Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    18

    wiek


    tracę sen

    ZAJĘCIE


    i ciebie też

    UCZUCIA




      
    Eddie
       Dohemy

      
    "panie władzo, ja tu tylko tańczę

      

      

      

      

      

      

    2020-07-03, 16:05


    Mało było w życiu rzeczy, które Eddie wziął na poważnie równie mocno, co złożoną w szatni obietnicę. Droga powrotna dłużyła mu się nawet bardziej niż sama końcówka balu, zwłaszcza, że wesołe trajkotanie dziewczyn nie potrafiło nijak zająć mu głowy, w której myśli rozdarte były między tym, gdzie zakończyć wieczór, a nową, dzieloną na dwoje tajemnicą, której jeszcze chyba żadne z nich nie rozumiało, ale – wnioskując po ukradkowych, dzielonych we wstecznym lusterku spojrzeniach - każde w całej tej niejasności akceptowało. Po tym jak odstawili kolejno Marie i Fallon, kurtuazyjnie eskortując pod drzwi każdą z nich, było raczej jasne, że Atlas nie przesiada się na przednie siedzenie tylko po to, żeby zaraz wysiąść pod domem zaledwie kilka numerów dalej. Chyba przez pryzmat doświadczenia naturalnie założył, że szklana chata będzie końcowym celem tej krótkiej podróży, ale nie dziś. Eddie zatrzymał auto pod majaczącym ciepłym światłem dobywającym się z okien domem Kahanów, ale tylko na chwilę, by bez zbędnych wyjaśnień poprosić Atlasa, żeby ubrał coś wygodniejszego, zabrał coś na przebranie, no i Scooby’ego. Dłużej nie zostali również na Lakewood, gdzie z kolei polecił przyjacielowi zostać w samochodzie, bo podejrzewał, że terytorialne psy Rikardo mogą źle znieść obecność nowego, młodszego kolegi. Bardzo zadowolony z faktu, że nie zastał nikogo w domu, a tym samym oszczędził sobie gradu zbędnych pytań, sprawnie zrzucił uwierający sztywnością konwenansów smoking, po czym narzucił coś znacznie luźniejszego, a w plecak niedbale wpakował jakieś zapasowe rzeczy, szczoteczkę do zębów, ładowarkę i, no, w zasadzie tyle. W hallu złapał jeszcze klucze i szybko skierował się do zaparkowanego na podjeździe auta. Ostatni samotny przystanek stanowił całodobowy market, bo o ile oni mogliby zaopatrzyć się nawet w Petro Canada, to Scooby stanowił trochę większe wyzwanie. Z załadowanymi do bagażnika siatkami wypełnionymi naprędce karmą dla ich czworonożnego kompana podróży i czymś, co w założeniu było dla nich (a przynajmniej być miało w mniemaniu średniego ogarniętego kulinarnie Eddiego), ruszyli w końcu w drogę, która nie przewidywała postojów – według włączonego asekuracyjnie GPSu – przez kolejną godzinę z hakiem. W praktyce wyszło im trochę dłużej, bo gdy w końcu Scooby zaniechał nerwowych reakcji na mijające ich auta z wysokości kolan Atlasa i skapitulował gdzieś pod jego nogami, Eddie jechał wyjątkowo spokojnie, żeby przypadkiem już się nie obudził. Nie mógł jednak na ten mały wybuch narzekać, bo kiedy głaskanie szczeniaka w końcu przyniosło upragnione efekty, dłoń łatwiej odnalazła pretekst, żeby pozostać gdzieś w sferze siedzenia Atlasa, jeszcze nie mogąc zdobyć się na nic więcej, ale i tak sprawnie zbywając natrętne powątpiewanie, czy na pewno mu wolno, jak te pytanie o cel ich drogi.
    Ten z kolei ukazał się dopiero w krasie świateł reflektorów, kiedy późną nocą zaparkowali pod drewnianym domkiem letniskowym ojca Eddiego znajdującym się tuż nad jeziorem. Domek, który domkiem nazwać było trudno, bo dla Rikardo wszystko, co nie spełniało standardów czterech gwiazdek stanowiło warunki spartańskie i odmówiłby spędzenia w nim wolnego czasu, a którego Atlas kojarzyć jeszcze nie mógł, bo Eddie asekuracyjnie dostał od rodziców zakaz zapraszania tam znajomych po tej jednej imprezie, która wyrządziła odrobinę za dużo spustoszenia w szklanej chacie, no i w barku ojca. Zgasił silnik, po czym leniwie oparł się wygodniej o siedzenie, głowę odwracając w kierunku przyjaciela.
    - Może być tu? – spytał z kącikiem ust zawadiacko uniesionym w górę, bo to chyba jedna z pierwszych impulsywnych decyzji, z której podjęcia był całkiem zadowolony.
     
    imię / nick:edzia
    multi:charlie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-07-03, 20:29


      [ 23 ]
    W innych okolicznościach Atlasowi być może byłoby przykro w związku z myślą, że promowa celebracja chylącej się ku końcowi wspólnej szkolnej przygody zakończyła się tak szybko – pewnie nie był jedynym, który te kilka tygodni temu wyobrażał sobie, że przyjdzie im, to jest całej ich ekipie, razem bawić się dużo dłużej, a całe święto spiąć klamrą rozgrzewki i aftera z udziałem procentów konkretniejszych niż te, które ktoś miałby ukradkiem dolać do ponczu, ale... w zasadzie wcale nie było mu szkoda, że wieczór zakończył się dla nich tak szybko. Wciąż tak kurczowo trzymał się bowiem obietnicy, którą w zaciszu obrzuconej płaszczami klasy złożył mu Eddie, licząc, że o jej wadze i istocie wcale nie będzie musiał mówić na głos, aby ostatecznie i definitywnie przekonać blondyna do jej spełnienia. I tak jak wcale nie był pewny tego, co w zasadzie znaczyły te ostrożne, rzucane w biegu, choć wciąż w jakiś sposób przeciągłe spojrzenia, tak wiedzieć może wcale nie potrzebował, cierpliwie, ale z dozą wytłumaczalnej niepewności trwając na tylnym siedzeniu dom za domem, w ten sam ciepły, najbardziej serdeczny sposób żegnając każdą z koleżanek. Znów, nie wiedział z czego dokładnie wynikała dość niespodziewana prośba przyjaciela, niezdolny do samodzielnego odgadnięcia jego zamiarów, ale po raz kolejny nie miał w zamiarach wątpliwościom poddawać jego motywów, ten jeden raz gotów pójść na przekór własnej niewytłumaczalnie dociekliwej naturze, przestać zadawać pytania, które nie były niezbędne. Tak zajmująca była teraz myśl o obecności Eddiego, zlewająca się w tą jedną przeraźliwie niekonkretną, choć w jakiś sposób wciąż tak przyjemną całość z wspomnieniem jego bliskości, że Atlasowi całkiem nieważne wydawało się teraz gdzie, co i jak całej tej obietnicy. Pożegnania z przypominającym o teraz tak nieistotnym rychłym końcu szkoły garniturem nie przedłużał ani o sekundę, w rekordowym wręcz czasie łapiąc się za wszystko, co wydało mu się teraz najbardziej potrzebne – a przecież nie było tego wiele, bo potrzebne było tylko zapewnienie że Eddie rzeczywiście czeka na dole, a sportowa torba większość czasu i tak czekała gotowa i spakowana, zupełnie jakby Kahan od samego początku planował tą wieczorną ucieczkę, nie wiedząc tylko jeszcze z kim przyjdzie mu ją dzielić i jak wyjątkowy będzie jej charakter. W kuriozum dzisiejszego wieczoru nawet ta wspólna nocna droga, poprzedzona przystankami na Lakewood i w markecie, w dużej mierze nachalnie przerywana przez skaczącego po kolanach Scooby'ego, wydawała się Atlasowi bezcenna i... potrzebna? Zupełnie jakby już sam fakt tej ucieczki i wyraźnego oddzielenia ostatnich kilku dni od dzisiejszego wieczoru dziesiątkami kilometrów napawał go tak samo ulgą i spokojem jak niekontrolowaną ekscytacją. No i to, że wciąż szukał pretekstu ku temu, aby z tą trzymaną nieopodal dłonią jakoś się zetknąć, niby przypadkiem, niby bez celu, w rzeczywistości tak bezkarnie i nieporadnie próbując jakoś skorzystać z zamknięcia bańki, jaką stały im się teraz przednie siedzenia samochodu.
    I nawet jeśli z tym specyficznym odosobnieniem może nie od razu był w pełni gotowy się pożegnać, czując się na fotelu pasażera niewytłumaczalnie spokojnie, to myśl o zaciszu domku który wkrótce zamajaczył w intensywnym świetle samochodowych reflektorów szybko to rychłe rozstanie z bezpieczeństwem wynagrodziła. Nie był całkiem pewny co do tego, gdzie w zasadzie byli, a drewniany domek być może i budził ciekawość, bo Atlas przywykł przecież do stałości tych kilku konkretnych miejsc w obrębie miasta, ale jakoś nie potrafił udawać nimi zainteresowania – dokładnym położeniem, miejscem, okolicą, domkiem. Spojrzenie natychmiast powędrowało w stronę Eddiego, a Atlas tak pochłonięty był wnikliwym mierzeniem i tak zapamiętanej co do najdrobniejszego szczegółu twarzy, że nawet nie zwrócił uwagi na wdrapującego się z powrotem na kolana Scooby'ego, najwyraźniej wybudzonego z trwającej zaskakująco długo drzemki. – Tak – zapewnił szybko, wcześniej entuzjastycznie kiwając głową z uśmiechem nieśmiało błądzącym gdzieś po twarzy. Tylko na moment oderwał wzrok od przyjaciela, znów zerkając w stronę domku, pobieżnie mierząc również z zaciekawieniem wyglądającego za szybę psiaka. – I jesteśmy tu sami? – odezwał się zaraz, wcale nie musząc przejmować się (i nie przejmując) tym, jak w kontekście tej sytuacji miałoby wybrzmieć to pytanie, bo wydawało mu się, że w całej tej niepewności akurat co do tego jednego, to jest do intensywnej potrzeby zaznania chwili wspólnej samotności, oboje byli całkowicie zgodni.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    tracę sen

    ZAJĘCIE


    i ciebie też

    UCZUCIA




      
    Eddie
       Dohemy

      
    "panie władzo, ja tu tylko tańczę

      

      

      

      

      

      

    2020-07-05, 22:46


    Eddie już nawet nie próbował udawać zainteresowania czymkolwiek, co nie było Atlasem, rozmarzone spojrzenie skupiając na twarzy, przecież tak dobrze mu znanej, a jednocześnie - w pewien nie do końca jasny dla niego sposób - od czasu dzisiejszego spotkania w szatni odkrywanej zupełnie na nowo. Skutecznie walczył z nachalnie cisnącym się na myśl zwątpieniem, że może po tym pocałunku za dużo sobie wyobraził, za dużo obiecał i teraz najzwyczajniej w świecie robił z siebie tą wielką ucieczką idiotę, bo… bo chyba Atlas czuł podobnie. I nawet bardziej niż w tym pospiesznym tak, upragnionego potwierdzenia zdążył doszukać się w uśmiechu przyjaciela i entuzjastycznym skinieniu głowy, których autentyczności tym razem zwyczajnie nie chciał ani nie zamierzał poddawać w żadną naturalną dla siebie wątpliwość. Po prostu nie. Nawet nie dlatego, że desperacko chciał wierzyć, że myślą i czują podobnie (chociaż chciał, bardzo), ale dlatego, że podświadomie wiedział, że tego rodzaju uśmiechu zwyczajnie nie da się pozorować i nie zamierzał pozwolić żadnym głupim, natrętnym niepewnościom jakkolwiek naruszyć tej jednej dobrej rzeczy, która przydarzyła im się od tak dawna. Twarz Eddiego mimowolnie rozświetlił uśmiech, tylko spotęgowany pytaniem Atlasa. W pierwszym odruchu, bez jakiegokolwiek zastanowienia się nad jego sensem, miał ochotę rzucić w odpowiedzi czymś żartobliwym, co skutecznie przebiłoby tę wszechogarniającą bańkę intymności, którą tu sobie utworzyli, a z której normalnie czułby przemożną potrzebę wycofania się. Ale nie dziś. Dziś kameralność dzielonych chwil ani nie przytłaczała, ani nie peszyła, ogarniając go w całej swojej niezrozumiałości czymś zgoła przyjemnym, od czego uciekać w tanie żarty zwyczajnie nie chciał. Skinął więc entuzjastycznie głową, nie mogąc powstrzymać się przed przysunięciem się bliżej Atlasa nad dzielącym ich podłokietnikiem.
    - Tylko Ty i ja – potwierdził ostatecznie, nie chcąc pozostawiać przyjacielowi żadnego pola do odmiennej interpretacji celu tej podróży, jak tylko faktyczne wspólne schowanie się gdzieś na dłużej. Następnie, ewidentnie zbyt niecierpliwy, żeby poczekać na bardziej dogodny moment niż ten ze Scoobym na kolanach przyjaciela, pochylił się w stronę Atlasa, miękko muskając go w wargi. I pewnie byłby powtórzył to wszystko, co zadziało się w szatni, gdyby nie fakt, że szczeniak nie miał zamiaru pozwolić im na tak perfidne ignorowanie go, więc wilgotnym nosem kilkukrotnie szturchnął Eddiego w podbródek, sygnalizując, że koniec tego dobrego, bo on też tu jest. - I Scooby, oczywiście - mruknął bez cienia pretensji, może nawet trochę tym ubawiony, odsuwając się w tył i automatycznie wyciągając dłoń, żeby pogłaskać go po pysku. Znaczy, jasne. Mając na uwadze fakt, że w trakcie wyjazdu planował zajmować czas i ręce niemal wyłącznie Atlasem, może i przemknęło mu przez myśl, że wzięcie naturalnie stale domagającego się uwagi i pieszczot szczeniaka było drobnym strzałem w kolano. Ale koniec końców również jedyną słuszną opcją, bo przecież Atlas miał swoje zobowiązania, które naprawdę głupio było zrzucać na głowę Lorny albo reszty domowników tylko dlatego, że chłopcom zamarzyło się zostawić wszystko i wszystkich gdzieś za sobą.
    - Idziemy? - skinął głową na zapomniany na chwilę domek, drapiąc Scooby'ego za uchem.
     
    imię / nick:edzia
    multi:charlie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-07-06, 10:28


    Już wychylał się ponad podłokietnik, dając się tej wizji odnowionej bliskości nieomal wyciągnąć z dotychczas okupowanego fotela, najzwyczajniej w świecie ciesząc się, że rosnące z każdą minutą tej wspólnej podroży nadzieje na to, że nagły wyjazd wcale nie będzie miał czysto przyjacielskiego charakteru, nie spotykały się teraz z żadnym bolesnym powrotem do rzeczywistości. Także w jego przypadku największą obawą było w końcu to, że zbyt wiele sobie w tej chwili dopowiadał, na zbyt wiele liczył, tak samo jak wtedy, gdy pod wpływem procentów przez krótki moment uwierzył w rzeczy wówczas jeszcze całkiem niestworzone i nieprawdopodobne. Ale znów, przeraźliwie głupia była musiała być ta jego wiara we własną naiwność i brak rozsądku, skoro doskonale wiedział i rozumiał, że Eddie nie porywałby go nocą aż tutaj tylko po to, żeby wyznaczyć granice i z jakiejś przyczyny odwołać wszystko to, co powiedział w szatni. Nawet uspokojony nocną drogą i samym faktem, że przyjaciel był obok, nie kontrolował wciąż przewijających się przez myśli wątpliwości, ale jeśli wskazać miałby jedną, bardzo konkretną chwilę, w której te całkowicie irracjonalne wątpliwości wyparowały, to był to właśnie moment w którym ich usta znów się zetknęły. I zetknęły było w tej sytuacji najwłaściwszym określeniem, bo na nic więcej nie pozwoliła interwencja Scooby'ego, którą Atlas skwitował tylko teatralnym westchnieniem. – Mhm, nie mógłbym o nim zapomnieć – odparł z lekkim przekąsem, zerkając na psa bez specjalnej wdzięczności w oczach, choć na twarzy lada moment wbrew woli wykwitł słaby uśmiech, bo przecież nie potrafiłby się na niego złościć. A jakby tego było mało, Scooby już całym swoim ciężarem obarczył Atlasowe uda i kolana, wspinając się na siedzenie ze zręcznością prawdziwego himalaisty, a przy okazji bardzo dobitnie dając do zrozumienia jak bardzo pilna była jego potrzeba opuszczenia samochodu.
    Chcąc oszczędzić sobie cierpienia pod ciężarem wcale już nie tak małego Scooby'ego, na pytanie Eddiego znów skinął energicznie głową, z kolejnym westchnieniem rozpoczynając skomplikowany proces odplątywania się z supła smyczy, pasa bezpieczeństwa i psich łap, po tej niełatwej operacji z ulgą czerpiąc świeżego powietrza. Nie zwlekał też ze spuszczeniem psa ze smyczy, nie zamierzając po raz kolejny paść ofiarą jego szarpania i wylądować na ziemi – spokojna okolica pozwoliła mu uwierzyć w to, że było to całkiem bezpieczne posunięcie, i słusznie, bo może nie była to kwestia wszechogarniającej ciszy, a bardziej chwilę później wyciąganych przez nich z bagażnika worków z karmą, ale Scooby nie sprawiał wrażenia zainteresowanego jakimikolwiek ucieczkami. Rzeczy na szczęście wiele nie było, a więc nie minęła chwila, a wszystko znalazło się już na swoim miejscu, to jest wewnątrz domku, po którym dopiero teraz przyszło mu rozejrzeć się odrobinę uważniej. – To chyba już – stwierdził, mając na myśli oczywiście ich wspólny podróżny dobytek, na tyle nieimponujący i niewielki, że wyładować go udało się w zaledwie parę minut. A skoro to już, Atlas uznał, że jakkolwiek mocno nie wolałby teraz odpuścić sobie formalności i natychmiast dać drugą szansę temu, co bez powodzenia spróbował zainicjować Eddie w samochodzie, to może należałoby zadbać o dobrostan domku – przede wszystkim o to, żeby już od pierwszych minut miejsce rzeczywiście przypominało salon i kuchnię, a nie pobojowisko. Z tego tytułu za chwilę zaczął rozpakowywać wspólnymi siłami zniesione siatki, w zasadzie natychmiast zaczynając po cichu żałować, że pozwolił aby to właśnie Eddie był odpowiedzialny za zakupy spożywcze. – Widzę że zaplanowałeś bardzo wykwintną kolację – ocenił, starając się zbyt ewidentnie nie załamać rąk nad kulinarnymi upodobaniami przyjaciela, ale było naprawdę ciężko, bo wszystko wskazywało na to, że szef Dohemy dzisiejszej nocy proponował... mrożoną pizzę z serowymi cheetosami?
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    tracę sen

    ZAJĘCIE


    i ciebie też

    UCZUCIA




      
    Eddie
       Dohemy

      
    "panie władzo, ja tu tylko tańczę

      

      

      

      

      

      

    2020-07-06, 14:29


    Chociaż w aucie wizja samodzielnego wniesienia nawet dość skromnych bagaży, ogarnięcia rozentuzjazmowanego Scooby'ego, no i doprowadzenia dawno nieużytkowanego domku Kręgla do stanu pozwalającego na komfortowe spędzenie w nim kilku nocy nieco przytłaczała ogromem zadań wyręczanego we wszystkim na każdym kroku Eddiego, to już w środku okazało się, że całkiem niepotrzebnie, bo symbioza chłopców najwidoczniej nie ograniczała się jedynie do dzielenia ostatniej szarej komórki, a wspólne organizowanie przestrzeni szło im wyjątkowo sprawnie. Podczas gdy Eddie w naturalnym odruchu zajął się wypełnianiem obowiązków hipotetycznego gospodarza domku, jak uchylenie okien czy podkręcenie temperatury na termostacie, Atlas postanowił odgruzować blat kuchenny z zalegających na nim siatek z zakupami, no i przy okazji troooochę przy tym pomarudzić. Oczywiście nie bezpośrednio, a w bardzo klasyczny dla siebie, pasywno-agresywny sposób, który wyjątkowo nagle wydał się Eddiemu tak dziwnie... rozbrajający? Blondyn dołączył do niego w kuchni, żeby zorganizować dla Scooby'ego jakieś miski, zwłaszcza tę z wodą, do której pies dopadł jeszcze przed tym zanim została ustawiona na posadzce.
    - Co nie? - podłapał entuzjastycznie i bez najmniejszego cienia zażenowania w głosie, chociaż ironię Atlasa wyłapał w mig. - Gordon Ramsay ktooo? - spytał, podchodząc do blatu, by pomóc brunetowi z tym, co jeszcze do wypakowania zostało.
    - Ale zobacz, jeśli nie pasuje Ci dzisiejsze menu kolacyjne, to zawsze mogę zaproponować Ci jutrzejsze śniadaniowe, czyli... - tu dumnie zaprezentował wyjęte z siatki opakowanie cynamonowych płatek śniadaniowych. - Płatki z... No właściwie to tylko płatki, bo teraz patrzę, że mleka nie kupiłem. ALE CZEKAJ, jadłeś kiedyś płatki z energetykiem? - spytał takim tonem, jakby pytał o najwspanialszą znaną ludzkości fuzję smaków. Bo Eddie jadł, w siódmej klasie, kiedy na pierwszej lekcji mieli zapowiedziany ogromny sprawdzian z matmy i naiwnie sądził, że połączenie cukru i kofeiny będzie błogosławieństwem dla umęczonego ślęczeniem do późnej nocy nad ułamkami mózgu. Okazało się czymś zupełnie odwrotnym, a poza tym smakowało jak coś, co Shrek mógłby zaserwować na swoim bagnie, no ale SKORO ATLAS MIAŁ GO ZA TAKIEGO KULINARNEGO FLEJĘ, to proszę bardzo, równie dobrze mógł takiego poudawać. - Zobaczysz, zmienię tym Twoje życie - zapewnił, teraz już ledwo udając powagę, na którą tak bardzo silił się przy pozowaniu na Jamie Olivera z Deep Lakes. Włożył do lodówki colę, bo wiadomo, że ciepła pasowałaby do tego wykwintnego posiłku zupełnie jak czerwone wino do ryby, no i... no dobra. Mógł przyznać, że to, co chwycił naprędce w Walmarcie wyglądało jak lista zakupów na wymarzone przyjęcie urodzinowe pięciolatka, ale od kiedy Atlas sceptycznie podchodził do pizzy? I cheetosów? Na gastro patrzył na nie z większym uwielbieniem niż na Eddiego w sypialni tuż przed pamiętnym pokazem sprintu! Poza tym...
    - Bardzo chciałbym zobaczyć, jak sam coś gotujesz z półproduktów - zauważył z uniesioną sceptycznie brwią i przekornym uśmiechem na ustach, opierając się tyłkiem o blat kuchenny nieopodal miejsca, gdzie jeszcze krzątał się Atlas. - Nie to, żebym w Ciebie nie wierzył, ale może jutro skoczymy do lokalnego spożywczaka, to będziesz miał szansę pokazać mi jak wygląda prawdziwa wykwintna kolacja według Atlasa Kahana, hm? - zaoferował, ale wcale nie poważnie. W ogóle nie miał zamiaru dać mu stać przy garach i to nawet nie dlatego, że bałby się rezultatu końcowego, ale dlatego, że nawet teraz mógłby wymienić tysiąc lepszych sposobów na to, jak mogli spożytkować czas na tym wyjeździe.
     
    imię / nick:edzia
    multi:charlie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-07-06, 15:38


    - Super, brawo. Bold take: płatki śniadaniowe z wodą – odpowiedział, wprost nie potrafiąc darować sobie teatralnego wywrócenia oczami, choć nie do końca sukcesywnie ukrywany i zbywany uśmiech jasno dawał do zrozumienia, że Atlasowi w rzeczywistości nijak ten interesujący jadłospis nie wadził. – Z energetykiem? Pojebało Cię chyba – odparł natychmiast, trochę szerzej otwierając oczy, bo tak jak słodzenie kawy energetykiem rzeczywiście było już na liście jego kulinarnych eksperymentów, tak chyba nie byłoby siły która zmusiłaby go do przełknięcia choćby jednej łyżki takiej zabójczej mikstury. Na usta już cisnął mu się jakiś niezbyt pochlebny komentarz tyczący się tego, że pewnie nawet szop pracz miał bardziej wyszukany gust, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język, zamiast tego decydując się tylko pokręcić głową z politowaniem. – Tak? I co jeszcze szef kuchni poleca? Makaron z keczupem zamiast sosu? – ciągnął, przy okazji porządkowania całych tych średnio sensownych produktów szybko zaznajamiając się z wyposażeniem kuchni, która dzięki burżuazji kręgla trochę wykraczała poza standardy typowego letniskowego domku i tym samym nie wykluczała najbardziej classy sposobów przyrządzania gotowych dań. – Nie, spokojnie, możemy zostać przy jadłospisie siedmiolatka – zapewnił z udawanym entuzjazmem, choć uśmiech, teraz już pełnoprawnie kwitnący na twarzy, był z kolei całkiem szczerym i ewidentnym wyrazem Atlasowego rozbawienia. No i uciechy, wynikającej nie tylko ze specyfiki tej szalenie głupiej rozmowy, ale także ogółu tej sytuacji, choć wciąż abstrakcyjnej to zwyczajnie... przyjemnej? Niby to wszystko było tylko chwilowe, niby od Deep Lakes dzieliło ich tylko te kilkadziesiąt kilometrów, a Atlas i tak czuł się tymczasowo całkiem od jakichkolwiek zmartwień uwolniony – może za wyjątkiem tych najbardziej przyziemnych trosk, takich jak na przykład to, jak dostać się do blokowanej przez blondyna szafki.
    - EKHM, przepraszam bardzo – chrząknął, szalenie subtelnie starając się dać Eddiemu do zrozumienia, że gdy tak w najlepsze sobie na tym blacie gdybał o ich wspólnych śniadaniach, kolacjach i innych, to trochę swoim położeniem utrudniał doprowadzenie kuchni do stanu chociażby względnego porządku. Zatrzymał się więc przed całkiem blokującym dostęp do jednej z szafek Eddiem, wbijając w niego wyczekujące spojrzenie i teatralnym uniesieniem brwi starając się niewerbalnie wymóc na nim przesunięcie się na bok. – Halo – odezwał się znów, bezczelnie pstrykając mu palcami przed samą twarzą po szalonych dwóch czy trzech sekundach czekania na jakąkolwiek reakcję, najwyraźniej z jakiejś przyczyny potężnie spiesząc się z odłożeniem tych nieszczęsnych czipsów do szafki. A może sprawa wcale nie była znów aż tak nagląca, a Atlas po prostu szukał sobie dobrego pretekstu do tego, żeby zaraz znów zawisnąć niebezpiecznie blisko Eddiego, bo będące obiektem kulinarnych dysput cheetosy szybko porzucił, dłońmi opierając się o blat i z takiego położenia mogąc całkiem wygodnie i bez uprzedzenia wargami zaczepnie zahaczyć o usta blondyna, zupełnie jakby stwierdził, że czekania na lepszy moment już dosyć... po to, żeby po tym tak ostrożnym preludium pocałunku jak gdyby nigdy nic się od przyjaciela odsunąć i skorzystać z chwili nieuwagi łamane przez słabości, bezczelnie odsunąć go ręką na bok i tym samym triumfalnie uzyskać dostęp do tej nieszczęsnej szafki. – No prosiłem, żebyś się przesunął – wyjaśnił z rozbawieniem, ostentacyjnie odkładając chrupki na swoje miejsce i uśmiechając się szeroko. – No to co, panie Ramsay, na co czekasz? Odpalaj tą pizzę – rzucił jeszcze, bo absolutnie nie brakowało mu tupetu na to, żeby po tym wszystkim jeszcze trochę sobie z Eddiego i jego wyborów żywieniowych pożartować. Miał tylko nadzieję, że tytułu kulinarnego guru jednak nie weźmie sobie zbyt dosłownie, nie chcąc przypadkiem paść ofiarą zemsty pod postacią kuchennego reżimu rodem z Hell's Kitchen.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    tracę sen

    ZAJĘCIE


    i ciebie też

    UCZUCIA




      
    Eddie
       Dohemy

      
    "panie władzo, ja tu tylko tańczę

      

      

      

      

      

      

    2020-07-06, 22:02


    Z wodą?! Eddie nawet nie starał się opanować miny wyrażającej najwyższą formę obrzydzenia takim połączeniem smaków, w jego mniemaniu nawet bardziej kontrowersyjnym niż te jajecznicy z dżemem albo nawet niesławnego ananasa i pizzy. No i zupełnie jakby sam chwilę później nie zaproponował zalania płatków cynamonowych energetykiem, za co oberwało mu się soczystą reprymendą od Atlasa. Mocno słusznie zresztą, bo chociaż Eddie go podpuszczał, a tego rodzaju dania nie miał zamiaru przyrządzać już nigdy, to nawet ten jeden raz stanowił o jeden raz stanowczo za dużo.
    - W sensie... spaghetti? - upewnił się, mrużąc oczy i umyślnie pozując na najbardziej zidiociałą kanapkę, jaką Gordon Ramsay mógłby znaleźć wśród kucharzy pracujących w jego kuchni. I już chciał oferować, że, jasne, to też mogą jutro przyrządzić, ale, trzaskający szafkami krzątający się po kuchni z wprawą pani domu Atlas w końcu łaskawie przystał na zaplanowane przez Eddiego wykwintne menu, co blondyn skwitował tylko triumfalnym uśmiechem, wprawnie ignorując przy tym nieszkodliwe szykany Kahana.
    - Ale ja w ogóle się nie gniewam - odpalił przekornie w odpowiedzi, a na desperackie próby dosięgnięcia przez Atlasa szafki reagując ni mniej, ni więcej, jak tylko ustaniem w miejscu jeszcze bardziej, cokolwiek to miało oznaczać - czy skrzyżowanie przedramion na klatce piersiowej, czy zawadiackie zadarcie głowy. I, chociaż nie miały prawa pomóc żadne wyczekujące miny, ani tym bardziej ponaglające pstrykanie palcami, które chyba nawet Scooby'emu by nie zaimponowało, to już złączenie ich warg przez Atlasa - jak najbardziej. W ogóle nieprzygotowany na to, że zaraz miało ich zabraknąć na tych jego, opuścił ręce, jakby bardzo niecierpliwie chcąc być w gotowości do błądzenia nimi po tych miejscach, których nie udało mu się zbadać w szatni, ale jedyne, gdzie zabłądził, to kąt kuchni po tym, jak Atlas go tam perfidnie odepchnął.
    - Serio..? - zapytał, w przeciwieństwie do Atlasa sytuacją ubawiony zgoła mniej, ale wciąż z durnym uśmiechem igrającym na ustach i sugerującym, że równie dobrze mógłby zatoczyć się nie tylko w bok, ale i na posadzkę, a dalej byłoby warto. - O, a to nawet zabrzmiało jak prośba - pochwalił go przekornie, choć ze szczerym uznaniem, bo takie postępy w wyrażaniu własnych potrzeb jednak należało doceniać. Bez zbędnych dyskusji najpierw nastawił piekarnik (po fiasku ze spalonymi brzegami i zamrożonym środkiem już doskonale wiedział, że ten musi być gorący), a potem faktycznie odpalił pizzę, ustawiając minutnik, żeby przypadkiem jej nie spalić.
    - OKEJ. W lodówce widziałem wino, jeśli chcesz. Zresztą... - posłał mu minę, mówiącą po prostu czuj się jak u siebie, bo naprawdę nie chciał, żeby Atlas był jego gościem, tylko był tu razem z nim. Co nie oznaczało jednak, że nie czuł się trochę w obowiązku, żeby ogarnąć to i owo, dlatego - chociaż miał kilka innych, lepszych pomysłów - czas oczekiwania na pizzę postanowił spożytkować na te mniej przyjemne, zgodnie z zasadą, że najpierw lepiej się pomęczyć, żeby potem móc czilować. - Ja w międzyczasie pójdę zrobić łóżkoooo-a. Łóżka..? Łóżko? - całkiem tym swoim zmieszaniem zmieszany podpowiedzi postanowił poszukać u Atlasa, bo on sam właściwie już nie wiedział. Z jednej strony przecież zupełnie niezobowiązująco zdarzało im się dzielić jedno łóżko właściwie od zawsze, no ale z drugiej - nigdy w tych nowych okolicznościach. I chociaż on sam nie miałby nic przeciwko, to zwyczajnie nie chciał, żeby Atlas pomyślał, że wziął go tutaj tylko dlatego, że po tym pocałunku wyobraził sobie i obiecał AŻ tyle. W ogóle nie wyobrażał sobie nic, nic nie obiecywał zresztą też, wcale, kompletnie, zero. No, a przynajmniej tak odpowiedziałby, gdyby ktoś faktycznie spytał.
     
    imię / nick:edzia
    multi:charlie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-07-06, 23:58


    Pewnie sam na miejscu Eddiego zmieszałby się potwornie, ale z wygodnej perspektywy nie-gospodarza momentalne zwątpienie przyjaciela wydało mu się zwyczajnie... urocze. Wyjątkowo czuł się uprawniony do tego, by właśnie takie mieć o tym zdanie, odkrywając cały asortyment słów, którymi chyba nigdy dotąd nie odważyłby się opisać czegokolwiek co mógłby zrobić przyjaciel. Tak czy inaczej, całe to zwątpienie w pierwszym odruchu skwitował tylko słabym, całkiem mimowolnym uśmiechem, dopiero chwilę później sam znajdując moment na zmieszanie się, gdy i jego naszły wątpliwości czy udzielenie tej konkretnej odpowiedzi w sposób zbyt pewny i stanowczy nie będzie przypadkiem odrobinę... nie na miejscu? A przecież tak bardzo zależało mu, żeby teraz jakąś głupotą całej tej naprawdę wyjątkowej i najzwyczajniej w świecie miłej otoczki nie zrujnować, że presja była naprawdę wielka. – No... no może być łóżko – odparł w końcu, tak na wszelki wypadek nie mówiąc tego ani zbyt głośno, ani zbyt szybko, a w gratisie znów załączył trochę niepewny uśmiech, może po cichu licząc, że w jakiś sposób wyrówna to ewentualne straty jaka mogła mu przynieść ta wybitnie niebezpośrednia prośba. Prośba czy czymkolwiek to właściwie było, bo na pewno nie propozycją ani ofertą, nie przy tym silnie barwionym wątpliwościami tonie.
    Ale już niezależnie od tego, czy to jednak miało być łóżko, łóżka czy łóżkoooo-a, więcej już Eddiego w kuchni nie trzymał, zamiast tego idąc za jego sugestią i poszerzając zakres zwiadów o nieco uważniejsze sprawdzenie zawartości lodówki. I niby z niego wychodziła prawdziwa Rozenek, a na szarfę perfekcyjnej pani domu zasłużył sobie już gdzieś pomiędzy melodyjnym trzaśnięciem jednej szafki a hukiem przeglądanych garnków, ale intensywnych poszukiwań kieliszków zaniechał jakoś tak po trzydziestu sekundach, uznając, że sprawa nie była warta zachodu. Tak więc z winem w szklankach (ostatkami sił powstrzymał się przed nalaniem go do kolorowych kubków, tak w temacie jadłospisu siedmiolatka, serio) i pizzą stale na oku, bo najwyraźniej kulinarnym możliwościom Eddiemu nie ufał nawet gdy ten do dyspozycji miał minutnik, dosłownie na moment przysiadł na kanapie, chyba trochę z braku lepszego pomysłu na to, co ze sobą zrobić, bo powoli zaczynało brakować rzeczy do zrobienia, a szafki wszystkie już dawno przejrzał i przetrzaskał, bez sensu tak monotematycznie. Scooby'ego ta Atlasowa bezczynność wprost zachwyciła, bo natychmiast zaczął dopominać się o uwagę, a tej Kahan wcale odmawiać mu nie zamierzał, przynajmniej do momentu, w którym piekarnik o sobie przypomniał, a tak w zasadzie to nie o sobie, tylko o tej pizzy, która choć wstawiona do środka rękami Eddiego, to wcale nie wyglądała na zwęgloną na brzegach, a niedorobioną w środku. – Chodź już – zawołał więc gdy udało mu się ich dzisiejszą kulinarną atrakcję nr 1 wydobyć z czeluści piekarnika i na jakiejś zgrabnej podstawce może ułożyć na stole, tak żeby zachować pozory jakiejkolwiek kultury, bo normalnie pewnie rozprawiliby się z wykwintnym daniem na stojąco. Znaczy, zacznijmy od tego, że normalnie to już hojnie sypaliby tą pizzę czitosami, bo nie łapaliby się za to bez gastro, ale na tą jednorazową niezgodność z codziennością Atlas tym razem był w stanie przymknąć oko. – Tak jakby nie chciało mi się szukać kieliszków, więęęęc... – rzucił z wzruszeniem ramion, gdy Eddie wrócił już ze swojej misji, pewnie jeszcze dla efektu nawet wykonując jakiś fantazyjny gest dłonią, jakby liczył, że w ten sposób mrożona pizza w takim zestawieniu zrobi na blondynie podwójnie wielkie wrażenie. – Ale to Ci powinno chyba odpowiadać? I jak chcesz to może poszukam jakichś kolorowanek do tego? – wznowił swoje wyszukane żarty, bo najwyraźniej wcale mu się temat jeszcze nie znudził, a wciąż wierzył w to, że ładne uśmiechy i tym razem całkowicie wystarczą, żeby Eddiemu te niezbędne i wiecznie żywe dowcipy trochę wynagrodzić.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    tracę sen

    ZAJĘCIE


    i ciebie też

    UCZUCIA




      
    Eddie
       Dohemy

      
    "panie władzo, ja tu tylko tańczę

      

      

      

      

      

      

    2020-07-07, 11:17


    - Okej - odpowiedział, kiwając entuzjastycznie głową, a tym samym chyba dając od siebie trochę więcej niż tylko lakoniczne potwierdzenie, że jemu taki układ całkiem pasuje. Postanowił nie kwestionować tego może być, bo zaraz po nim przyszedłby czas na ale na pewno?, któremu zawtórowałoby pewnie jakieś bo nie musimy, serio, żeby koniec końców stać się to może lepiej nie, no a tego jednak w głębi duszy nie chciał, chociaż przecież gotów był całkowicie zaakceptować. Znowu postanowił nie dać wątpliwościom zagrzać na dłużej miejsca w głowie, a w zamian za to zaufać twierdzącym słowom przyjaciela i ostatecznie dać się przekonać nieśmiałemu uśmiechowi, jak zresztą pewnie do wszystkiego, o co Atlas by go teraz poprosił, nawet w jeszcze mniej pośredni sposób. Poszedł więc na górę pełnić te absolutne minimum obowiązków gospodarza domu, a pieczę nad ich wykwintnym daniem powierzając chwilowo Atlasowi. I dopiero kiedy z wprawą Goni Rozenek czy chociaż gosposi Dohemych (albo przynajmniej tak mu się wydawało) poprawiał poduszki, żeby było nie tylko funkcjonalnie, ale i w miarę estetycznie, zdał sobie sprawę z tego, że w sumie dość to zabawne, bo przecież w normalnych okolicznościach z jakimkolwiek poczuciem estetyki niewiele miał wspólnego, nie wspominając już o tym, że pewnie rzuciłby w przyjaciela tą pościelą, mówiąc, że skoro on ściszał telewizor, Atlas ścieli. Albo w ogóle zaoszczędziliby sobie kłopotu, zasypiając na kanapie pod pierwszym lepszym kocem. Ale nie miał nic przeciwko, w ogóle, tak samo jak ponaglającemu tonowi tego wołania z dołu, w kierunku którego momentalnie skierował kroki.
    - No idę przecież, id- O! – zreflektował się, bo nie spodziewał się, że wszystko będzie już wyjęte, pokrojone i ogólnie przygotowane jak należy. Zmierzył wzrokiem to wino w szklankach (i tak bardzo ekskluzywnie jak na jego standardy, on piłby z gwinta), a potem Atlasa za te szykany. - JEZU. Koca sobie lepiej poszukaj, jednak śpisz na kanapie – odbił ze śmiechem w jego kierunku, nawet nie mając siły (ani podstaw) do tego, żeby polemizować z jego słowami.
    Zerknął jeszcze, czy wszystko jest, z satysfakcją zauważając, że Atlas "jestem inteligentem, czytam książki, mam savoir vivre w małym paluszku i wiem, że imię Byrona to tak naprawdę nie Lord" Kahan zapomniał o serwetkach, które Eddie chwycił jeszcze z blatu, na zapas chcąc oszczędzić sobie tłustych plam na rękawie.
    - Nie polewasz syropem klonowym? - zmarszczył brwi, wskazując kciukiem na lodówkę, jakby faktycznie gotów był ewentualnie dobyć jeszcze tego osobliwego sosu i zabrać Kahana do takiego Flavortown, jakie Guy'owi Fieri się nawet nie śniło. No ale w sumie głupio, żeby przez kulinarne przekomarzania się ostygła im kolacja, więc w końcu usiedli do stołu, stuknęli się prowizorycznymi kieliszkami (szczęśliwie nie kolorowymi!), po czym w końcu zabrali się do jedzenia i...
    - Wow. Come a Casa is SHOOK - Eddie smarknął pod nosem, bo może i miał upodobania kulinarne przedszkolaka z uszkodzonymi kubkami smakowymi, ale to po prostu nie było to. Znaczy, jasne, picka była zjadliwa, ale to ewidentnie nie ta sama ambrozja, jaką wydawała mu się być na gastrówie.
     
    imię / nick:edzia
    multi:charlie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-07-07, 16:54


    - Wiesz co, czasem to naprawdę już nie wiem kiedy żartujesz – odparł tylko w odpowiedzi na (chyba?) dowcip, który prowokował wizje absolutnie mrożące krew w żyłach. Znaczy... Znaczy porobiony Atlas na pewno nie śmiałby pokręcić nosem na taki rarytas nowoczesnej kuchni i wcale nie zapierałby się rękami i nogami przed pizzą odważnie podkręconą syropem klonowym, ale w tym momencie powodem do poważnych zmartwień były dla niego kulinarne upodobania blondyna. Wcale tak śmiertelnie poważnie o tych energetykach i keczupach do spaghetti nie myślał, ale jakoś w zestawieniu z dość... niekonwencjonalnymi zakupami Eddiego, Atlas zaczynał coraz bardziej niepokoić się o zdrowie i dobrostan przyjaciela, choćby w takim momencie życia, w którym przyszłoby mu na przykład wyjechać na studia. I... o tym akurat wcale nie chciał pomyśleć, więc zrobił to, co w życiu podobno wychodziło mu najlepiej: od niewygody myśli o rychłym wyjeździe Eddiego tak po prostu odwrócił własną uwagę, koncentrując się na powrót na szklance wina i swoim kawałku pizzy.
    - Ćśśś, bo ich jeszcze przywołasz – stwierdził śmiertelnie poważnym tonem, zupełnie jakby całym sobą wierzył w to, że na przykład obrócenie się przed lustrem i powiedzenie "klopsiki w sosie pomidorowym" trzy razy pod rząd wywoła wszystkich lokalnych Włochów, martwych czy żywych, i sprowokuje ich do zemszczenia się za profanację świętego placka. – I lepiej się nie przyznawaj Tillsleyom do tych herezji – dodał jeszcze ostrzegawczo, tym razem nie powstrzymując już parsknięcia. Rzeczywiście, mrożona pizza nie smakowała znów aż tak wykwintnie, w ogóle daleko było jej do smakowania jakkolwiek, ale z drugiej strony – Atlas był Edowi w tym momencie o dziwo całkiem wdzięczny za to, że to właśnie w podobne rzeczy wyposażyć postanowił lodówkę, bo błyskawicznie doszedł do wniosku, że szkoda byłoby czasu na cokolwiek innego. Czasu, który po tysiąckroć bardziej wolałby zagospodarować na bycie z blondynem i robienie... czegokolwiek. W zasadzie to nie musieli robić niczego. Może właśnie całkowite wspólne nieróbstwo kusiło najbardziej z wszystkich możliwych rozrywek. – Scooby, chodź tu – entuzjastycznie przywołał do siebie psa, bez żadnego lepszego powodu dzieląc się z nim kawałkiem jednego z brzegów, bo najwyraźniej poczuł się zobowiązany w jakiś sposób szczeniakowi wynagrodzić to, że był do tej pory intensywnie przez ich dwójkę ignorowany. I to był przeogromny błąd, bo od tego momentu Scooby namiętnie kursował pomiędzy ich krzesłami, co rusz bezczelnie wciskając pysk na kolana każdemu z nich i próbując doprosić się o coś jeszcze, z czego Atlas niczego oczywiście sobie nie robił, bo do podobnych średnio cywilizowanych zachowań psa był całkowicie przyzwyczajony.
    - Tylko trochę podłe, mogło być – ocenił tonem najwykwintniejszego kulinarnego krytyka, niczym sam Anton Ego uważnym wzrokiem mierząc pozostałości pizzy. – To rozumiem, że jutro nuggetsy w kształcie dinozaurów? – wyrwało mu się zaraz, ale chyba aż się z tego wszystkiego zreflektował, że może pora przestać. Nie z litości, tylko dlatego, że poczuł się zniesmaczony monotematycznością własnego humoru. – Dobra, JUŻ PRZESTAJĘ – zapewnił więc pospiesznie, a chyba tak w próbie odwrócenia uwagi i realizacji prośby o czucie się jak u siebie, złapał te ich ekskluzywne szklanki z butelką i zarządził zmianę otoczenia. Tak właściwie to nie zarządził, tylko pytająco kiwnął głową w stronę kanapy, bardziej chyba chcąc się upewnić, czy Eddie był tak jak Atlas gotowy swoją wewnętrzną Gonię Rozenek na krótki moment uśpić i zostawić stół w takim niezbyt reprezentacyjnym stanie na rzecz... no tak naprawdę to na rzecz niczego specjalnego. Atlasowi po prostu już po tym wielkim wysiłku rozpakowywania się jakoś nie widziało się sprzątanie, a bliskość tej kanapy i późna godzina wcale go od całkowitego lenistwa nie odwodziły.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    tracę sen

    ZAJĘCIE


    i ciebie też

    UCZUCIA




      
    Eddie
       Dohemy

      
    "panie władzo, ja tu tylko tańczę

      

      

      

      

      

      

    2020-07-07, 22:12


    - Racja - prędko zreflektował się Eddie, z powagą w głosie odpowiadającą tej Atlasa. Bo, chociaż realnie zdawał sobie sprawę z tego, że Tillsley'owie (ani w ogóle żadne z ich przyjaciół) nie posiadali umiejętności materializowania się na zawołanie w danym pomieszczeniu, tej wspólnej - jakże potrzebnej - chwili samotności nie chciał dzielić z nikim innym nawet czysto hipotetycznie, po prostu nie. I pewnie nawet gdyby potrafił nakreślić dokładną przyczynę, z której wynikała ta potrzeba, a która najpewniej leżała gdzieś pomiędzy świadomością naprawdę niewielkiej sumy dni, jakie zostały im na nacieszenie się tą nową normalnością wobec zbliżających się konsekwencji podjętych decyzji co do przyszłości każdego z nich (o których, rzecz jasna, jeszcze nie mieli chęci sposobności porozmawiać), a zwyczajnie niezdrową, zaborczą naturą Eddiego, to pewnie i tak by nie chciał, wygodnie woląc zepchnąć to wszystko gdzieś na spód świadomości. Dlatego zajął się swoim kawałkiem pizzy (wbrew poprzednim ofertom nieskalanym żadnym syropem klonowym), przyjemnie niewymagającym towarzystwem Atlasa, no i oczywiście średnio usłuchanego Scooby'ego, który chyba brał udział w jednoosobowym konkursie na doproszenie się największej ilości pieszczot i jedzenia od każdego z nich. Nie to, żeby Eddie miał coś przeciwko. Wprost przeciwnie - mocno mu w tych zawodach kibicował, dokładając od siebie i głaskanie, i brzegi pizzy.
    Na słowa uznania Atlasa, Eddie najchętniej skłoniłby się teatralnie, ale skutecznie uniemożliwiała mu to zbyt wygodna pozycja w jakiej rozsiadł się z nogami mało kurtuazyjnie ułożonymi na siedzeniu krzesła naprzeciwko. W zamian za to tylko pochylił krótko głowę, finezyjnie machając przy tym dłonią w geście sygnalizującym, że szef kuchni ten osobliwy komplement przyjmuje. Nie przyjął natomiast kolejnego przytyku, bo - oprócz rąk - opadły mu też wszelkie morale i już robił bojową (choć ciągle zdrowo ubawioną) minę, wyrażającą jedynie dobitne "Serio...?". Atlas zreflektował się jednak szybciej niż Eddie miał okazję go skontrować, po czym porwał ich szklanki, no i blondyna zresztą też, który tę niewerbalną propozycję zmiany miejsca uznał za czysto retoryczną. Zanim jednak którekolwiek z nich miało szansę wybrać sobie jakieś miejsce, szczeniak skutecznie ustalił, że na pewno będzie ono siedzące, bo sam postanowił zająć sporą część kanapy swoim znowu nie tak drobnym cielskiem.
    - Żebyś Ty wkładał tyle energii w wychowanie Scooby'ego co w krytykowanie moich upodobań kulinarnych... - mruknął przekornie Eddie, nawet nie kończąc, tylko robiąc przepotężny side eye. W jego głosie na trudno było jednak doszukiwać się choćby cienia krytyki, bo zupełnie szczerze było mu bardzo wszystko jedno z tytułu psów zalegających na kanapach i łóżkach - po prostu dla odmiany chciał zrobić przytyk w stronę przyjaciela. Ze szklanką wina w ręce rozłożył się więc obok Scooby'ego (Atlas ma go na co dzień, więc uznał to za dość sprawiedliwy układ), nogi kładąc na stoliku do kawy, bo ostatnie resztki kultury ewidentnie spożytkował na wytarcie twarzy serwetką zamiast wierzchem dłoni. I tak, ulokowany całkiem komfortowo, bo między Atlasem a szczeniakiem, sięgnął w stronę pilota, na próżno starając się znaleźć w telewizji coś, co nie było softpornem klasy B albo programem wróżbiarskim. Ostatecznie, metodą mniejszego zła, wybrał jakiś thriller z lat osiemdziesiątych.
    - Poddaję się - mruknął zrezygnowany, niedbale odkładając pilota na stolik, zresztą i tak mocno średnio zainteresowany tym co leciało na ekranie. Zdecydowanie bardziej zajmujący widok stanowił Atlas, w stronę którego Eddie leniwie obrócił głowę i wlepił ten sam rozmarzony wzrok, co wcześniej w aucie i szkolnej szatni. Przez twarz momentalnie przebiegł cień uśmiechu, a przez głowę myśl, że najzwyczajniej w świecie nie był teraz w stanie powiedzieć nic, co miałoby jakikolwiek sens. Dlatego też postanowił spróbować bez niego. - Hej.
     
    imię / nick:edzia
    multi:charlie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-07-08, 01:40


    - Jezu, czemu Wy się wszyscy mnie tak czepiacie o tego Scooby'ego – poirytował się momentalnie, choć raczej niewiele wspólnego miało to z realną frustracją, nie definiując też tego mistycznego "wy", bo w ogóle nie pomyślał, że Eddie wcale nie był świadkiem krytyki psich manier autorstwa Tomka. – Nikt mnie nie uprzedzał, że ja za jego złe maniery będę musiał brać odpowiedzialność – pożalił się gorzko, choć gdy tak spojrzał na bardzo bezczelnie rozciągniętego na kanapie psa, rzeczywiście zajmującego naprawdę niepokojącą ilość miejsca, to musiał przyznać, że chyba zaniedbaniem z jego strony było przyzwyczajenie szczeniaka do takich standardów życia. Bo Scooby rzeczywiście robił co chciał, kiedy chciał i jak chciał, a w domu Kahanów jako pierwszy zwierzak otrzymywał wieczny special treatment, nie tylko od Atlasa, który niezmiennie pozwalał mu na zbyt wiele, ale i od reszty domowników, którym też jakoś nie spieszyło się do wychowywania rozbestwionego zwierzaka. – Jak coś to go po prostu przesuń – polecił, nie mając do zaoferowania żadnego lepszego rozwiązania, bo właśnie w taki sposób radził sobie z sytuacjami w których Scooby zajmował odrobinę zbyt dużą część i tak niespecjalnie szerokiego łóżka. Z drugiej strony, aż tak mu to bardzo wygodnickie ułożenie psa nie przeszkadzało, bo dzięki temu miał okazję do tego, aby całkowicie bezkarnie usadowić się wyjątkowo blisko Eddiego i wygodnie wcisnąć się w sam róg kanapy. A ponieważ było mu zasadniczo wszystko jedno w kwestii tego, co mieliby teraz oglądać, to nawet i dźwięk ubarwionych tajemniczą muzyką astrologiczno-numerologicznych farmazonów byłby gotów znieść – bo prawda była taka, że zainteresowanie telewizorem czy raczej którymkolwiek z programów przez dłuższy moment tylko dla przyzwoitości pozorował, co rusz zerkając jednak w kierunku blondyna. Ale gdy ostatecznie stało się jasne, że Eddiemu równie mocno obojętnie było w kwestii tego, co migało na ekranie, odpuścił sobie jakąkolwiek dyskrecję, podobnie jak i on, bez cienia skrępowania wbijając w przyjaciela wzrok.
    - Hej? – powtórzył z lekkim rozbawieniem, choć wcale nie zanosiło się na to, aby sam miał zaoferować jakikolwiek własny intelektualny wkład w tą... rozmowę? Chyba rozmową ciężko byłoby to nazwać, zwłaszcza, że i Atlasowi kolejne dobre kilkadziesiąt sekund upłynęło na przyglądaniu się Eddiemu z taką uwagą i skupieniem, jakby miałaby to być co najmniej ostatnia okazja do tego, żeby w ogóle na niego spojrzeć. A z resztą, byłby gotów z tym niewytłumaczalnym uwielbieniem wpatrywać się w blondyna jeszcze długo, zwłaszcza, że tym razem zupełnie nie ciążyło na nim poczucie, że tą długą chwilę ciszy należało jakkolwiek przerwać – nie była dziwna, niewygodna ani jakkolwiek niezręczna. W pierwszym odruchu spróbował w jakiś sposób stłamsić impuls całkowicie instynktownego przysunięcia się jeszcze bliżej. Raptem chwilę temu zastanawiał się, czy przypadkiem przekraczaniem pewnych granic nie było przyklejanie się do Eddiego z taką intensywnością, zupełnie jakby z jakiejś głupiej przyczyny wciąż wydawało mu się, że nawet po zgodnych wyznaniach z szatni nie był uprawniony do inicjowania jakiejkolwiek bliskości, ale... Ale te głupawe uśmiechy i przeraźliwie przeciągłe spojrzenia sprawiły, że Atlas nie potrafił ani spróbować upozorować zainteresowania telewizorem, ani tym bardziej dłużej się powstrzymywać – więc bez chwili namysłu wychylił się ponad własne podkurczone pod klatkę piersiową kolana, po to, żeby całemu swojemu dotychczasowemu zniecierpliwieniu i tęsknocie za tym, co w promowym zgiełku udało im się w wyniku jakiegoś całkowitego absurdu przeżyć, pozwolić przemówić przez jeszcze jeden, krótki pocałunek. – Mogę? – zmarszczył lekko czoło, na bok odsuwając myśl o wielkiej głupocie tego pytania, zadanego przecież już po fakcie. Ale tak samo jak o potwierdzenie słuszności tego dość mimowolnego gestu pytał w tym momencie również o to, czy na pewno wolno było mu to zrobić jeszcze raz. I kolejny.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    tracę sen

    ZAJĘCIE


    i ciebie też

    UCZUCIA




      
    Eddie
       Dohemy

      
    "panie władzo, ja tu tylko tańczę

      

      

      

      

      

      

    2020-07-08, 19:19


    Na frustracje Atlasa dotyczące faktu, że jako właściciel Scooby’ego musi brać za niego pełną odpowiedzialność, jedyne co Eddie był w stanie zaoferować, to ubawiona mina i sceptycznie uniesione brwi. Po raz kolejny natomiast przyłapał się na tym, że dość niedorzeczne stwierdzenie nie wywołało poirytowania, ani nie sprowokowało intensywnego wywrócenia oczami, a jedynie te ciepłe poczucie, że nawet tę znaczną, dzbaniarską część Atlasa nie tylko akceptował w stu procentach, ale nagle uznał za dziwnie... uroczą.
    - Świetna rada, dzięki! – rzucił ironicznie, średnio zachwycony wizją przepychania się o kawałek kanapy z monstrualnych rozmiarów szczeniakiem, który każdy wykonany w swoją stronę gest traktował jak zaproszenie do zabawy, najlepiej takiej w podgryzanie palców. Zresztą, i on nie miał zamiaru narzekać na to, jak niewielki procent kanapy łaskawie zostawił im zmęczony podróżą Scooby, bo od czasu zbliżenia w szatni cały czas czuł, że Atlasa było przy nim ciągle za mało. Sam jednak miał pewne wątpliwości, bo o ile najchętniej oprócz wzroku nie odrywałby od przyjaciela również rąk i ust, nie do końca wiedział, na ile może sobie pozwolić. I chociaż tym przelotnym, zainicjowanym przez niego w samochodzie pocałunkiem starał się wybadać położenie granic, jakie wyznaczały im te nowe okoliczności, w których się znaleźli, te pozostawały dla niego nadal jedną wielką niewiadomą. Dlatego też wpatrywał się w Atlasa, trwając w tym dziwnym zawieszeniu, w którym nawet pomruk telewizora w tle zdawał się wkomponowywać w wyjątkowo komfortową ciszę, no i chyba czekając. Może na niewerbalne zaproszenie, a może na zainicjowaną rozmowę, która jasno zasygnalizowałaby, że jednak nie powinien. Atlas nachylił się jednak w jego stronę, kolejnym przelotnym zetknięciem warg dając znać, że on też jednak tego chciał, a swoim pytaniem, że chyba też się wahał. Eddie z trudem przeniósł skupiony na wargach przyjaciela wzrok w górę, tak, żeby oprócz energicznego skinięcia głową potwierdzenie dać również pewnym spojrzeniem.
    - Tylko... - zawahał się. - Tylko może już więcej mi nie uciekaj, co? - spytał z zawadiackim uśmiechem, wyraźnie nawiązując do ich pierwszego pocałunku. Skoro kiedyś i tak będą się z tego śmiać, to chyba równie dobrze mogą zacząć już teraz.
     
    imię / nick:edzia
    multi:charlie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    będę milczał

    ZAJĘCIE


    i tak jestem martwy

    UCZUCIA




      
    atlas
       kahan

      
    "you're so art deco, out on the floor

      

      

      

      

      

      

    2020-07-08, 21:51


    Chyba bardziej niż przywoływania tematu tej nie do końca udanej imprezy Atlas spodziewał się jakiejś innej, niezwiązanej bezpośrednio z przeciętnie przyjemnym wspomnieniem okoliczności ich pierwszego pocałunku formy odrzucenia, więc dosłownie zamarł, gdy Eddie odezwał się z tym wielkim, szalenie dramatycznym zawahaniem w głosie, tak bardzo przeczący temu pewnemu spojrzeniu i energicznemu kiwnięciu głową. Już miał się peszyć, prawie jak na zawołanie cofając się nieznacznie z lekkim niepokojem błądzącym gdzieś po twarzy, ale kolejne słowa przyjaciela wywołały w nim bezwarunkową reakcję momentalnego przybrania najbardziej grobowej miny na jaką tylko było go stać. I bardzo niesubtelnego dźgnięcia go łokciem w żebra, bo trochę sobie w kulki leciał jednak.
    - To może na przykład tym razem mi nie przerywaj? – zrewanżował się w końcu, niczego lepszego na swoją obronę nie mając, ale sądząc, że to w zupełności wystarczyło aby jakoś obronić się przed tym bardzo trafnym ale równie mocno niepotrzebnym calloutem w wykonaniu przyjaciela. Z resztą, w ogóle nie zamierzał dać ani sobie, ani tym bardziej Eddiemu szansy na to, aby tą całkowicie zbędną dyskusję ciągnąć, wychodząc z założenia, że na śmianie się z pijackich sprintów przyjdzie nieco bardziej właściwa pora – bo skoro otrzymał już oficjalne przyzwolenie na to, żeby wszelkie dotychczasowe wątpliwości porzucić, ani myślał nie skorzystać z tego od razu. I właśnie dlatego pospiesznie wychylił się w stronę stolika na kawę, ostatkami sił powstrzymując się od zrobienia blondynowi solidnego side eye za trzymanie na nim nóg, bo chyba jako gość nie był do tego uprawniony, a z resztą, NIEWAŻNE, bo przecież ze swojego wygodnego rogu kanapy ruszył się wyłącznie po to, żeby odstawić swoją szklankę, i tak już praktycznie pustą. Bynajmniej nie po to, żeby ze spokojem znów wcisnąć się w poduszki, bo udzielona przez Eddiego kilka chwil temu zgoda była dla Atlasa dostatecznie przekonującym argumentem, by niemal natychmiast ponowić impulsywny pocałunek sprzed chwili. Z tą różnicą, że tym razem chyba dość jednoznacznie dał do zrozumienia, że i przez niego przemawiały teraz pragnienia i potrzeby których te wszystkie krótkie, przelotne pocałunki zaspokoić zwyczajnie nie mogły – nie dość, że i ustami przylgnął do warg Eddiego dużo odważniej, pozwalając językowi wsunąć się pomiędzy nie, to również jedną z dłoni, uwolnioną od dotychczasowego obowiązku trzymania szklanki, śmiało ulokował na policzku blondyna, nie potrafiąc odmówić sobie teraz żadnej okazji tego, aby na każdy możliwy sposób poczuć i skorzystać z jego bliskości.
     
    imię / nick:żuczek
    multi:temi
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    tracę sen

    ZAJĘCIE


    i ciebie też

    UCZUCIA




      
    Eddie
       Dohemy

      
    "panie władzo, ja tu tylko tańczę

      

      

      

      

      

      

    2020-07-09, 15:21


    Moment, w którym przez wnikliwie studiowaną od dobrych kilku minut twarz przebiegł cień zawahania, był tak krótki, że głupkowaty uśmiech człowieka bardzo ze swoich durnych żartów zadowolonego nie zdążył opuścić tej Eddiego. Co więcej, w miarę tego, jak mina Atlasa stawała się coraz bardziej poważna, Dohemy, choć naprawdę usilnie starał się nie dać tego po sobie poznać, cieszył się jeszcze intensywniej, by ostatecznie smarknąć trochę pod nosem, kiedy łokieć przyjaciela w bardzo mało subtelnym geście wylądował pod jego żebrami. Może to kwestia atmosfery, a może pobożnego życzenia, żeby tak się nie stało, ale nawet nie chciał dopuścić do siebie myśli, że to jedna z tych chwil, kiedy swoim mało czarującym brakiem taktu nieodwracalnie popsuł moment, jak choćby wtedy na kanapie szklanego domu. Sam też w ogóle nie miał nic przeciwko tej żywiołowej reakcji Atlasa i chyba nawet trochę spodobała mu się ta lekko zabarwiona żądaniem odpowiedź (chociaż - dla jasności - punktacja calloutów wskazywałaby tu na ewidentne 1:0), bo w połączeniu z odstawioną na stolik szklanką po winie dość jasno zwiastowała, że przyjaciel wcale nie miał zamiaru uskutecznić kolejnego imponującego pokazu sprintu, ale szybko wrócić z powrotem na kanapę. I chociaż bardzo chciał mu odpowiedzieć, jakoś werbalnie potwierdzić, że nie miał zamiaru przerywać mu niczego już nigdy, jedyne co był w stanie zrobić, to podążać za nim wzrokiem z absolutnym uwielbieniem wymalowanym na twarzy. Zwłaszcza, kiedy ten nie ulokował się na swoim tymczasowo stałym miejscu wśród poduszek, a znacznie bliżej blondyna, w końcu całkowicie niwelując pocałunkiem dystans między ich twarzami. Eddie w ogóle nie zamierzał pozostawać mu dłużnym, ustami chętnie odpowiadając na te zaproszenie do powtórzenia tego, co przydarzyło im się we względnym odosobnieniu i prywatności, jakie gwarantowała im przez chwilę szkolna szatnia. Dłonie, które początkowo znalazły dla siebie miejsce gdzieś na przestrzeni ostrej krawędzi szczęki i delikatnej skóry policzków, po pewnym czasie mniej lub bardziej mimowolnie zsunęły się niżej, żeby ulokować się gdzieś na talii bruneta. Jednak, nawet mimo całej tej przyjemnie wszechogarniającej bliskości ciągle czuł, że Atlasa mogłoby być przy nim jeszcze więcej, gdyby nie naturalne ograniczenia wynikające z tej średnio komfortowej pozycji, w jakiej się znaleźli. Dlatego - niewiele myśląc - podciągnął się na kanapie, już całkowicie zaniechując mało eleganckiego ułożenia nóg na stoliku do kawy, po czym trochę bardziej pewnie zacisnął palce na miękkim materiale bluzy gdzieś ponad biodrami przyjaciela, stanowczym gestem pociągając go bardziej w swoją stronę tak, że jego kolana znalazły się po obu stronach nóg Eddiego.
     
    imię / nick:edzia
    multi:charlie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: