, jakby wcale nie było tak, że on nadal ledwo pamiętał, że północ jest na górze, a południe na dole. Z zaangażowaniem tłumaczył, że tak, że pójdą wzdłuż Enterprise Road, to ma sens, odbiją potem w lewo na Upper Dog Creek Road, a potem Poison Lake Road i dalej już blisko: Big Bar Road, Jesmond Road i będą na miejscu, rozumiesz, Atlas? Jasne, że tak, mądry jesteś przecież. To bardziej rozsądne, rozumiesz, niż iść cały czas wzdłuż Cariboo Higway, a potem 99-tką do Vancouver, za łatwe, za proste, zbyt przewidywalnie, tamci hippisi rację mieli. A my radę damy jakoś, musimy, na pewno.
    Nieco ponad sto kilometrów, cały dzień i noc drogi, w życiu nie, nienienie, oczywiście, że nie. Jakiś kierowca ciężarówki zgodził się ich podwieźć, więc pojechali, choć Cyan miał przeczucie, że ufanie kierowcom ciężarówek to najgorszy pomysł, na jaki mogli wpaść. Po podwózce o jakieś pół trasy zażyczył sobie loda, i położył nawet łapę na atlasowym kolanie, więc Meyer po prostu otworzył szybko drzwi, pociągnął Kahana za sobą i biegli - jeśli bieganiem nazwać było można fakt, że uciekając kilka metrów w pole, które akurat napatoczyło się przy drodze, na samym końcu majestatycznie wtoczyli się do rowu. Nieważne przecież, tak naprawdę ważne było to tylko, że łysiejącemu facetowi za kierownicą zdecydowanie nie chciało się gonić pary dzieciaków przez jakieś wrzosowisko.
    Wrócili na trasę, gdy już odjechał i zniknął za najbliższym zakrętem, z zamiarem przebycia reszty drogi na piechotę - tak na wszelki wypadek. Popołudnie zaczynało robić się ciężkie, a Cyan wpychał Atlasowi w łapy to jakieś jabłko, to inną marchew odłożoną na czarną godzinę po wizycie w hippisowskiej krainie, marudząc pod nosem na to, że nie mają wody, że daleko i że beznadziejnie - a w marudzeniu akurat Meyer był absolutnie niepokonany. I przerwy tak. Zbyt częste przerwy, ale organizm wysiadał, organizm był w szoku, nie radził sobie organizm. Pół godziny - stój, Atlas. Piętnaście minut spędzone na poboczu, z głową w kolanach. Krwotok z nosa: jeden, drugi, nie miał chusteczek, więc wycierał wszystko w rękaw kurtki i udawał, że jest dobrze. Jest dobrze. Zemdlał tylko raz, na chwilę, na kilkanaście sekund dosłownie. Ktoś zatrzymał się chyba, chciał wezwać karetkę, podwieźć ich chciał - nie trzeba, naprawdę, poradzimy sobie. Dostali butelkę wody, która z nadejściem wieczoru zaczynała się kończyć.
    - Atlas, przerwa. - Znowu. Zajazd jakiś, wieczorna szarówka, głód - oba głody, jeden na drugim, drżące ciało. Skręcili z drogi na usypany żwirem podjazd. Nazwa Jesmond Peak View brzmiała obiecująco, ale migała do nich ze zużytego znaku, wiszącego ciężko nad drzwiami i pobłyskującego kiczowato zielono-niebieską poświatą. Nie chcieli chyba wchodzić do środka, jeszcze nie w każdym razie. Krawężnik gdzieś z boku był lepszą opcją, więc Cyan pozwolił plecakowi zsunąć się z ramion, zanim sam opadł ciężko w jego ślady na ziemię, stękając przy tym cicho. Drżąca dłoń przetarła twarz. Widok na Jesmond Peak nie był wcale tak dobry, jak mogła wskazywać na to nazwa zajazdu - szczyt był gdzieś tam daleko, ledwie dostrzegalny przez światła uliczne, porastające dalszą drogę lasy, wieczorną mgłę i szarówkę.
    Serce znowu biło tak krzywo, tak nierówno, bolały go plecy i brzuch, ale brzuch ciągle bolał. Niedobrze mu było. Poczekał aż Atlas usiądzie obok, oparł podbródek na wspartej łokciem o kolano dłoni, przyglądał się. Oddychało się ciężko i myślało się ciężko też, to już ten moment. Przyglądał się migającemu znad drzwi zajazdu znakowi, a potem wracał spojrzeniem do Atlasa - i znowu tam, i znowu z powrotem. Popierdolone to wszystko było. Złe.
    - Może zostaniemy tu na noc? - zaproponował w końcu, rozciągając sylaby jakoś nienaturalnie, i nie potrafiąc skupić wzroku na atlasowej twarzy. - W łazience. Na przykład. Tam dalej jest las i nie wiem… czy po ciemku tak - urwał. Nie możesz tak… po ciemku. Nie chciał, nie chcieli. Bez sensu, nie było żadnych świateł. Z drugiej strony, do Jesmond zostało już tak niewiele drogi, prawda? Raptem parę godzin, kilkanaście minut, gdyby ktoś zechciał podwieźć ich autem. A w Jesmond ogarną jakiś towar, jakikolwiek w sumie. W Jesmond albo… albo tutaj może? Przed zajazdem stało kilka samochodów, których właściciele wytaczali się co jakiś czas z budynku i wracali z powrotem do środka. I każdy z nich w tym momencie wydawał się Meyerowi tak samo podejrzany, tak samo prawdopodobny do odegrania roli dilera w ich małym, podróżniczym świecie. A jedni bardziej niż inni.
    - Powinniśmy serio zacząć ładować to w żyłę. Na dłużej by starczyło. - Głupia myśl, ale nie kontrolował już za bardzo tego, co mówił, powieki ciążyły jakoś, musiał pociągnąć mocno nosem, objąć się szczelnie ramionami. Zimno było, choć siedział w kurtce przecież, choć na zewnątrz wciąż było prawie dwadzieścia stopni. - Myślisz, że znajdzie się tu ktoś? Z czymś? - kolejne bezmyślnie wyrzucane pytania, mina do złudzenia przypominająca znudzoną, ale nie był znudzony przecież. Zirytowany był. I zdesperowany też trochę. - Nie działa już na mnie tak. Ta tabletka nie działa. Wiesz? - powiedział w końcu - teraz dopiero, beznamiętnie, obojętnie, neutralnym głosem, który ciążył na języku. Nie działa - powiedział to w końcu. To nie trefny towar, to Cyan był trefny po prostu. Chwilowa pauza, oczy wbite w ziemię. Przez chwilę szurał butem po żwirze, ale przestał szybko - irytował tak samego siebie i wszystko bolało bardziej: żołądek, nerki, plecy, a przełyk piekł żywym ogniem, choć nie rzygał dzisiaj przecież. Popierdolone.
    - Poszukam kogoś - zdecydował głucho, samemu sobie obwieszczając to bardziej niż Atlasowi chyba. I poderwał się do góry, ostrożnie i powoli, ale i tak przecież zakręciło mu się w głowie. To nic, bo gotowy był na to, zupełnie. Ciągle kręciło się w głowie, prawda? Odwrócił się od niego ostrożnie. - Poczekasz przed wejściem? Jakby coś… było nie tak? - zachwiał się jeszcze, jeszcze przez chwilę wpatrywał się w jego twarz.
    Nie rób problemów, Atlas.
    Wiesz przecież, co chcę zrobić.
     
    imię / nick:cyjanek
    multi:zorka
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-08-15, 22:41


    Noc. Jedna spędzona wytrwale w podróży i kolejne już nie – zestawiwszy je ze sobą Atlas dobrze wiedział, że tak, o tysiąckroć bardziej wolał gdzieś się zatrzymać. Kusiłoby miejsce w swojej otwartości niezobowiązujące, jakaś ławka może, przecież przykryliby się tymi zapasowymi koszulkami, przytulili do siebie, wiedział zbyt dobrze, że tym razem szczęście może nie dopisać i tym razem może nie znaleźć się żaden hipis, któremu ta dwójka nastolatków na podłodze minivana nie będzie wadziła ani trochę. Rzecz w tym, że okolica tym brakom zobowiązań wcale nie sprzyjała. Byli w drodze, w drodze nie ma parków, miast, ławek, są tylko skrzyżowania, rozwidlenia, pordzewiałe znaki i pobocza, czasem szutrowe, a czasem wyłożone równym asfaltem, to najwyraźniej drogi świeżo po remoncie. I bardziej niż szukać teraz opcji noclegowych na tym wypizdowie wolałby rzeczywiście zająć się podróżą i konsekwentnie starać tą alternatywną, zmienioną pod wpływem jakiegoś wielkiego impulsu drogą trafić do tego nieszczęsnego Vancouver, ale trzymające dotąd w ryzach piksy też skończyły się całkiem, a to przecież nie wróżyło żadnego magicznego przypływu siły i energii na to, żeby uporać się z kilkunastoma godzinami podróży pod rząd. Więc...
    - Możemy – potwierdził zgodnie, kiwając głową lekko, chyba w ramach jakiejś całkowicie już niemrawej formy zgody z propozycją Cyana. W toalecie na przykład. No tak, przecież nie w pokoju, nie mieli na to kasy. Jak zawsze wszystko jedno raczej – czy pożółkły materac, czy pożółkła łazienkowa podłoga, to już naprawdę bez znaczenia. – Co? – mrugnął kilkukrotnie, wyrwany z bezmyślnego letargu pytaniem Meyera. Pytał czy ktoś się znajdzie i Atlas oczywiście rozumiał, zrozumiał od razu, ale musiał przyznać że wcale o tym nie pomyślał – podświadomie chyba przyjął, że do Jesmond jechać będą o suchym pysku i dopiero tam poszukają sposobu na to, żeby wygospodarować sobie zapasy na dalszą podróż. – Na pewno – stwierdził z przekonaniem, wzrokiem przesuwając wzdłuż parkingu po tych kilkunastu zaparkowanych przed nimi samochodach i na dłużej zatrzymując go na trójce mężczyzn palących przed wejściem.
    - A dawałeś kiedyś? – bez żadnego skrępowania odnowił temat po tym, jak raptem chwilę temu całkowicie go przemilczał. Dawał? Bo razem nie dawali. Nigdy, przenigdy, zawsze były piksy, kreski, palenie, poważnie, wszystko tylko nie to jedno. – W żyłę – doprecyzował odrobinę zbędnie, nie siląc się na żaden piękny frazeologizm który mógłby zastąpić im nieprzyjemnie ordynarny wydźwięk tego wyrażenia. Nie było po co, przecież już sama propozycja, sama myśl o tym akcie były wystarczająco jednoznaczne, ordynarne i wulgarne. Więc... razem może nigdy w żyłę nie dali, nie tak ramię w ramię, obok siebie, tak jak te piksy, ale skąd miał wiedzieć co Cyan robił sam? Albo ze swoimi innymi przyjaciółmi, na pewno jakichś miał bo tak jak każdy na pewno gotowy był w dowolnym momencie Atlasa kimś lepszym zastąpić – ale to też nieważne. Nie wiedział czy nie brał więcej, bardziej, nie uciekał w coś dużo mocniejszego. – To dziwne jest. Inne bardzo – wytłumaczył koledze, nie mając jednak energii na to aby choćby spróbować te różnice w jakiś konkretny sposób nakreślić. Przemilczał więc wspomnienia tego swojego pierwszego i jedynego razu, przemilczał też to, że było fajnie tylko do czasu, że zdrowo wtedy przegiął i że skończyło się wielkimi wyrzutami sumienia które, jak wówczas sądzić, miały trzymać się go do końca życia. Zupełnie nie. Teraz? Kurwa, jak mu teraz było pięknie wszystko jedno! – Ale jest dużo szybciej. I dłużej rzeczywiście, taniej wtedy też. Więc... jeśli chcesz. – wzruszył ramionami, zupełnie jakby przystawał teraz na jakąś zabawową propozycję, wspólną partię makao albo wieczorny spacer po starym mieście na przykład. Trudno, że niebezpiecznie. Trudno, że niesterylnie, bo jeśli coś skołują to na pewno nie takie jak być powinno. Czegoś się nabawią, wirusa jakiegoś? Albo przesadzą, tym razem tak naprawdę, bo niewprawione oko nie będzie wiedziało czy to przypadkiem nie za dużo dla tych drobnych ciał? Trudno, naprawdę trudno. – Wiem – skwitował zwierzenie Cyana, znów kiwając głową. – Też. Za długo już – wyjaśnił krótko, wcale nie mając na myśli tego, że brali coś za długo i bardzo im szkodziło, przestać należało, wcale nie; tylko tyle, że za długo trzymali się tej jednej dawki, wcale nie małej, ale jednak niewystarczającej. Niewystarczającej skoro tylko spowalniała myśli i odruchy, ale niewiele więcej w sumie. A Atlas tęsknił za tym uczuciem tak samo przerażającym jak magicznym, za tymi kosmosami obcymi, mówiąc wprost – za niebyciem tęsknił, zwłaszcza teraz, kiedy głowa bardziej ciążyła negatywnymi myślami niż zmęczeniem.
    Myślami najwyraźniej zsynchronizowali się tak samo jak tymi opadającymi wspólnie przed paroma chwilami na krawężnik ciałami. Poszukam kogoś. Nienienie, chwila. Natychmiast oderwał spojrzenie od wejścia do budynku, a choć chwilę temu z zainteresowaniem odprowadzał nim do środka któregoś z palaczy, tym razem cała atlasowa uwaga poświęcona była Cyanowi. I jego pomysłowi, rzecz jasna. Wiedział o co chodzi, oboje wiedzieli, wcale nie musieli o tym mówić. Nawet jeśli bardzo nie chciał, to przecież dopuszczał ten scenariusz – że wszystko się skończy, kasa i zapas towaru, no i że trzeba będzie wymyślić. Ukraść albo...
    - Nie, nie, poczekaj – zaprotestował, natychmiast idąc w jego ślady i zrywając się na równe nogi, nic nie robiąc sobie z tańczących przed oczami mroczków. Przyzwyczajali się już oboje. – Ty załatwiłeś piksy nam – przypomniał, choć nie mówił tego z radością, ulgą ani uśmiechem. – I... my umówiliśmy się na coś, tak? Moja kolej. – Nie teraz się umówili, dawno temu. Że ma być sprawiedliwie, po pierwsze zawsze po równo. A po drugie – raz on, raz Cyan. I Atlas teraz wisiał mu równowartość sześciu piks, tak. A wcześniej jeszcze ten fentanyl w Cineworld, więc... więc on teraz musiał, naprawdę musiał. Zignorować ten dreszcz obrzydzenia który przebiegł po plecach choćby na wspomnienie tej łapy dopominającego się o przysługę kierowcy ciężarówki na własnym udzie. Kurwa, trudno, nie było wyboru. – Idę – zdecydował stanowczo, chyba zwyczajnie nie chcąc dawać sobie samemu czasu na więcej wątpliwości. Dla Cyana musiał. On też... nieważne co, ważne, że on już na pewno też. Wcale nie musieli o tym mówić. – Ja idę, Ty siedzisz i nie dajesz się nikomu zaczepiać. Uważaj po prostu. – ściśnięta mocno dłoń, przeciągłe spojrzenie, wciąż dziwnie zamglone. Najwyraźniej to nie fentanyl zmieniał go w takiego nieobecnego i wypranego z inicjatyw, energii jakiejkolwiek, a ten smutek nieznośny który wciąż zżerał na myśl o wszystkim tym, co przymusowo zostawił – zostawili! – za sobą w Deep Lake. Ale teraz było daleko i teraz potrzebny był towar i Atlas musiał zostawić Meyera na zewnątrz, wejść do środka i dobre kilkanaście minut poświęcić na znalezienie kogoś właściwego, naprawdę kurwa musiał.
    No i znalazł. Podpatrzona w korytarzu transakcja i Atlas już wiedział, że to jest szansa, więc znalazł go w końcu gdzieś z boku, tych toalet nieszczęsnych blisko, wcale nie chcąc myśleć o tym że jeśli naprawdę chcą tu z Cyanem spać to on po tym wszystkim chyba będzie musiał tu wrócić. Żadne z nich się nie przedstawiło – wymienili formalności znaczących spojrzeń, a Atlas jeszcze dobrą chwilę się wahał, myślał o tym żeby się od tego nieprzychylnego, patrzącego z góry wzroku uwolnić póki była szansa, powiedzieć Cyanowi że nie ma opcji, on nie da rady, ale... Ale nie, musiał pogardę w tych oczach wytrzymać.
    I ten lepki, śmierdzący alkoholem oddech tuż przy twarzy, smród mieszający się z mdłym zapachem perfum. Nie porzygaj się, tylko się teraz nie porzygaj. Resztkami energii wymusił najsłodszy uśmiech, palcami pomknął po tej obcej szorstkiej skórze, skażonej kilkudniowym zarostem. F u j. Ale musisz, Atlas, naprawdę musisz. I zaczął czarować, najlepiej jak potrafił – że oni tutaj z kolegą są, przejazdem akurat i... i że on wiedział na pewno, każdy ma swoje potrzeby, a wyglądał mu na takiego co to zna się na tych sprawach, co to mógłby pomóc. Tak. Jego skinienie głowy, tak, rzucona półsłówkami informacja, jakieś ustalenia, no i wreszcie coś o cenach, chyba próbował go zbyć – wiedział, na pewno wiedział że Atlas tyle nie ma. Tak, tak, no pewnie że wszystko cenę swoją ma, ale są też potrzeby, pamiętasz? Na pewno jakieś masz? I Atlas za wszelką cenę starał się zignorować to nieprzyjemne uczucie wywracanego do góry nogami żołądka i podchodzących do gardła wymiotów gdy ta obca dłoń bez skrupułów i, przede wszystkim, bez jego pozwolenia znalazła sobie miejsce na ramieniu. Wciąż przyklejony na twarzy uśmiech, nawet wtedy gdy te palce zacisnęły się mocno, pociągnęły w stronę kibla. Musiał. Tylko się teraz nie zrzygaj.
    No i nie zrzygał. Zrobił to dopiero wtedy, gdy oblech w końcu puścił materiał swetra, zapiął pasek i bez słowa wyszedł, zostawił go samego. Okropnie, wszystko okropnie, źle i najgorzej, ale nie mógł tu na tej podłodze zostać, nawet jeśli czuł się teraz tak strasznie, źle i żałośnie – nadal było mu niedobrze, we włosach wciąż czuł te obrzydliwe palce, w ustach... nie, nie, nad tym naprawdę nie chciał się zastanawiać, po prostu schował tą swoją, nie, wróć, ich należność do kieszeni spodni i wstał, z wbitym w ziemię spojrzeniem wymaszerował. I na Cyana też wcale nie spojrzał, po prostu podszedł, złapał za plecak który z nim zostawił, no a potem za jego rękę. Może nie powinien, może to też obrzydliwe? Nieważne kurwa, nie myślał o tym, spojrzenia też nie podnosił bo chyba było mu za siebie teraz potwornie wstyd, chyba zbierało na płacz i chyba musieli stąd iść, teraz, zaraz. Mieli towar, nie mieli czym dać. Trudno, trudno, Atlas nie mógł o tym myśleć. Tylko bardzo mocno zacisnąć własne palce na kościstej dłoni Meyera i z zupełnie nieobecnym spojrzeniem wbitym w szare płyty chodnika przygryzać wargę i znowu ciągnąć ich do środka, modląc się, że na drodze nie stanie nikt... znajomy. Albo najlepiej nikt w ogóle, niech nikt na niego nie patrzy, Cyan też nie, ani o tym nie mówmy, ani na to nie patrzmy, ani w ogóle tego nie pamiętajmy, w porządku? Nie, nie w porządku, Atlas chyba właśnie się rozklejał, starał się nie, walczył bardzo – no i co z tego, że po policzkach nie płynęły łzy, że nie zanosił się szlochem (jak baba jakaś), skoro dużo bardziej żałosne były te odwracane spojrzenia i grzęznący w gardle głos, którym nie potrafił nawet Meyerowi powiedzieć że mają, dostali coś, może fentanyl a może jakaś podła mieszanka, ale jeśli chcieli w żyłę to musieli wykombinować teraz i... i nieważne, nieważne przecież bo i tak gubił teraz myśli i kroki, on już dłużej tak nie chciał, w ogóle nie chciał.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    jako dziecko byłem komunistą nie żałuję

    ZAJĘCIE


    powinnaś mnie zobaczyć jak czytam marksa

    UCZUCIA




      
    cyan arsen
       meyer

      
    "ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim

      

      

      

      

      

      

    2020-08-16, 13:47


    Tak łatwo było brnąć coraz dalej, głębiej, mocniej i to zupełnie bezrefleksyjnie, bez momentu zawahania, bez chwili zwątpienia. Bo kiedyś to w sumie znaczyło jeszcze coś - cokolwiek - jak bardzo można było wychylić się za tą wyznaczoną naturalnie granicę, jak mocno można było zaryzykować, zaimprowizować jak mocno. Ale potem kolejne granice robiły się już sztuczne, już ruchome bardzo, bo przypadkowy seks w klubowych łazienkach był spoko, ale obciąganie w zamian za dragi już nie, a potem obciąganie w zamian za dragi było już spoko, ale walenie w żyłę nie, a teraz walenie w żyłę było spoko też - co nie było spoko?
    - Tak - skłamał więc, ale przecież Atlas wiedział dobrze, że skłamał. To nic, to odruch taki tylko, bo słowa w gruncie rzeczy nie znaczyły niczego, prawda? Ale ja naprawdę cię kocham, Cyan, kurwa...naprawdę. Wcale nie, bo teraz był Oswald - Oscar - który doceniał i nie bał się łapać go za rękę, i nie mówił mu, że stara się za bardzo, i w ogóle nie mówił złych rzeczy, na pewno. To tylko Cyan robił, Cyan tylko wyrzucał z siebie tyle niepotrzebnych słów, gestów tyle. Uderzył go Cyan - najgorszą rzecz zrobił, najohydniejszą, najstraszniejszą i nie mógł pozbyć się tego z głowy, i nagle to, że Eli wyszedł wtedy, że zostawił go samego z tamtą dziewczyną, że zabrał medalik, wszystko zabrał, że pozwolił Madison wbijać mu pod skórę kolejne szpilki, nie było tak okrutne nagle. Rozumiał to chyba, chyba tak. Odchodzisz, kiedy ktoś cię krzywdzi - ludzie tak robią, prawda? Chyba, że jesteś słaby, wtedy zostajesz. Jak on. On zostawał nawet kiedy zarzekał się, że odchodzi, bo przecież wciąż przychodził do mieszkania pod szóstką i wciąż szukał tam czegoś, czego nie powinien, na co nie zasługiwał.
    Dziwne, inne - to nic, Atlas, poradzimy sobie z tym, ze wszystkim sobie poradzimy, może być dziwne i inne, i wszystko może być przecież. Szybciej, taniej, to najważniejsze teraz i Cyan nie czuł nawet obrzydzenia na myśl o tym, bo czy miał prawo jeszcze brzydzić się czymkolwiek? Jeśli chcesz. Obojętność w głosie Kahana sprawiła, że poczuł, że należy ukrywać tę desperację, która przecież wyprowadzała się sama na spacer, przebijała przez te krótkie zdania, rozbudowane myśli. Im dłużej myślał o tym, że może być szybciej, inaczej, taniej, mocniej - przede wszystkim mocniej - tym bardziej chciał, tym mniejsze znaczenie miały komplikacje ewentualne, tym mniejsze znaczenie miało wszystko w ogóle, bo już było mu tak niedobrze i już pociągał nosem, zimno było - już nie było czasu, on nie chciał mieć gorzej, już nigdy nie chciał mieć gorzej. Co mogło się stać najwyżej? Nic, tak naprawdę, nic, czego by mogli żałować, bo nawet przekręcenie się na tym jebanie podjeździe wydawało się atrakcyjniejsze niż czekanie do Jesmond, tułaczka przez ten las na trzeźwo, plastikowe takie wszystko, ból coraz mocniejszy, bo przecież te tabletki tylko rozdrażniły to tam w środku, co domagało się więcej, mocniej, bardziej, kurwa. I im dalej zachodziły te myśli, tym energiczniej kiwał głową - kiwał głową ciągle, kiedy Atlas mówił, że jeśli chcesz i kiedy mówił, że za długo. Za długo, ile można żreć te jebane piksy? One na pewno miały kalorie, Cyan czuł, że przytył przez te dwa dni, ciężki się czuł, rozdęty, musiał się zważyć - nie mieli wagi, stresowało go to, niepokoiło. Potrzebują czegoś, tak, uspokoić się potrzebowali.
    Więc poszukam kogoś. Przed wejściem poczekaj, jakby coś nie tak było, choć i tak nie zrobisz niczego przecież - ale żebym sam nie był, bo zawsze jestem sam i nikt nie może wiedzieć, i to jest najcięższe, najgorsze. I najbezpieczniejsze jednocześnie, paradoksalnie - bo to przecież żałosne, najbardziej, najmocniej, przyznać się do tego wszystkiego, do tego syfu całego, obrzydliwe. Ale ty wiesz przecież, Atlas, bo może nie mówimy o tym i może udajemy, że wcale nie, ale ty widzisz to wszystko; to widać. Brud widać, zużycie jakieś, widać to wszystko i na myśl o tym chce ci się wymiotować, ale i tak trzymasz mnie za rękę, bo dobry jesteś, kurwa, kolejna dobra osoba, kolejna do pociągnięcia w dół, na samo dno.
    Dlaczego więc to robisz, Atlas, kurwa - poczekaj, ale nie chciał czekać wcale. Moja kolej. Słabo mu się zrobiło, słowa utknęły w gardle, więc wpatrywał się w jego twarz po prostu i nie wiedział, co zrobić, nic nie wiedział. Powstrzymać go chciał jakoś chyba, uczepić się jego ramienia, nie pozwolić, nie rób tego, Atlas, żałować będziesz, nie wpuścić tam, pójść za nim, jak przyjaciel się zachować, jak brat - tak należało przecież, ale Cyan był tak żałośnie bezradny teraz, teraz słaby, tak bardzo nieporadny i oddychało się tak ciężko, w głowie się kręciło, mroczki przed oczami.
    - Nienienie, Atlas, nie, umówiliśmy, ale to… o hajs chodziło, tak? O hajs tylko, to nie ma znaczenia już, Atlas - jakoś panicznie starał się odciągnąć go od tego, ale głos drżał przecież tak niepewnie, cicho tak, za mało zdesperowanie, za mało pewnie, za mało pewne było spojrzenie - przerażone tylko, bo nie chciał tego dla niego przecież, dla nikogo tego nie chciał, a dla niego… dla niego najmocniej chyba, nie chciał wcale, Atlas, to takie bez sensu, ja pierdolę, nie musisz, nie powinieneś, nie możesz, rozumiesz? W swoim zaślepieniu całkowitym nie wysilił się nawet, żeby go uspokoić w jakiś sposób, ani trochę, ani odrobinę, bo na ten moment bał się po prostu, o niego się bał - co, jeśli coś mu się stanie, jeśli ktoś mu coś zrobi, jeśli podejdzie do kogoś, do kogo nie powinien, jeśli go oszuka ktoś i zostawi tak: to było najgorsze, prawda? Co, jeśli ktoś mu zrobi tak właśnie i to będzie wtedy Cyana wina, tylko i wyłącznie, niczyja inna, bo nie zaprotestował wystarczająco mocno, bo nie postawił się, bo nie odciągnął go od tego, a powinien przecież, bo to był Atlas i Atlas nie mógł. Po prostu.
    Uważaj. Uważaj ty, Atlas, ty uważaj, bo nie powinieneś, kurwa, nie możesz, nie wolno ci. Ściśnięta dłoń, długie spojrzenie - ostatnia szansa chyba. Ostatnia, ale on miał wielką gulę w gardle, oddychać nie mógł, a co dopiero mówić, więc patrzył tylko i nie wiedział co, kurwa, pojęcia nie miał, więc ścisnął tę atlasową rękę mocniej jeszcze, jakby wierząc w to, że to go zatrzyma naprawdę, że zostanie, że Cyan mu wyjaśni na spokojnie: nie możesz, Atlas, ja pójdę, bo jestem już brudny i tak, i tak już zużyty tak bardzo, tak mocno, ale ty nie, nie musisz robić tego, bo ciebie to złamie, a mi to i tak nie robi już żadnej różnicy. Robiło chyba. Robiło i był tego świadomy, choć wypierał przecież - mocno, stanowczo, ale niewystarczająco najwyraźniej, bo przecież pozwolił mu pójść, oddalić się, zniknąć w środku, z jakimś niemym Atlas zastygłym na ustach jeszcze, z sercem walącym za mocno, z paniką wzbierającą gdzieś w klatce piersiowej.
    Pozwolił mu pójść - naprawdę to zrobił, naprawdę, ja pierdolę i z każdą kolejną sekundą, minutą, godziną, dniem (?) (czas był taki dziwny, taki zachwiany teraz, dłużyło się wszystko, nieznośne) ta świadomośc uderzała mocniej, gwałtowniej, boleśniej bardzo, zaciskała się wokół krtani gęstymi wyrzutami sumienia, ohydnymi myślami, wyobrażeniami tych wszystkich złych rzeczy, które teraz mogły stać się Atlasowi, przez niego tak naprawdę - bo tak naprawdę bał się przecież i tak naprawdę nie miał siły, żeby o to walczyć, bo wiedział przecież, bo wiedział i pamiętał, i nie chciał przede wszystkim, cholernie nie chciał, i musiał być wdzięczny, tak kurewsko wdzięczny, że czuł się paskudnie przez to, strasznie, okropnie, bo nie powinien przecież, nie powinien go tam puszczać, nie powinien… nie powinien niczego, po prostu, powstrzymać go powinien, kurwa, to nienormalne, tragiczne więc. A teraz stał po prostu, tępo podszedłszy bliżej tych drzwi, okien bliżej, zupełnie jakby wierząc w to, że faktycznie będzie w stanie zrobić coś, coś powiedzieć, zareagować, cokolwiek, uratować go może - bo musiał wierzyć, że będzie w stanie go uratować, bo umarłby inaczej, bo nie zniósłby innej myśli. Wszystko bolało bardziej teraz, trząsł się bardziej, dygotał, grupka mężczyzn paląca papierosy wygwizdała go od pedałów chyba, ale to było teraz tak cholernie nieważne - Atlas był ważny, było ważne to, że Cyan nie wiedział, nie mógł wiedzieć, pojęcia nie miał żadnego, co się dzieje z nim, czy wszystko w porządku, czy okej wszystko? Mógł wrócić, mógł wrócić przecież i Cyan powinien powiedzieć mu to, dlaczego mu tego nie powiedział? Wrócić mógł, nic by się nie stało przecież, w każdej chwili, byłoby dobrze, wszystko dobrze, wrócić mógł przecież.
    I wrócił w końcu, a Meyer nie mógł oddychać przez chwilę - stał tylko i wbijał w niego wzrok tak mocno, tak intensywnie, że musiał krzyczeć i krzyczał: jak poszło, wszystko dobrze, jest okej, kocham cię, dziękuję, wszystko dobrze, kocham cię, przepraszam, jak się czujesz, jest dobrze, przepraszam tak bardzo, to nic, to nieważne, chodź do mnie, nie bój się, kocham cię, przepraszam, dziękuję. Ale Atlas nie widział przecież, niczego nie widział, nie słyszał też, bo wbijał uparcie wzrok w ziemię, kiedy podchodził do niego, kiedy chwytał go za rękę znowu i Cyan przez moment nie był w stanie zrobić nic innego, tylko tę rękę ścisnąć mocno, mocno, najmocniej jak tylko był w stanie, przesunąć kciukiem po grzbiecie dłoni. Przytulić go chciał, teraz, w tej chwili, powiedzieć mu te wszystkie ważne rzeczy, które musiał usłyszeć w tym momencie, jak najszybciej, jak najszczerzej, podziękować, przytulić znowu, przeprosić, kurwa, przeprosić już teraz, zaraz, szybko. Ale przecież Kahan już ciągnął go do środka i Cyan myślał czemu, i pytał go o to w myślach tak intensywnie, i głośno, ale nie mógł, kurwa, wciąż nie mógł odezwać się ani słowem, więc wszedł za nim po prostu, więc smród piwa uderzył w nozdrza, zrobiło mu się niedobrze. Mieli coś, nie mieli? Musiał spytać, wiedzieć musiał przecież, nie mógł w ciemno tak. Mieli, nie mieli?
    - Masz? - ciche, nad uchem wyduszone z trudem z tej przyblokowanej krtani, bo widział po nim przecież, że walczy tak bardzo, czuł, że drży, że powstrzymuje płacz z trudem i wiedział, i rozumiał - jak mało kto rozumiał, ale to nie znaczyło przecież wcale, że mieli faktycznie, choć Cyan nie chciał myśleć o tym, że mogło być gorzej, że naprawdę mogło nie udać się, że Atlas zrobił coś nadaremno, bez sensu, bez celu, więc to głupie masz? było teraz potrzebne tak bardzo, tak cholernie, kurwa. Nie musiał mówić nawet, bo Meyer wciąż przecież patrzył na niego uparcie, wciąż ściskał za dłoń, wciąż śledził cienie przemykające przez jego twarz i głupie skinienie - płytkie nawet - w zupełności by wystarczyło, bo musiał tylko wiedzieć czy mieli.
    Mieli. Strzykawek nie mieli. Strzykawki. Jedna wystarczyła.
    Jeszcze moment, Atlas, jeszcze chwila, już, moment i będzie lepiej, obiecuję, ale na razie muszę działać, puścić cię muszę, dla nas to robię, ja pierdolę. I puścił - ostrożnie, powoli wyplątał palce z jego palców, na chwilę położył jeszcze dłoń na jego ramieniu, szukał spojrzenia jeszcze, patrz na mnie, Atlas, dobrze będzie wszystko, naprawdę, ale zaraz zsunął ją ostrożnie i zostawił go tam, pod ścianą, i ruszył przed siebie, do baru ruszył, oglądając się na niego stale, w nerwowym odruchu, żeby móc złapać z nim ewentualny kontakt wzrokowy, kiedy już zdecyduje się podnieść spojrzenie - to ważne, bardzo ważne, Cyan musiał być dla niego, nawet jeśli nie mógł być przy nim teraz, fizycznie tak.
    Nie przysiadał nawet na którymś z wielu wolnych stołków, czasu nie miał na tę całą bajerę, na udawanie. Barmanka była kobietą w średnim wieku, sporych gabarytów swoją drogą, z mocnym makijażem i wysoko upiętymi włosami. Spoglądała na niego przez ułamek sekundy, całkiem zobojętniałym spojrzeniem.
    - Nie sprzedajemy nieletnim.
    - Tylko chciałem łyżeczkę pożyczyć. Do cukru. - Do cukru? Do cukru.
    - Ojciec piwo słodzi? - kąśliwy uśmiech, wiedziała już, ale Cyan nie miał siły na to wcale - oglądał się na Atlasa tylko, pilnował, żeby nikt go nie zaczepiał, żeby nie odzywał się nikt do niego, zostawcie go już, dajcie mu spokój. Kobieta to zauważyła chyba. Że roztrzęsiony był, że spoglądał ciągle na tamtego dzieciaka pod ścianą, że nie miał zamiaru dyskutować z nią, że to, że tamto, wszystko że. I w końcu faktycznie podała mu łyżkę - stołową, nie taką do cukru wcale, a Meyer musiał patrzeć przez chwilę na nią całkiem nieprzytomnie, zanim odebrał ją wreszcie od kobiety. - Posprzątajcie po sobie chociaż, nie będę wycierać waszych rzygów.
    To nieważne, nieważne już, wepchnął łyżkę do kieszeni, nieważne. Teraz ta gorsza część, problematyczna bardziej, strzykawka, kurwa. Gdzieś tu musiała być apteczka, tak? Czy w apteczkach były strzykawki? Może były, kurwa, czemu miałyby być, tak z drugiej strony, bez sensu, Cyan, myśl czasem, trochę, chwilę, raz w życiu. Na razie musiał do Atlasa wrócić, na moment, pokazać mu, że jest, położyć dłoń na ramieniu, że jeszcze moment mruknąć, musiał wymyślić coś, szybko. Skoro był diler, to byli też klienci prawda? Nienienie, nie będziesz pożyczał strzykawki, Cyan, popierdoliło cię, nie będziesz…
    Znalazł ich szybko, dwóch ich było - łatwi do rozpoznania, oczy podkrążone, chudzi, dłudzy, szczupłe palce, źrenice takie wąskie, pewnie już władowali, pewnie tak. Siedzieli z boku, przy stoliku za filarem, z dala od cudzych spojrzeń, od Atlasa z dala, co stresujące było, w gruncie rzeczy.I Meyer musiał poczuć, jak kłuje go coś, jak uwiera, bo kiedy podszedł, to widział już, że oni wiedzieli też, że on tak jak oni… właśnie tak, chociaż nie przecież - chociaż to pierwszy raz dopiero, ale nieważne. Dobry wieczór czy byliby panowie skłonni może na moment użyczyć sprzętu, czy też lepiej jeszcze - oddać jakiś, czysty jakiś może, sterylny taki, nie, żebym panom nie ufał, czy posądzał o coś, ale tak byłoby najlepiej przecież, odpowiedzialnie, poprawnie, tak jak należy przecież, tak?
    - Macie strzykawkę? - tyle tylko i głos jakiś pusty, bo nie będziesz przecież, a jednak robił to, a jednak wpatrywał się w nich uparcie, bez uśmiechu, ale też parcia żadnego, bez perswazji w ogóle, po prostu stał i patrzył z determinacją, i czekał aż ich przećpane głowy zrozumieją, aż dotrze do nich, o co prosił, aż wyśmieją go, odeślą albo pożyczą faktycznie, albo dadzą na zawsze, a najlepiej nic nie powiedzą - wcisną mu w rękę po prostu, bez słowa, bez spojrzenia nawet. Tak się stało prawdę mówiąc, choć jeden z nich złapał go za mocno za ramię, przyciągnął do siebie, za blisko przyciągnął, ale to nic. Cokolwiek, serio, daj tylko tę strzykawkę. Poczuł jego palce na policzku, jak spływały wzdłuż twarzy, jak ściskały skórę, jak o wargi zahaczały, strzykawkę daj tylko, spływały po szyi, pod golf się wsuwały, wyciągały go ze spodni, drapały plecy, trochę w górę, w dół, pod materiał spodni chciały sięgnąć, a Cyan wiedział o tym przecież, ale stał i tak, uparcie całkiem, bo tylko o tę cholerną strzykawkę chodziło ciągle, cały czas, więc on stał nadal, a te palce jednej ręki wbijały się mocno w jego ramię, a drugiej przeciskały się za paskiem, sięgały za daleko, więc on tylko odwracał wzrok, przenosił go na tego drugiego, wyłączonego całkiem, a potem na Atlasa - za daleko, za daleko Atlas. Nieważne. Wyrwać się chciał chyba, odsunąć gwałtownie, ale nie potrafił, bo ten człowiek był silniejszy o dziwo - o dziwo, jak to możliwe, jak to możliwe w ogóle? Więc nie udało mu się, ale mężczyzna przestał nagle, ale wysunął rękę z jego spodni, gwałtownie dosyć, bo ten pasek był przecież zaciśnięty tak mocno, zapięty na dorobione własnoręcznie dziurki. Wysunął rękę i podał mu strzykawkę - tak po prostu, bez słowa, ten drugi musiał ocknąć się chwilę wcześniej i przekazać ją tamtemu, w takim woreczku plastikowym, a on wcisnął zawiniątko w cyanową rękę, tę, której ramię trzymał wciąż tak silnie, że to aż podejrzane, niemożliwe aż. I puścił potem, tak po prostu, tak bez niczego, bez słowa wciąż.
    Więc odwrócił się szybko, choć nieprzytomnie jakoś - na tyle nieprzytomnie, że nawet tej strzykawki nie schował nigdzie, nie upchnął w kieszeni, do plecaka nie wrzucił, nic. Atlas tylko, gdzie jest Atlas? Stał tam dalej, stał przecież, więc trzeba było pochwycić tylko szybko jego rękę, pociągnąć za sobą, na zewnątrz pociągnąć - bo tutaj śmierdziało piwem i było duszno, nieznośnie, niemożliwie, więc tak, pociągnąć go trzeba było za sobą, wytoczyć się na zewnątrz, przejść sprzed głównego wejścia na bok, obok śmietników, no już, i wtedy dopiero wepchnąć tę strzykawkę w kieszeń, żeby wreszcie przytulić go mocno, z całej siły, najmocniej jak potrafił - przytulić, położyć dłoń na tyle jego głowy, wcisnąć w swoje ramię, pozwolić atlasowym włosom łaskotać się po policzkach.
    - Już dobrze, Atlas, już okej. - Nie było okej wcale i widział to po nim, i czuł pod palcami, i wiedział po prostu, po prostu wiedział, więc obejmował go ciągle, więc nie puszczał, choć świadomość tego, że mieli towar i strzykawkę mieli, mieli wszystko w sumie, była tak kusząca, tak świdrująca umysł, nieznośnie. Ale najpierw to, to najpierw, tak? Na ziemię go pociągnął ze sobą - musiał, bo ciężko było ustać, bo drżały nogi, bo to za dużo, wszystkiego za dużo. Pociągnął, opadli ciężko na bruk, ale nie puszczał go nadal, nadal trzymał, przytulał nadal. - Nie bój się, nie musisz się bać, nie musisz. Dziękuję, słyszysz? Słyszysz mnie? Dziękuję, Atlas, dziękuję - powtórzył uparcie, teraz właśnie, bo to ważne było, ważne, kurwa, dlaczego mu pozwolił, to był tak straszne, tak okropne, głupia strzykawka, ręka na pośladku, to już było tak okropne, złe, rzygać mu się chciało, a Atlas… boże, Atlas. - Przepraszam, słyszysz? Przepraszam, przepraszam, przepraszam, już nigdy więcej nie zrobisz tego, dobrze? Obiecuję ci, dobrze? Nigdy już, nigdy - głos drżał w tak okrutnie niepoważny sposób, cały drżał, cali drżeli, powietrze drżało też, oddechy drżały, to nic. Przez dłuższą chwilę znowu miał gulę w gardle, znowu nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa, nabieranie powietrza takie głośne się wydawało, ale słuchał jego tylko, tylko Atlasa słuchał czy oddychał, czy serce biło, czy mówił coś, czy w porządku było? - nie było, kurwa, jak mogło być w porządku? W końcu dłoń z atlasowych pleców zawędrowała do kieszeni, po łyżeczkę na razie, na razie nie chciał na tę strzykawkę patrzeć, myśleć nad tym czy była czysta, czy sterylna, czy w porządku, nienienie, na pewno nie, ale to nic, łyżka na razie tak.
    - Patrz. - Musiał się do tego odsunąć trochę, choć wolna ręka pozostała na atlasowej szyi, zsuwając się drżąca na ramię, kiedy prezentował mu swoją zdobycz. - Strzykawkę też mam, wszystko mam. - Zapalniczka. Była gdzieś, w drugiej kieszeni? Nie, w plecaku pewnie, to nic, wyjmie ją zaraz, zaraz ogarną wszystko. - W-wiesz, co masz tam? - Co kupiłeś, Atlas, wiesz? To nie może być fentanyl, prawda? Czy może jednak? Proszek masz, Atlas? - Nieważne w sumie, daj, ja zrobię... - Daj, ja ogarnę już wszystko, ty siedź tylko, tylko bądź, tylko zostań ze mną, nie bój się tylko. Musiał w końcu puścić go całkiem, choć nie chciał wcale, ale potrzebował zsunąć plecak z ramion, sięgnąć do kieszeni, wydobyć z niej zapalniczkę. Na moment jeszcze ścisnął jego dłoń, na chwilę tylko, bo tak lepiej było jakoś, jakoś bezpieczniej.
    Zrobimy to, załatwimy, lepiej będzie już zaraz, za chwilę. Obiecuję.
     
    imię / nick:cyjanek
    multi:zorka
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-08-16, 22:41


    Masz? Ledwo kiwnął głową. Miał.
    Co on miał? Ten brud w ciągniętych mocno przed chwilą przez zupełnie obce dłonie włosach, róż kwitnących dopiero na kolanach siniaków (wiedział, że jutro będą boleć jak skurwysyn, ciskany w dół naprawdę za mocno uderzył nimi w kafelki) i grzech na języku, to właśnie Atlas miał. Tyle, Cyan, więcej nic, ten woreczek, samarka głupia, ona znaczenia nie ma. Bo nic już tego nie cofnie, nic go nie oczyści. I dlatego on musiał zniknąć teraz, na cwilę przestać być, bo inaczej nie dało się o tym wszystkim zapomnieć – naprawdę nie dało, Atlas tym razem był całkiem pewny że od tego już się nie uwolni, nigdy przenigdy, nie tak jak od tamtej nieprzypadkowej działki heroiny na imprezie zaledwie rok temu. W tym wszystkim zupełnie nieważne było to, że i tak nie planował pożyć długo, teraz to nie miało żadnego znaczenia, bo z palcami kurczowo zaciśniętymi na dłoni Cyana, wciąż tak głęboko obrzydzony i ewidentnie roztrzęsiony, był pewny że nie wytrzyma ze sobą ani minuty dłużej. Tych marnych piętnastu sekund nawet nie. Zabierz mnie, Cyan, zabierz stąd. Od siebie zabierz, to przede wszystkim – zabierz, nie patrz, bo wszystko już takie brudne, niewłaściwe, splamione jakby, że teraz już nawet spojrzeć na mnie to prawie jak zgrzeszyć samemu, rozumiesz? Nie rozumiesz pewnie, ale to nie szkodzi wcale, po prostu zabierz. Prosiłby o to, błagał tego Meyera niewinnego, on wcale nie powinien tego widzieć, to żałosne takie, żenujące i zwyczajnie niesmaczne, ale nawet tego nie potrafił. Weszli do środka, spojrzenie wciąż tkwiło w ziemi. Teraz bardziej niż kiedykolwiek bał się ten wzrok podnieść, bo choć naprawdę chciał jakoś się z Cyanem skomunikować, zapewnić że jeszcze był to... to to nie była prawda, nie było go tu wcale, a on myślał tylko o jednym, tylko o tym, co mogłoby się stać gdyby to spojrzenie skrzyżowało się przypadkiem z jakimś innym niż to cyanowe. I co mogłoby się stać, gdyby ktoś coś do niego powiedział i gdyby znów... nie, nie, ale Cyan go zostawić musiał, na chwilę tylko. Atlas wiedział dlaczego, po to go tu przyprowadził, po to wracali w ogóle choć już dawno o tysiąc razy bardziej wolałby uciec, nie narażać się na widok tych budzących niepokój twarzy, ale i tak się bał, szczerze i otwarcie, po prostu bał się znów na chwilę sam zostać. Dla nich to robił. Wiem, Cyan, wiem, ja też wszystko dla nas, nie, dla Ciebie wszystko, wszystko bym zrobił, wiesz? Teraz już wiesz może, mam nadzieję że wiesz.
    Stał tam pod to ścianą i o sobie bardziej myślał, samolubnie tak? Skoro Cyan tam biegał, załatwiał dla nich... aha, tak, strzykawki załatwiał, Atlas zapomniał na moment, zbyt mocno i boleśnie ujęty poczuciem własnej beznadziei i tym obrzydzeniem wszechogarniającym. Stał i myślał, przede wszystkim o tym właśnie, jak bardzo chciałby spod niej zniknąć, spod ściany zniknąć i na ogół też zniknąć. O tym też, jak ordynarnie straszne było to uczucie które z jakiejś przyczyny tak ostro wyryło się w pamięci, zostawiło na niej krwiste rany, głębokie i rozdrapane, Atlas wiedział że będą z nich blizny, grubsze i brzydsze nawet od tych które jeszcze w zeszłym miesiącu zostawiło na skórze rozproszone rzuconym w okno salonu kamieniem szkło, wówczas największe zmartwienie. Śmieszne. Śmieszne strasznie, że go to wtedy niepokoiło i przerażało, że bał się tego zamaskowanego napastnika, a to już wszystko zakończone, za nim, nikt nie będzie tego głupiego gówniarza od Kahanów ścigał przez pół stanu, bo on nikogo przecież tak naprawdę nie obchodził. Więc o napastniku też pomyślał. I o innych w końcu też. O Cyanie znowu – on też robił już to kiedyś, Atlas wiedział i dlatego chciał go teraz przepraszać, bo teraz już wszystko rozumiał, przekonał się sam że tak być nie powinno, nigdy, że nikomu się to nie należało i nikt, a już zwłaszcza Cyan biedny, nie powinien się do tego przyzwyczajać. O Eddiem – o tym, że gdyby tylko wiedział, gdyby w ogóle go to jakkolwiek teraz w tym nowym, lepszym życiu zaczęło obchodzić, to na pewno wstydziłby się tego że dzielił z Atlasem te noce, żałowałby, że zaoferował jakąś namiastkę siebie komuś tak żałosnemu, brudnemu, głupiemu, zdesperowanemu. O wszystkich przyjaciołach, o Marie na przykład – co ona by sobie o nim pomyślała, Boże, Maryjka najsłodsza, ona pewnie wcale by nie uwierzyła, a on by musiał jej powiedzieć, że nie, Masia, tym się właśnie stałem, proszę, zobacz sama. O mamie. Nie, nie, o mamie usilnie próbował teraz nie myśleć, ona już nie była mamą, nie miała syna, nie zamierzał robić jej wstydu własnym imieniem. Braciom też na pewno nie. Oni wszyscy zasługiwali na lepiej i bardziej, wszyscy Ci ludzie, cała długa lista ich, a Atlas nie mógłby być ani lepiej ani bardziej. Atlas był bezużyteczny, oblepiony, przeżuty i tak potwornie obrzydliwy – więc jeśli był, jeśli rzeczywiście cokolwiek z niego na tym świecie zostało i jeśli rzeczywiście pod ścianą stało teraz coś więcej niż tylko to opustoszałe, wyniszczone ciało, to był tylko najgorzej i najmniej, bo inaczej być nie potrafił. Jeśli będziesz w stanie zaoferować mi tylko to. Tylko tego siebie nieporadnego i beznadziejnego. Chciał więcej, ale nie potrafił przecież. Próbował tak bardzo i nie wystarczyło, bo i tak przecież został sam, on go zostawił – i wiedział, że Cyan wkrótce zrobi to samo, zrobią to wszyscy, chyba że to on zostawi ich, przestanie te cudze życia tak bardzo komplikować, usunie się w cień. Najbardziej to chcę Ciebie. Nie, już nie. Jego już n i k t nie chciał. I może tak właśnie powinien był zrobić, zniknąć zwyczajnie, tak planował, ale ze strachu coś pękło i chyba tylko dlatego zaproponował Meyerowi ucieczkę, dlatego z nim w ogóle na początku chciał się pożegnać. Bo z kimś musiał w tym panicznym lęku przed samotnością.
    I Cyan cały czas był rzeczywiście. Atlas wcale nie rozumiał dlaczego, on by siebie już zostawił dawno, albo chociaż ukrócił jakoś ten festiwal żenady, wyjaśnił, upomniał – przestań się tak zachowywać, no po prostu przestań, weź się w garść bo chciałeś to masz. A Cyan wracał, z łyżką wrócił najpierw, i dotykiem drżącej dłoni zapewniał, że jest, będzie, że nie są sami. To było ważne, potrzebne, inaczej Atlas by się ugiął, po prostu poddał, osunął na podłogę i więcej się z niej nie podniósł bo tak bardzo bezsilny czułby się bez Meyera u swojego boku. I nie przeżyłby tego wymownego gwizdnięcia mężczyzny który mijał go akurat wtedy, gdy przyjaciel zniknął na moment. Żołądek znów zacisnął się boleśnie, do gardła nie podeszło już zupełnie nic bo nie było co, wszystko zwrócił tam, na lepkiej podłodze kibla, ale wytrzymał, wytrwale to zignorował, choć nie mógł opędzić się od myśli że on już wiedział, ten mężczyzna wiedział – wiedział jaki Atlas był naprawdę i wiedział, do czego był zdolny. Nieważnenieważnenieważne. Może to właśnie strach i wstyd sprawiły, że tak bardzo mu się dłużyły te chwile bez Cyana, że coraz mocniej wtapiał się w kicz barowej tapety, że stracił już siłę na wyciąganie z oczu tych ciemnych kosmyków które choć własne, ewidentnie tak bardzo własne, to wydawały mu się być obce, zupełnie jak cudza należność, jakby tylko je od kogoś pożyczył. Wrócił. Wrócił w końcu. Nie pamiętał oddychania, ale pamiętał wypuszczanie tego drżącego oddechu, niby westchnienie, choć przecież krótkie, urwane, bo zaraz znów spletli palce i wyszli. Wytoczyli, znaczy. Świeże powietrze uderzyło w płuca, zabrało siłę, a Atlas nie wiedział, czy to właśnie przez to stracił oddech, czy może w oczekiwaniu wstrzymywał go tak długo, że teraz pierwszy raz od dawna czerpał w nie nowy haust i dlatego było tak ciężko, źle i niewygodnie.
    Już dobrze, Atlas, już okej i te objęcia, wcale nie silne, ale nadal bezpieczne. Nie, Cyan, nie okej, wszystko nie okej, ale i tak przytulił go mocno, najmocniej jak potrafił, zamknął te wątłe ramiona dookoła szyi i schował twarz w kościstym obojczyku. Nie chciał się rozkleić przecież. Starał się już tak długo. Na nic te starania, bo płakał, Atlas teraz naprawdę płakał – bezgłośnie zupełnie, z twarzą wciąż schowaną w materiale cyanowego golfu, bez ciała rzucanego szlochem, ale te słone łzy toczyły się po policzkach, jedna po drugiej, z chwili na chwilę było ich na tej poszarzałej skórze coraz więcej, zostawiały coraz większe mokre plamki na ubraniach przyjaciela. Chciał coś powiedzieć, przeprosić zapewne – ale nie potrafił, no zupełnie nie, dalej bezgłośnie w to bliskie ramię płakał i myślał o tym, że bez Cyana na pewno by umarł. Tutaj. I pewnie przed śmiercią dałby się szarpać jakiemuś kolejnemu oblechowi, bo taki właśnie się stał, bezsilny już, bez woli walki jakiejkolwiek, nie broniłby się na pewno. Jak miałby się bronić, skoro już i bez śmiertelnego zagrożenia zgadzał się na te okropne rzeczy? Cyan, ja przepraszam. Naprawdę przepraszam. Ale Ty mnie nie przepraszaj, proszę, nie masz za co, to wszystko moja wina, czy Ty nie rozumiesz że to wszystko z mojej winy?
    - S-słyszę – wydukał w końcu po tych długich chwilach milczenia gdy już osunęli się na bruk, gdy chociaż część energii mogli zaoszczędzić siadając. Dlaczego? Dlaczego stanie nagle było takie trudne i męczące? Znaczy... znaczy Atlas wiedział, wiedział doskonale, ale musiał grać przed samym sobą zaskoczonego, bo kolejne nieszczęście to już byłoby za dużo, ta gryząca świadomość że naprawdę byli tak autentycznie od tego syfu uzależnieni, to przelałoby przecież czarę goryczy. On musiał to wyprzeć, zignorować, przestać na moment. Nigdy więcej tego nie zrobisz. Może nie. A może tak. Może znów będą na głodzie, drugi, trzeci raz, no i znów będzie jego kolej. Albo nawet nie, przecież on po tym wszystkim nie dałby Cyanowi iść, nie wytrzymałby ze sobą wiedząc, że on to zrobi kolejny raz. – Nie chcę. – Czegoś nie chciał. Wracać do środka może? Ale na razie nie wracali, a spać mogli tu, z boku, najwyżej ich okradną, zabiją, cokolwiek. W żyłę? Nie, na pewno chciał. Strasznie, przejmująco mocno. Robić tego znowu? Na pewno nie chciał. Nie, tylko nie obietnice, obietnice ich zabiją. Te niespełnione zwłaszcza. Atlas już to wiedział, nauczył się, to była całkiem nowa nauczka, wciąż rozdrapana rana – więc pokręcił głową, nie, nie chciał tego więcej robić i nie, nie chciał chyba obietnic tych, chociaż widać było, to takie oczywiste, że był za nie Cyanowi tak mocno teraz wdzięczny. Za to, że był, że się starał, że kojącymi słowami usiłował uspokoić.
    Wiesz co masz tam? Pokręcił głową. – On..był taki obrzydliwy, Cyan, okropny, rozumiesz? nie wytrzymam ze sobą...mówił że nie f... – czyli jednak szloch, szloch mu przerwał to zdanie, ale on wiedział, oboje wiedzieli przecież, na tym to polegało. – P-podobneczyli gówno najtańsze, proszek, tak, może być że heroina, a może być że nie, ale to wszystko to samo, wszystko tak samo działa, przestanie boleć i tak. Podobne, najważniejsze to. Atlas już nie chciał myśleć, co mówił On, bo nie potrafił skupić się na słowach, tylko na tych palcach lepkich i obrzydliwych, na wspomnieniu opuszków na własnej skórze i tym pocałunku który wymusił, ja pierdolę, Cyan, proszę, szybciej. Wszystko miał. Instynktownie sięgnął w stronę kieszeni, podał mu ten proszek niewiadomego pochodzenia. Ale musiał trzymać, coś musiał trzymać, poczuć się przydatny, bo przecież te łzy dalej płynęły po policzkach, szybciej nawet, a on skulił się pod tą ścianą tak mocno, więc podał woreczek, ale zabrał łyżkę. Daj, przytrzymaj, pomogę, pozwól mi. Muszę być potrzebny, inaczej... inaczej nic w sumie, to nic nie zmieniało, nadal był rozklejony, rozdarty i okropny, ale musiał być potrzebny.
    Tym tępym spojrzeniem śledził cyanowe dłonie, obserwował smukłe palce w pracy, to nic, że drżały tak samo mocno jak jego. Obraz przed oczami i tak trząsł się niekontrolowanie, i tak całkowicie rozmywały go łzy, więc mógł patrzeć z tym swoim ogłupieniem, dziś wyjątkowo dalekim od spokoju. Ale to było uspokajające. Nie powiedziałby na głos, ale było – z uwielbieniem patrzył, jak Cyan robił, ale to nie było to uwielbienie z którym patrzył na... teraz na nikogo już, bo nie miał na kogo, ale nieważne, to było to dziwne uwielbienie, straszne, pożerające, Atlas wiedział że ono jest złe ale poddawał mu się bez walki i żalu. I Cyan robił, a Atlas siedział tam – a potem on wyciągnął strzykawkę, Kahan wcale nie zastanawiał się czy była czysta (wszystko jedno), patrzył nadal tak strasznie uważnie, a gdy obie dłonie miał już wolne, gdy gotowe to było, ordynarnie podciągnął nimi rękaw. Najpierw swój, potem Cyana.
    - T-tu – przytknął palec do tego jednego, konkretnego punktu na przedramieniu, tak jak wcześniej – najpierw do własnego, potem do Meyerowego, jakby chciał przypomnieć że byli razem. I podkreślić, że skoro nie wiedzieli co to jest, to on mógł pierwszy. Bał się, no przecież kurewsko się bał, niby było mu tak wszystko jedno, niby piksa i w żyłę to bez różnicy żadnej, ale to był jego wielki lęk, przerażony był. Tylko że zza płaczących oczu i niewyrażającej wiele więcej poza wstydem twarzy ten lęk nie wyglądał, bo nie było już w Atlasie siły na to żeby go wyrażać, a w oczach miejsca na to, żeby zadomowił się tam na stałe. Tutaj, Cyan. Jeśli się boisz, ja pierwszy to zrobię, wszystko dla Ciebie zrobię, nawet to. Jeśli potrzebujesz pierwszy, jeśli ani chwili dłużej nie wytrzymasz, to poczekam. Wszystko. Wszystko.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    jako dziecko byłem komunistą nie żałuję

    ZAJĘCIE


    powinnaś mnie zobaczyć jak czytam marksa

    UCZUCIA




      
    cyan arsen
       meyer

      
    "ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim

      

      

      

      

      

      

    2020-08-17, 11:33


    Więc Atlas płakał. Cicho, ale mocno, bo Cyan czuł jak te łzy spływają za kurtkę, przebijają przez golf, parzą skórę. Parzą, bo przez niego płakał, bo powinien go powstrzymać jakoś, za nadgarstek złapać, nie puścić. Albo pójść za nim, bo nie wiedział dalej - czy stało się coś, jak dużo się stało? Bał się tej myśli, że mogło stać się jeszcze gorzej, uciekał przed nią panicznie, choć czuł przecież, że nie powinien uciekać: przyjąć to powinien, po męsku się zachować, dla Atlasa to zrobić, bo Atlas dla nich zrobił już tak dużo przecież cholernie za dużo. Ale to tak trudne było przecież - zaakceptować myśl, że ktoś mógł cierpieć przez niego i to tak cholernie cierpieć, do końca życia cierpieć, i przypominać sobie o tym już zawsze, nawet kiedyś czyjeś kochające dłonie będą prowadzić go łagodnie, bo to zostanie przecież, zostanie wszystko. A teraz przytulał go tak mocno, kiedy Cyan czuł się jak oprawca, jak ten zły, najgorszy ten, ten, który mu to zrobił wszystko, bezpośrednio, którego palce zaciskały się na włosach i na skórze, za mocno. Oprawca, który udaje, że nie jest nim wcale, który uderza, a potem przeprasza, ale to nie miało znaczenia - chociaż przepraszał szczerze, chociaż żałował najbardziej na świecie, chociaż miał ochotę odciąć sobie tę rękę, która wtedy chwyciła za tamtą cukiernicę, która uderzyła jedyną osobę, której na nim zależało kiedykolwiek, która była dla niego dobra i oddana, która kochała go - przynajmniej wtedy kochała, bo przez chwilę na pewno musiała kochać. Przez chwilę, zanim zauważyła, jak straszny był cały, jak okropny, jak zepsuty, jak zużyty: bo mógł udawać, że nie widać wcale, ale przecież było widać wszystko i po roku, i po pięciu, i po dziesięciu, ciągle było widać, bo to nie znika tak po prostu. A z Atlasa - czy z Atlasa zniknie jeszcze? Niech zniknie, proszę. Z niego tylko niech zniknie. Czemu nie dało się cofnąć czasu?
    Atlas płakał, drżąc cały, więc drżeli razem, ale Cyan nie płakał, nie mógł, nie wolno było. Silny musiał być, musiał trzymać go mocno, musiał gładzić po plecach, w dół ściągnąć musiał. W dół. Zawsze w dół tylko, tylko tak potrafił, bo jesteś niestabilny, do cholerny, a przecież z „niestabilnymi”, jak słusznie zauważyłeś, nie da się zbudować nic ponad półtora porannego wzwodu - wracało to wszystko chyba, wracało za mocno, za szybko. Głowa uderzająca o ścianę, dłonie Elijahy dociskające go do muru, ostre słowa Madison. Upokorzenie. To chore, że myślał o tym teraz, teraz właśnie, zamykając Atlasa w tak silnym uścisku, najsilniejszym, na jaki był w stanie się zdobyć. Może to o wstyd chodziło, wstyd. Mi też jest wstyd, Atlas, strasznie wstyd, cholernie wstyd. Opowiadał mu historię chyba - tym uściskiem, tymi dłońmi sunącymi po plecach, tym ciężkim oddechem, wszystko mu opowiadał. Pewnie nikt ci nie powiedział, że można się zarazić obciągając dilerom w klubowych kiblach. Nikt, Elijah, naprawdę nikt, bo nikogo to nie obchodzi tak naprawdę. I to przez te wyrzuty sumienia jesteś u rudego stulejarza co noc na kolanach? Dobry z ciebie chłopiec, uczą tego w szkółkach niedzielnych? Źle znowu, bardzo źle, niedobrze bardzo, wymiotować musiał, ale nie mógł. Musiał trzymać Atlasa, nie puszczać Atlasa, bo tylko Atlasa miał teraz - tylko i , aż chyba, na pewno aż, bo to dużo było, bo zawsze był sam w takich momentach, w takich złych momentach, w najgorszych. A nie chciał teraz samotności. Dla siebie, ale dla Atlasa przede wszystkim, choć czy to nie łączyło się ze sobą w najprostszy ze sposobów? Bo Atlas był jak on teraz, bo Atlas płakał i trząsł się, i czuł się wykorzystany, na pewno, i odtrącał tę myśl, bo była nieznośna. Jak on był, więc Cyan chciał być dla niego tym, czego on sam nie miał nigdy. Bo nikt go nigdy nie przytulił przecież i nie pogłaskał po włosach, i nie powiedział nic - bo to nie były słowa: dobry chłopiec, beznadziejnie, jeszcze raz, połóż się teraz, to dostaniesz tamte puzzle, to nie były słowa w ogóle, nie istniały wcale, nie było ich - więc nie powiedział nic nikt. Nigdy. I każdy wierzył w najprostsze kłamstwa, w banały, i nikt nie dociekał, i nikogo to nie obchodziło tak naprawdę. Bo widzieli może, wszyscy już widzieli, widzieli, że nie ma sensu drążyć, pytać nie ma sensu, bo już i tak był stracony. Zmarnowany.
    Nie chcę. Wiem, że nie chcesz, Atlas, wiem, nie będziesz musiał, nie stanie ci się nic, ja cię obronię, uratuję cię przed tym, nic… nikt cię nie skrzywdzi już nigdy, nigdy, obiecuję, ochronię cię, nie pozwolę, obiecuję. Będziesz mieć dobre życie i ładny dom, dużo zwierząt, pracę dobrą, dobrą osobę do kochania, która będzie cię kochać też, której powiesz o tym wszystkim, bo ufać będziesz i nie zawiedziesz się, bo zostanie ta osoba, będzie o ciebie dbać, opiekować się tobą będzie, przytulać w nocy i przynosić śniadanie do łóżka, za wcześnie podnosić rolety, kiedy będziesz jeszcze spał. I na początku będzie trudno, na pewno, ciężko będzie, będą ci się śniły koszmary, będziesz się zrywał w środku nocy, panikować będziesz, ale to nic, bo będziesz mieć kogoś, kto cię przytuli, kto powie, że jest dobrze, że ty jesteś dobry, bo jesteś, kurwa, naprawdę. I to może brzmieć teraz głupio, i nienaturalnie, ale zapomnisz kiedyś, któregoś dnia wstaniesz, i już nie będziesz pamiętał o tym wszystkim: o tym wyjeździe, o narkotykach, o tym, co stało się w łazience, o mnie. Nie będziesz, bo będziesz szczęśliwy, naprawdę, obiecuję ci to. Ktoś ci to całe zło jeszcze wynagrodzi.
    Nie fentanyl. Szloch, musiało zaboleć go serce. Atlas, boże. Przepraszam, tak cholernie przepraszam. Za to, że nie wiem, co powiedzieć, co zrobić mogę, co powinienem zrobić, czego potrzebujesz, co mogę ci dać; że nie mogę cię przytulać dalej, okryć kocem, herbaty przynieść, pogłaskać, opowiedzieć coś do snu, zostać tak z tobą; że zamiast tego tylko biorę od ciebie ten proszek brązowy i oddaję ci łyżeczkę, i udaję, że nie widzę - muszę udawać, bo inaczej się rozpadnę znowu, też się rozpadnę, a nie zniesiesz tego, rady nie damy, wiesz? Dla ciebie muszę być, tym silnym być muszę, a ty możesz tak powoli, na spokojnie, bez pośpiechu. Tylko tę łyżkę trzymaj, ja nasypię… trochę, więcej? Ile mam nasypać, Atlas, nie mam pojęcia, pierwszy raz to robię, pierwszy raz coś sypię na łyżkę, ogień podkładam pierwszy raz. Ale to nic, dam radę, damy radę. Na oko, po prostu, boże, na oko.
    Brzydki kolor, całe brzydkie - nie podobało mu się wcale, rzygać mu się chciało na myśl o tym, że miał sobie to wstrzyknąć naprawdę, tak po prostu, do krwi centralnie, tą brudną igłą, strzykawką brudną. I udawał, że nie widzi tego skrzepu tam w środku, w strzykawce, że mu się słabo nie robi wcale, że obrzydzenia nie czuje, nieważne, ohyda, nieważne, czym się staliśmy, Atlas? To nic, to nie ważne, sam chciałeś, Cyan, sam chciał, tak. A teraz czuł się źle, żołądek zrywał się do wymiotów, w głowie kręciło przejmująco, serce waliło jak oszalałe, ciało drżało - z zimna, z ekscytacji? Ekscytacja. Pomimo tego wszystkiego, pomimo tej obrzydliwości okropnej, pomimo ohydztwa, pomimo świadomości tych wszystkich rzeczy paskudnych, które mogły być w tym - ekscytacja, tak niezdrowa, przejmująca tak, bo nie mógł się doczekać przecież, choć udawał, że nie, nie wcale, to nie jest tak silne, nie potrzebuję tak bardzo, mógłbym… nie wziąć mógłbym, gdybym chciał tylko, ale nie chcę. Chcę wziąć, w sensie, to nie może być aż taki syf, tak źle nie może być przecież. A nawet jeśli, to co? Co się stanie, co może się stać najgorszego? Za dużo płynu, za mocne, przekręci się, umrze, zostawi go tu Atlas - przy tym śmietniku, przy zajeździe tym i dobrze bardzo, choć ta pani za baru będzie wściekła, że znowu te pierdolone ćpuny zrobiły jej problem. To nic tak naprawdę, bo skoro go nie będzie, to nie będzie go to obchodzić już. Może go nie znajdą nigdy, nie miał dokumentu żadnego, niczego nie miał, rodzina nie zauważy nawet, nikt się nie zgłosi, nikt go nie zidentyfikuje. Jako John Doe zostanie pochowany i dobrze, tak już będzie, nowe imię, nazwisko nowe, przynajmniej koniec byłby sensowny.
    Ale teraz nie było końca jeszcze, bo teraz palce Atlasowych dłoni podciągały rękaw jego golfa, kurtki rękaw, odsłaniały przedramię - dobrze, że prawe, całe szczęście, że prawe, bo lewe nadal całe było z krwi, bo skrzep przywarł już do materiału golfa, a Cyan wiedział o tym, bo przecież odrywał go ciągle, bo to pieczenie spijał, bo pomagało jakoś. Ale teraz coś innego miało pomóc. Tu. Atlasowy palec naznaczył miejsce na ciele, więc Meyer wbił spojrzenie w poszarzałą skórę i spanikował na moment, na moment oddychać przestał, bo nie widział tych żył w ogóle, bo zapadły się już tak mocno, bo ukryły - pod fałdami tłuszczu się ukryły, a jemu nagle zrobiło się tak źle, tak głupio, bo Kahan musiał patrzeć na to i dziwić się też musiał: jak można być tak spasionym, żeby zalać tłuszczem wszystkie żyły? Nieważne, nieważne, znajdzie przecież, przecież znajdzie.
    Przez chwilę jeszcze wbijał spojrzenie w ten brązowy płyn, pluskający w strzykawce, kiedy ręka drżała tak mocno i kątem oka na Atlasa też zerkał, bo wiedział przecież - bo nie mogli razem, jednocześnie, teraz nie mogli, teraz ktoś musiał być pierwszy, a drugi musiał podgrzewać na nowo, na nowo pociągać za tłoczek, wszystko na nowo, powoli tak. Zawsze wszystko razem, jednocześnie, a teraz nie, teraz inaczej, teraz po kolei trzeba było, jedno za drugim i to było straszne w jakimś sensie. I ekscytujące. Ale chwila, jeszcze chwila, moment jeszcze, co mogło pójść nie tak? Wszystko. Ja nie wiem, Atlas, pojęcia nie mam, jak to zrobić, jak się wkłuć, czy wszystko naraz wstrzyknąć? Czy połowę i poczekać, i resztę potem? Nie wiem, Atlas, naprawdę, a co, jeśli umrę? Co wtedy, co zrobisz, dasz sobie radę beze mnie, teraz, w tej chwili? Dasz?
    Da, oczywiście, że da, jasne, że da. Bo Atlas był silny, bardzo silny i tej myśli Cyan musiał się trzymać uparcie, z tą myślą wpatrywać się w ten płyn brązowy, oswoić go jakoś próbować. Bez sensu, powinien nie patrzeć, tylko wstrzyknąć po prostu, wcale nie patrzeć, nie myśleć o tym, bo przez to źle mu było, bo podle się czuł, jak szmata najgorsza, jak wrak człowieka. A jednak trzymał wciąż tę strzykawkę, igłą do góry, ze spierzchniętymi ustami.
    Chwilę, chwilę tylko, Atlas, potrzymaj, chwilę tylko, tylko chwilę, bo może nie mogę okryć cię kocem i zrobić herbaty, może nie, ale mogę tyle innych rzeczy zrobić, więc potrzymaj to chwilę, nie patrz na to, jakie jest obrzydliwe, potrzymaj, poczekaj. Wszystko to mówił mu uparcie w myślach, z tym wszystkim wgryzał się w niego spojrzeniem, z tym pouczeniem zsuwał z ramion kurtkę, w golfie zostając, podciągał rękaw mocniej trochę, sięgał do plecaka drżącą ręką, szarpał za suwak, wyciągnął wreszcie. Tę marchewkę pierdoloną. Drżał, mocniej drżał teraz, ale to nic, bo przecież zaraz się skończy - nie wiedział czy na pewno wszystko, ale przynajmniej część rzeczy, zimna nie będzie, bólu nie będzie, a to prawie jak śmierć, prawie równie dobrze. Tyle tylko ci mogę dać, Atlas, nie mam więcej, tyle mam tylko. Na klęczki się przeniósł, ostrożnie, drżąc nadal, a potem rozłożył tę kurtkę i ułożył na jego ramionach, na Atlasa ramionach, i okrył go szczelnie, tak myślał o tym, jak kocem, jak kołdrą, prawie równie dobrze, chciałbym lepiej, ale nie umiem lepiej, nie umiem bardziej, tylko tyle mam. Nie oddychał prawie wcale - tak mu się wydawało, w głowie kręciło się tak potwornie, okropnie, ale to nic przecież. Dłoń już wciskała tę nieszczęsną marchewkę pomiędzy palce tej wolnej, atlasowej ręki, bo herbaty nie mam ani ciastek, ani śniadania, niczego nie mam, tylko to mam, kurwa, ale ty musisz dbać o siebie, musisz pilnować, musisz zjeść śniadanie. I wpatrywał się w niego przez chwilę, w ten tragikomiczny obrazek - w Atlasa z czerwonymi od łez policzkami, z brudnymi włosami, z pełną strzykawką w jednej ręce i marchewką w drugiej, okryty jakiś beznadziejnym kawałkiem szmaty, wciąż zakrwawionym na jednym z rękawów, w jego oczy duże, w równą twarz. I chociaż już byli tak blisko, on musiał przysunąć się bliżej jeszcze, ich uda się stykać musiały, te ohydne uda, które miał ochotę odciąć sobie nożyczkami, nożykiem, piłą może i atlasowe, szczupłe i znane przecież, to było tak ważne, udawaj, że ci dobrze, Atlas, że ci ciepło, że w łóżku jesteś, że masz jedzenie i kubek herbaty, że zaopiekowany jesteś, że dajesz radę. I nie myślał nad tym długo chyba, to był odruch - twarz zbliżająca się do twarzy, ciepły oddech na ustach, przymknięte powieki, pozostawienie na wargach śladu krótkiego, lękliwego pocałunku. Bo nie boję się, nie brzydzę, bo piękny jesteś, wspaniały jesteś, cudowny, Atlas, nie wolno ci inaczej myśleć, bo kocham cię bardzo, bo nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić już nigdy, bo dla ciebie tu jestem teraz, dla ciebie tylko i chcę, żeby dobrze było: teraz, zaraz, kiedyś, jak najszybciej, i wiem, że poradzisz sobie, radę dasz, tak? A to wszystko jest tylko tymczasowe, będzie dom, pamiętasz? Dom, łóżko, osoba - zapomnisz, o tym wszystkim zapomnisz.
    I dłoń musiała wreszcie odebrać od niego tę strzykawkę, za długo być może splatając się z atlasowymi palcami, a to wszystko kiedy odsuwał się powoli, nie za bardzo, trochę tylko, kiedy wracał z klęczek do siadu, kiedy drżąc szukał tego miejsce, które mu Atlas pokazał. Mrużył oczy, bo w zimnym świetle lamp zawieszonych nad tylnym wyjściem zajazdu ta szara skóra wydawała się jaskrawa, piekła w źrenice. A może to nie światło, może to łzy. Ale musiał, potrzebował i Atlas też potrzebował, i nie mógł być taki egoistyczny przecież, nie mógł się guzdrać, nie mógł tak? Urywany oddech, igła wprowadzona drżącą ręką pod skórę. Pociągnął za tłoczek, ale nie było żadnej krwi tam w środku, tylko ten płyn jasnobrązowy, tylko jakieś paprochy w nim pływające, odruch wymiotny. Dobrze, nie tutaj, ale obok gdzieś przecież, gdzieś musi być na pewno. Zacisnął pięść, to jak pobieranie krwi przecież, przecież nie mogło inaczej być. Zaciskał palce i zęby też zaciskał, odruchowo chyba, i był już spięty, i zestresowany, bo ręka drżała jeszcze mocniej, kiedy znowu się wkuwał, znowu ciągnął. Nic, kurwa, nic. Jeszcze raz, już na oślep całkiem, uda się przecież, musi się udać.
    Udało się. Gardło związało się ciasno. Krew była taka ciemna, tak abstrakcyjnie wyglądała, kiedy mieszała się z tym paskudnym płynem, strasznie, okropnie. Drżący oddech, kciuk napierający na tłoczek. Najpierw powoli, z oporem, z niepewnością, ale potem szybciej - szybciej, mocniej, już za sobą chcę to mieć, niech już działa tylko. Do zera, co teraz? Krótkie ukłucie paniki, ułamek sekundy, spojrzenie szukające atlasowego wzroku. Bojęsiębojęsiębojętakbardzo. Jakiś marny strzęp chwili, ale nie zdążył nawet powiedzieć nic, nawet oddechu wziąć, nawet wyciągnąć tej strzykawki z żyły, bo nagle wszystko tak strasznie
    zwol
    ni
    ło
    głowa taka ciężka, blisko ściana, oprzeć się, nie - opaść po prostu, opaść, takie obce, rozchylone wargi, gdzie był Atlas? Nieważne, bo myśli huczały za mocno, niepotrzebne były myśli. Umierał może - może tak, ale czy to źle, tak w gruncie rzeczy? Jakieś kaszlnięcie puste - zaśmiać się chciał, nie - nie zaśmiać, wyrzucić coś z siebie, napięcie to całe wyrzucić, ten lęk, wszystko. Bo to nie miało już znaczenia nagle - ta strzykawka brudna, ten brudny proszek, nieważne, skoro on nagle był taki znikomy, mały taki, skoro wtapiał się w ziemię, skoro zatapiał w niej, skoro nie bolało już nic, skoro uśmiechać się chciał, ale siły nie miał, nie miał władzy wcale - coś innego miało władzę, ale nie wiedział co? Jakiś gwałtowny zryw żołądka, głowa sama szarpnęła na bok - zwymiotować musiał, więc wymiotował, choć nie miał czym przecież, choć na języku pozostawał kwaśny posmak żółci, chwilę tylko, tylko chwilę, ale to nieważne, bo głowa znowu oparła się o ten mur taki zimny, ale to nic, bez znaczenia to, bo jemu było ciepło przecież, bo cały był ciepły. I nie wiedział, gdzie jest Atlas, ale to nic, znajdzie go jeszcze, jeszcze się znajdą, ale na razie było tak ciepło, tak dobrze, zatrzaśnięte powieki.
     
    imię / nick:cyjanek
    multi:zorka
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-08-17, 16:06


    Czy w ogóle pomagało to, że drżeli razem, że wszystko ciało w ciało, obok siebie, złączeni i wczepieni tak mocno, desperacko, ostatkami sił już? Czy w ogóle mogła pomagać świadomość, że Cyan też musiał się trząść, też musiał niepokoić i też musiał myśleć o sobie teraz źle, bo Atlas wiedział, nie był przecież naiwny ani głupi, wiedział, że byli teraz tacy sami, że oboje myśleli o rzeczach podobnych. Nigdy o tym nie mówili, nie dzielili się tymi życiami, ale to było jasne, oczywiste tak potwornie – męczyły ich te rzeczy niezupełnie takie same, ale wciąż jakby podobne, musiały męczyć, inaczej nie musieliby uciekać tak zawzięcie i, przede wszystkim, nie umieliby uciekać tak razem. Bo Atlas nie dzielił tego z nikim innym, nie w taki sposób przynajmniej. Z innymi mógł się bawić, dobrze bawić po prostu, jakaśJa odskocznia, zdarzało się że sympatyczna, bywało też, że siłą rzeczy mniej, ale to wciąż nie było to samo. Od tej strony dawał się znać tylko Cyanowi, tylko jemu – bo ufał mu, to po pierwsze, ufał bezgranicznie, ale też (a może przede wszystkim właśnie?) dlatego, że widział w nim siebie. Jakby odbicie, zakrzywione, karykaturalne, niekompletne, może takie w stłuczonym lustrze albo krzywym zwierciadle, ale odbicie. I Atlas wiedział, że płacząc płakał za nich obu, i wiedział że Cyan drżał dlatego, że nie chciał płakać, bo musiał być silny za nich obu, dziś przynajmniej. Chociaż... chociaż Atlas nie był teraz pewny, czy dziś tylko, bo Cyan zawsze był, zawsze trwał i zawsze pomagał. Dziś, gdy łzy płynęły po zapadniętych policzkach, niby słone ale jakby gorzkie, okropne, pełne wstydu i rezygnacji. Wtedy, gdy Atlasa w mieszkaniu próbowały zabrać te obce siły. Dziś, wtedy i zawsze, Cyan zawsze dla niego był i... i czuł, powoli zaczynał czuć, że on był kolejną osobą, ostatnią już chyba, nikogo więcej w pobliżu już nie było, kolejną osobą od której jak pijawka wyciągał i zabierał absolutnie wszystko. Szansę na coś, na życie jakieś na przykład. Siłę, energię, może gdyby nie pokładał się tak w tych jego objęciach, gdyby nie ryczał żałośnie w ramię z palcami kurczowo zaciśniętymi na znoszonym materiałem kurtki, może wtedy Meyer wcale by nie drżał, bo miałby jeszcze trochę sił. Nie musiałby być tam dla nich, ale dla siebie tylko już – może to byłoby łatwiejsze, wygodniejsze? Nie wiedział, bo Atlas nawet dla siebie już nie potrafił być, chciał, próbował, ale nie potrafił już, teraz też nie. Jedno słowo, Cyan, jedno powiedz, pójdę – odczepię się, zostawię, Ty poradzisz sobie beze mnie, a ja... a ja gdzieś pójdę, usiądę i zostanę dopóki coś mnie nie zabierze. Tobie zrobi się lżej, uwolnisz się od ciężaru tego okropnego, wrócisz do miasta, do siebie, tam... tam na pewno ktoś jest, przyjaciel jakiś, lepszy, mądrzejszy, bardziej troskliwy. Znów zawodził, nawet tu i teraz, rozczarowywał jako ten brat który nie potrafił okazać troski, wyrazić zainteresowania, jako brat który nie potrafił być nawet przyjacielem, tylko obciążeniem jakimś. Nie umiał, niczego nie umiał, na pewno nie udźwignąć tego wszystkiego, to już było za dużo, ale on wiedział, że Cyan by to wytrzymał, wytrzymał na pewno gdyby tylko nie dokładał mu trudów, nie sprawiał, że to wszystko stawało się jeszcze cięższe, trudniejsze i bardziej nie do zniesienia. On był nie do zniesienia, z Atlasem nikt nie umiał wytrzymać. Cyan był dobry, po prostu za dobry. Trzymał go przy sobie, z litości chyba, żalu jakiegoś? Albo kochał go może, Atlas wiedział jak miłość działa, wiedział, że czasem się kocha niewłaściwych ludzi. I Cyan na pewno kochał niewłaściwą osobę, jego kochał, a on powinien teraz wyświadczyć mu przysługę, dać do zrozumienia, że wcale nie, że nie kochał, ale tak mu się wydawało – i że nie musiał się już troszczyć, bo troszczy się o ludzi którzy są tego warci, a Atlas nie był tego warty, nie, nie, on był bezwartościowy, pusty i do niczego już, wiec należało go tutaj zostawić, właśnie tu, na bruku tym brudnym, obok śmietników i niedaleko tylnego wyjścia, wieczorem na pewno ktoś będzie tutaj kupował jakiś szemrany towar, może nawet obciągał temu samemu gościowi, tutaj można było go zostawić bo tutaj najwyraźniej było jego miejsce. Na nic lepszego sobie nie zasłużył.
    Wsłuchiwał się w te historie, wszystko było nieważne, tylko te objęcia, dłonie błądzące po plecach. Słuchał, tak, najuważniej jak potrafił, nawet jeśli ten bezgłośny szloch rozsadzał głowę od środku, tłumił wszystko, zabierał, nie, wyrywał mu całe rozumienie tego obcego świata. Ale to nieważne, bo Cyan nie był obcy i tylko to się teraz liczyło, tylko jego ramiona, obojczyk, szyja, włosy, twarz zmęczona. Historii wysłuchiwał i tych obietnic też. O domu, pracy, życiu lepszym, ułożonym, kimś do kochania i... i gdyby rzeczywiście je usłyszał, gdyby on powiedział je na głos, to zapłakałby tak głośno, żałośnie i gorzko, że usłyszałby go każdy, usłyszeliby znajomi i przyjaciele w Deep Lakes nawet. A on musiałby Cyanowi wyjaśnić, że te obietnice są piękne, ale nieprawdziwe, nierealne, że jego nie zechce już nigdy nikt, na pewno nie. I że nikt nie będzie miał do niego cierpliwości, nikt nie znajdzie siły, nie będzie chciał słuchać i na pewno nie będzie chciał znosić tych lęków, koszmarów i paniki, nie tych myśli okropnych wobec których stawał się już taki bezsilny. To strata czasu, zupełna strata czasu, wszystko bez sensu, więc domu nie będzie, kochających dłoni też nie, zwierząt, pracy, wszystkiego nie będzie, życia przede wszystkim nie będzie. Atlas już go nie chciał, nie chciał życia, nie chciał czekać aż ono się zrobi lepsze, podświadomie wiedział może po prostu, że to nierealne, że życie nie zmienia się dla takich jak on. Że jeśli będzie żył, to on utkwi tu na zawsze – na chodniku tak brudnym co on sam, z wymiotami podchodzącymi do gardła, łyżką w dłoni i oczami utkwionymi w używanej strzykawce. I to życie i tak nie będzie wtedy długie, nie może być, prędzej czy później go to wszystko zabierze, ale może to i lepiej, bo może wtedy spełni się choć część tej obietnicy – wtedy zapomni. O wszystkim. Może ta wersja jest inna, może w tej wersji nie będzie budził się bez tych ciążących niepokojem wspomnień, bo w tej wersji nie będzie budził się już wcale, ale efekty, suma wszystkich działań – one przecież będą takie same, a to podobno było najważniejsze, Atlas teraz tak głęboko wierzył w to, że to jest właśnie najważniejsze.
    Nie wiedział, pojęcia nie miał ile nasypać. Nie wiedział ile tam jest przecież. Działka, dwie, trzy. Zabije czy nie zabije? Musiał wytężyć myśli, grzbietem dłoni nieporadnie wytrzeć łzy, spojrzeć – bo jego mogło zabić, ale Cyana nie, nie miało prawa, nie wybaczyłby sobie. Na oko, tak, na oko, ale gdy wydawało mu się że już, że to mogłoby się zaraz zrobić za dużo to jakimś bliżej nieokreślonym ruchem wyciągnął rękę w stronę tej pełnej łyżki, już, Cyan, dosyć już, wystarczy, to pierwszy raz nasz a my... a my wcale nie wiemy co tym, więc może lepiej nie? Przekonał go? Nie pamiętał, nie wiedział albo nie zauważył, któreś z tych trzech na pewno, ale widok podgrzewanego metalu znów rozmył się przed oczami, świadomość wytłumiła niepokój, Atlas już odpływał, to z tej bezsilności na pewno. Bo nie miał siły tak całkiem być i rozumieć, po prostu. Ekscytacja, ekscytacja też się gdzieś z tyłu głowy tliła. Nieśmiało, to na pewno, bo wygrywał nad nią lęk, Atlas bał się przeraźliwie, już nawet nie dlatego, że ostatniego razu nie wspominał dobrze, ale dlatego że to się wydawało takie dziwne, poważne. Dlatego, że zostaną im na przedramionach ślady, pewnie zrobią się z tego blizny, brzydkie, bardzo wymowne – i jeśli ktoś kiedyś spojrzy na ich ręce, to wszyscy będą już wiedzieli kim są, co zrobili. Trudno, przecież na nich już nikt nie patrzy. Tylko Ci mężczyźni obleśni, którzy wyciągają do nich lepkie ręce, wsuwają za paski, gwiżdżą, przyciągają do siebie za powyciągane ubrania. A im zawsze było całkiem wszystko jedno, więc trudno, będą blizny, chyba i bez tego to wszystko było takie oczywiste, jednoznaczne i jasne. Czym my się staliśmy? Ćpunami, Cyan, takimi najzwyklejszymi ćpunami. Nie lubił tego słowa, nie, nienawidził go, bał się prawie tak mocno jak brudnej igły, ale tym przecież byli, już nie mogli się dłużej w ten sposób okłamywać. Uderzali właśnie w samo dno i chyba można było to powiedzieć, Atlas mógłby to powiedzieć, na głos nawet, ale nadal tak ciężko było wydać jakiekolwiek dźwięki, nadal w roztrzęsieniu i pomiędzy szlochami wszystko co opuszczało usta było takie rozedrgane, niepewne i nierówne, a wyzywać się należy pewnie i stanowczo. Więc jeśli Atlas chciałby (chciał) nazwać się teraz ćpunem i szmatą, to musiał poczekać z tym jeszcze chwilę, aż oddech znów stanie się równy, a głos choćby odrobinę mniej zachrypnięty.
    Dłużyło się to wszystko Atlasowi, potwornie, ale czekał. Wytrwale i bez słowa, nie będzie go przecież męczył, on pewnie potrzebował pilniej. Albo nie potrzebował, ale chciał? Może tylko Atlasem tak ta wielka potrzeba targała, może Cyan był odpowiedzialny, może wciąż miał pod kontrolą i chciał po prostu, tylko chciał i więcej nic. Nawet jeśli chciał tylko – to też w porządku, mógł pierwszy, Atlas by poczekał, poczekał i wszystko inne też zrobił, już mu to powiedział choć przecież nie odezwał się wcale, słowem nawet nie. Czekał.
    Chwila. W porządku, chwilę poczekam, jedną, dwie, pięć, ile zechcesz, Cyan. W drżące palce ostrożnie ujął tą strzykawkę, wiedział, że to najcenniejsze co mają, nie, wróć, w s z y s t k o co mają oprócz siebie nawzajem i tak też się z nią obchodził, kątem oka zerkając na ten porzucony na materiale plecaka proszek, jeszcze sporo go było, obok niego łyżka, zapalniczka, wszystko gotowe. Chwila. Na co ta chwila? Na zsunięcie kurtki, okej, jasne. Nie spodziewał się, że jej materiał znajdzie się teraz na ramionach – z otępieniem w oczach śledził te ostrożne dłonie, nie rozumiał, zupełnie nie rozumiał, ale i tak poczuł się wdzięczny. Było mu zimno do tej pory? Nie wiedział, chuj, nawet jakby było gorąco to i tak byłby mu przecież wdzięczny, ten gest wszystko znaczył, Atlas chyba zaczynał rozumieć, jednak tak. Nie myślał o żadnym lepiej, nie było dla niego lepiej, było tylko gorzej – gorzej czyli bez Cyana, ale póki on tutaj był, póki nie porzucił go na bruku i póki nie udawał, że te łzy wcale dalej nie płyną, no to nie potrzebował wcale żadnego lepiej, bo żadnego lepiej w jego postrzeganiu nie było. I nagle marchewka w dłoni, wcale nie rozumiał co z nią trzeba zrobić, nie rozumiał już wcale, że trzeba o to ciało zadbać jakoś, pomóc mu dalej, więc błądził spojrzeniem od tego obrazka dziwnego, od warzywa między palcami, przez strzykawkę z mętnym, brązowym płynem i na Cyana w końcu, on tak troskliwie patrzył, zupełnie jakby mu... zależało. A Atlas chciał mu powiedzieć żeby tego nie robił, żeby nie wkręcał sobie, że na kimś takim może mu zależeć, bo to głupie potwornie, strata czasu po prostu, ale wtedy on się przysunął bliżej, Kahan znów poczuł bezpieczeństwo tych zetkniętych ze sobą ostrożnie ciał, a potem zostawił na ustach trochę siebie. I przez moment, przez ten krótki moment, Atlas spróbował uwierzyć że to może nie tak źle, bo Cyan chyba go kochał. Tak jak się kocha brata, tak jak on kochał jego i... i może nie zasłużył sobie na to niczym, ale może jeszcze mu się uda to wynagrodzić, odwdzięczyć się, może to wszystko nie takie złe, bo siebie mieli, już tylko siebie... Czy było mu naprawdę dobrze – może tak, może nie, tego też za bardzo nie wiedział, ale nie szkodzi, nie szkodzi, bo Cyan robił wszystko co mógł i to już Atlasowi w zupełności wystarczało, uspokajało go, nic więcej nie trzeba nam. Dziękuję. Dziękuję dziękuję dziękuję. Że znosisz to, że mnie znosisz, że nie przestałeś nawet po wszystkim tym, że Cię nie brzydzę, a nawet jeśli brzydzę to Ty widzisz we mnie coś więcej może, ja nie, ja już tylko te obrzydliwości widzę, ale dziękuję, dziękuję, to ważne dla mnie takie, przeraźliwie ważne.
    A potem oddał strzykawkę i nie patrzył już. Nie patrzył na te nieudane wkłucia, chyba z obawy o to, że znów zrobi się niedobrze, albo że stchórzy – naiwnie łudził się, że coś jeszcze by go mogło powstrzymać, nawet jeśli musiał, pilnie musiał, no i czuł ekscytację, choć i ją też wyparł całkowicie. W końcu ten oddech urwany, jakiś dziwny dźwięk docierający do uszu. No i spojrzał, spojrzał na Cyana, nie wiedział czy on przypadkiem nie umiera bo zastygł tak nagle, zniknął, zwyczajnie się w powietrzu rozmył. Nie bój się. Nie bał chyba, już go nie było. Przez chwilę strach czuł, panikę jakąś – coś mu się dzieje, czy tak miało być? Tak to wygląda? Nigdy nie patrzył, wtedy był pierwszy, nie musiał patrzeć, nie musiał myśleć czy to naprawdę tak. Jak zza ciężkiej zasłony mgły wyciągał rękę w stronę jego przedramienia, na chwilę na bok odsunął te trudne myśli, bo on chyba jednak musiał już, teraz i wszystko inne nieważne. Wyciągnąć igłę musiał. Obrzydliwe. A to, że dzielili jedną, a przed nimi był ktoś jeszcze – to trzy razy bardziej obrzydliwe. Umrą od tego, na pewno umrą, jeśli nie od dawki, jeśli nie przegięli mierząc na oko, to od tej igły brudnej, a może Atlas nie od igły umrze tylko od tego tam, w łazience, to też było niedobre, ale nieważne, chuj z tym wszystkim, bo Atlas nieporadnie przesuwał wszystko, przestawiał, nie zauważył nawet że już dawno wypuścił tamtą marchewkę z ręki, zamiast tego łapał za łyżkę. Łyżka, działka, ogień, szybciej, no szybciej. Sam był, więc tak bezradnie układał sobie na kolanie, gorący metal, chyba zostawił na spodniach brzydki ślad, nieważne, wszystko nieważne, tą trzęsącą się okropnie dłonią próbował to nabrać, ciężko było, nie umiał z własnym drżeniem walczyć, nie potrafił. Szybciej, szybko, bo on już musi, bo on się boi bez Cyana być, a on jest tam, po drugiej stronie jakby, nie odszedł całkiem chyba ale nie ma go tutaj, więc musi być szybkie. I udało się, w końcu udało, Atlas wcale nie patrzył na to jak ten płyn w środku wyglądał, bo to też było okropnie obrzydliwe. Ale on też był, więc to w porządku, wszystko się zgadza, wszystko całkiem na swoim miejscu, nie? Jakimś szybkim, urwanym ruchem przesunął tą prawą rękę w stronę odsłoniętej skóry, chwilę gapił się w to miejsce do którego przed chwilą przytykał palec. Wiedział gdzie, ale chciał dobrze, idealnie chciał, za pierwszym razem, raz a dobrze i niech go stąd zabierze, niech ucieknie wszystko. Metal pod skórą, zabolało trochę, wcześniej jeszcze zacisnął palce, najmocniej jak tylko potrafił. Nacisnął, chwilę nic, już myślał że to bez sens–
    Tak, chwilę nic rzeczywiście, ale to zupełnie inaczej było. N i c. I to on był tym niczym. Oddech mu ujęło chyba, on na chwilę ugrzązł w krtani, ale to nic, to nic, zajęty był, oczy zajęte były tą plamą światła która zamigotała, ta biel ulicznej lampy zalała mu całą wizję, wszystko tonęło w bieli i jasności. Ulga, wielka ulga. Już nieważna cała reszta była, nie bał się już, wszystko miało swoje miejsce chyba, wszystko było tak jak powinno. I to dobrze, fantastycznie wręcz. Plecy same docisnęły się do ściany budynku, a Atlas nie zauważył momentu, w którym też osunął się na ziemię. Nie tak mocno, nagle, ale komfortowo, ten bruk był mu przyjacielem teraz, nie bolało, chociaż delikatną skórą twarzy przesunął po nim chyba odrobinę za mocno, chociaż normalnie pewnie by zapiekło, cały policzek by zapiekł, ale teraz to nieważne, teraz nie bolało nic. I Cyan, on znalazł Cyana. Gdzieś go widział, nie wiedział gdzie, na oślep wyciągał dłoń i za coś łapał chyba, choć może mu się tylko wydawało. Ale nieważne, Cyan tu był, Atlas był pewny. Razem byli i chyba w którymś momencie nawet podsunął się do niego lekko, wczepił trochę, a może wcale nie, może to też złudzenie takie? Nieważne też, ważne, że wreszcie tak lekko, inaczej, że klatki piersiowej nikt nie dociskał na siłę do ziemi i że oddech opuszczał usta sam.
    Wszystko dobrze. Dziś już wszystko dobrze. Znów przesunął się trochę, znów policzkiem o bruk, ale nie bolało wcale, więc nie przeszkadzał sobie. Znów bliżej Cyana, jeśli to był on – jego ciało znaczy, bo wiedział, że Cyan był z nim, razem byli, wcale nie tutaj. I oparł głowę, o coś na pewno, może o nogę, rękę, ramię, o coś oparł, a może to Cyan oparł o niego, może zamienili się ciałami na moment? Nieważne zupełnie. Ważne, że już wszystko dobrze. I że lekko, inaczej i... i bezpiecznie też, tak bezpiecznie, że oczy zmrużyły się same, tylko na moment, na chwileczkę, bo ta jasność męczyła bardzo, biel raziła, ona nie była groźna, ale była męcząca na pewno. To wcale nie szkodzi, mógł tak zostać przez chwilę, nie szkodzi.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    jako dziecko byłem komunistą nie żałuję

    ZAJĘCIE


    powinnaś mnie zobaczyć jak czytam marksa

    UCZUCIA




      
    cyan arsen
       meyer

      
    "ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim

      

      

      

      

      

      

    2020-08-17, 18:21


    Cyana to nie obchodziło - czy ślady zostaną.
    Mogą zostać, bo to i tak nie miało znaczenia bo w jakimś jego wąskim postrzeganiu nie było już nic poza tą wyprawą. Dotrą do Vancouver? Może tak, może nie, to bez znaczenia też i tak, bo wtedy inne miejsce jakieś znajdą, dalej jeszcze, gdzie będzie jeszcze więcej nic nie znaczących osób, jak oni całkiem, odnajdą się tam przecież. Gdzieś. Nieważne gdzie przecież, bo i tak już nie pokaże tego nigdy: tego balastu ciężkiego nie pokaże, tych tłustych zgrubień pod skórą i zatopionych żył, ud nie pokaże, i brzucha też, nigdy więcej już. Chyba, że trzeba będzie coś więcej załatwić, chyba że, ale nawet do tego wystarczyły tylko spodnie opuszczone do kolan, nic więcej. To jak nic, nic zupełnie, to nieważne tak mocno, oni nie patrzyli na to, oni o tym nie myśleli, bo on był nieważny dla nich też - bo mogli przymykać oczy na ten oddech płytki, na tę bezsilność, na fakt, że powinien pomyśleć o uprawianiu jakiegoś sportu, na to, że nie był w stanie wspiąć się po schodach, jak grubas najgorszy, najohydniejszy, najpaskudniejszy. Dla nich to nie znaczyło nic, bo to tylko na chwilę, za działkę albo dwie, a może za pieniądze - może tak opłacało się bardziej? Nie wiedział jeszcze, ale to nic, dowie się przecież, na pewno, w Vancouver może, ktoś im powie.
    Zostać mogą, bo kolejne ślady nie robiły już wcale różnicy, bo na drugiej ręce będzie miał dwie, podłużne, zachodzące na siebie blizny i nad nimi prostopadle jeszcze jedna, i na wewnętrznej stronie dłoni kolejną, i cały był w bliznach przecież - w bliznach i w odciskach cudzych łap, w malinkach kiedyś; pamiętał jak cały był w malinkach, i pamiętał też pierwszy raz, kiedy miał malinkę, i nie wiedział, co to, i myślał, że umiera, ale bał się pokazać mamie, żeby nie nakrzyczała. Więc pokazał Jemu i On powiedział, że to jest ślad miłości, dobry znak, ale Cyan nie dowiedział się nigdy, gdzie była ta miłość i czemu tak bolała, i czemu nie mógł przez nią wyjść na dwór do Atlasa i Makyli, i Eda. A on przychodził i tak - po miłość przychodził, bo już wtedy był taki: pusty taki, zachłanny, łakomy, do zła stworzony, bo robisz tyle zła, Cyan, nawet nie wiesz, ile zła robisz… Ale wiedział teraz, teraz widział, bo nawet jeśli wszystko inne pozostawało tak cholernie zamglone, to klarowały się niektóre rzeczy, wyłuszczały, dziurawiły umysł.
    Jak to, że od zawsze był taki w sumie, na pokuszenie mnie wiedziesz, ale nie chciał przecież, tylko nie umiał inaczej, normalniej nie umiał. I wszystko musiał robić nienormalnie, a im bardziej próbował się wpasować i być jak inni, tym gorzej wychodziło, a starał się - chyba nie umiem tak się starać - przecież tak bardzo, jadł oranżadę i zwieszał się z drabinek, i grał w gry na telefonie Eda, ale pilnował się przede wszystkim. Żeby nikogo innego nie zwieść w ten sposób, bo to było złe, wiedział już - to, jak się zachowywał, to co robił, jak działał. Całe złe, złe tylko, do bólu był tym złem przeżarty, tą nieczystością, do łez. Zły chłopiec, nie dobry, Eli, nie miałeś racji wtedy, to Tim miał rację, bo klęczenie u księdza na zakrystii nie nauczyło cię pokory, to prawda była. Dlatego nadal tak źle było, tak ciężko, bo inaczej nie umiał, bo robił ciągle coś, przez co czyjeś ręce zawsze sięgały za mocno, za bardzo, za daleko, zawsze. I nie umiał tego powstrzymać, i nie wiedział, co powinien robić, więc wciskał sobie na nowo ciągle, uparcie, zażarcie, że podoba mu się to przecież, że to lubi, jest w porządku, że może być, że neutralnie jest, że nie tak źle. Bo dało się ograć to wszystko, nawet jeśli było ciężko, bo to jego wina ciągle, bo wygląda jak pedał, dlatego pewnie, bo jest taką ciamajdą nieznośną, bo ty naprawdę niczego nie umiesz zrobić, Cyan. Bo prowokował.
    Teraz też prowokował, zawsze prowokował - różne rzeczy po prostu. Śmierć teraz prowokował, to komiczne, to niepoważne. Prowokował, a ona bawiła się z nim w ciuciubabkę. Zemsta to była za tamten dzień, gdy przewiązał Eliemu oczy koszulą i kazał się gonić - ale kwitły wtedy trawy i rosa łaskotała w kostki, i chyba było pięknie, i dobrze. Teraz łaskotało też, ale to nie rosa, to nadgarstki. Nadgarstki go swędziały znowu, to najgorsze, to okropne. Swędziały, ale w głowie tylko, bo naprawdę była tylko Śmierć, która zasłaniała mu oczy, złap mnie. Ale to nie było proste ją złapać, kurwa, tak długo już gonił, tak mocno, tak bardzo i czuł, że ciało też już chciało, że opadało powoli z sił, że synchronizowało się z umysłem, bo ile można gonić, ile można uciekać? Sam w ciemnym polu, po środku ścierniska, Śmierć trzaskała drzwiami od samochodu, tego codziennego. Więc teraz powinien się uderzyć, wpaść na drzewo, zerwać tę płachtę z oczu, pobiec, dorwać ją, mieć ją już dla siebie, tak niepoważnie rozluźnioną, dumną taką, taką zupełnie bez pokory. Ale nie było uderzenia, a palce nie mogły sięgnąć do zaciskającego się wokół twarzy materiału - nogi miękły, bo nie wiedział, co dalej, bo nie tak miało przecież być. A materiał stawał się grubszy, zsuwał się z oczu na nos i na usta, ale to nic, bo była tylko ciemność, szczere pole, nogi wtapiające się w podłoże. A teraz brak powietrza jeszcze, krótkie ukłucie paniki, reflektory samochodu gdzieś daleko, ich światła rozrywały pustą ciemność. Warkot odpalanego silnika, chciał biec. Chciał, ale nie mógł, nie dało się, ugrzązł, zapadł po kolana. Żółte, samochodowe światła poruszyły się niespokojnie, koła przetoczyły gdzieś zbyt daleko, żeby mógł usłyszeć jak odkleja się od nich błoto. Dusił się i patrzył, i nie mógł się poruszyć, i łzy płynęły po policzkach chyba.
    Śmierć odjechała.
    Oczy otworzyły się szeroko, gwałtownie, urywany oddech uniósł klatkę piersiową. Zagubione spojrzenie, głuche dudnienie w uszach. Nadal tak ciepło, przyjemnie tak i wolno - spowolnione wszystko, ale on nie mógł, czasu nie miał, gonić ją musiał. To sen? Przywidzenie? Halucynacja z wyczerpania? Na nogi musiał spojrzeć, nogi zobaczyć. Leżały wyciągnięte, on cały leżał, ale nie był ubłocony wcale, nie zapadł się w polu, nie utknął. Poruszyć nogą - za ciężkie, niemożliwe. Ale był Atlas, znalazł go. Z policzkiem przyciśniętym do jego uda, z dłonią na jego brzuchu, nie brzydzisz się, Atlas? Leżał i źrenice miał wąski jak szpilki, i otwarte oczy, ale nie ruszał się wcale. Leżał. Ostre światło nad drzwiami prowadzącymi na zaplecze. Cyanowa głowa wsparta jakoś sztucznie o ścianę, bo i tak spłynął, cały spłynął. Zabrudził golf pewnie albo porwał nawet. To nic, mama zszyje. Mama. Zszyje. Co za upiorna myśl, przeraźliwa, ciężka. Nie pasowała tu, do ciężkiej głowy Meyera nie pasowała, odsunąć ją było trzeba - bo nie było już mamy. Powoli wracało wszystko, powoli się składało - sen czy majak, czy to ważne? Wracało wszystko do niego, małymi falami, a potem nagle, gwałtownie i znowu chciało mu się wymiotować. Ale był Atlas a dłoń Cyana spoczywała bezmyślnie jakoś w jego włosach, długo już tak? To dlatego nie mógł sięgnąć, dlatego nie mógł zedrzeć z oczu materiału? Bo miał zajęte ręce? Drugiej dłoni nie mógł podnieść - najpierw w ogóle znaleźć nie mógł, najpierw musiał pomyśleć, że nie było jej już, że zniknęła, że to koniec, ale potem ją dostrzegł. Na bruku, ułożona leniwie, choć nie czuł jej wcale - jak nie jego, jak kawałek ciała odrąbany i położony obok.
    Łuk krzywej blizny ukrytej na co dzień we wnętrzu dłoni, spogladał teraz w niebo: ciemne, gwieździste, w Deep Lakes też było takie niebo, ale w Vancouver pewnie nie. W Vancouver pewnie jest za dużo światła. Cyan pamiętał, kiedy ktoś mu to wytłumaczył - miał dziesięć lat, to było na kółku astronomicznym, bo chodził na takie kółko, bo w tym kosmosie wielkim wszystko się gubiło przecież; przecież on był taki mały i to co się działo było takie małe, i każda rzecz, którą robił, nie znaczyła nic zupełnie. Pusta przestrzeń, ogromna, gdzieś tam ponad nimi, wokół nich i nie poznają nigdy całej, i nie dowiedzą się nigdy niczego więcej, poza jakąś cząstką nieznaczną, poza fragmentem. Nie będzie nic więcej, bo ludzie chcieli nadal być duzi, chcieli być ważni, więc świecili w kosmos swoimi małymi latarniami, zabijali gwiazdy. Te z helu. Świecili i dlatego nie było ich widać, ukrywały się dlatego, nie chciały patrzeć, i nie chciały mówić. Zostawcie nas w spokoju, nasz kosmos zostawcie, trujcie się sami, niszczcie się sami, nie sięgajcie za daleko, za wysoko, za mocno, bo to oddali was jedynie; bo najbliżej kosmosu byli wasi przodkowie tysiące lat temu, bo patrzyli i ufali po prostu, a wy chcecie tylko przejmować, wszczepiać się w ciało, zadawać złe pytania. I Cyan czuł, że wie teraz, że rozumie. Kosmos rozumie cały, cały Kosmos do niego teraz mówi.
    I on wpatrywał się w ten Kosmos, i dziękował, i przepraszał, i powinien płakać też nad tym, że nigdy nie próbuje zrozumieć, i każdy chce mieć tylko, i każdy pyta o złe rzeczy, każdy w zły sposób pyta, i szuka nie tam gdzie trzeba. Powinien, ale szkoda było łez, bo łzy były takie małe, a Kosmos tak ogromny. Nic nie znaczyły oceany wylanych łez w obliczu tego ogromu, który wisiał ciężko i czasem może przygniatał - ale teraz nie. Teraz Cyan spłynął niżej jeszcze, żeby ułożyć głowę płasko na ziemi, żeby móc widzieć lepiej ten kosmos, żeby móc księżyc znaleźć. Nie widział księżyca, ale to nic; księżyc musiał być już zmęczony, ci Rosjanie zaraz wbiją w niego kolejną flagę. Albo Chińczycy, albo Amerykanie.
    Ale musiał przestać patrzeć. Kiedyś, teraz, w tej chwili. Kark wygięty w prawą stronę i znowu był Atlas, a Cyan był nieboskłonem. A jednak ten nieboskłon nadal nie mógł się ruszyć, odrobinę nawet, nie mógł go wyżej przyciągnąć, bliżej, chodź, przytulę cię, nie mógł - bo nie miał siły. Oddychać też nie miał siły przez chwilę, gdy tylko przez głowę przebiegła mu taka myśl, opcja taka. Materiał na oczach, ustach, nosie. Duchota, próżnia w płucach. Chwila tylko, bo był Atlas obok, a on nieświadomie przesunął tę dłoń z włosów na jego ramię. Bezwiednie zupełnie, nie zauważając wcale, nie myśląc o tym, że chwilę temu nie był w stanie się ruszyć. I wargi takie suche były, i zimne, a przecież jemu było ciepło - zupełnie bez sensu. Suche i w buzi miał sucho, i ślinę połykało się dziwnie, nienaturalnie. Powoli kolejne życiowe funkcje, odruchy bezwarunkowe, zaprzątały myśli. Zupełnie, jakby musiał je włączać powoli, uruchamiać kolejno, bo inaczej nic nie działało, wszystko było chwiejne, niebezpieczne. I wpatrywał się cały czas uparcie w Atlasa, w swój Kosmos nowy, i czekał, aż będzie mógł powiedzieć coś, cokolwiek powiedzieć. Słowo albo dwa, albo szereg cały. Jakaś pusta sylaba wyrzucona bezsilnie w powietrze. To blisko, to bardzo blisko, zwilżone językiem wargi.
    - Um-marłem prawie - stwierdził, ale zabrzmiało to pusto jakoś, jakoś nieszczerze zupełnie, a przecież to była prawda, bo Śmierć była tak blisko, już ją miał, już prawie zaciskał palce wokół jej chudej szyi. - Ale jestem - dodał głucho, niezniechęcony tym zimnym tonem, który tak bardzo do niego nie pasował, tą wyblakłością, tym brakiem wyrazu. - Gdzie ty jesteś, At-tlas? - Ze mną? Czy sam? Czy jesteśmy razem jeszcze - teraz, po tym wszystkim? Czy widzisz mnie tak, jak ja widzę ciebie? Czy ciebie też kole w oczy ostry blask zawieszonej nad drzwiami jarzeniówki?
     
    imię / nick:cyjanek
    multi:zorka
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-08-18, 23:22


    Obchodziło, Atlasa właśnie obchodziło. Przejmująco mocno – będą ślady, no przecież, że będą. I myślał o nich dużo, za dużo czasem. O śladach, od wkłucia na przykład, o bliznach, jak tych po grubym szkle na lewym przedramieniu, o siniakach, takich jak te które zostaną w miejscach zbyt mocno dociśniętych przez palce tamtego mężczyzny, o wszystkich tych fizycznych dowodach błędów, wyborów – Atlas się nimi mierzył, wnioski wyciągał, klasyfikował. Jeszcze nie tak dawno wcale nie było ich aż wiele i wtedy to ciało nie było jeszcze takie złe, zwyczajne może, nijakie, to na pewno, ale... zwykłe, zwykłe, on mógł żyć ze zwyczajnością, ona w niczym mu nie przeszkadzała, już się do niej przyzwyczaił. Ale przybywały – ślady, blizny, siniaki, malinki, zadrapania, a większość nich goiła się z czasem, jedne szybciej od drugich, większość w końcu znikała, ale Atlas pamiętał o nich i tak, jakimś dziwnym sposobem i tak wciąż widział je na tej bladej skórze. Przybywały i Atlas nieprzerwanie czuł jak traci na wartości – ciało, ciało też, ale on przede wszystkim, bo te rysy to tak naprawdę na nim, na charakterze, osobowości, bo przecież każda kolejna coraz mocniej wpędzała w poczucie bezsilności, wycofywała, utwierdzała go w przekonaniu, że rzeczywiście nie był wart, ani on ani już nawet to ciało obdrapane. Więc w trakcie tej podróży ślady kolejne, dziś wkłucie; pierwsze, niby pierwsze, ale Atlas wiedział że nie ostatnie, że więcej ich będzie – no chyba, że... Nieważne, ważne, że te ręce będą brzydsze jeszcze, spaczone zupełnie, że nie dość, że te nierówności na skórze opowiedzą ich historię każdemu, kto tylko w wyniku jakiegoś przykrego przypadku zerknie w ich kierunku, to i to wszystko straci na wartości, on straci, a przecież tak głęboko wierzył już że bardziej bezużytecznym stać się nie można. Można, wszystko można, ta skóra będzie to pamiętać i będzie pamiętać też ten ktoś, kto go w końcu znajdzie na bruku martwego – ten ktoś spojrzy na ręce, kolana, dłonie i tyle mu wystarczy, będzie wiedział o nim już wszystko. Dziś tak bardzo potrzebował wierzyć, że te ślady różnicy nie robią. Że mógł być obdrapany, brzydki niepotrzebny i nie robiło to żadnej różnicy. I w gruncie rzeczy rację miał, nie robiło, tylko jemu, podświadomości umęczonej i zrezygnowanej, ale nikomu innemu już nie, bo n i k o g o to wszystko nie obchodziło. Tak musiało zostać, oni musieli tacy zostać – sami, we dwójkę, bez niczyjego zainteresowania. Tacy zostać i tu zostać też musieli, na tym bruku zimnym, przy ścianie bijącej złowrogim chłodem od którego skutecznie nie oddzielał już nawet okryty szeleszczącym materiałem cyanowej kurtki sweter. Znów mantra, Atlas chyba tak już miał, że musiał powtarzać, jakby głupio wierzył że jeśli coś wybrzmi w głowie setki razy to wreszcie wryje się w myśli tak głęboko, że nie będzie musiał sobie tego więcej przypominać: to wszystko nie robiło już żadnej różnicy.
    Tylko że wszystko tą różnicę jednak robiło. Wszystko było ważne, wszystko przeżywał po swojemu, mocno, wszystko zauważał i wszystko czuł, ale ze wszystkim obnosić się nie wolno, bo nie z wszystkiego zbudować można sobie życie. Więc to problem był. Duży. Że ten ton głosu nieprzyjemny robił różnicę. Że ta smutniejąca mama robiła różnicę. Że ten trening z chłopakami nieudany robił różnicę. Że ten drink za mocny robił różnicę. Że ta sypialnia rodziców nagle na wpół pusta robiła różnicę. Wszystko robiło różnicę, wszystko dotykało, a on dosyć miał, dosyć tego przeżywania po prostu – i tak zawzięcie wmawiał sobie, że to wszystko nie robi ż a d n e j różnicy, i tak zawzięcie sprawdzał, czy jest jakiś sposób na to żeby je zatrzymać, zahamować, przestać tymi drobnostkami żyć tak bardzo, bo te ekstrema zabierały siłę, jakoś ujmowały na zdolności bycia tu i teraz. Bo Atlas wiecznie wisiał gdzieś pomiędzy tym głupim a co jeśli a wspomnieniem lepiej znanej, wygodniejszej przeszłości, ale być nie potrafił. Najwyraźniej, znaczy się. Gdyby potrafił... to może wcale by tak nie odrzucał? Tymi swoimi emocjami wielkimi, wyniosłością niepotrzebną, zupełnie jakby to znaczenie miało, że dziś ktoś mówi spierdalaj, jakby nie mógł domyślić się, że w końcu przejdzie, wygoi, że prędzej czy później dobrze będzie. Nie, on tak nie potrafił, bo Atlas zawsze ze wspomnienia komfortu uciekał prosto w a co jeśli..., dysponując przy tym bardzo ograniczoną liczbą pozytywnych zakończeń tej podstawowej, dobrze znanej myśli. Mało co ten nakręcany jakąś głupią potrzebą dogłębnej analizy umysł hamowało – on wiecznie się wymykał spod kontroli, wiecznie pozwalał myślom obierać ten najwygodniejszy (choć wcale nie najbezpieczniejszy tor), a Atlas wiecznie pozostawał wobec tego bezsilny.
    Tylko teraz nie – teraz nie, bo ta dłoń na strzykawce myśli tłumiła. Tłumiła, naprawdę działało. Za każdym razem. I nie myślał już, nie tak przynajmniej. Nie było o czym ani o kim, sam był wreszcie. I wszystko układało się w jakiś świat nowy, brzydota zajazdu roztapiała, wartką stróżką płynęła po płótnie rażącej bieli jarzeniówki w dół i jawiły się przed Atlasem nowe miejsca, uczucia też nowe, inne, ale nieprzytłaczające, a komfortowe takie, małe i łatwe do okiełznania. Mógłby je złapać w dłonie, zgnieść pomiędzy palcami, mógłby – gdyby tylko chciał i potrafił teraz te drżące ręce gdziekolwiek wyciągać, ale nie, im na tej ziemi było dobrze, tak jak policzek miały w brudnym betonie wsparcie, choć on teraz wcale nie wydawał się betonem. Nie beton, nie Jesmond Peak View, a trawa i ogród, najpiękniejszy z ogrodów. Na Eden zamieni jego pustynię, a jego stepy na ogród Jahwe. Wszystko swoim życiem, ułożone w jakiś porządek, a Atlas przez chwilę tylko nie czuł się tu obco, przez chwilę wierzył, że tak ma być; wiedział przecież doskonale, cudem jakimś się ta świadomość z tyłu głowy wytrwale wciąż tliła, że to nie było tak, że to wcale nie był Eden, że on tu nie należał, ale nie bał się ze spokoju tego miejsca korzystać, nie bał się znów udawać, że pasował do tego świata który tak bardzo ewidentnie nie był jego. Zapanują w nim radość i wesele. Dobrze, dobrze wszystko. Gdzieś z tej bieli, zza oczu zmrużonych bezsilnie na ziemi widział rośliny chyba, niebo, coś na pewno – dziwne to było, bo Atlas widział wszystko ale nie patrzył, zupełnie jakby tylko opuszkami palców tej zakrzywionej rzeczywistości dotykał, jakby ona była jednocześnie fizycznie tak daleka i bliska. Radość i wesele, czy to już? Raj? Pomyłka jakaś, nie nadawał się, ale mógł kłamać, tak wprawiony był w kłamstwach, tak pięknie kłamał, już nawet nuty nie było mu do tego potrzebne. I w raju też mógł kłamać, nie kłułoby sumienie, już nie, nauczył się. Albo przyzwyczaił do tego tępego bólu wbijającej się igły poczucia winy, nieważne, bo tym razem naprawdę nie robiło mu to większej różnicy.
    Nie, nie, miejsca tam dla niego nie było. W Edenie, znaczy się. Za dużo i za długo zarzekał się może, że życie się nie obraca dla takich jak on – nie obróciło wcale, bo tych kwiatów znów nie było, nieba jasnego też nie, bo światło było wciąż jaskrawe, ale teraz bolesne, kłujące, nie tak wszystko. Nie rozumiał czemu tak, nie rozumiał czemu to światło nie ustawało – nie dopóki w końcu coś nie drgnęło, nie zaskoczyło gdzieś za mętnymi oczami i Atlas zrozumiał w końcu, że może je odwrócić, że to spojrzenie może uciec w bok, bo miał nad własnym ciałem kontrolę, bo wszystko było ciężkie, wolne i nijakie, ale oczy wciąż patrzyły. Przekręcił się chyba lekko, na bok trochę bardziej, powoli widział więcej – to już na pewno nie był raj, to już znów bruk, znów ulica, znów majaczący gdzieś w kącie oka śmietnik, czyli tak, na pewno, tam gdzie definitywnie było jego miejsce. Spodziewał się g... nie, nie, chyba nie spodziewał? Chyba kanapy cyanowej, miękkiego kociego futra, własnego pokoju może, więc chwilę po prostu patrzył, oddech w tym czasie przyspieszał, Atlas zdał sobie sprawę z tego, jak wolny był do tej chwili. Przez moment dudniące co, gdzie, a potem niespiesznie układające się w głowie odpowiedzi. Miejsce. Tutaj. Jego miejsce tutaj. Przyszli tu bo... bo wiedział już, wszystko wiedział, głowa wciąż wyczerpana, nieobecna, ale chyba pamiętał już. Przyszli, dwóch ich było. Cyan, no tak, Cyan, był tu też, wcześniej Atlas go nie szukał, nie to, że zapomniał na moment, ale... ale on był, cały czas był, tylko gdzieś indziej, sam na chwilę, w porządku, przestrzeni potrzebował. Ale razem znów, z tej jego obecności też w końcu zdał sobie sprawę: udo pod głową (kiedy zamienił bruk na jego nogę? po czym szurał policzkiem, pewien był że po czymś, czemu piekł teraz jeśli nie? bez sensu zupełnie), we włosach palce, wzdrygnął się kiedy je zrozumiał, choć to bez sensu przecież, bez sensu, bo one trwały tam biernie, ostrożnie i łagodnie, nie jak tamte, ale... ale do skołtunionych loków żadna dłoń zdawała się nie pasować już, żadna absolutnie, pewnie że nie zamierzał mówić tego na głos, Cyanowi też nie, niech już zostanie, niech będzie, wszystko jedno i tak.
    Coś w dół płynęło, w porządku, może Cyan, a może to światło jaskrawe przed oczami znowu. Głowa osunięta z powrotem na ziemię, tym razem pewien był, że nieostrożnie, płyta stuknęła cicho, może to ręka któraś opadła razem z nią. Nie szkodzi. Spał czy patrzył, patrzył czy spał – bo widział Cyana, tego pewien był, ale niczego innego już nie, ciała własnego nie, oddechu nierównego też nie, czemu zwalniał i przyspieszał nierówno tak? To nie były żadne funkcje, nic się nie przypominało, Atlas wiedział, że ciało dalej działa, w swoim rytmie jakimś chwiejnym i żenująco niewypracowanym, ale wrażenie miał, że wracał. Do niego, na tą kostkę z powrotem. Powoli, jakby palec po palcu, skrawek skóry po skrawku. A Meyer? Umarł prawie. A ja żyłem prawie. Przez moment chociaż. Tak godnie, jak się żyć powinno. Pustynia na Eden, step na Jahwe, pamiętam. Ale jest. To dobrze, to dobrze bardzo, bo bez Ciebie bym sobie nie poradził. Bo gdyby Cię nie było, to chyba bym tu nie wytrzymał, chyba nie umiałbym znów nie żyć. Czy tam żyć niegodnie, jedno i to samo. Gdzie Ty jesteś, Atlas? W domu. Byłem, znaczy, już nie. Po tej stronie domu nie ma, bo dom był w tamtych objęciach, dom wszędzie z nimi się przesuwał i wszędzie za nimi chodził, a teraz domu nie ma, w tej rzeczywistości przynajmniej nie. Tam, po drugiej, dom był, dom nie on znaczy, zajrzałem do środka, bezpiecznie. I kwiaty były.
    - T-tam. – Pierwsze słowo, odpowiedź pierwsza. Mówił cały czas, ale dopiero ta sylaba opuściła usta. Głos zachrypnięty, nie taki jakiś, zęby niby szczękały, dukał, ale wszystko w nim trwało, było spokojne. Jakby niezupełnie wrócił jeszcze, jakby usta mówiły osobno od myśli. Co tam? Tam był chyba. Nieważne gdzie najwyraźniej, bo nie wyciągał palca, nie wskazywał nigdzie, bo wydawało mu się, że Cyan będzie wiedzieć – jest tam i tu, nietrudne chyba? – Czemu n... – oddech się wciął w słowa, Atlas zapomniał na moment. – Czemu nie umarliśmy? – Czyli... czemu nie żyliśmy tak naprawdę, ale nieważne, to to samo pytanie. Czemu prawie tylko? Znam to prawie, znam, Cyan. Czemu prawie? Ja bym chciał. Nie prawie, po prostu bym chciał. Więc czemu?
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: