Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-06-27, 20:35


    #12

    Na dzisiejsze spotkanie Jeremiah zaprosił Mari na… wycieczkę rowerową, chociaż swoim zwyczajem nie zdradził wielu szczegółów jej dotyczących. Zaproponował dzień, który według prognozy pogody, miał być słoneczny i bez deszczu. Ponownie mieli spędzić czas (czy można było to już nazwać oficjalną randką?) poza miastem, ale wszystko wkomponowało się tak w kontekst ich znajomości i tematów, jakie poruszali, że - jaką miał nadzieję - kobieta nie domyśli się, iż specjalnie wybiera miejsca poza oczami mieszkańców. - Po naszej ostatniej rozmowie sporo myślałem o swojej rodzinie i w związku z tym chciałbym ci coś pokazać - zapowiedział tajemniczo w momencie, kiedy wyruszali spod jej mieszkania chodnikiem, a on poprowadził ich ścieżkami kierując się w stronę lasu. Owszem, myślał o rodzinie, aczkolwiek zdecydowanie nie w tych kategoriach, o jakich chciałaby słuchać Mari. Ona miała na myśli nierozerwalne więzy rodzinne, on rozważał rozwód. Tego jednak nie planował mówić.
    Jechali przez las najpierw asfaltową ścieżką, co jakiś czas wymieniając jakieś uwagi dotyczące trasy czy komentarze o otaczającej ich przyrodzie, żeby ostatecznie zjechać na gruntową drogę. I tak musieli poprowadzić rowery przez kilka ostatnich minut podróży. Niedługo później dotarli na miejsce, którym okazała się spora opuszczona działka. - To dom letniskowy mojego dziadka, a właściwie jego pozostałości - powiedział zapinając rower do najbliższego drzewa. Niby nikt by go tu nie ukradł, ale przyzwyczajenie robiło swoje. - Często bawiliśmy się tu całą gromadą w wakacje. W dziewięćdziesiątym dziewiątym roku wybuchł pożar, który strawił dom i większość budynków gospodarczych - wskazał ręką na porośnięte już bluszczem i mchem betonowe słupy wystające z ziemi jak w tanich horrorach - ale jest coś, co zostało na miejscu mimo upływu czasu. - Zabrał z koszyka roweru przenośną lodówkę, złapał Mari za rękę i pociągnął między drzewa. Nie było go tu dwadzieścia lat, a miał wrażenie, że nic się nie zmieniło od tamtego czasu. Przeszli leśną ścieżką może sto metrów, gdy ich oczom ukazał się… domek na drzewie. Zatrzymał się na chwilę, bo poczuł się jak nastoletni szczeniak zabierający swoją pierwszą dziewczynę na romantyczną randkę. Ciekawie się zaczynało... - Dziadek zrobił go dla swoich dzieci, ale kiedy my podrośliśmy na tyle, żeby móc się tu bawić, wzmocnił newralgiczne miejsca. Nie masz lęku wysokości? - zawadiacki uśmiech wpełzł mu na usta, kiedy zaczął wchodzić schodek po schodku na górę, trzymając się prowizorycznej poręczy. - Trochę tu buja, ale to naprawdę solidna robota, chodź - zachęcił stojąc już na górze, aby chwilę później zniknąć z jej pola widzenia w środku. Wchodząc musiał schylić głowę, a jedyna optymalna pozycja bez większego schylania głowy to siad po turecku. No cóż, kiedy był tu ostatnim razem, mierzył przynajmniej dwadzieścia pięć cali mniej. - Mając osiem lat próbowałem doskoczyć stąd do rzeki - powiedział, gdy wreszcie do niego dołączyła, po czym wskazał przez okno na… dość lichy strumień nieopodal, porośnięty obecnie gęsto trawami i wodnymi krzakami. - Możesz sobie wyobrazić, jak to się skończyło - podsumował ze śmiechem. Wyjął z lodówki butelkę wina, a chwilę później burgundowy płyn wypełnił szklane naczynia do odpowiedniej wysokości. - To za co wypijemy pierwszy kieliszek? - podał jej lampkę z delikatnym uśmiechem i wbił w nią intensywne spojrzenie pełne niekrytego już zainteresowania. Był szalenie ciekawy, czego sobie zażyczy.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-06-27, 21:33


      – XXIX –

    Skoro Jeremiah Dohemy z własnej woli chciał pokazać jej kawałek swojego życia nie zamierzała protestować. Nawet jeśli ciągnął ją na rowerową wycieczkę w taki upał. Ubrana w białą koszulkę, którą dla ochłody dodatkowo związała sobie na talii, krótkie spodenki i tenisówki. Do tego ciemne okulary na nosie i związane dokładnie włosy w warkocz. Uwielbiała spędzać aktywnie wolny czas, uwielbiała wycieczki, uwielbiała pola i lasy, które mijali po drodze. Nie miała pojęcia co wykombinował i co takiego jej chciał pokazać była bardzo cierpliwa. Ich relacja ostatnio była pełna wzlotów i upadków, czym Mari była wyjątkowo zmęczona. Góra i dół. Szczęście i smutek. Radość i zazdrość. Trochę było tego dużo, więc dzień za miastem, daleko od problemów był świetnym pomysłem. Gdy zatrzymali się by popchać rowery po piaszczystej drodze delektowała się promieniami słonecznymi, szumem drzew i zapachem polnych kwiatów. Kochała te proste, ale jakże piękne bukiety. Róże były przereklamowane, więc nawet chciała zatrzymać się by zerwać trochę kwiatów do bukietu, jednak Jeremy pokazał jej opuszczone jakiś czas temu tereny, jak się okazało, należące do jego rodziny.
    - Moja babcia opowiadała mi o tym pożarze kiedyś. Podobno było tutaj wielkie gospodarstwo, pełne życia, ludzi, zwierząt – zauważyła, bo normalnie nie myślała nigdy o tej historii, jednak gdy opowiadał co wydarzyło się wiele lat temu, w jej głowie pojawiła się ta właśnie historia. To ciekawe jak działa ludzki mózg, który odnajduje nagle gdzieś w otchłani pamięci takie sytuacje. – Stwierdzenie solidna robota w Twoich ustach nie brzmi bardzo przekonująco, wiesz? Jesteś pisarzem a nie budowlańcem – zaśmiała się z rozbawieniem, trochę sobie z niego żartując. Nie mogła już poradzić nic na to, że trudno było im się powstrzymywać przed takimi docinkami. Żadne z nich jednak nie brało tego do siebie. Powoli wdrapała się za nim po drewnianych schodkach, bo nie miała lęku wysokości. Ani klaustrofobii. Ani nie bała się ciemności i pająków. Sama jako dziecko miała mały domek w gospodarstwie dziadków. Może nie tak wypasiony, zbudowany z kilku desek, który dziadek trzymał w szopie, ale dla kilkuletniej Mari była to idealna kryjówka, która kryła wiele sekretów.
    - Czyli Twoje szaleństwo zostało wyssane z mlekiem matki, nie jest to cecha nabyta – zauważyła zerkając w stronę jeziora. Nie było szans, że młody Jeremy doskoczy stąd do wody, nawet jeśli w tamtych czasach nie było wokół niego żadnych zarośli. Kilka tygodni w gipsie, tak na pewno zakończył to wyzwanie. Gdy nalał wina do kieliszków, uśmiechnęła się delikatnie i chwilę zastanowiła się nad toastem. Nie chciała mówić czegoś oklepanego. Za nas. Za wolny dzień. To nie pasowało ani do niej, ani do tej chwili – Aby każde kolejne wspomnienie jakie stworzymy było równie szczęśliwe i beztroskie jak te z naszego dzieciństwa – kolejny uroczy uśmiech pojawił się na jej twarzy, bo chciała wiecznie widzieć go takiego uśmiechniętego. By śmiał się tak szczerze i radośnie jak wtedy w jej mieszkaniu. Pieniądze, praca, rzeczy materialne były nie ważne. Przynajmniej dla Mari która nigdy nie przykładała do tego większej uwagi. – Ile dziewczyn tutaj przyprowadziłeś? I ile widziały te ściany? – uraczyła go rozbawionym spojrzeniem, ciekawa wszystkich szczegółów dotyczących tego ile kobiet straciło dla niego głowę w tym domku.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-06-28, 20:49


    No i nie zawiódł się jej toastem. Cichy brzęk szkła o szkło rozszedł się delikatną wibracją powietrza w małej przestrzeni i płynu w kieliszkach, kiedy Jeremiah ruchem nadgarstka uhonorował jej słowa uderzając jedną lampką o drugą. Nie powiedział jednak ani słowa; doskonale wiedział, że mógłby spełnić ten toast - a pragnął go spełniać z nieznośną niecierpliwością rozrywającą ciało i duszę na strzępy - gdyby nawet nie jedno “ale”, a trzy podobne wątpliwości.
    - I tak mi nie uwierzysz, jak powiem, że ani jednej przed tobą. - Uniósł brwi, a delikatne drgnięcie kącików ust mogło świadczyć zarówno o tym, że mówi prawdę jak i o tym, że kłamie. Tym razem jego słowa były szczere. Nie takie były jego sposoby podrywu. - Ale nie mogę powiedzieć tego samego o moim rodzeństwie, nie znam wszystkich tajemnic tego miejsca. - Uniósł bezradnie rękę w geście wyrażającym skruchę, iż rozczarował ją brakiem ciekawych historii, na jakie najwyraźniej miała ochotę. Dohemy nigdy nie był romantykiem, na palcach jednej ręki mógł pokazać liczbę bukietów, jakie wręczył kobietom w ciągu całego swojego życia. On wolał dawać szaleństwo, które albo przerażało potencjalne panny, albo były zbyt nudne lub zachowawcze na podjęcie rzuconego wyzwania. W przeciwieństwie do Mari. Po tylu latach znalazł wreszcie kogoś, kto potrafił zaintrygować go siłą charakteru i nieprzewidywalnym zachowaniem. Dlatego ją tu zabrał? Niee, chyba nie. Teraz także nie uważał tego miejsca jako specjalnie romantyczne. Było odosobnione, było częścią jego historii i przemyśleń, którymi chciał się podzielić. Prozaiczna sentymentalność? Być może.
    - Nie chcę cię odzierać ze złudzeń wyjątkowości tego miejsca, skarbie, ale to nie tak, że to moja kryjówka przed całym światem. Ja nigdy czegoś takiego nie potrzebowałem. Wiesz… ucieczki. - Nie, nie mogła wiedzieć. Byli dwoma różnymi światami. Kierowali się zupełnie innymi wartościami i chociaż wydawało się, że są tak podobni w swoim obłędzie, różniło ich wszystko, szczególnie poczucie bycia szczerym z samym sobą i między sobą. Zwilżył usta w słodko-cierpkim płynie. Przytrzymał go chwilę w ustach, potrzebował zebrać myśli, aby wypowiedź nie brzmiała tak chaotycznie jak do tej pory. Oparł głowę o ścianę i zapatrzył się w przestrzeń przed sobą, milcząc. Przeniósł spojrzenie na wino w kieliszku i zakręcił nim do tego stopnia, że płyn igrał na brzegu naczynia, będąc o włos od rozlania się na wszystko dookoła. - A teraz chyba uciekam - podjął nagle zatrzymując kieliszek w miejscu. Obserwował, jak siłą bezwładności alkohol kręci się jeszcze przez kilkanaście sekund, dopóki nie zatrzymał się tworząc jednostajnej tafli. - Szukam definicji tchórzostwa i odwagi oraz granicy między nimi. Myślałem, że tutaj - w miejscu, gdzie jedyną obawą był strach, że dziadek zagoni nas późną nocą do łóżek, zamiast pozwolić się dalej bawić - uda mi się ją nakreślić. W dzieciństwie było to całkiem proste, prawda? Skaczesz do rzeki, albo nie skaczesz - odwaga i tchórzostwo. Resztę wakacji spędzasz w gipsie, ale masz poczucie, że jesteś nieustraszonym bohaterem. - Przymknął powieki i uśmiechnął się delikatnie. - Dziś wszystko wydaje się płynne… - dla zobrazowania swoich słów wyciągnął rękę na całą jej długość i powolnym ruchem przekręcił nadgarstek tak, że kieliszek przechylał się na bok, dopóki cała jego zawartość nie znalazła się na drewnianej podłodze, aby chwilę później rozpłynąć się w szczelinach między deskami, pozostawiając po sobie jedynie ciemnoczerwoną plamę i zapach winnego bukietu wiśni oraz anyżu pomieszanego z mokrym drewnem. - Jest i nie ma. - Podniósł na nią spojrzenie, tym razem pełne jego zwyczajowej energii. - Pij - skinął głową na jej niemalże pełny kieliszek. - Następny toast jest mój. - Znów szelmowski uśmiech, znów swobodne ruchy, znów błysk pasji w oczach.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-06-28, 21:23


    Była święcie przekonana, że jest zupełnie inaczej. Nie miał powodów by wypierać się tego, że faktycznie ten domek na drzewie był miejscem gdzie zabierał dziewczyny na pierwsze randki. Albo gdy chciał zaimponować jakiejś opornej. Trochę jednak poczuła ulgę, gdy okazało się, że nie obdarowuje wszystkich swoich potencjalnych partnerek tę samą historią. Miło było poczuć się tak wyjątkowo i chociaż dalej był to jedynie stary, drewniany, opuszczony domek na drzewie, to takie sentymentalne miejsca Mari naprawdę doceniała. Chciała słuchać opowieści o jego dzieciństwie, o tym jak skacze do jeziora z niebezpiecznych miejsc, albo jak wymyka się z domu by z kolegami budować fortecę za wzniesieniem. To wszystko budowało zupełnie inny obraz jego osoby. Bo mimo że wiele razy próbował ją przekonać do tego, że jest tylko samolubnym palantem, to w chwilach radości dostrzegała w nim tego małego chłopca. Tak szczerego i uroczego. Słuchała jego słów z uwagą, cały czas przeszywając jego sylwetkę swoim ciemnym spojrzeniem. To co mówił było bardzo skomplikowane a metafory odnosiły się do… Właśnie. Do czego? Przed czym uciekał? Czego się bał? Wiele odpowiedzi pasowało do tych pytań, więc tylko przechyliła swój kieliszek i opróżniła jego zawartość.
    - Jeśli mnie upijesz będziesz musiał znosić mnie po tych schodach na plecach… Albo będziemy zmuszeni zostać tutaj na noc – uśmiechnęła się, bo ta perspektywa nie należała do najgorszych. Chociaż byli oddaleni od świata, gdzieś pośrodku niczego, otoczeni tylko nieskażoną pobytem człowieka naturą, to mogła tutaj zostać na dłużej. Bez problemów, pewnie bez dobrego zasięgu i obowiązków. W sumie tego jakiś czas temu pragnęła; zgubić się z nim pośrodku niczego. Nic dziwnego, że uśmiechnęła się do niego promiennie, ostrożnie pokonując odległość pomiędzy nimi. Siedziała po turecku naprzeciwko mężczyzny zastanawiając się jakim cudem znalazł drogę do jej serca. Była ona kręta, wyboista, pełna przeszkód a Jeremiah pokonał ją jakby była to najprostsza czynność. Sama nie wiedziała ile czasu po prostu milczeli, pogrążeni we własnych myślach. To było cudowne znowu nie czuć skrępowania, gdy zapada cisza. Ale jednocześnie zbyt dużo niepewności pojawiało się wtedy w jej głowie, bo pomimo że bardzo chciała mu zaufać, to coś ją przed tym powstrzymywało. – Gdy zachowywałeś się jak palant łatwiej było Cię nie lubić. Musisz się przestać tak starać wiesz? Bo jeszcze chwila i się w Tobie zakocham a to takie do mnie nie podobne… - a może już się zakochała? Na pewno straciła dla niego głowę i chociaż nie miała pewności że nie powiedziała mu wtedy po pijaku pod klubem, chyba chciała by Jeremy to usłyszał. Znaczył dla niej dużo. Przerażająco dużo. A każde takie spotkanie, niespodzianki, czułe gesty tylko umacniały ich relację. Uśmiechając się delikatnie złapała za butelkę z winem i napełniła ich kieliszki. Skoro chciał mieć kolejny toast dla siebie nie chciała mu tego odbierać. Zanim jednak pozwoliła mu na to, musiała zadać pytanie, które męczyło ją od kilku minut.
    - Przed czym chcesz uciekać? – Mari przysunęła się jeszcze bliżej, sięgając ręką do jego dłoni. Ostatnio robili spore postępy, Jer mówił o sobie więcej i to bez konieczności lawirowania odpowiednimi pytaniami. Nie chciała na niego naciskać i przez swoją ciekawość ponownie go spłoszyć. Dlatego splotła ich palce, cały czas uśmiechając się zachęcająco. – Granica pomiędzy odwagą a tchórzostwem jest moim zdaniem bardzo giętka i nietrwała. I zależy od perspektywy, bo dla jednych coś może być aktem ogromnej odwagi by dla innych było czymś przeciwnym. Na te pytania nikt nie znalazł jeszcze odpowiedzi – powiedziała spokojnie gładząc kciukiem po zewnętrznej części jego dłoni. A może nie istniało coś takiego jak odwaga? Może za każdym razem mylili ją ze zwykłą ludzką głupotą? Bo czy odwagą jest skok z takiej wysokości do tak oddalonego jeziora. Nawet dziecko wiedziało, że to się nie uda, więc było to odważne czy głupie? Westchnęła tylko ciężko i złapała za swój kieliszek unosząc go delikatnie do góry. – To za co teraz pijemy?

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-06-29, 10:22


    Otworzenie siebie, aby poznać jej zdanie. Rozeznać się w tym, na ile może sobie pozwolić, na ile jeszcze kluczyć między kłamstwem a prawdą. Niby jej słowa uspokajały, dawały nadzieję, że mógłby liczyć na jej wyrozumiałość, ale z doświadczenia wiedział, że ludzie mówią jedno, robią drugie, kiedy do rozsądek przyćmią emocje. Daleko nie trzeba szukać - był tego świetnym przykładem.
    - To, co teraz powiem, może być romantyczne, więc się przygotuj! - zaśmiał się krótko, bo ciągle nie widział się w roli romantyka, a przy niej jakoś to się działo. Czasami. Dlatego sobie z tego żartował, bo w gruncie rzeczy wprawiało go w… niezręczność. - Widzisz ten haczyk w dachu? - wskazał palcem w górę. - To klapa, można ją otworzyć. Kiedyś wyłamywaliśmy gałęzie nad nią, żeby było lepiej widać gwiazdy. Tworzyliśmy z tych jaśniejszych własne konstelacje i wymyślaliśmy do nich historie. Być może kilka nawet pamiętam. Zastanów się, czy to taka zła opcja, kilka kieliszków wina podziała jako dodatkowy bodziec fantazji. Nie mówiąc o dźwiękach i zapachach lasu… - Znów lekkie podpuszczenie, aczkolwiek w innym tonie niż zazwyczaj. Mimowolnie uśmiechnął się słysząc jej zarzut, że za bardzo się stara. Mógł przyczepić się każdego słowa, które wypowiedziała. Mógł odwrócić kota ogonem, wykręcić się jakimś żartem, jak to miewał w zwyczaju, ale… tego nie zrobił. Wpatrywał się w nią przez chwilę przygryzając policzek od środka i w końcu odbił piłeczkę: - A co w tym złego? - złapał za koniec jej warkocza i pochylił się, aby połaskotać się nim po twarzy. Zapach szamponu i jej skóry wymieszał się z wiatrem, a to połączenie uderzyło do jego głowy bardziej niż wypity alkohol. - To podobno całkiem miłe uczucie. Ekscytacja z odkrywania obiektu westchnień, wyczekiwanie chociaż kilku chwil intymności, pragnienie dbania i bycia docenianym, zwłaszcza przez tę konkretną osobę. Myśli uciekające poza wykonywane czynności do nieobecnego, brakującego elementu świata… - z tą definicją poradził sobie lepiej niż z dwiema poprzednimi. A może to też była kwestia jego własnej interpretacji? Może wyjaśnił to, co działo się gdzieś w czeluściach jego serca? Z drugiej strony mówił tak, jakby nie dopuszczał do siebie myśli, że w ogóle można się zakochać. Znał miłość, kochał przecież swoje dzieci. Ale tym razem było to coś innego. Mówienie o uczuciach bez bezpośredniego mówienia o nich.
    - Przed swoją głupotą - odpowiedział nijak nie rozjaśniając sprawy. Patrzył na jej palce, takie smukłe, ciepłe, o kilka tonów ciemniejsze od jego własnej skóry, która przecież nie należała do alabastrowych. Rozbawił go ten kontrast. Sięgając po swój kieliszek przeniósł wzrok na jej oczy, a twarz momentalnie przyozdobił mu uśmiech, mimo wewnętrznych rozterek, które nim targały. - Za szeroką perspektywę i otwartą interpretację - stukając kieliszki nawiązał do jej słów, które miały znaczenie nie tylko w tym jednym kontekście, znów odnosiły się do przyszłości wiszącej nad nim (nimi?) niczym topór kata. Ciągle nie wiedział, jak wybrnąć z impasu, w jakim się znalazł. A dzisiejsze spotkanie utwierdziło go w przekonaniu, że będzie to najtrudniejsza decyzja jego życia. Upijając łyka alkoholu naszła go myśl - właściwie… na co czekał? Aż jakiś cud sprawi, że wszystkie przeszkody znikną w magiczny sposób? Powinien załatwić to najpierw z żoną, ale w domu zawsze było coś, co go rozpraszało. A czas uciekał, coraz więcej ludzi widziało ich razem, ci życzliwi mogli połączyć kropki i sprzedać jego tajemnicę. Powinien powiedzieć jej o tym osobiście, najlepiej od razu wytłumaczyć sytuację. Albo by zrozumiała, albo kopnęła go w dupę, zanim to zabrnęło tak daleko. Przez chwilę, jedną, krótką, wywołującą szybsze bicie serca, podjął decyzję, że to zrobi. Zanim się rozmyślił, nabrał powietrze w płuca: - Mari… - Mam żonę i dwójkę dzieci. To tylko kilka słów; prostych, krótkich, przybijających. Odwaga? Czy tchórzostwo? Granica między nimi? Nie. Wycofanie, chociaż nie mógł powiedzieć, że to najprostsza z opcji. Zacisnął dłoń na jej palcach i uśmiechnął się dla rozładowania napięcia, które sam wytworzył. Na zaczęte w takim tonie słowo, musiał odpowiedzieć coś poważnego. Albo wręcz przeciwnie, w zgrywaniu się przecież odnajdywał lepszą stabilność niż w szczerości. - Cholera, kobieto. Jesteś pierwszą osobą, przy której albo mówię o sobie rzeczy, jakie nigdy nie trafiły do cudzych uszu, albo nie umiem zebrać słów w sensowne zdania, chociaż do powiedzenia miałbym całkiem sporo. Nawet nie wiesz, jakie to frustrujące. - Przeczesał palcami włosy wypuszczając ze świstem powietrze. Jakby nie patrzeć - nie skłamał. Jak zwykle przeszedł boczną drogą, obiecując sobie, że następnym razem na pewno jej o wszystkim powie.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-06-29, 11:16


    Jej wzrok od razu powędrował we wskazanym przez mężczyznę kierunku. Dostrzegła ukryty w dachu haczyk i dopiero teraz zauważyła, że na drewnianym suficie wyraźnie wyróżnia się klapa w dachu. Oczami wyobraźni potrafiła wyobrazić sobie ten moment, gdy leżą na twardej podłodze wpatrzeni w granatowe niebo pokryte milionem gwiazd. Dźwięki przyrody z oddali przyjemnie drażniłyby ich zmysły a letni wiatr wdzierałby się do środka. Nic dziwnego, że na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech zaraz po tym jak wróciła do niego spojrzeniem.
    - Tak pięknie potrafisz mówić o wszystkim, dobierasz słowa tak, że nie tylko ich słucham ale widzę i czuję. Używasz tych swoich czarów a ja coraz bardziej się w tym zatracam – nic dziwnego, że postanowił zostać pisarzem, bo dokładnie to samo robił w swoich książkach. Czarował słowem, zabierał do innego świata, w którym losy bohaterów można było porównać do własnego życia. Tyle, że książki były bardziej bezosobowe, te słowa kierował tylko i wyłącznie do niej. Wciągnął ją do swojego życia niczym ruchome piaski a im bardziej Mari próbowała trzymać się od niego z daleka, tym mocniej wpadała w jego pułapkę. Może powinna przestać walczyć? Opuścić gardę i pozwolić mu przejść przez ten obronny mur, który budowała wokół swojego serca przez tyle lat? Właściwie miał rację. Co było złego w zakochaniu się? Z pozoru nie można było odnaleźć nic negatywnego, bo to jak bycie na emocjonalnym haju. Ten jednak zawsze się kończył i tego obawiała się najbardziej.
    - Miłość kiedyś się kończy a złamane serce boli do końca życia – szepnęła w odpowiedzi na jego pytanie. Tego bała się zawsze najbardziej, dlatego nie angażowała się całkowicie w relacje z mężczyznami, bo już raz była szaleńczo zakochana i w jednym momencie całe jej szczęście pękło jak bańka mydlana. Nie chciała tego przeżywać ponownie. Ale ostatnio obiecała sobie, że nie będzie myśleć pesymistycznie, w końcu to też do niej niepodobne. Uśmiechając się delikatnie obserwowała jak łapie w palce jej warkocz i nachyla się ostrożnie. Takie małe gesty rozczulały jej serce. – Podobno? Nie byłeś nigdy zakochany? – od razu zwróciła uwagę na to jedno sformułowanie. Tak pięknie mówił o miłości, o uczuciach temu towarzyszące, ale czy znał to z własnego doświadczenia czy były to tylko wyobrażenia? Mari to kiedyś czuła, tę rozpierającą serce miłość, te motylki w brzuchu na myśl o kolejnym spotkaniu. Tak zapomniane młodzieńcze uczucie jednak wracało, bo Jeremiah wywoływał u niej dokładnie to samo. Podczas pracy co jakiś czas uciekała myślami do niego, wiele razy łapiąc się na tym, że chce do niego zadzwonić byleby tylko usłyszeć jego głos. Każdy dźwięk przychodzącej wiadomości sprawiał, że jej serce łomotało w piesi na samą myśl, że może to być wiadomość od niego. Jeremy towarzyszył jej nawet gdy był tak daleko. Upiła kilka łyków alkoholu, bo toast był równie intrygujący czy niepokojący. Uwielbiała ich potyczki słowne, jednak pewne niedopowiedzenia były po prostu irytujące, zwłaszcza, że Mari nadal nie potrafiła go do końca rozgryźć. A on? On jak zwykle nie mówił za wiele, więc tylko pokręciła głową z rozbawieniem i odstawiła kieliszek na bok.
    Mari…
    Brzmiało poważnie, więc tylko spoglądała na niego, czując, że ma do powiedzenia jej coś ważnego. Nie chodziło tylko o sposób w jaki wypowiedział jej imię. Jego spojrzenie było jakieś dziwne. Jakby zaniepokojone i przerażone? Szybko jednak powróciło do tego, do którego przywykła ostatnim czasem, więc nie zamierzała naciskać by powiedział jej wszystko, co właśnie zaprząta jego myśli. Zaśmiała się po jego wyznaniu i chociaż domyślała się, że nie to chciał jej powiedzieć, to kolejny raz Jeremiah wywołał na jej twarzy promienny uśmiech. – Skoro nie umiesz tego powiedzieć to możesz mi to pokazać – przybliżyła się i ujmując jego podbródek pomiędzy palce musnęła jego wargi. Nie. Nie tego chciała. Delikatne pocałunki jej nie wystarczały, więc przesiadła się na jego kolana pogłębiając pocałunek i oplatając dłońmi jego rozgrzaną od słońca szyję. Był wszystkim czego potrzebowała i musiał zdawać sobie z tego sprawę. Miała wrażenie, że Jeremy poznał jej duszę, rozumie ją jak nikt inny a było to zarówno cudowne jak i przerażające uczucie. – Przejdziemy się na spacer? Opowiesz mi więcej o gospodarstwie i swoich genialnych pomysłach z dzieciństwa. A znam Cię na tyle by wiedzieć, że próba skoku do jeziora nie była szczytem Twojej kreatywności – zaśmiała się, przejeżdżając kciukiem po jego zaroście. Dość często zastanawiała się jak to się stało, że wcześniej na siebie nie wpadli. Czy los był dla nich tak okrutny i kazał przechodzić jej przez tyle fatalnych i nieudanych związków, żeby w końcu mogła trafić na niego? – Może znajdziemy jakieś ustronne miejsce nad jeziorem i skorzystamy z pięknej pogody? A nie muszę Ci mówić, że skoro nie mam stroju kąpielowego to będę musiała pływać nago? – nie mieli ze sobą ani kostiumów kąpielowych, ani ręczników, ale kompletnie jej to nie przeszkadzało. Jeszcze jednego buziaka skradła z jego warg i pociągnęła go za sobą na dół. Miała ochotę przejść się po tych pięknych kwiecistych łąkach i zejść zarośniętą i zapomnianą już ścieżką w stronę jeziora.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-06-30, 09:33


    Słowa…! Błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie. Wklepywane automatycznie w klawiaturę komputera, pisane patykiem po wodzie, rzucane na wiatr. Jeremiah znał ich wagę, aż za bardzo. Bywały zdradliwe w swej parszywości, chociaż na pierwszy rzut oka (ucha?) polukrowane samymi superlatywami. Odpowiednio użyte mamiły i manipulowały, ale zdarzały się przypadki, kiedy potrafiły urzekać wdziękiem. Czasami odnosił wrażenie, że był ich niewolnikiem. Że to one same układały się w jego głowie w zdania i wypływały kojąco spomiędzy warg niczym starannie utkana melodia. Miecz obosieczny - tak Jeremy określiłby ich znaczenie. Tu znów musiałby się odnieść do interpretacji i perspektywy. Chyba do końca życia będzie na nie skazany.
    Uśmiechnął się rozbrajająco w odpowiedzi, jednak szybko wyraz ten zmienił się w zagryzienie ich od środka. To, co mówiła o miłości, zabrzmiało… auć, brutalnie. Wyobrażał sobie, że to kobiety wierzą w miłość aż po grób, ale chyba - w całej otwartości umysłu - myślał czasem zbyt stereotypowo. Z drugiej strony - czy znał jakiś przykład związku, który przetrwał próbę czasu? I to nie mówiąc o jakiejś nie wiadomo jakiej rocznicy. Chociaż kilka lat stażu, miłości, partnerstwa i zaangażowania… Przeleciał na szybko relacje znajomych i rodziny, a wniosek nasunął się sam - kiepsko, kiepsko. Zresztą, jego własne małżeństwo w znacznej mierze oparte było na odpowiedzialności za niedopilnowanie zabezpieczenia, a kontakt z żoną ograniczał się do wymieniania informacji o dzieciach czy domowych obowiązkach. A ona… musiała to przeżyć. Co mógł jej na to powiedzieć? Rzucić pustym frazesem? A może deklaracją, której nie mógłby dotrzymać? Żadna z tych opcji nie wchodziła w grę, dlatego tylko pogłaskał ją po policzku, ale ściskało go widząc tę minę, więc przyciągnął Mari do siebie, aby ją przytulić chociaż przez krótką chwilę. Nie mógł powiedzieć, że rozumie, bo akurat tego nigdy nie doświadczył. Jej zdanie było tak pewne, bo wiedziała, o czym mówi, stąd jej ostrożność. Brawo, księżniczko, jednak nie jesteś aż tak naiwna, jak podejrzewałem, pomyślał bez ironii, całując ją w czubek głowy, zanim uwolnił ją ze swojego uścisku. - Pewnie masz rację. Jednak z jakiegoś powodu ludzie cały czas tego szukają. A ja… Nie wiem…? - odpowiedział z zawahaniem zgodnie z prawdą. - Jeszcze się upewniam... - oto i zawoalowane… właśnie, co? Wyznanie? Poniekąd. Znów czające się obok, nigdy bezpośrednio. Bo jak to się działo, że w jej obecności uśmiech sam wkradł się na usta, zupełnie nieproszony? Teraz również nie tylko jego oczy śmiały się radością, jego cała postawa tym emanowała, chociaż słowami ciągle się droczył. Nie, nie musiał się upewniać. Wiedział o tym, od kiedy zaczął uśmiechać się do wyładowywania naczyń ze zmywarki albo do świeżo rozwieszonego na sznurkach prania. Od kiedy musiał pilnować się na każdym kroku, żeby czegoś nie palnąć.
    Nie oponował, gdy zinterpretowała jego słowa w ten - jakby nie patrzeć całkiem trafny, choć niepełny - sposób. Zastanawiał się, jak to możliwe, że jej wargi za każdym razem smakowały inaczej, co nie wynikało jedynie z wypitego wina. Nie, to było coś, co czaiło się gdzieś w środku, a na co słowa jeszcze nie zostały odkryte. Nie potrzebował tego nazywać, kiedy Mari znajdowała się w jego objęciach; kiedy dane mu było całować jej usta i upijać się każdym dotykiem. Ich znajomość, zaczęta w złym czasie i w złym miejscu, prędzej czy później musiała skończyć się w ten sposób. Gdy ich usta się rozłączyły, oparł swoje czoło o jej czoło i patrzył w te ciemne oczy znajdujące się tak blisko, uśmiechając się z nietypową sobie melancholią…
    Spacer! Tak, koniecznie, doskonały pomysł. W domku zaczynało robić się coraz poważniej, ale - o dziwo - Jeremiah nie czuł presji swoich uczuć. Po prostu były; spokojne, a tak pełne, tak obce! Podchwycił pomysł skinieniem głowy i pomógł jej wstać. Gdy udało im się wyjść i zejść na ziemię (dosłownie i w przenośni), Jeremy objął Mari ramieniem, aby nawet stawiając kroki była tak blisko, jak to możliwe. Odruchowo kciukiem gładził jej miękką skórę, kiedy przeciskali się między gałęziami. Opowiadał o dziecięcych przygodach, nasuwających mu się podczas mijania charakterystycznych miejsc. A skoro chciała wody, więc prowadził ją do mniejszego jeziora, które z dziadkiem nazywali stawem, bowiem jego obszar zajmował niewielką powierzchnię. Przystanął na dzikiej plaży i uśmiechnął się do wspomnień.
    - Bawiliśmy się tu piratów i marynarzy. Jeśli mnie pamięć nie myli, w tych zaroślach zostawiliśmy naszą tratwę. - Zdjął buty, podwinął spodnie i wszedł po kolana w wodę i trawy szukając zbitej z młodych drzew prowizorycznej łódki. Była. Podciągnął ją na brzeg, miała nawet wyblakłą już kolorową wstążkę przywiązaną przez Rainbow, aby zaznaczyć, że to jej drużyna zdobyła ją po raz ostatni. Była w całkiem niezłym stanie. - Okupiłem jedną z wygranych bitew wodnych wybitymi zębami i trzema szwami na brwi - pochylił się, aby pokazać jej palcem małą bliznę ukrytą w łuku brwiowym. - Boże, gdybym wiedział, że… - zaczął z rozbawieniem, ale szybko urwał, bo w całej swobodzie, jaką czuł przy niej w trakcie tego spaceru prawie palnął: moje dzieci będą się bawić w taki sposób, w jaki ja się bawiłem… Musiał szybko zmienić temat. - Na drugim brzegu dziadek podobno ukrył jakiś skarb, którego nigdy nie znaleźliśmy, a do którego prowadzi tylko droga morska. - Uśmiechnął się robiąc cudzysłów palcami. Wtedy takie smaczki zawsze dodawały klimatu przygodzie. - To co? Sprawdzimy, czy jeszcze nadaje się do pływania? - zapytał z lekkim wyzwaniem w głosie, po czym zwodował tratwę, która utrzymała się całkiem stabilnie, o ile można tak mówić o niepewnym żywiole, jakim jest woda. - Panie przodem… - dygnął po dżentelmeńsku wskazując ręką na tratwę, jakby była luksusowym jachtem i przytrzymał ją, by nie chwiała się tak bardzo, gdy Mari będzie się na nią wślizgać.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-06-30, 17:51


    Słowa nie miały tutaj żadnego znaczenia a wygłaszane przez niego puste frazesy tylko popsułyby całą tę atmosferę. Cholernie się bała, że ponownie będzie musiała przechodzić przez złamane serce, że prędzej czy później to cudownie rozpierające serce uczucie się skończy i Jeremiah pozostawi po sobie jedynie nieprzyjemną pustkę. Samotność nigdy jej nie przeszkadzała jednak gdy już zasmakowała jego bliskości, na świat patrzyła zupełnie inaczej. Chciała więcej i więcej. Była nienasycona jego pocałunkami, dotykiem, ciepłem bijącym z jego ciała. Chciała go mieć tylko dla siebie, nawet jeśli było to nieprzyzwoicie egoistyczne. Dlatego tak bardzo ceniła ich ucieczki z miasta. Nigdy przez myśl jej nie przeszło, że Jeremy ucieka przed zupełnie innymi problemami niż Mari. Ona nie ukrywała męża oraz dzieci, w sumie to niczego przed nim nie ukrywała niczym naiwna idiotka odsłaniając przed nim całą siebie. Była pewna, że on odwzajemnia się tym samym, że pokazuje prawdziwego siebie, że dzieli się z nią wszystkim a ich relacja od samego początku zbudowana została na kłamstwie. I zdradzie. I nieszczęściu innych ludzi, w tym niewinnych dzieci. Gdyby ktoś powiedział jej że kiedyś będzie ślepa na te wszystkie sygnały zaczęłaby się z rozbawieniem śmiać. I dalej żyła w tej swojej bańce mydlanej, gdzie oczami wyobraźni widziała już siebie z nim przy boku. Gdy w końcu Jeremiah wypuścił ją ze swoich ramion, z ochotą zgadzając się na spacer na jej twarzy znowu zagościł promienny uśmiech. Pogoda była cudowna. Może odrobinę za gorąco na ciągłe przejażdżki rowerem, jednak droga nad jezioro prowadziła przez las, który dawał cień i chwilę ochłody. Cały czas przytulała się do niego, jakby kilka minut bez kontaktu fizycznego miało być dla nich najtrudniejszym wyzwaniem. Słuchała tych wszystkich opowieści śmiejąc się i wyobrażając sobie tego kilkuletniego chłopca, który był taki rządny przygód.
    - Trzeba było powiedzieć, że czeka mnie dzisiaj tyle niebezpiecznych przygód to spisałabym jakiś testament – zaśmiała się, ściągając swoje buty, które trzymała w ręku gdy wchodziła do przyjemnie chłodnej wody. Odłożyła je na dryfującą tratwę i trzymając dłoń mężczyzny, sama się na nią wdrapała. Nie bała się utonięcia, potrafiła pływać, chociaż gdyby tak stara tratwa miała rozpaść się na środku jeziora byłoby nieciekawie. Odrzuciła od siebie kolejny raz czarne scenariusze i próbowała trzymać równowagę, gdy na Jeremy wsiadł na tratwę. Pewnie jako dzieci mieścili się tutaj wszyscy, teraz dwójka dorosłych ludzi miała problem z usadowieniem się na niej. W końcu Jer odepchnął ich od brzegu a Mari wsunęła stopy do wody, delektując się ciszą, spokojem, śpiewam ptaków i tym cudownym słońcem, które ogrzewało jej policzki. – Ostatnio wspominałeś, że nie jesteś blisko ze swoją rodziną, bo każdy rozszedł się w swoją stronę. Ale z tego co mi opowiadasz to mieliście całkiem udane dzieciństwo. Pełne szalonych przygód, śmiechów, wspólnych zabaw. Nie myślałeś by Was wszystkich znowu połączyć – zerknęła w bok, zsuwając z nosa ciemne okulary bo chciała dokładnie widzieć reakcję mężczyzny. Mari długo by bez swojego rodzeństwa nie wytrzymała. Czasami bracia byli nadopiekuńczy, siostra i kuzynka ją irytowały, ale byli rodziną i wybaczali sobie wszystko. Wiele ich także łączyło i żadne z nich nie opuściło Deep Lakes na dłużej. Łatwiej było zadbać o dobre relacje nawet wtedy, kiedy wyrosło się z nastoletnich zabaw.
    - Zastanawiałam się ostatnio jak wykorzystać to lato i urlop. Jeszcze jakiś czas temu nie planowałam w ogóle wyjeżdżać, ale może miałbyś ochotę na nieco bardziej odległą przygodę? Masz elastyczną pracę, mógłbyś pisać nawet na urlopie… Naprawdę chciałabym pokazać Ci Włochy – kolejny raz na jej twarzy pojawił się uśmiech, bo już mu o tym wspominała. Z tamtego wieczora w jej głowie było kilka czarnych dziur, których nie umiała zapełnić konkretnymi wydarzeniami, ale ich rozmowa już w jej mieszkaniu nie zniknęła z jej pamięci. Tutaj w Deep Lakes również było pięknie, ale skoro Jeremiah i tak poznał ją na wylot to mógł zobaczyć na własne oczy historię jej rodziny i miejsca, które miały duży wpływ na to jaka była Mari. W końcu każdy z jej rodziny mówi, że jest taka jak babcia. Szalona, dobra, ufna i waleczna. A urlop tak daleko wydawał się cudownym pomysłem. – Jak w ogóle idzie Ci pisanie? Cioś nowego wpadło Ci do głowy? – położyła się na drewnianych deskach, układając głowę na jego kolanach.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-07-01, 09:25


    Testament masz całkiem nieźle udokumentowany w swoim kalendarzu, pomyślał z rozbawieniem wskakując na tratwę. Lekko nią zakołysało, ale udało im się uniknąć nieplanowanej kąpieli. Jeremy wydał z siebie okrzyk satysfakcji i przez chwilę machał nogami, chcąc poruszyć tratwę bliżej środka jeziora. Szkoda, że nie pomyślał wcześniej o żadnym kiju do odpychania się od dna.
    - Wiesz, jak to jest. W dzieciństwie jak faza wejdzie za mocno, to bratasz się nawet z tym najbardziej nielubianym chłopakiem z sąsiedniego osiedla, bo ma fajną procę i nazbierał na farmie indyczych piór, przez co możecie zacząć bawić się w Indian i kolonizatorów. - Jak on przetrwał dzieciństwo i przeżył? Nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Przecież te wszystkie historie to był tylko fragment wszystkich przygód, jakie miał na swoim koncie. - To chyba niemożliwe, żeby dzisiaj zebrać Dohemych i ich złączyć prawdziwie rodzinną relacją. Każde z nas musiałoby tego chcieć. A duma jest w nas bardzo mocno zakorzeniona. Nie umiemy przepraszać, nie umiemy wybaczać, zwłaszcza sobie nawzajem. - Próbowali po pogrzebie ojca. Stypa zakończyła się sztucznymi uśmiechami i wzajemnymi zapewnieniami, że "odezwę się niedługo", "musicie wpaść na obiad", "zdzwonimy się". Minęło pięć miesięcy. A on spotkał się od tego czasu kilka razy z Mak i raz z Rainbow, odbierając siostrę z dworca. Sav przyniosła raz ciastka i zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Nie licząc kilku razy, kiedy zostawiał dzieci pod opieką babci. Zresztą, w swojej własnej rodzinie miał burdel, co dopiero gdyby miał zajmować się zbieraniem rodzeństwa do kupy?
    Zaskoczyła go pomysłem z urlopem. Kiedyś o tym wspominała, ale Jeremy odebrał to jako luźną myśl rzuconą w trakcie miłej chwili. Popatrzył na jej twarz zastanawiając się. Skoro powtórzyła to po raz drugi, nie były to czcze propozycje. Naprawdę chciała mu pokazać rodzinną miejscowość, z jakiej pochodzili jej dziadkowie. Ach, jak on pragnął się tam z nią wybrać! Ale zgoda oznaczała kłamstwo. I on mógł to powiedzieć tylko po to, aby widzieć jej uśmiech. Nie myślał jednak o tym, że gdy wszystko się wyda, każde jego słowo, które teraz powiedział, będzie dla niej dodatkowym ciosem. - To świetny pomysł. - Ożywił się bardzo autentycznie, mimo iż w środku wiedział, że nic z tego nie wyjdzie. - Nie mam konkretnych planów na wakacje, a skoro ja pokazałem ci kawałek mojej przeszłości, liczę na opowieść z twojego życia - zagaił odruchowo zgarniając wysunięty z warkocza kosmyk jej włosów i nawijał go sobie na palec. Cholera, tak dobrze wczuł się w rolę, że zaczął nawet odkrywać takie scenariusze, w których Mari plecie Emily warkocze na plaży nad czystą wodą Morza Śródziemnego. Marzenie ściętej głowy, ale mógłby nadstawić karku, gdyby istniał ułamek procenta szansy na wprowadzenie wizji w życie. - Kiedy masz wolne? - zapytał wracając na ziemię, bo wizja podsunięta przez własną wyobraźnię była zbyt niemożliwa do zrealizowania.
    - Hmmm… właściwie tak. Prawie zamknąłem główną linię fabularną. - Prawie to za dużo powiedziane. Rozpisał dwie wersje - tę, w której znika z jej życia, miał zapisaną do końca. Była ciekawsza przez wzgląd na nad wyraz zarysowany realizm, ale zakończenie nie napawało optymizmem. - Co prawda odgrażałem się, że nie przyjmuję skarg i zażaleń, ale możesz wpłynąć na jedną - uniósł palec wskazujący do góry, aby dobitnie podkreślić, że na więcej jej nie pozwoli, bo i tak wywróciła jego życie do góry nogami - rzecz dotyczącą tej bohaterki, która będzie tylko twoja, a ja uwzględnię to bez szemrania. Tylko nie szalej z rumakiem na białym księciu, takiej dużej zmiany nie wprowadzę - uprzedził z rozbawieniem, celowo zamieniając kolejnością konia i księcia, bo absurdy - nawet pisząc fantastykę - wolał przepychać we własnym życiu, co wychodziło mu ostatnio całkiem nieźle.
    Zanurzył dłoń w wodzie, przeniósł ją nad odsłonięty brzuch Mari, aby pojedyncze kropelki skapały na jej gorącą skórę. Obserwował rzucany przez palce cień oraz napięcie jej mięśni pod wpływem zimnego bodźca. Dotknął opuszką wystającego tej pozycji żebra i zaczął palcem tworzyć esy-floresy na jej skórze, zostawiając po sobie mokre ślady, szybko znikające pod wpływem ciepła. Jeden mały gest, a tak bardzo działał na jego odczucia. Naprawdę myślał, że emocje, które teraz mu towarzyszyły, można było włożyć między bajki, nie spodziewał się, że kiedyś i jego to dopadnie.
    - Rozbieraj się - wyskoczył nagle jak Filip z konopii i sam zaczął rozpinać swoją koszulę. - Tylko powoli! - dodał ze śmiechem, kiedy szybszy ruch zakołysał konstrukcją. - Jeśli tratwa się zatopi, stracimy swoje ubrania. Musimy być bardzo… - pochylił się, aby pocałować ją przelotnie w usta, a gwałtowny ruch spowodował, że woda napłynęła małą falą na "pokład" - ostrożni - ton jego głosu ani przez moment nie wskazywał na to, że zamierza być uważny. - Jesteś na tyle szalona, żeby wracać do miasteczka nago? - zapytał wyzywająco oblizując wargi. Tak, mógłby do tego dopuścić. W końcu to jeden mocniejszy ruch i tratwa pływa do góry nogami. A ich rzeczy lądują na dnie jeziora…
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-07-01, 19:11


    To było trochę przykre, że ich rodzina miała tak różne priorytety, że nie mogli spotkać się w jednym miejscu i jak normalni ludzie spędzić ze sobą trochę wolnego czasu. Mari często narzekała na swoich bliskich. Że są równie szaleni jak ona, że są wścibscy, głośni, nadopiekuńczy i impulsywni. Jednak byli tak ważną częścią życia, że naprawdę nie wiedziała co musiałoby się wydarzyć by chciała się od nich odciąć. Dawno już nie mieszkała w rodzinnym domu, prowadziła własne, samodzielne, dorosłe życie a i tak co niedzielę spotykali się wszyscy albo u mamy, albo u babci. To było coś cudownego mieć przy sobie ludzi, którzy zawsze przy niej byli i niezależnie od sytuacji stali za sobą murem. Niczym włoska mafia, bo podpadniesz jednej osobie to podpadasz całej rodzinie. Na samą myśl uśmiechnęła się delikatnie, chociaż Jeremiah pewnie wziął to za reakcję na planowanie ich wspólnych wakacji. To działo się tak szybko, jednak wspólny wyjazd wyszedł dość swobodnie, oboje tego chcieli, więc co mogło ich powstrzymywać? Są młodzi, bez zobowiązań (przynajmniej Mari żyła w takim przeświadczeniu), dlatego powinni zdobywać świat.
    - Myślę, że na początku przyszłego miesiąca mogłabym zaplanować takie dwa tygodnie wolności. W restauracji będzie spokojniej, ja będę miała czas by logicznie to wszystko ogarnąć i rozdzielić moje obowiązki – we Włoszech mieszka siostra jej babci, która na pewno z otwartymi ramionami przyjmie ich pod swój dach. Oczami wyobraźni widziała już jak z samego rana pakują plecak i wyruszają na piesze wędrówki by oglądać cudowny zachód słońca gdzieś nad dolinami. Jako nastolatka uwielbiała ten widok winnic spowijanych pomarańczową poświatą. Chociaż teraz zamiast obserwować winnice wolała z nich korzystać to chciała pokazać mu ten niezapomniany widok. Chciała się z nim dzielić wszystkim, nawet takimi drobnostkami jak smak włoskiego wina i zapach świeżo skoszonej trawy z okolicznych pól. – To historia mojej rodziny, bardzo bogata i ciekawa, jednak żeby poznać opowieści z mojego życia nie musimy jechać tak daleko. Wystarczy drugi koniec miasta i gospodarstwo moich dziadków. To tam zdobyłam moją pierwszą wojenną bliznę – zaśmiała się pokazując mu małą bliznę na udzie, o której już kiedyś rozmawiali. Nie raz przeskakiwała przez ogrodzenie, jednak tym razem zrobiła to tak nieuważnie, że wystający drut rozciął jej oliwkową skórę. Polała się krew, a mama potem zmyła jej głowę. To nie przeszkodziło jednak by następnego dnia znowu nie wpadła na kolejny niebezpieczny pomysł. – Wiesz co najbardziej pamiętam z mojego dzieciństwa? Zapach szarlotki, którą piekła moja babcia. Nie musiała nas wołać wtedy do domu, jej zapach nas przyciągał. Zbieraliśmy dla niej polne kwiaty i szybko biegliśmy na ciasto, które podawała z lodami. Siedzieliśmy wtedy wszyscy na werandzie i śmialiśmy się do rozpuku. To chyba jedno z tych najszczęśliwszych wspomnień. Taka beztroska i szczęście – rozmarzyła się nieco patrząc w piękne, błękitne niebo na którym na palcach jednej ręki można policzyć chmurki. Prawie poczuła zapach tego ciasta, jednak na ziemię sprowadziły ją zimne krople spadające na jej rozgrzaną skórę. Aż dreszcz przeszedł po jej plecach jednak grzecznie leżała i obserwowała podobną beztroskę i szczęście wymalowaną na jego twarzy.
    - I tyle było z romantyzmu. Kobietę trzeba rozpieścić, uwieść, dogodzić jej a nie wyskakuj z ciuchów mała – nie potrafiła ukryć rozbawienia, więc ostrożnie usiadła, bo dokładnie w tym samym momencie tratwą zabujało. Już nie chciała komentować, że w najgorszym przypadku ubrania i tak wypłyną na powierzchnie, bo delikatny materiał jej bluzki zatonąć nie mógł. A w plecaku, który zostawiła w domku na drzewie miała koszulę i telefon, więc nago do domu wracać nie będzie. I nie sądziła, że Jeremiah by jej na to pozwolił, w końcu pokazał jej już próbkę swojej zazdrosnej strony.
    - Nie wierzę, że musisz jeszcze o to pytać – zaśmiała się ściągając bluzkę i spodenki, które ułożyła na wcześniej położonych na drewnie butach. Zanurzyła nogi w wodzie, po czym ostrożnie zsunęła się do wody tak, by przypadkiem nie utopić ich jedynego środka transportu na brzeg. Woda była przyjemnie chłodna, w dodatku taka czysta i przejrzysta. Odpłynęła kilka metrów delektując się tą swobodą, którą za każdym razem czuła w wodzie. Nie spełniła swojej groźby pływania nago, jednak pewnie była to kwestia czasu aż pozbędą się ostatnich części swojego ubioru. Nurkując w wodzie, podpłynęła w stronę mężczyzny, wynurzając się tuż przed nim. Otrzepała mokre włosy a z policzków starła mokre krople. – Czy mam świadomy wpływ na losy bohaterki czy muszę uzbroić się w cierpliwość i czekać? Doprecyzujesz o jaką sprawę chodzi? – wróciła do wcześniejszego tematu, oplatając go nogami w pasie. – I książęta z białymi rumakami są nudni. Wolę całować żaby – zażartowała muskając nosem skórę tuż za jego uchem.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-07-01, 22:56


    Początek przyszłego miesiąca... Data tak bliska, a w umyśle tak odległa, jakby po niej miał nastąpić koniec świata. Najprawdopodobniej czterech jeźdźców apokalipsy zapuka do jego drzwi zdecydowanie szybciej. Pokiwał jednak energicznie głową, akceptując bez zawahania ten czas. - W wydawnictwie też jest okres urlopowy, nikt nie powinien suszyć mi głowy o terminy, więc pozostaje tylko rezerwować bilety lotnicze. Biorę to na siebie - bo czemu nie? Mógł przecież tego dopilnować. Albo nie dopilnować niczego i - w razie co - na ostatnią chwilę się wycofać, już miał w tym wprawę.
    Podświadomie uśmiechał się do jej historii. Musiał bliżej się przyjrzeć, aby dostrzec nieco jaśniejszą linię blizny, o której wspomniała. I jej dotknął opuszką palca, jakby od zaspokojenia swojej ciekawości, czy jest w poziomie skóry, czy też nieznacznie ponad nią wystaje, zależało co najmniej powodzenie w jakiejś ważnej życiowej decyzji. A takich do podjęcia Jeremiah miał kilka. Kto wie - może akurat to mu pomoże w podjęciu dobrego kroku? - Ach, szarlotka! - znów zaskoczenie. Kojarzyła mu się bardziej z tiramisu - goryczka kawy w połączeniu ze słodyczą kremu, delikatnością mascarpone i migdałowym amaretto. Jego analizowanie jej osoby zakrawało już o czysty obłęd. Od pierwszego spotkania uzależniała go od siebie tak bezwstydnie, że nie był już pewien, ile w tej relacji jest jego, a ile jej manipulacji. - Najmocniejsze wspomnienie z wczesnego dzieciństwa, jakie wryło mi się w pamięć, to satynowa pościel w sypialni rodziców, w której tarzaliśmy się bawiąc się w smoki albo uprawiając dziecięce zapasy - potarł kciukiem i bok palca wskazującego, przypominając sobie ten materiał, a w uszach momentalnie pojawił się szelest tkaniny towarzyszący pocieraniu jej kawałków o siebie. - A ja nawet nie lubię satyny - dodał z rozbawieniem przenosząc na nią swoje spojrzenie, kiedy pozbywała się górnej części swojej garderoby. Zaśmiał się na jej słowa zdejmując spodnie. - Cholera, może dlatego wszystkie moje związki tak szybko się rozpadały? Byłem najwyraźniej zbyt bezpośredni - powiedział z lekką kpiną w głosie, ale coś mogło w tym być! Jego metody podrywu trudno było nazwać subtelnymi czy romantycznymi. Nie zamierzał się na tym skupiać, nie potrzebował myśleć przy niej o innych kobietach.
    Jezioro było na tyle płytkie, że kiedy Jeremiah zeskoczył z tratwy, oparł się stopami o dno, a tafla wody sięgała mu do mostka, co w sumie przy jego prawie dwóch metrach nie było specjalnym wyczynem. Przeszedł go dreszcz, kiedy gorące ciało otulił chłód wody. Przyzwyczajając się do różnicy temperatur patrzył, jak kobieta odpływa, mącąc spokojną do tej pory wodę wokół siebie. Uwielbiał poznawać ją w sposób, w jaki Mari nawet nie podejrzewała, że on odkrywa ją coraz bardziej i bardziej. Jeremiah nie słuchał tylko słów. Obserwował gesty, wyraz twarzy, lekkie zmrużenie oczu. Nasiąkał poszczególnymi głoskami wypowiadanych słów, wyłapywał subtelne różnice między jednym śmiechem a drugim, analizując powód tej ledwie dostrzegalnej zmiany. W całej swojej przenikliwości i odkryciu tylu jej charakterystycznych przyzwyczajeń czy cech, ciągle miał poczucie bezgranicznego niedosytu. Uczył się jej na pamięć i zapominał jednocześnie, aby robić miejsce na więcej. Jak na przykład widok wynurzającej się jej sylwetki oraz twarzy tuż obok - tak świeżej, kwitnącej, pięknej.
    - Nie do końca świadomy - przyznał po chwili namysłu. - Nie zdradzę ci zakończenia, więc to musi być coś bardzo jej bliskiego, ważnego tylko dla niej, ale nie na tyle zwariowanego, żeby wywracać jej świat do góry nogami. Musisz znaleźć coś, co ją określi, a jednocześnie będzie tak subtelne, że nie wpłynie na całą historię. - Mówił w taki sposób, jakby oddzielał od siebie postać fikcyjną od realnej, chociaż oboje doskonale wiedzieli, że odnosi się bezpośrednio o niej. Na żart o żabie zagryzł lekko wykrzywione w uśmiechu wargi. Korzystając z tego, że woda spowalniała ruchy kobiety, a jej ręce znajdowały się na wysokości klatki piersiowej, rozpiął sprawnie jej stanik, złożył go na pół i rzucił gdzieś w okolice tratwy. Materiał nasiąknięty wodą leciał płynnie, dopóki nie wylądował na jego koszuli. Rzut koszykarza pozostał, pomimo tak długiego braku profesjonalnej gry. - Ha! Za trzy punkty! - zawołał ze śmiechem, żeby chwilę później rozplątać nogi Mari owinięte wokół jego bioder. - A to za żabę - złapał ją w pasie, dzięki wyporności jeziora podniósł ją wysoko do góry, a potem… rzucił nią przed siebie, chociaż woda niestety tym razem nie okazała się jego sprzymierzeńcem - Carlotta z pluskiem wylądowała zdecydowanie bliżej niż zaplanował. Zaśmiał się odchylając głowę do tyłu. Nabrał powietrza w płuca i zanurzył się cały pod wodę, zanim ona zdążyła odzyskać równowagę po swoim locie. Kiedy przyzwyczaił się już do chłodu otaczającego go ze wszystkich stron, podpłynął do niej na plecach, rozkoszując się kontrastem między zimną wodą, a cieplutkimi promieniami słońca padającymi na jego twarz, klatkę piersiową i brzuch. - Proszę, oto romantyzm na miarę żaby - ruchem dłoni chlapnął w jej stronę drobnymi kropelkami wody. - Zamiast domu z drewnianych bali otoczonego białym płotem mam do zaoferowania zbiornik wodny porośnięty trzciną i nenufarami. - Obrócił się w wodzie i z pluskiem zanurkował, aby po kilku sekundach wynurzyć się ponownie tuż przed nią. - Piszesz się na takie królestwo, księżniczko? - Oblizał językiem wargi, przygryzł jego koniuszek, aby na koniec szybko schować go z powrotem do jamy ustnej, wykrzywiając usta w prowokacyjnym uśmieszku.
    Tak, tak, jesteś płazem, Dohemy. Przebrzydłym i oślizgłym płazem, niewiele wyżej w drabinie ewolucyjnej niż wstrętne robale, na widok których pierwszym odruchem jest obrzydzenie i chęć jak najszybszego rozdeptania. Trudno. Nie przeszkadzało mu to w najmniejszym stopniu, kiedy swoje grzechy i nagrody jednocześnie miał na wyciągnięcie ręki.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-07-02, 07:53


    Dokładnie wiedziała jaka informacja była na tyle subtelna by dodać pikanterii książce, zostawić otwartą furtkę na kolejny tom a jednocześnie nie bardzo wpływa na zakończenie historii. A może wpływa? Gryzło ją to od kilku dni a jedyną osobą, której się zwierzyła był jej młodszy brat. Jego rada, z pozoru tak prosta nie mogła zostać wcielona w życie. Jeremiah pojawił się w jej życiu w nieodpowiednim momencie. Powinni dostać więcej czasu, powinni spotkać się kilka lat temu przez co wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej… A może Mari musiała po prostu dorosnąć? Zamknąć pewne rozdziały w swoim życiu by w końcu pozwolić sobie na ponowne otwarcie serca? Sama nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć, dlatego w milczeniu spoglądała w jego cudowne oczy, palcami wodząc po jego torsie. Spokojna woda co chwilę unosiła ją do góry, więc mocniej splotła łydki wokół jego pasa, chcąc pozostać jak najbliżej niego. Słońce powoli osuszało jej twarz i ramiona z mokrych kropel, delikatnie łaskocząc jej skórę. Nie chciała tego wszystkiego niszczyć, więc zastosowała ich najbezpieczniejszą i sprawdzoną formę ukrycia prawdziwych uczuć.
    - Subtelność nie jest jej mocną stroną, jeśli coś robi to robi to z hukiem – zaśmiała się, mówiąc oczywiście niekoniecznie o postaci, którą można było modelować niczym plastelinę a o sobie. Jej gorący temperament powodował że nie była ani subtelna ani delikatna. Pewność siebie biła z każdego jej ruchu, nawet w sytuacjach kiedy nie czuła się komfortowo. Chciała znać zakończenie historii, chciała mieć w rękach szkic jego nowej książki i przeczytać ją zapewne w jedną noc. To byłoby coś nowego, coś ekscytującego widzieć siebie oczami innej osoby. Nie zdążyła jednak nic odpowiedzieć, bo Jeremiah wykorzystał sytuację i pozbył się jej górnej części bielizny. Tylko obserwowała jak jej stanik ląduje na tratwie a na ustach mężczyzny widnieje zadowolony uśmiech. – Myślałam, że Kanadyjczycy bardziej skupiają się na hokeju niż na koszy… - nie dane jej było do kończyć bo z wielkim pluskiem ponownie znalazła się pod wodą. Bawili się niczym dzieci (no może nie do końca, bo zamiast podtapiać go pod taflą przezroczystej wody miała ochoty ściągnąć resztę ich ubrań i bezwstydnie go wykorzystać). Zaśmiała się radośnie, chowając się przed kolejnymi kroplami wody. Obserwowała go jak dryfuje obok niej. Taki spokojny, szczęśliwy, zrelaksowany. Biła od niego szczera radość, która udzielała jej się za każdym razem gdy byli obok siebie. Niezależnie czy było to zaplecze restauracji, jej mieszkanie, niespodziewane wakacje w domku letniskowym czy zwykła rowerowa wycieczka za miasto.
    - Nie byłabym pierwszą, która rzuciłaby wszystko dla faceta, więc tak, piszę się na to – odpowiedziała całkowicie poważnie, bo niezależnie gdzie by ją zabrał, chciała tam być razem z nim. – Chociaż to spory spadek z roli rzymskiej bogini do właścicielki kawałka tego stawu… - tym razem na jej usta wkradł się rozbawiony uśmiech, bo zbyt dużo dzisiaj pomiędzy nimi padało poważnych słów. Z jednej strony stawali się sobie coraz bliżsi ale ich obietnice i zobowiązania były bardzo płynne i nie do końca pewne. Lawirowali gdzieś pomiędzy deklaracjami a żartami, pozwalając sobie na wiele niedomówień i czytania pomiędzy linijkami. Na razie jej to wystarczyło, bo widziała jak Jeremy na nią patrzy, jak pożąda ją wzrokiem za każdym razem gdy widzą się po kilku dniach rozłąki. Zawsze uważała że czyny mówią więcej niż słowa, bo ciało nie kłamie, nikt nie był takim dobrym aktorem by oszukać oczy, które jako zwierciadło duszy zdradzało prawdziwe uczucia. Dlatego ponownie objęła łydkami go w pasie, trochę teraz nad nim górując. Spoglądała wprost w jego oczy przez dobrych kilka sekund, napawając się tym widokiem, jakby gdzieś pod skórą przeczuwając że musi się nasycić tym wszystkim, bo w każdej chwili może zostać jej to odebrane.
    - Czasami… Ale tylko czasami mam wrażenie, że jesteś jedynie wytworem mojej wyobraźni. Albo że śnię na jawie… – szepnęła przeczesując jego mokre włosy smukłymi palcami. Tyle lat czekała na mężczyznę, który zdobędzie jej serce, który ją w sobie rozkocha i sprawi, że ponownie poczuje te ekscytujące motylki w brzuchu. To nie był tylko seks, już dawno odrzuciła tę myśl, bo mówili sobie rzeczy, które normalnie pozostawały jedynie w ich głowach. A jednak dalej trwali przy sobie, pożądając siebie tak samo jak podczas pierwszego spotkania. A może nawet mocniej? Bo nie chodziło już tylko o fizyczność. Równie mocno pragnęli informacji, poznawania drugiej osoby, jej przyzwyczajeń, nawyków i myśli. – Ale gdy się budzę Ty dalej jesteś. A może to dalej sen? Jeśli tak to proszę mnie nigdy z niego nie wybudzać – zbliżyła się do niego i złączyła ich usta w pocałunku. Zakochała się w tym palancie, który znalazł sobie stałe miejsce w jej myślach. Ale takiego mężczyzny właśnie potrzebowała. Równie szalonego, bezczelnego, potrafiącego ją zdominować i nieobliczalnego. Nuda w życiu na pewno im nie groziła. – A teraz moja żabko ściągaj gacie – ponownie wbiła w niego prowokujące spojrzenie, stosując dokładnie taką samą bezczelnie bezpośrednią komendę jak on jeszcze kilka minut temu.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-07-02, 20:51


    Widział, że Mari nad czymś myśli, ale nie poganiał jej, rozkoszując się dotykiem, obecnością. Jednocześnie chciał odkryć to, co działo się w jej głowie i pragnął pozostawić sobie tę niepewność niedopowiedzenia, która popychałaby go dalszych dociekliwych badań jej osobowości. Roześmiał się, gdy po tych kilku chwilach zawieszenia uraczyła go takim wytłumaczeniem. Kiedy o tym wspomniała, musiał przyznać jej rację, chociaż on dostrzegał w niej subtelność. Ale czy wynikało to z idealizacji jej obrazu, czy też perspektywy patrzenia przez swoją obcesowość? Gubił się w sobie coraz bardziej. - No dobrze, to nie musi być nic specjalnie subtelnego. Ale coś jej. I tylko jej. Nawet drobiazg, przyzwyczajenie, coś, co ją wyróżni i będzie twoje… to znaczy... - sam już w jakimś momencie się zapętlił, więc pokręcił tylko głową dając sobie spokój z tłumaczeniem. - Dostałaś fragment fabuły, dodaj do niego trochę własnej magii. - Może na tym polegało clou prawdziwych postaci? Że inspiracje do ich stworzenia wkładały w nie coś własnego? Cholera, coś przeczuwał, że jeśli naprawdę skończy tę książkę - bez znaczenia, na które zakończenie się zdecyduje - będzie to jego najlepsza publikacja.
    Dlaczego za każdym razem, gdy słyszał, że Mari traciła dla niego głowę, robiło mu się tak… nieswojo, oczywiście w tym pozytywnym aspekcie. Czasami - kiedy pałeczka kontrolowania sytuacji przechodziła na stronę Carlotty - był jak dziecko we mgle, które nie wie, jak wrócić do głównej drogi, chociaż doskonale posługiwał się identycznymi zagrywkami prowadząc w ich małym wyścigu w walce o dominację. Jakby dopuszczenie do siebie osoby, dla której możesz znaczyć coś więcej, było równie trudne, jak otworzenie siebie samego. Znów nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Znów po prostu ją pocałował. Będzie musiał wprowadzić jakieś nowe sztuczki do ich gierek, bo robił się monotematyczny!
    - Och, nie martw się, zaraz wymyślimy ci jakąś równie interesującą legendę. - Także popatrzył jej głęboko w oczy, szukając w nich historii. W szerokich źrenicach dostrzegł jedynie cień swojej głowy, ale gdyby dało się spojrzeć głębiej… Uśmiechnął się, bo przecież to było całkiem proste. - Tutaj pasowałaby indiańska szamanka strzegąca duchów jeziora, w którym ukojenie od życia i niespełnionej miłości odnalazły wszystkie nieszczęśliwe kobiety pozostawione na świecie same ze swoim ciężkim losem. Majestatyczna i silna. Wyrozumiała dla zbolałych duszyczek wznoszących modły do jej imienia, roztaczająca nad nimi aurę wyciszenia i pokrzepienia, a jednoczenie bezwzględna wobec okrutników, tak podle traktujących jej wyznawczynie. - Obraz momentalnie pojawił się przed oczami. To przez ten warkocz? Bliznę na udzie? Tak, wydawała się być waleczną księżniczką. Z wplecionymi we włosy liśćmi i pojedynczymi kwiatami, barwnymi symbolami wyrysowanymi na twarzy naturalnymi barwnikami. W skórzanej tunice przewiązanej w pasie, naszyjnikiem z plecionki kolorowych sznurków, kamyków i kilkoma piórami. Z przepaską na biodrach wykończoną od dołu gęsto z lnianych frędzli. A to nie wszystko! - Jej bronią byłby złoty puchar wysadzany kolorowymi kamykami symbolizującymi każdą duszę uśpioną w jeziorze. Częstowałaby hojnie wodą z niego tych wszystkich młodzieńców, o których zgubę modliły się jej dziewczęta, doskonale wiedząc, że ich los wraz z ostatnim łykiem byłby przesądzony… Z czarującym uśmiechem zachęcałaby cichym głosem “pij, pij, ptaszyno, to najlepsza woda, woda sprawiedliwości, na wieki ugasi twoje pragnienie, bez obaw, pij, pij”... - jak zwykle odpowiednio modulował głos, dodając dramaturgii swojej opowieści. Z jakiegoś powodu ciągle krążył wokół tematu porzucenia i odpowiedniej interpretacji poszczególnych zdarzeń. Może podświadomie czuł, że już najwyższa pora odkryć karty? Powziąć jakąś decyzję, która zakończyłaby ten wewnętrzny spór samego z sobą. Bez oczekiwania na jak najmniej bolesne zderzenie z rzeczywistością. W tym momencie nie było już dobrego rozwiązania. Nie dał po sobie poznać tych wewnętrznych rozterek, gdy na jego usta wstąpił nieco kpiący uśmieszek. - A żabi król skakałby upierdliwie koło jej nóg, licząc na odrobinę godności i splendoru swej szamanki - zakończył z rozbawieniem, żeby jakoś umieścić siebie w tym wszystkim. - Czy to wystarczająco honorowe stanowisko? - przechylił głowę uważnie się w nią wpatrując. Uśmiechnął się, gdy wspomniała o wytworze wyobraźni, bo on odnosił dokładnie takie samo wrażenie, przy czym w jego przypadku nawet w rzeczywistości potrafił patrzeć na nią kalką własnych wyobrażeń. Nie potrzebował być obiektywny. Wolał swój własny świat, nawet jeśli wykreślony fantazją, elokwencją i kłamstwem, bo wybudzenie czekało ją szybciej niż się tego spodziewała. A on dalej brnął w oszustwo ukryte pod lekko wypowiedzianymi słowami: - Zobaczymy, co da się z tym zrobić - powiedział, kiedy po pocałunku ich usta się rozłączyły. Na chwilę, bo Jeremiah w odpowiedzi na tę prowokację, przygryzł delikatnie jej wargę. - Jak zwykle jesteś o krok do tyłu, skarbie. Bo widzisz... ja już ich nie mam - droczył się z nią przeciągając kolejne sylaby, a ostatnie zdanie wyszeptał jej prosto do ucha, schodząc dłońmi do jej pośladków, napiętych od utrzymywania pozycji w wodzie splecionymi wokół jego pasa nogami.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-07-02, 23:09


    Coś co było tylko jej…
    Znaleźć takie rzeczy nie było prostą sprawą, bo gdyby wymazać te ciemne przenikliwe spojrzenie, oliwkową karnację i kręcone włosy to Mari niczym nie wyróżniała się z tłumu dziewczyn mieszkających w tym miasteczku. A może jednak się wyróżniała? Czy jej temperament, żywiołowość i skłonność do szalonych pomysłów nie była jej cechą, z której znali ją wszyscy rówieśnicy? Ekspresyjność, wręcz przyklejony do twarzy uśmiech i emanująca z niej pewność siebie. Ale Jeremiah dobrze to wszystko znał, bo widział nawet więcej jej możliwości. To nie o to chodziło, chciał się dowiedzieć o rzeczach, których nie dostrzega nawet bystre oko, coś co siedzi głęboko w niej. Ale czy na pewno chciała dzielić się jakimiś głębokimi sprawami? Zwłaszcza że miały skończyć w książce, którą być może za jakiś czas każdy w tym miasteczku będzie miał okazję przeczytać. Patrząc jednak w jego oczu wszystkie wątpliwości ją opuściły. Jeremy nigdy nie zrobiłby niczego by ją narazić, nie wykorzystałby pewnych informacji tylko po to by jego książka odniosła sukces. Nawina idiotka.
    - Gdy próbuje się bardzo skupić nad czymś ważnym przygryzam… znaczy ta bohaterka przygryza ołówek. Zwłaszcza w pracy, gdy próbuje rozszyfrować kolejne tabelki w zamówieniach – luźna informacja, którą pewnie sporo osób zauważyło, zwłaszcza że Mari uwielbiała pracować przy jednym ze stolików umieszczonych pod oknem w restauracji. To było jej ulubione miejsce, skąd mogła dyskretnie wszystkich obserwować. Sama się gubiła w jakiej formie powinna o tym wszystkim mówić skoro obydwoje wiedzieli, że postać wykreowana jest na jej osobie. – Twoja bohaterka uwielbia też słuchać starych płyt, które znalazła kiedyś na strychu w domu rodziców. Rockowe brzmienie gra w jej duszy, chociaż sama woli pisać i śpiewać melancholijne ballady.. I nigdy nie pokazuje swoich słabości przy innych ludziach. Jeśli musi płakać to robi to w samotności… - nie była pewna czy są to w ogóle istotne dla historii fakty, ale jeśli coś nadawało się do dopisania do charakteru postaci i opublikowania w książce, to sam wybierze. Uśmiechała się do niego, gdy tak sobie we dwoje dryfowali. On stojąc niezdarnie na niestabilnym podłożu, ona lekko wysunięta nad wodą, pozwalająca by promienie słońca opadały na jej nagie ramiona. Gdy opowiadał historię w jakiej jej widział, tutaj nad tym jeziorem, przymknęła na chwilę oczy wyobrażając sobie całą tę scenerię. Pasowało to do niej i Jeremy dokładnie zdawał sobie z tego sprawę. Władcza, pełna gracji i uroku, wabiąca nieświadomych mężczyzn w śmiertelną pułapkę. Czy właśnie taka była? Potrafiła omamić swoją energią nie jednego, ale przecież daleko jej było do czarnej wdowy, która pożerała swoje ofiary. Cichy szept wydobył się z jej ust, gdy tak dokładnie opowiadał jej każdy szczegół tej legendy. Czasami zastanawiała się czy Jeremiah tak pięknie lawiruje słowami opowiadając także o swoim życiu? Czy mami ją opowieściami, które są tak podkoloryzowane że z prawdą mają mało wspólnego? Czy tak pięknie formułuje zdania by nie dotykać najtrudniejszych dla niego tematów? Wiele wątpliwości zaprzątało jej głowę, jednak to nie był ani odpowiedni czas ani miejsce na takie rozważania.
    - Mogę wprowadzić małą poprawkę do tej historii? – z uśmiechem na ustach ponownie na niego spojrzała, chcąc doprecyzować jedną rzecz – Nie będziesz żabim królem, bo po moim pocałunku zamienisz się w księcia. I dopóki będziesz grzeczny będę karmić Cię najsłodszymi owocami całego świata a Twoje ciało… No cóż, będę je wykorzystywać do zapewniania nam obojgu prawdziwej rozkoszy. Będziemy tutaj razem. Ja i Ty. Indiańska szamanka oraz jej wierny rycerz, który nie pozwoli by spadł jej chociaż jeden włos z głowy. Bo chociaż jest silna i odważna, to czasami potrzebuje równie silnego męskiego ramienia – kolejny raz uciekali w świat fantazji, pozwalając sobie na wyimaginowane historie. Tak jednak łatwiej się rozmawiało, bo w każdej wypowiedzi przeplatali coś realnego. Jakieś zobowiązania i obietnice, o których mówiło się znacznie trudniej gdy brzmiały poważnie. Mari nie miała zielonego pojęcia, że to wszystko jest oszustwem. Dziwną grą i zabawą, w której to od samego początku Jeremiah rozdawał karty. Gdyby tamtego dnia gdy pojawił się w jej kuchni wiedziała… Wszystko by wyglądało teraz inaczej a oni nadzy nie pływaliby razem w jednym z kanadyjskich jezior. Tak szczęśliwi i nieświadomi (przynajmniej Mari) zbliżającej się katastrofy.
    - W takim razie dlaczego ja jeszcze je mam na sobie? – odpowiedziała równie cicho, wodząc dłońmi po jego ciele. Oplotła mocniej jego szyję, pozwalając by jej ciało mocniej zanurzyło się w wodzie, jakby chciała faktycznie przekonać się, że pozbył się swojej bielizny zanim wskoczył do wody. Z uśmiechem stwierdziła, że poza jej majtkami nic nie stoi na przeszkodzi pomiędzy ich ciałami. Ten facet sprawiał, że nie mogła się nim nasycić. Im więcej kosztowała przyjemności tym bardziej była na nie łasa. Uwielbiała to jak ją prowokował, jak rozpalał jej ciało i powodował to przyjemne mrowienie pomiędzy udami.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-07-04, 12:28


    Uśmiechał się słuchając (zwłaszcza przy tym potknięciu przy decydowaniu, czy mówi o sobie, czy jednak o bohaterce), a w głowie już układały mu się konkretne zdania z wykorzystaniem tych informacji. Jedną z nich nawet planował umieścić w epilogu. Tak, to były takie nawyki, na które liczył, a których - z drobnymi wyjątkami - nie zdążył jeszcze samodzielnie wyłapać. - Wiem, jedną z nich ci kiedyś ukradłem - wtrącił z rozbawieniem, gdy napomknęła o płytach rockowych. On także specjalnie wygrzebał w domu rodzinnym stary gramofon ojca, żeby móc odsłuchać zabranych kiedyś “na pamiątkę” Scorpionsów. Uderzyło go, że tamten poranek, kiedy zostawiła go samego w jej mieszkaniu, miał miejsce względnie tak niedawno. Ile od tamtego czasu się wydarzyło! A ile równie (lub bardziej) burzliwych chwil ich czekało… Krótkim całusem odgonił od siebie te myśli. Doskonała broń w walce z narastającym poczuciem winy - skupianie się na Mari. Za to przypomnienie o balladach nasunęło mu kolejny pomysł wpływający na autentyczność bohaterki. - Będę mógł użyć kilku fragmentów z twoich tekstów z kalendarza? Mam parę miejsc, w których świetnie by się wpasowały. A jeśli nie chcesz ich sygnować swoim nazwiskiem, w podziękowaniach uwzględnię anonimowego twórcę. - To było dość ryzykowne pytanie, biorąc pod uwagę jej reakcję na wiadomość, że je przeczytał, ale co mu szkodziło? Jej teksty były naprawdę dobre i nie rozumiał, dlaczego chowa je do szuflady. Może gdy dane im będzie jeszcze kiedyś o tym porozmawiać, spróbuje ją namówić do nagrania tych kawałków? Gdyby się uprzeć jego agent napomykał coś o przerzuceniu jego książek na audiobooki. Wiązało się to z profesjonalnym studiem nagrań. Czyli wydawnictwo miało podpisane umowy z odpowiednimi pracowniami. A on po nitce do kłębka doszedłby do kogoś na tyle wpływowego, kto udostępniłby mu chociaż na jeden dzień takie studio. Tak, to było osiągalne.
    W przeciwieństwie do zakończenia historii, jaką Mari sprezentowała mu w odwecie. Słoneczko, prędzej czy później to ja skończę jako twoja pierwsza ofiara, pomyślał z rozbawieniem pomieszanym z pewnego rodzaju… rozczarowaniem? Sobą samym, że będąc takim arogantem, nie mógł przyswoić sobie chociaż odrobiny przyzwoitości i odwagi, aby się przyznać, mimo tylu okazji, w trakcie których zaczynał i tchórzył. Ile zrobił podejść? Trzy? Cztery? Z drugiej strony… próbował to skończyć, prawda? Głupim zagraniem w szczerym polu… Oho! Nowy poziom wyrzutów sumienia? Usprawiedliwianie się? Kolejne nowe doświadczenie odkryte dzięki niej, niestety, niezbyt przyjemne. Nie, nie, dosyć. Są tutaj razem. Będzie się tym zadręczać później, a teraz znów uraczy ją słodkim kłamstwem, za które przyjdzie mu słono zapłacić: - Doskonale. Widzisz? Tworzenie legend jest banalne. Ze wszystkiego można stworzyć coś wyjątkowego, nawet małego jeziora w zapomnianym przez ludzi kawałku lasu. Teraz jest twoje. - Uśmiechnął się zadziornie. Przez chwilę patrzył na nią z dziką pożądliwością, aby dać jej upust w gorącym pocałunku złożonym na jej wargach. Ugiął nagle kolana, aby sprawdzić, czy całowanie się pod wodą naprawdę jest takie fajne, skoro tak często różni reżyserowie odwoływali się do niego w swoich dziełach. Gdy woda napłynęła mu do nosa przekonał się, że nie było warto. Naparł nogami na dno i ponownie znaleźli się ponad powierzchnią. - Cholera, na filmach wydaje się to być bardziej widowiskowe - parsknął śmiechem odgarniając wodę z twarzy, ale nie zamierzał się na tym skupiać dłużej. Poprawił ją sobie wygodniej wokół pasa, objął jej twarz dłońmi i znów pocałował, a w jego naczyniach krwionośnych zawrzało. To znajome uczucie niezaspokojenia, którego nie był w stanie zapełnić, mimo tylu podjętych prób. Dłonie Jeremiaha łapczywie przesuwały się po jej ciele, coraz bardziej zmniejszając odległość dzielących ich w wodzie ciał. Żadna miara ani skala nie oddałaby tego, jak gorąco pragnął mieć ją na własność - egoistycznie, samolubnie, niemalże przedmiotowo! Odpowiedź na nurtujące pytanie o jego zachłanność była dziecinnie prosta - bo za każdym razem bał się, że ten będzie ich ostatnim.
    Ukryta Wiadomo��:
    Je�li jeste� *zarejestrowanym u�ytkownikiem* musisz odpowiedzie� w tym temacie �eby zobaczy� t� wiadomo��
    --- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: