Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2021-02-21, 14:27


    Siedziała więc na tym fotelu pasażera z neurologiczną pamięcią klapsa (który wymierzony w pośladek generalny, trafił w pośladek dosłowny, gdy stając lekko na czubkach sandałków Ree wyciągnęła się, by sprostać nagłemu kamuflującemu aktorstwu Ziona, i w efekcie uniosła ramionami lekko ku górze również dolną krawędź odzienia, mianowicie z poziomu „0” na poziom „+1”, czy „-1”, w każdym razie – powyżej poziomu przyzwoitości, to na pewno, po prostu obnażając rozgrzaną całym dniem skórę dolnej jednej-trzeciej) i oblizywała sobie jeszcze posmak Ziona, nawet jeśli akurat w tym momencie te jej wargi służyły paradoksalnie tak naprawdę komuś innemu, nie jej, a tym, przed którymi Sullivan chciał się z fasadą jej tyłów (!?) ukryć. Smak. I dotyk. To stało się bardzo ważne. Dla niej. A Zion – Zion teraz tkwił „za kółkiem”, sztywny jak obietnica najbliższej przyszłości, i dręczył ją słodkim brakiem reakcji na własne podjudzanie. Pfff! Jak zwykle – skandaliczny! Skandalicznie przystojny i skandalicznie sobie tym pogrywający – tym, oraz całą sytuacją. Bo czuła – to się czuje! – że przecież nie pozostawał tak naprawdę niewzruszony, czuła jego wewnętrzne drgania i potrafiła je odróżnić od drgań samochodu – drgania Ziona zdradzały go choćby grą mięśni zaciskających żuchwę w tym jego odurzającym wyrazie surowego pobłażania, władczego jak jasna cholera w ten sposób, w jaki można łatwo uzależnić nawet Ree Burrows – od obezwładniającego przyciągania („Rób, co mówię”) i jednoczesnego ryzyka odrzucania („…Rób co mówię!”), po to by znów sobie przyciągać, i odpychać, i pozwalać wrócić, na co byłaby gotowa milion razy, rzecz jasna; czuła więc jego odbiór, choć wiedziała, że nie dano jej szansy na własnoręczne jego teraz dostrajanie, na to przyjdzie czas, tylko kurde kiedy kiedy? bi już trochę ciężko było tak siedzieć jak gópi pasażer i…

    Ale czuła też, że i on czeka – na lepszy moment, może na następną sekundę, więc siedziała jak na szpilkach, a te jej ruchy ciała i falowanie głosu nie były tylko jej autorskimi pokazami fechtunku sygnałem, lecz przemożną konsekwencją rosnącego sobie na własnych prawach podniecenia. Czyż nie pląsały w niej w radosnym duecie dwóch narkotyków rącze fale chaotycznego pobudzenia? Czyż nie siedziała w kapsule czasu i miejsca z człowiekiem, którego wybrała, bo los pozwolił jej wybrać, i nie dałaby się z niej wyrwać nawet łańcuchami? Czyż nie pachniały (mentalnie) od bagażnika stosy banknotów, łaszące się do każdego nowego właściciela tą samą gotowością, a w tym przypadku – do nich, to Ziona, tj. do Ziona z Ree? Czyż cokolwiek, psiakrew, co-kol-wiek było w stanie stanąć teraz na drodze tej nieświętej dwójcy i ich łączącym się w obu osobnych wyobraźniach najbliższym planom rodem z komiksów i potem filmów na ich podstawie, gdzie Ona z Nim, wielkim autem, w zawody z wiatrem, z rozwianymi włosami i myślami, z pustką autostrad, pełnią emocji i wolnością przez za-duże dablju, i w ogóle freedomem (tak! c’mon!!) przez mmm…wielkie „Φ” – czyż cokolwiek ich ograniczało?
    Nie – i ta odpowiedź działała na Ree Burrows najbardziej. Najbardziej. Więc – To tym lepiej! – odparła. Plan? Gdzie plan, a gdzie „wolność”?? przecież powiodła spojrzeniem za jego kciukiem i pokiwała głową: – I dlatego jesteś genialny – oraz? – wychyliła się tak, żeby siąść lekko bokiem i mieć go na wprost – …oraz dlatego tacy różni kolesie cię potrzebują, a jak cię nie dostają, to są źli. Oni gonią, a my uciekamy. I to jest jak paliwo na rozpęd –na rozpęd, Zion, wiesz: bo potem to już… – jak szybowcem: aby odzwierciedlić ten wyobrażeniowy odruch rozciągnęła na boki ramiona, lekko pochylając głowę: opuszkami prawej dłoni dziabnęła przednią szybę, opuszkami lewej – pustkę na tylnym siedzeniu. Na którym jaszcze tak niedawno korzystała z hojności Elayny, czy tej drugiej na E. – A wiesz, że chyba nie za bardzo? – odparła, wracając do tu i teraz, cofając skrzydła ramion i siadając w miarę poprawnie. – Znaczy może i chciała, sama wytworzyła taką sytuację, ale coś ją… – Ree wzruszyła ramionami – odwiodło od tego. Może nie byłam w jej typie. Mówię prawdę! – podkreśliła, ale żeby zawalczyć trochę o pozycję piona wobec tej ego próby szachowania, odbiła z bezczelnostką stymulowaną obrazem Ziona biorącego w dłoń to przedziwne narzędzie: – A w twoim? Była? Chciałbyś przelecieć taką Elaynę, Elzę, Eldoradę, Elchupacabrę…? – prychnęła krótkim śmiechem, kręcąc głową w zadziwieniu nad własną logoreą, pośpieszną, żeby zdążyć zanim…, po czym ujęła dłońmi swój bądź co bądź skromny biust od dołu, unosząc lekko wraz z fałdami oleistej bieli atłasu: – A może powinnam sobie… no wiesz: – spojrzała w dół, a potem na Ziona – Hm?… – oblizała się nieświadomie, bo teraz to już każde półsłówko, półtemat, półwizja, były zaczesane jak trawy płaskowyżu w jednym kierunku, który się Ree podobał bardzo, zarówno jej umysłowi, jak i ciału, gdy nagle poczuła…
    Poczuła.
    Z ust wydostał jej się oddech – stabilne długie „Hhhhhh”, splecione z nagłym, choć delikatnym napięciem mięśni od podbrzusza po górną część ud, ręce, przed chwilą bezrobotne, zawisły w powietrzu, palce się rozprostowały i błyskawicznie zwinęły w piąstki, i znów rozprostowały, w rytm fal, którymi ciało próbowało w ogóle opisać samemu sobie to uczucie… "To" w niej, tam, zamontowane... Patrzyła przed siebie, ale nic nie widziała – nagle zaczęły jej podskakiwać nogi, obie symetrycznie, jednocześnie, z gardła wysunęło się – śmieszne pewnie w innych okolicznościach –jakieś takie – aaaahhhaaa? – pod koniec wznoszące, wraz z odgięciem lekko głowy do tyłu, wciśnięciem jej w zagłówek –i zamarciem.
    Już.
    – Hfuck… – słowo lub wydech, gdy rozluźniała się, też raczej odruchowo, jakby coś, co trzymało – opadło. – No i… –miała pytać, w ogóle – gadać – ale też miała milczeć, bo… szlag.
    I może dobrze, że właśnie zajechali przed hotel Sullivana. Ten zaś (tzn. Sullivan, nie jego hotel) perfekcyjnie sobie rozegrał pozór technologicznego zainteresowania zabawką w miejsce humanistycznego zainteresowania drugim człowiekiem – tym w Ree, która właśnie zbierała się do kupy po ogólnoustrojowym miniszoku – i po prostu sobie na nią patrzył, jakby miał zaraz zapisać wyniki doświadczenia w pomiętym kajecie. Za to jego słowa ściągnęły ją z powrotem tutaj, i to mocno.
    – N…nie? – udała zawód, a może obawę, albo nadzieję? za dużo było drgań w jej głosie, gdy zakazał jej dochodzić bez niego w trybie celowej przesady, która miała taki sam potencjał metafory, jak i dosłowności, oraz jakby po prostu informował, że odtąd, z tym oto…, to on decyduje na temat dochodzenia! On! I jego…
    „Bądź grzeczna”! Wytchnęła powietrze, kiwając głową w jakiejś namiastce ironii. – Mogę się postarać. Bo to ostatnie chwile, kiedy jeszcze można nad tym zapanować chyba… –mruknęła za nim, gdy wysiadł i ruszył do hotelowego wejścia.

    W tym czasie owszem, robiła co mogła. Na przykład – rozejrzawszy się pośpiesznie po otoczeniu parkingowym – rozszerzyła uda, uniosła dół sukienki i zajrzała… tak, zajrzała sobie, z miną „no i?…”, i dotknęła pytającymi palcami, delikatnie, i uniosła spojrzenie choć myślą była jeszcze tam, „co to będzie…”, pufnęła przez usta zebrane dzióbek i rozluźniła się jakby z obawą, czy można, a potem śpiewała (i to okazało się pomóc w odprowadzeniu dziwnych resztek rozedrgania) – najpierw po prostu „Nannnanaaa, nana nana? nanaaa… k-maąun... yeah”, ze słowami na czubku pamięci, snapując palcami i okazjonalnie falując linią ramion do rytmu, kurde, chciało jej się to zrobić przed lustrem, tiktokowa erupcja wężowych ruchów, no co… To Ree Burrows! Lat dwadzieścia z groszami! Nie można potańczyć wewnętrznie??
    Potem oczywiście, z resztkami melodyjki na wargach –makijaż w lusterku.
    Potem chwila na chaotyczne strzelanie spojrzeniami po kabinie: co by tu… hm.
    Potem – ach! fffuck, gdybym miała telefon, sprawdziłaby parę szczegółów na temat ego, co tkwiło jej właśnie w „samym środku”: czy ma biegi, jak jakiś… samochodzik? czy może rodzaje wibracji, jak telefon? Czego się można spodziewać?
    Ajj… ten temat nie przysłużył się wykonaniu zadania, którym pożegnał ją pan Sullivan. Ree zagryzła dolną wargę, przymknęła oczy, piąstki jej się zacisnęły, korpus wysunął do przodu. Co to będzie? Co to będzie? Tak jechać z nim… Boże, to brzmi lepiej niż reszta życia – dotąd, i odtąd – ale co to w sumie będzie znaczyć? Oh, God… Oh, God…
    – Oh, God! ale mnie przestraszyłeś ej! – podskoczyła na odgłos otwieranego bagażnika, bo nie: nie zauważyła Ziona jak nadchodził, miała na zamkniętych powiekach wyświetlaną scenę, w której… – Bawiłam się bosko. Byłam w Rio, i w Boskim Bueno, i płynęliśmy katamaranem, i robiliśmy to na plaży w nocy, wśród jakichś świeżo podarowanych nam wodorostów, i w samolotowej toalecie, za co należy się medal z gimnastyki artystycznej, i w basenie z wódką, i… co?
    Przerwał jej – a ona sobie, odkrywając nagle swą dłoń w tańcu palców na wewnętrznej gładzi własnego uda. Odjęła rękę akurat żeby trafić wzrokiem na jego sięgnięcie po pilocik.
    – Potrzebujemy „tylko jednego” – ogłosiła, dziwnie skupiona, w reakcji na jego itinerarium, którego szczegóły były jej teraz –państwo wybaczą – całkowicie obojętne. – A jest pan pewien, że wie, jak tego używać? – wskazała wzrokiem wiadomo co i wypchnęła z płuc więcej powietrza, niż minimum przetrwania bezdechu. Wcisnęła plecy w fotel, odgarnęła rozpuszczone już włosy na bok, na prawo, i złożyła dłonie równiutko na udach. – Hotel, kasyno i supermarket… – powtórzyła niemal szeptem, jakby uczyła się na klasówkę, i to bardzo ważną: "hotel – kasyno – supermarket – Z TYM W ŚRODKU??? i pilocikiem w jego dłoni??". A obok siedział Zion, zi-On, i mącił jej wszystko. Wszystko!
      
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2021-02-21, 23:31


    - Genialny - powtórzył po niej, uśmiechając się pobłażliwie i zalewając się bladym rumieńcem na policzkach, odwrócił od niej wzrok. Phi.
    Zion Sullivan wcale nie był genialny. Nigdy. Jego dotychczasowe (i to nadchodzące prawdopodobnie też) życie było pasmem przeplatających się porażek, złych decyzji i tylko sporadycznych, lepszych momentów, kojarzonych nieśmiało ze spokojem albo prymitywnie odczuwanym szczęściem. Poza tym jednak to historia o zmarnowanym talencie i wpływie otoczenia, a także o głodzie, lenistwie i braku cierpliwości, które razem do kupy wymazały mu z życiu kilka lat życia i odmalowały na jego twarzy gębę dzikusa, żerującego na krzywdzie - krzywdzie cudzej i krzywdzie państwa, w imię wszystkich niezapłaconych podatków, oszukanych urzędów i zastraszonych świadków. Zion wcale nie chciał zostać gangsterem, odkąd tylko się urodził, ale dorastając zrozumiał, że żeby żyć na poziomie, na którym chciał się znaleźć, będzie musiał chwycić życie jeszcze mocniej, niż chwytał teraz za tyłek Ree, więc... je chwycił. A potem dał się tą ścieżką pociągnąć dalej, jak w jakim teleturnieju, wybierając ciągle tę samą bramkę. Ale o geniusz? O geniusz nie otarł się nigdy.
    Nie znaczyło to jednak, że wcale nie mógł się - choćby na sekundkę - zatracić w słowach Ree Burrows i pobyć tym genialnym sukinsynem, co to wydymał całe Reno w Vegas i pożyć tym życiem, choćby tylko i wyłącznie na jej oczach. Cień zawstydzenia zatem - i owszem - pojawił się na zionowej twarzy, ale przemknął po niej tylko, umacniając fundamenty męskiego ego i jeszcze mocniej podgrzewając temperaturę gotujących się w nim myśli. - My już im uciekliśmy, mała. Już dawno - wtrącił, a ponieważ głosu nabrał nieco zachrypniętego (z nadmiaru myśli zapewne), to odchrząknął głośno i pokręcił głową, przynajmniej starając się przybrać ten iście orli, pewny siebie i do pewnego stopnia chłodny wyraz twarzy, którym zdawał się trzymać ją w szachu, za każdym razem, kiedy tego potrzebował. Teraz... takiej potrzeby chyba nie było, ale jakoś tak się złożyło, że uprzedził w ten sposób następne słowa Ree, no i mógł bardzo swobodnie zabawić się jej reakcją. Westchnął. - To znaczy - podjął się odpowiedzi na zadane pytanie, stawiając jednak natychmiast długą i zdolną zniecierpliwić nawet najbardziej wytrwałych słuchaczy pauzę, wpatrując się we własne, zaciśnięte na kierownicy dłonie. - Mógłbym ją przelecieć. Powiedziała przecież, że zrobi wszystko, hm? - rzucił jakoś tak niedbale i nonszalancko, starając się kątem oka namierzyć twarz Ree, a z nią jej policzki, miękkie usteczka i powieki, żeby to z nich odczytać reakcję na swoje stanowisko. Zazdrość? Pewnie jej nie czuła, ale... może jednak? Niehumanitarny był Sullivan, igrając z tą intymną sferą dziewczęcych pewnie jeszcze uczuć ciemnowłosej, ale miał dziwne wrażenie, że na jego miejscu zrobiłaby to samo. Albo i nie. - Co? - zapytał wyrwany ze swojego myślowego transu były pięściarz, bo w pierwszej chwili ta urokliwa scenka rodzajowa mu umknęła, ale już za moment wszystko stało się jasne i chyba samym ciepłym uśmiechem zbył jej wątpliwości. - Nie, przestań - mruknął w szczerym rozbawieniu i przygwoździł na dłuższą sekundę jej dłoń do ciała swoją własną, mrużąc oczy. - Są piękne - wyznał zupełnie miękko, jak na siebie i dodał jeszcze - Idealne. Nie potrzebujesz tego - dokończył i zaraz sięgnął po drążek zmiany biegów, żeby w myślach zganić się za zbyt intymne określenie, któremu można było przecież nadać bardziej erotyczny wydźwięk i uniknąć oskarżeń o... Właściwie to sam chyba nie wiedział.
    Wiedział za to doskonale, co się stało, gdy kliknięcie pilota wyciągnęło z niej pierwszą nutę; preludium jakby do operowej arii, którą w planach miała wyśpiewać mu gdzieś tam, w zaciszu hotelowego pokoju. Tę pierwszą chwilę pozwolił jej spędzić w samotności. Drugą zresztą też. Moment był wszak dość intymny i osobliwy, a Ree - jak tak na nią zerknął - wyglądała na zawstydzoną, chociaż rumieniec na jej policzkach miał pewnie zgoła odmienne źródło, ulokowane mniej więcej w tym samym miejscu, z którego... z którego poczuła.
    I tak mijały te chwile, czwarta, piąta, potem dwudziesta trzecia, a Zion jakoś tak samej ze sobą pozwalał jej przeżywać to zapoznanie z nowym towarzyszem podróży. Zerkał oczywiście na nią przez ramię ciekawsko, no bo kim byłby, gdyby sobie na to nie pozwolił, ale wyjątkowo dojrzale zadbał o jej psychiczny komfort i luz. Była w tym oczywiście jeszcze jedna, ukryta agenda w postaci - powiedzmy że dość namacalnego - porównania doznań realnych i sztucznych, ale ponieważ serwował jej tryb absolutnego nowicjusza, to mógł sobie pozwolić na ignorancję. Zresztą, na niej chyba to naprawdę nie robiło większego wrażenia.

    Więc lepiej się postaraj - z taką miną obrócił się przez ramię, jeśli twarz może mówić takie rzeczy, a potem zostawił ją samą i... Skłamałby, gdyby powiedział, że nie zastanawiał się, co właściwie porabiała, pozostawiona sam na sam z tym... wszystkim. W tym stanie, naturalnie, podejrzewał ją o przetestowanie możliwości urządzonka, w samotności pozwoliłaby sobie pewnie na dużo więcej, ale w gruncie rzeczy to nie zdziwiłby się, gdyby zajrzała sobie do torby albo dajmy na to - sypnęła sobie i kolejną kreskę, żeby podkreślić zajebistość jazdy i jazdy. Zupełnie niewinna trochę go... zaskoczyła, ale to wcale nie był powód do narzekań, bo to wszystko znaczyło, że się słuchała; że naprawdę była grzeczna. Lubił to. Bardzo.
    - Czego "tylko jednego", hm? - pociągnął ją za język w imię własnej satysfakcji, głodnej teraz tych wszystkich brudnych myśli, które spacerowały po wyobraźni Ree narkotykowymi zakamarkami, alejami pragnień i kładkami fantazji. Pociągnął ją za język i uśmiechnął się zawadiacko, sięgając w końcu po pilocik i tym razem przyjrzał mu się dokładniej, trochę jakby grając rolę, do której go zatrudniła swoim pytaniem, a trochę, żeby naprędce się tego nauczyć, bo że nie wiedział było jakby oczywiste. - Jest pani strasznie niecierpliwa - odparł i gdy tylko rozchyliła wargi, żeby cokolwiek mu odszczeknąć, nacisnął guzik, ale tym razem wcale nie jeden i nie raz, otwierając instrukcję obsługi trochę głębiej. - Myślę, że wiem - mruknął półgłosem, przyglądając się jej uważnie w tym nowym doświadczeniu i jakoś tak odruchowo nakrył wargę zębami, wyceniając wreszcie możliwości głupiego gadżetu. Wow - pomyślał sobie i uśmiechnął się do siebie głupio, wyglądając na rysujące się przed nimi, iście pustynne pustkowie. - Myślałem o Twoim telefonie - bzdura, wcale nie myślał - i zastanawiam się, jak bardzo Ci na nim zależy, co? - zapytał. Prawdopodobnie powinni go kupić w Vegas - tak mu się wydawało, bo chociaż Primm znał, to nie przypominał sobie, żeby mogli znaleźć tam salon firmy z jabłkiem w logu, a nie sądził przecież, żeby Ree miała zadowolić się prepaidem ze stacji. Szczególnie, jeśli w aucie mieli na oko przynajmniej piętnaście kilogramów banknotów. - Chcesz mocniej? - dopytał, a pytania te zawisły jednak między nimi nie bez przypadku, bo kiedy trzeba było stanąć na wysokości zadania, to Burrows błyszczała, a błyszczącej potrzebował jej z każdą minutą podróży coraz bardziej.

    Bo ta podróż... Szybko zrobiła się nużąca. Auto pędziło co prawda swoim tempem, jeszcze mijając raz na jakiś czas te wolniejsze samochody, ale poza tym wokół nich nie działo się nic szczególnego. Ot - za plecami już nie takie fantastyczne Vegas, przed oczami idealnie równy asfalt, wylany za pieniądze tych, którzy nie radzili sobie w pokerze albo przy ruletce , a wokół pustynia, wzniesienia i wzniesionka, oraz ciemność nocy, pośród której wszystko jakby się zlewało, jeszcze mocniej podkręcając pragnienie i potrzebę dotarcia do Primm.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2021-02-23, 19:06


    „Mógłby ją przelecieć”? Tę jakąś tam... Elaynę?
    – Nieprawda – powiedziała cicho, unosząc brwi, ale nie odejmując wzroku od krajobrazu, zasysanego z przedniej szyby pod jadący samochód. Nieprawda. Tylko tak mówi. Żeby ją rozdrażnić i sprowokować. – Powiedziała, że zrobi wszystko? – jednak obróciła się do niego, poważna, choć nie powagą tematu, a skupienia na swoim ciele, bo wysyłało do niej pytania o to, co się stało, co się dzieje i co się stać może –i powinno… – „Wszystko”, kochany, to… – okej, jednak dała się sprowokować, może był od niej teraz silniejszy z tym swoim uśmieszkiem na cudownej gębie skurczybyka – …to mogę JA – Ja! Ja mam Ziona Sullivana, Sobotkę Niedzielkę, i Cały Tygodzieniek, bez ograniczonek terminkowych, bez dedlajników, psiakrew! No zmarszczyła w końcu te brwi, no, jakby niepotrzebnie trudnym tematem wyrywał ją z pełnej namaszczenia koncentracji na Sobie, i na Nich. Zazdrość? Miałaby jej nie czuć? Cholera jasna, facet! Taki facet! Tak jej facet! Jesteś mój, Zion, rozumiesz?? Nawet jakbyś…
    Zrobił, co zechcesz.

    Tyle mógł chyba wyczytać z jej teraz spojrzenia. Jego dezaprobatę dla chirurgii plastycznej wzięła więc za coś o wiele więcej niż aprobatę dla jej zbędności. Jestem piękna, Zion, powiedz mi to, daj mi – też – to słodkie małe coś do ssania, cukierka twojego przywiązania; piękna i działam na ciebie, nie czujesz tego? Głuptasie? Jestem piękna i chcę być taka, żebyś tak mówił, myślał i działał. Pożegnała piersi lekkim ściśnięciem: one też są po to, więc dobra odpowiedź. Nie potrzebuję tego – i ty nie potrzebujesz, żebym potrzebowała.
    Potrzebowała już czegoś innego – i źródło tego było jej w zasadzie obojętne, byle pochodziło w jakimś sensie od Ziona. Żeby mogła czuć na sobie jego potrzebę. Może dlatego – a nie z nieśmiałości – podczas jego nieobecności zostawiła wybudzonego i zaraz uśpionego towarzysza podróży w spokoju. To było jak zostanie dzieciaka samego wewnątrz sklepu ze znanymi łakociami w nieznanych formach. Mogła sobie niby wziąć, mogła obeżreć się nimi pod nieobecność właściciela –ale odebrałaby sobie zbyt wiele, w tym i przyjemność jego patrzenia na jej przyjemność. Słodkie – tak. Ale samej? – to nie tak. Wróciłby, zobaczył spustoszony potencjał – i co? Może to i posłuszeństwo, zgoda, ale podszyte po prostu odruchem odmawiania sobie czegoś własnego, by odlecieć razem. No bo po cóż byłaby z Zionem – i po cóż tak się spalała w rosnącym podnieceniu samej nawet współobecności?
    Potwierdzeniem słuszności tego cokolwiek ryzykownego rozumowania był dreszcz, który natychmiast ogarną ją od ciemiączka po podeszwy, gdy Zion z tą niby nonszalancją podjął pilocik podczas dalszej jazdy. Zacisnęła usta, wbiła niewidzące spojrzenie w przednią szybę.
    – Nas – sapnęła więc szybko w odpowiedzi na „to coś jednego” – w odpowiedzi tyleż prostej, co infantylnej, tyleż odruchowej, co wielowarstwowej, może niepełnej, więc otwarła usta żeby dokończyć – a ust, zamiast słów, wypełzł jej cichy, wysoki, jakby pytający jęk.
    Obróciła się na niego – ale wzrok dalej miała niewidzący, jakieś kłopoty ze zmianą ogniskowej, z ostrością, patrzyła a nie patrzyła, jakby raczej słuchała… Doznanie było – niecodzienne. Ale niewątpliwie – dojmujące. Dygot ruszył po nerwach skondensowanym prądem, rozjechał się na rozwidleniach neuronów i ogarnął niemal całe ciało – zacisnęła uda, aż zabolały ją kości kolan, prawą dłonią złapała się półeczki przed sobą, lewa dłoń zatańczyła bezwiednie, zatrzepała palcami jak oparzona i wczepiła się w ramię mężczyzny, a kiedy myślała, że już się przyzwyczaiła do tego poziomu pobudzenia –ono zaczęło się jakoś tak przemnażać, jęk, który zdążył ucichnąć, podniósł się znowu, z głębiny błyskawicznie do góry, cichy ale świdrujący, po twarzy przebiegły kolejno cztery sprzeczne sygnały mimiczne, które mogły wcale nie znaczyć tego, co im się przypisuje (i ten mechanizm zaczął nabierać funkcji reguły, jeśliby Zion chciał brać to pod uwagę w swym zainteresowaniu obserwacji jej twarzy) –niebotyczne zdumienie, jakaś rozpacz, głupi uśmiech i wstęp do pretensji, których oczywiście nie wyraziła, bo raz, że żadnych nie miała, dwa, że zaraz potem zgięło ją w pół nad obszarem oddzielającym fotele, włosami przywitała jego prawe kolano, wysoki cichy, płaczliwy jęk zamarł w ściśniętym gardle i umarł długim, zbyt długim wydechem, przedłużonym do rzężącego lekko bezdechu, zakończonym ledwo słyszalnym – Khhhhhhurwa…
    O czym on tam nad nią mówił? O telefonie? Jakim…
    Aha.
    Konkret z „poprzedniego systemu wartości” lekko ją otrzeźwił, sygnał z pilocika też osłabł, odpuszczony przez palec który chyba tylko testował, skoro mężczyzna zajął się chwilowo dniem codziennym, a tym kontr-wszechświatem, jaki starał się wedrzeć w nią przez coraz szersze pęknięcie, wyrwane w świecie jej odczuć nieznanym narzędziem.
    – Ba…rdzo…– postarała się sformułować te dwie sylaby w miarę czytelnie, rozkrzyżowana między jego ramieniem a swoją półeczką podnosząc powoli korpus, i w tym ruchu zaciągając kosmyki, których węże spełzały w zwolnionym tempie z jego prawego uda i zakamarków dźwigni biegów. Nie wystarczyło jej jednak na razie „inteligencji” w oszołomionym umyśle, by wyczuć, że owo „bardzo” mógł wziąć za odpowiedź na swe drugie pytanie. Zgięta jeszcze trochę i częściowo obrócona w fotelu ku niemu próbowała skupić spojrzenie, przecięte dwoma kosmykami, na jego twarzy, w jego oczach, na wargach, w nim. Całym. Zion… Zion… co ja mam zrobić? teraz? Gdy tak jedziemy i wszystko – WSZYSTKO – jest mi obojętne, byle to się nie zbliżało do żadnego smutnego, zdroworozsądkowego, logicznego może fabularnie (bo czym jest życie, prawda, jak nie opowieścią pisaną z bolesnym pominięciem zasad dramaturgii i emocjonalności narracyjnej?)
    – Nie chcę… być… – odchrząknęła, uśmiechnęła się– najpierw niewyraźnie, dopiero po chwili, po odczepieniu dłoni z jego ramienia i odgarnięciu nią szerokim gestem włosów z twarzy – …infantylna, ale to: – wskazała wzrokiem swoje krocze, niechętnie starające się rozluźnić poprzez odgięcie prawej nogi w prawo – …jest…
    …tematycznie zasadne! Hm? Roześmiała się – nie do końca swobodnie, to znaczy szczerze, ale jakby za lejce tego śmiechu trzymało jeszcze niedawne napięcie. Napięcie, którego powierzchnią były emocje, o jakie się otarła, a w centrum –perwersyjna oczywistość, że ich władcą jest Zion z pilocikiem – lub bez, ale teraz właśnie „z”. Pokręciła głową, oblizała usta, jasna choler – potrzebowała go. Z jego durnymi pomysłami, z jego bezczelną młodzieńczą radością z zabawki, czy mowa o tej plastikowej, czy o tej organicznej, którą –psiakrew –mogła być! jeśli miało to służyć nie tylko zabawie, w tym najprostszym sensie. Narkotyki pływały sobie po niej rozhuśtanymi wyobrażeniami tego, na co ją stać, i na co stać jego – niebezpiecznego wszak gościa, prawda? – no: więc ta szosa prowadziła nie tylko poza granice aglomeracji Las Vegas. Ona prowadziła poza niejedną inną granicę, i to na dziko.
    – Gdzie to… pieprzone Primm? – wysapała na rozluźniającym oddechu, ue bez pewnej obawy próbującym przywrócić jej mięśniową i emocjonalną swobodę bycia. Wychyliła się ku ekranowi z nawigacją, przejechała wzrokiem nieco w dół i w lewo po spłaszczonej esce. – Czterdzieści mil jeszcze…
    Czterdzieści mil.
    – Pół godziny… – no tak: pół godziny. Da się to – w tej sytuacji – wytrzymać? normalnie? – Strasznie chce mi się pić. I tobie pewnie też. O! Ssssłuchaj… – uniosła palec, że niby jest już taka swobodna i nie, nie drży wewnętrznie w zajęczym oczekiwaniu „ataku” i atakującym oczekiwaniu „zajęczenia” (?!?), po czym odpięła pas, przekręcając się na fotelu w lewo: – Mamy coś tam W bagażach? Ja mam chyba wodę jeszcze z hotelu… – i zaczęła w baletniczym wygięciu korpusu w spiralę sięgać gdzieś tam, celowo lub przypadkowo niebaczna na fakt, że w tej pozycji lewe kolano odgięło się w lewo, prawe dla równowagi w prawo, a w naturalnej konsekwencji dolna krawędź sukieneczki znalazła się za wysoko – choć może wręcz „za nisko”, tak jak po całej nocy godzina czwarta to tyleż późno, co wcześnie.
    Czy sytuacja ta przeszkadzała Zionowi w prowadzeniu, czy nie, po niecałej minucie Ree wróciła z impetem do pozycji „onwards” z półtoralitrową szklaną butelką niezłej czterogwiazdkowej wody (lekko gazowanej). – Chcesz? – odkręciła zakrętkę, mimo wszystko wciąż patrząc nań raczej z lekkiego pochylenia głowy i zwężonymi nieco oczyma, lśniącymi od gorąca, jakie ogarnęło ją całą i nie chciało wcale odstąpić. – Hm? – bo jeśli nie chciał, to ona owszem. Bardzo. Choć pewnie nawet pełne zanurzenie nie pomogłoby teraz zbytnio w obniżeniu temperatury, skoro mogło ją właśnie podwyższyć...
      
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2021-02-24, 23:33


    Nieprawda... oj dziecino.
    Uśmiechnął się Zion mimowolnie, ale był to uśmiech pełen dyscypliny i samokontroli. Kąciki ust drgnęły mu w nim nieznacznie, nieśmiało jakby, a zdradzały go jedynie oczy - rozbłysły bowiem satysfakcją tak jasno, że trudno było to przeoczyć. Oj, dziecino. W próżności łatwo się zatracić i były pięściarz wiedział to doskonale, ale kiedy tak zręcznie szarpnęła za odpowiednią strunę, trudno było mu nie poświęcić choćby chwili na samozachwyt. Oj, dziecino. Skoro "nieprawda", to znaczy, że guzik tam go znała; bo gdyby była okazja, czas i miejsce, to Elyana miałaby okazję "zrobić wszystko", a on wcale nie wybrzydzałby - ani sztucznymi cyckami o komicznie idealnym kształcie, ani wątpliwą wartością lekcji płynącej z takiego spotkania. Nie wybrzydzałby, bo dlaczego miałby wybrzydzać? Że niby dla Ree? A z jakiej racji? Przysięgał jej coś? Obiecywał? Był jej? Wolne żarty, dziecino i lepiej by jej się po tym wszystkim żyło, gdyby przyjęła to do wiadomości. Ale skoro również i "nieprawda", to znaczy, że... Oj, dziecino. Ree była zazdrosna. Albo mogła być, gdyby nadarzyła się ku temu okazja. I cholera - tym wybrzydzał jeszcze mniej, niż Elyaną i wachlarzem jej wad oraz zalet. Burrows mogła być o niego zazdrosna, a im mocniej była, tym bardziej go budowała - była zjawiskowa na zewnątrz i zjawiskowa w środku (albo przynajmniej tak mu wyszło z dotychczasowych obliczeń), i na ten moment nie wyobrażał sobie lepszej towarzyszki podróży, a kto wie, czy to nie tak jakby dla niej była ta hucpa w warsztacie. A największy paradoks tej sytuacji polegał na tym, że Zion jeszcze o tym nie wiedział, ale już teraz był o nią zazdrosny jak diabli i niech Bóg ma w opiece tego, kto pozwoli sobie na nią za długo popatrzyć. Straszna hipokryzja, ale on pewnie nawet nie znał tego słowa.
    - Wszystko, hm? - rzucił w niebyt tonem może nie tyle powątpiewającym, co zaciekawionym i pokręciwszy głową na boki, prychnął cicho pod nosem. Uważaj, dziecino, o czym marzysz, bo Ci się spełni. I jedno i drugie, i trzecie nawet też.

    Na swoją "piękną" Ree będzie musiała jeszcze trochę poczekać. Romantyczność Ziona kończyła się mniej więcej tam, gdzie zaczynała się u przeciętnego faceta, stąd też najbardziej wymowne to były te jego spojrzenia - pełne głodu, dzikie i bezczelne, a także dotknięcia, w których gracji było już nieco więcej, ale nadal nie leżały raczej obok delikatnych i bajkowych, rodem ze słodkich komedyjek o miłości. Oni grali przecież w innym filmie - filmie sensacyjnym, grozy może, a na pewno akcji, a więc wszystko musiało się dziać szybko, mocno, ciągle, natychmiast, tu, dogłębnie, intensywnie, teraz, bez przerwy... no i się stało. Obserwował ten moment z podziwem. Nie cały czas oczywiście, bo droga - chociaż pusta, wymagała skupienia, ale za każdym razem kiedy na nią zerkał, emanował zainteresowaniem i ciekawością, i z trudem odrywał od niej wzrok. Jej ciało zareagowało jeszcze plastyczniej, niż sobie wyobrażał, a gdy zatopiła paznokcie w jego przedramieniu, wychrypiał pod nosem jakąś podnieconą "kurwę", może moment przed nią albo chwilkę po niej; urządzonko działało i to Zion miał nad nim panowanie, a Ree - tak jakby - zdana była tylko i wyłącznie na jego litość, także wystarczało w zupełności, aby i jemu zakręciło się w głowie. Och, to było cudowne uczucie - przez moment co prawda przeszło mu przez myśl, żeby upewnić się, że aby na pewno wszystko było z nią w porządku, ale wysokim jękiem wybiła mu to z głowy, nieświadomie przypominając mu pewnie o tym, kto rządzi. A więc to działa.
    Off.
    - Bardzo - powtórzył po niej rozbawiony, zerkając z góry na jej zmieszaną twarz. Naprawdę była piękna, cokolwiek mówił jej Zion i cokolwiek mówili jej Ci, którym łamała serca; może to prymitywne, szukać estetyki właśnie w takiej chwili, a Ree wolałaby tego nie usłyszeć, ale rozpalona miała w sobie mnóstwo uroku i wpisywała się idealnie w tę męską, bardzo niesprawiedliwą oraz uprzedmiatawiającą wizję księżniczki za dnia i dziwki w nocy. Był zatem wyrozumiały - jej słowo i owszem, zabrzmiało jak odpowiedź na to drugie pytanie również, ale podarował jej chwilę wytchnienia i nawet z czułością pogłaskał wierzchem dłoni jej rozpalony policzek, ot jako przystanek na trasie kierownica-drążek. Łykała teraz sprzeczne doznania, ale na odrobinę czułości też sobie zasłużyła. - Zajebiste, hm? - dokończył jakby za nią, wpatrzony zresztą jak w obrazek, gdy zamaszystym ruchem odgarniała te włosy (afrodyzjak, zdecydowanie). Zaśmiał się jednak po chwili trochę luźniej i wzruszył ramionami. - Więc nie będziesz się z tym rozstawać?

    - To na granicy z Cali - odparł rzeczowo, zanim dorwała się do wyświetlacza nawigacji i westchnął pod nosem. Naprawdę nie miał planu - wiedział tylko, że dla własnego bezpieczeństwa powinien wyjechać z Vegas, ale nad tym, co dalej, nie miał jeszcze czasu się zastanowić. I w sumie to nawet miał ochotę teraz jej zapytać - o jakieś marzenia albo plany na ten krótki urlop, otworzył nawet gębę z niezbyt wyraźnym - Po'em mo'em..-- - ale musiał urwać, bo Ree nie była zainteresowana - tym, ani przede wszystkim - byciem na marginesie zainteresowania Ziona. - Zgłodniałem, ale... kurwamaćcorobisz - wycedził na bezdechu, odruchowo robiąc jej więcej miejsca, gdy zaczęła się wwiercać między fotele, ale w końcu musiał na nią zerknąć, no i... faktycznie. Zgłodniał.
    Nie oderwał spojrzenia - patrzył tam, gdzie chciała, żeby patrzył (przecież bez celu tego nie robiła, nie z nim te numery) i z pełną świadomością dał się jej na tym przyłapać. Zrobiło mu się gorąco - mógł sobie wmawiać, że to on panował nad sytuacją, ale wtedy robiła coś takiego i nagle to ona miała w ręku same asy, a on musiał zadowolić się parą byle jakich waletów. - Co? Uhh. Daj - wychrypiał w końcu, głośno odchrząkując zanim przechylił butelkę do ust i bardzo zdrowo poczęstował się wodą. Faktycznie, czterogwiazdkowa, ale w końcu się od niej odessał i podał ją w dłonie dziewczyny. - Śpieszy Ci się. Masz jakieś plany? - uśmiechnął się kpiąco, zupełnie jakby zapomniał o deklaracji, którą złożył jej ze dwa kwadranse wstecz. A może zapomniał? W końcu był głodny, czy coś w tym stylu. - To na czym skończyliśmy? - mruknął ciszej. On, potem bardzo cwany i cyniczny wręcz wyszczerz numer osiem, ale z kategorii tych, po których raczej trudno się na niego gniewać, a potem kolejne kliknięcia. Tu, tam; cokolwiek znaczyły symbole na guziczkach i w jakiejkolwiek walucie wypłacały należność stronie z urządzonka korzystającej - Zion tym razem był nieco delikatniejszy, bo naciskał je wolniej i metodycznie, chociaż z drugiej strony zapędził się trochę dalej, niż ostatnim razem i wcale tak od razu nie odpuścił. - Co mówiłaś? Że co zrobisz, hm? Mów do mnie, Ree. Mów - nie odpuścił, a wręcz przeciwnie w niezbyt humanitarny sposób przedłużał tę chwilę do momentu, z zaciekawieniem nastolatka przyglądając się, jak w spazmatycznym szoku próbowała złożyć choćby pół zdania. - Tylko nie pobrudź tapicerki, hm? - i off, i uśmiech, delikatniejszy nieco, potem czułe muśnięcie kciukiem po policzku, aż w końcu wdepnięty w podłogę pedał gazu, gdy zjechali na zewnętrzny pas autostrady.

    Za trzynaście minut zjedź z Drogi Stanowej 15.
      
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2021-02-27, 14:13


    Z tą wiernością to ciekawa sprawa (warta rozkminienia podczas jakiejś ewentualnej przyszłej awantury, która zaczyna się od kamyczka w trybikach, zmierza bezdrożami donikąd i raz się wypali z cichym sykiem, a raz wybuchnie tak, że norrrmalnie…!), ale teraz Ree była w nastroju zbalansowanym, jak chodzi o strukturę posiadania: ona posiadała Ziona, Zion posiadał ją –i to zarówno w samochodzie, jak i w rozdziale, który pisał im się tutaj już obojgu jednym obgryzionym długopisem. Ona widziała jego błyski w oczach, a w środku, w newralgicznym punkcie, jeszcze wibrowała w niej mięśniowa pamięć tego, co Zion „sobie” jej zrobił, i co pewnie będzie robił – czemu? no przecież chyba po to, żeby samemu sobie pokazać, jak dosłownie ją posiada, skoro może ku własnej zabawie rzucać ją na granicę emocjonalno-neurologicznej wytrzymałości i wlec ją po niej końmi. No dobra: z tym balansem to też przesada – Zion posiadał ją o wiele bardziej, niż ona jego (ciekawe, jak tu odwróciły się role w porównaniu z początkiem), ale Ree przeczuwała tę asymetrię i przechył na jego stronę całkiem jej odpowiadał. Czyż bowiem – konie końców – nie jest tak, że im bardziej mężczyzna coś posiada, tym bardziej jest przez to posiadany?
    Teraz na przykład Zion Sobotka Sullivan posiadał i Ree, i władzę nad nią, i pewnie nie myślał o tym, czy wpływa to na niego uzależniająco. Zdecydowanie bardziej on mógł zakładać z pełnym prawdopodobieństwem możliwość przelecenia dowolnej Elayny w bliskiej lub dalszej perspektywie czasowej, niż Ree mogła przewidywać zdobycie (i przelecenie) jakiegoś „zamiennika” Ziona, a to choćby z tego prostego powodu, że z nich dwojga to ona była po ludzku, i po babsku – przyznajmy to – do niego już przywiązana, pragnęła „tylko ciebie, Zion” i mniej lub bardziej odruchowo konstruował jej się na dnie świadomości jakiś kontekst wspólnoty, czy przynajmniej stada. Idealny kontekst na kretyński sparring z facetem, który swojego „mógłbym i z tamtą, gdybym chciał” potrafi użyć zarówno nieszczerze, jak i całkiem szczerze.
    Ale nie takie myśli drapały teraz od wewnątrz mózg Ree Burrows. Chłonęła każdym porem rosnący potencjał erotyczny całej sceny, siebie w niej, Ziona w niej, zabawki Ziona w niej, siebie w zabawie Ziona, wszystko to kręciło się i wirowało skojarzeniami, wyobrażeniami, nadziejami, rosła w niej temperatura pragnień, by je urzeczywistnić, a powoli niestety schodzący z wyżyn skuteczności narkotyk ciągnął za sobą nieco agresywną konieczność Robienia Czegoś. Liczyła się więc tylko chwila – CHwila była wystarczająco ciężka, ociekała tą koniecznością i oblepiała myśli, które w efekcie krążyły wolno – i ciasno –i tylko wokół jednego. Innymi słowy – wszystko zbiegało się w jednym punkcie. Wszystko.
    - Wszystko –potwierdziła Ree z niebezpieczną powagą osoby „dojrzalszej niż wygląda”. – I nie mów mi, żebym uważała czego sobie życzę… – to nie było czytanie jego myśli. To była tożsamość potrzeb. – Ja wiem, czego sobie życzę. Daj:
    Przejęła od niego butelkę z wodą, patrząc jakoś tak bykiem i powoli nadymając nozdrza. „Zajebiste” – tak to wyglądało z perspektywy faceta…
    Okej. Tak. – Zajebiste – kiwnęła raz głową, co przy jej minie wyglądało jak zgoda tajnej agentki na użycie ostatecznych środków perswazji, choć pod koniec doszło do tego ściągnięcie brwi i zmieniło tajną agentkę w agentkę Burrows, rozdartą między intymnie supertajne działania a nachalnie superjawne ich objawy. – Rozstawać? Pfff! To ty nie będziesz się rozstawać! – szybki, krótki uśmiech nie osłodził tego niejasnego oburzonka nutą żartu, nie. Ree Burrows była już w troszkę innych barwach psychicznych. Wzięła od niego butlę wody tak, jak się bierze strzelbę, gdy w jakimś filmie osadzonym w realiach zombikalypsy laska, której nie ufano, musi dostać spluwę, by cała grupa mogła zaryzykować zaufanie za szansę przetrwania. Przytknęła do ust, patrząc wciąż na Ziona, bez względu na to, czy patrzył na nią, czy już na drogę (czyżby bezpieczeństwo drogowe było jej obojętne? znaczy… aż tak?) – i zabrała się za picie, dopiero po pierwszym łyku odjeżdżając od niego spojrzeniem, przy drugim przymykając oczy, a przy trzecim

    rrrrrrRRRR – Oż khur... – oj? Ooojojoj?? – ŁUP!: – A!!! – wrzasnęła, zdębiała i nagle – DgDgDgDgDgDgDgDg! – poczuła to jak uderzenie małego, ale wielkiego (!) młota, machiny, właśnie automatyzm wibracji w połączeniu z żywą miękkością tkanek, już wcześniej rozpędzonych ku nadwrażliwości, teraz wciąż wilgotnych – ten automatyzm, od razu jakiś taki potężny, kojarzący się z drastycznymi skokami jakiejś skali, ale jakiej –nie miała jak tego pojąć – rzuciło jej korpusem do przodu, głową do tyłu, sama Ree zaczęła dygotać conajmniej niepokojąco, ale ręka z butelką pozostała paradoksalnie w tej samej pozycji, wylewając kolejne łyki nie w rozpalone usta, a na rozpaloną szyję, stamtąd oczywiście na piersi, brzuch, aż do krocza – wszystko za cenę zamiany bieli cieniutkiego jedwabiu w pełną przeźroczystość szerokiego pasa przemokłego materiału, o czym Ree chyba zupełnie nie wiedziała – wbijała potylicę w zagłówek z ustami pozostałymi w otwarciu chyba jeszcze po piciu, tyle że teraz maksymalnie rozwartymi, jakby chciała połknąć piłkę do tenisa - być może wcale nie było to ładne, byćmoże było to jakieś nienormalne, ale cóż, sorry, tak to chyba miało działać: mózg dostawał sygnały, które natychmiast odbijał na mięśnie, bo sam ryczał bombardowany szaleństwem synaptycznego półorgazmu, cierpieniem takiej rozkoszy, a może rozkoszą takiego cierpienia – tak dziwnego, tak potężnego, tak popieprzonego – że ciało Ree Burrows po prostu zrzuciło z siebie jej władzę na dowolnym poziomie. Dgdgdgdgdgdg – w horrendalnym tempie – z horrendalną, wręcz tragikomiczną skutecznością pozbawiając ją wszystkiego, a w to miejsce dając… amok. I szał.
    Nagle bowiem Ree rzuciła się do przodu –na szczęście również ramionami, boleśnie (ale nie czując tego) grzmocąc kośćmi przedramienia o krawędź półeczki, ale dzięki temu chroniąc od tego samego uderzenia głowę, którą runęła naprzód, na główkę, zaraz maksymalnie, na ile się dało na miejscu pasażera, rozdziawiła nogi – czy lepiej rzecz „nogi jej się rozdziawiły”, bo woli nie było w tym chyba żadnej; zaraz też zjechała na kolana między półeczkę a fotel i tam pogięta, wciśnięta, wystrzeliła ramionami w górę, prawa dłoń, ta z butelką, wbita w obniżenie u zbiegu dachu i drzwi, lewa próbująca sięgnąć podsufitki ale nagłym, błyskawicznym ruchem strzelająca w bok, gdzieś na kierownicę – w tym ruchu była błyskawiczność, jakiej człowiek nie „używa” nawet wtedy, gdy się spieszy, jakiś rodzaj spazmu raczej, niż ruch czy tym bardziej gest –jednocześnie Ree obróciła się w kucki, ryjąc wygiętym grzbietem po dolnej krawędzi półeczki, kończąc w pozycji przeciwnej do kierunku jazdy, klęcząca na lewym kolanie, z prawym odgiętym ku dźwignie biegów i dygoczącym, z twarzą szurającą w lewo, w prawo po siedzeniu, palcami lewej dłoni zaciśniętymi na oparciu tak, że wyglądało, jakby zaraz miała rozedrzeć materiał, prawą ręką szukająca czegoś na soim ciele, łapczywie, dramatycznie, idiotycznie, nagle zamiast znaleźć – zaczęła nią machać w jakimś nieludzkim tempie, co przyjęło postać uderzania otwartą dłonią –akurat w rynienkę na szpargały pod prawym łokciem kierowcy, te uderzenia musiały ją boleć – albo musiałaby, gdyby czuła teraz ból, albo cokolwiek poza TYM, tym, co wyrwało jej nagle z duszonego bezdechem gardła głośny, pełen płaczu i skargi przejechanego półżywego zwierzątka jęk, który zdawał się wyrywać z niej niczym strumień w potężnym podciśnieniu, aż uniósł jej korpus, odgiął znów nieludzko szybkim spazmem do tyłu, znów grzmotnęła łopatkami w biedną półeczkę, zjechała w dół, klęczałaby teraz oparta pośladkami o pięty, gdyby było tam tyle miejsca, klęczała, jęczała boleściwie, wbijała sobie palce zagubionej oszalałej dłoni w prawą pierś, nagą pod przemoczoną sukienką, ale zakrytą – podobnie jak twarz – włosami, jęk przerodził się w krzyk i urwał –bo musiała zaczerpnąć powietrza, powinna już dawno, więc był to raczej rzężący charkot, niż wdech, ale za to dawał Zionowi szansę na usłyszenie jego słów – „mów do mnie”?? co? chyba żart! – otwarła znów usta szeroko, obróciła się do niego, jednak z twarzą wciąż niemal całkowicie zakrytą, ale gdyby miał jak patrzeć widziałby że usta maksymalnie otwarte próbują się zamknąć, a drżący pomruk, który zrodził się w niej gdy skończyła wdech, zmieniał się w kołysankę, potem w groźbę, a potem – równie bez sensu, bez narracji – w śmiech.
    Śmiech pijanej idiotki – niedługi epizod kilkunastu męczących, wyskandowanych w jakimś zwolnionym tempie rechotów, zakończony znów jękiem i hiperwentylacją. Ale wtedy już gramoliła się na siedzenie, probując nieporadnie wyplątać swoje kończyny i grzbiet ze skomplikowanego trójwymiaru między półeczką, fotelem a rynienką na szpargały.
    – Japierdole… japierdole… japierdole… – chciał Zion odpowiedzi? może jeszcze… dorzecznej? – Japierdole… Japier… dole… ja… ja… – sadowiła się jak ktoś, kto musi jakoś wdrapać się do śmigłowca, żeby ujść armagedonowi, i stara się, bo biegł do tego ratunku, jednocześnie obijany, spychany na ziemię, kopany i obalany, ale wreszcie dotarła… chyba… do jakiejś wstępnej warstwy przytomności.
    – Okurwajapierdole… Zion… – kręciła głową, powoli, dziwnie powoli podnosząc ręce do czoła, jak osoba skrajnie schlana próbując trafić rozcapierzonymi w resztkach skurczów palcami tak, by odciągnęły kosmyki na boki – aż ukazała się twarz Ree Burrows: mokra od łez i wody i pozornie pasująca raczej do osoby potężnie przerażonej, niż jakiejkolwiek innej, tyle że do tego przerażenia dochodziły przerażające w swej dosłowności przebłyski innych min – najpierw pytanie… potem zmęczony smutek… a z tego – nagle i bez powiązania – uśmiech osoby skatowanej, która cudem przetrwała tortury i spotkała w nich, po jakiejś „drugiej stronie”, jakiś uniwersalny byt…
    – Kurwa… Zion… co to… jest!… kurwa… na przy… szłość mu… sisz os… trzegać… chyba… japierdole… – odgarniała powolnymi ruchami kolejne kosmyki za uszy, uśmiechając się już wśród dyszenia coraz częściej, odosobnionymi echami spazmów coraz rzadziej zaciskając wściekle zęby, jakby chciała przytrzymać nimi odchodzące fale. – ...i przeczytać... może, psiakrew... instrukcję obsługi... z listą "efektów", czy... kurwa "coś"... – uśmiechała się i poważniała na zmianę, ale wracała, tak: chyba wracała: – C… co mó… wiłeś…? – niby dokończyła myśl, ale zajęło jej sporo, zanim nałożyła sobie echo jego słów na własne rozumienie sensu – i spojrzała, w tej sytuacji bez krzty pruderii, między soje uda, z wielką obawą krążąc ciekawską dłonią nad kroczem. Podniosła głowę, odwróciła twarz ku niemu: – Mokre… mokre jak… – wydyszała, patrząc na niego tak, jakby miał teraz nadać jej sens, bo bez tego była tylko kłębkiem neuronów poplątanych w odchodzącym ataku katatonicznej epifanii.
      
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2021-03-01, 23:00


    A więc Ree sama sobie zgotowała ten los.
    Zion nie mówił już zbyt wiele - uśmiechnął się jedynie słodko-gorzko, gdy zaczęła się odgrażać i z politowaniem przytakiwał buńczucznym hasełkom, rzucanym pod wpływem - jak domniemał - narastającej ekscytacji. Urocza była, tak sądził, gdy zanosiła się taką niby złością; złościeńką wręcz - że niby jej to wszystko jedno i że świat będzie klęczał przed nią, a nie zupełnie na odwrót - że to ona dyktuje warunki, a przed nimi nie będziesz miał cudzych zasad, bo tak Ci mówię. Urocza, zdecydowanie, ale znacznie bardziej to zajebista i to Sullivan chyba zaczynał w niej lubić. A to z kolei... wcale nie świadczyło o nim dobrze, bo zdecydowanie nie powinien jej lubić, nie powinien się do niej przyzwyczajać ani przywiązywać. W końcu dziś Ree, a jutro... Jutro pewnie też i za dwa dni również, ale potem to już na pewno Josie albo Sara. Albo przynajmniej tak być powinno.
    Tymczasem była to jednak ostatnia rzecz, o jakiej mógłby pomyśleć były pięściarz, a co gorsza - wciskając ten przycisk, niejako dokładał do siły, z jaką to... Ree przywiązywała się do niego. W końcu właśnie zabierał ją w długą podróż.
    Doraźność, z jaką ciemnowłosa przyjęła kilka pierwszych "kliknięć" wyraźnie go zaskoczyła. Zasępił się i marszcząc czoło, warknął coś w stylu - Rozlewasz, kurwa - ale szybko zdał sobie sprawę, że słowa nawet nie tyle przez nią przelatywały, co się od niej odbijały. Zresztą, efekt był co najmniej zadowalający - lejąca się wąskimi strużkami woda ostatecznie podważyła zasadność i sens założenia właśnie tej sukienki, a pokrywające się we wręcz zastraszającym tempie gęsią skórką, wyglądające spod szmatki ciało dziewczyny wymogło na nim pełen satysfakcji uśmiech. Czyli to działa - musiał powtórzyć to sobie w myślach, przyglądając się jak materiał na swój sposób rozstępował się przed jego oczami, eksponując to, a tamto odkrywając i sam mruknął niezrozumiale pod nosem, łakomie oblizując wargi. Wstydliwa wizyta w tamtym sklepie właśnie zaczynała na siebie zarabiać - chociaż nadal musiał dzielić uwagę pomiędzy towarzyszkę podróży, a podróży drogę, to rzucane jej właściwie przez cały czas spojrzenia wynagradzały sprzeczne emocje, oskarżycielski ton jej eks-chłopaka i osądzający wzrok gapiów w korytarzu galerii handlowej. Widok był zjawiskowy. Prymitywnie zjawiskowy, co oczywiste, ale Sullivan nie był najbardziej skomplikowanym facetem na świecie i piękna na siłę szukał w momentach najbardziej doczesnych. I ten właśnie taki był - zgubnie wręcz doczesny, a oprócz tego - zgubnie wręcz intensywny i chyba na dobre rozbudził w Zionie apetyt na resztę tego wieczoru. Gapił się na nią z subtelnością nastolatka, tym razem nie pozwalając jej przeżywać tego intymnie; w samotności. Był ciekawski - z zaciętością przyglądał się, jak spazmy piętrzącego się spełnienia, zmuszały ją do podejmowania coraz mniej kontrolowanych zachowań i przybierania coraz bardziej skomplikowanych poz, i ani myślał, żeby puścić przycisk. Ha - pomyślał sobie - co to, to nie, słodziutka i z manierą kata wdepnął pedał gazu w samą podłogę, gdy pierwszy jęk wydarł się z gardła, jakby moc i prędkość samochodu miały wzbogacić listę bodźców, targających teraz Ree prawie pod fotelem pasażera. Bezwzględna władczość go uruchamiała - i bez tego, przedłużającego się zresztą w nieskończoność, momentu wiadomo było, kto rządził na pokładzie amerykańskiego krążownika szos, ale to właśnie on wzniecał w nim ogień i powolutku wprawiał w ten bliski boskiemu stan, w którym nie było miejsca na demokrację ani na myślenie o konsekwencjach. A skoro nie było pola do negocjacji, to...

    Off.

    Auto zaczęło zwalniać tak jakby krok w krok z amokiem, który opanował Ree. Zion szorstko i z automatu odepchnął dłoń, którą po omacku oklepywała poduszkę podłokietnika po jego stronie, gdy zmieniał biegi, a potem obrał kurs na zjazd z autostrady pod zieloną tablicą z wyraźnym napisem "PRIMM". Dotarliśmy, widzisz? Wytrzymałaś - prychnął pod nosem, gdy nieporadnie wgramoliła się w końcu na siedzenie, a minę miał srogą, powiązaną ściśle z powracającą właśnie obawą o stan tapicerki; minę miał srogą, ale z każdą kolejną sylabą z ust panienki Burrows, twarz pięściarza rozświetlała się rozbrajającym w swojej szczerości uśmiechem. - Jesteś piękna - wycedził nonszalancko i to tak nonszalancko, że mogłaby pomyśleć, że to wszystko dlatego, że na nią nie patrzył i że nie widział, jakie straty poniosło (arcy)dzieło amerykańskiej myśli technicznej w nierównym starciu z wątpliwej trwałości koalicją Ree oraz zabaweczki, ale wówczas spojrzał na nią, marszcząc czoło i wszystko stało się jasne. - Jesteś piękna - powtórzył ciszej, korzystając prawdopodobnie jeszcze z zasłony dymnej tego czegoś, co lekceważąco nazywała półorgazmem, ale i zadowolony zastanym widokiem. Napoczęta chaotyczną szarżą sama pewnie by o sobie tak nie powiedziała, ale Zion o to nie dbał. Podobała mu się, miała pazur. - Mówiłem, że stracisz głowę - odparł, dumnie wypinając pierś i od tej pory skupiał się tylko na tym, co rysowało się przed nimi. Miał rację, cokolwiek o tym wszystkim myślała, bo właśnie to zapowiedział jej jakąś godzinę wstecz i bardzo szybko przeszedł do realizacji planu, rozprawiając się z nią, jeszcze zanim znaleźli hotel.
    Autostrada zamieniła się w wąskie uliczki, a otaczającą ich pustynię zastąpiły wielkie parkingi, wysokie na kilka pięter kompleksy turystyczne, stacje paliw i centra handlowe. Zion prowadził niemal jak na autopilocie, ignorując już podpowiedzi nawigacji, a kiedy zatrzymał auto kilka kroków od dużych, obrotowych drzwi, sam mógłby rzucić coś w stylu "dotarłeś na miejsce". Miał jednak znacznie ważniejszą kwestię do wygłoszenia. - Jak? Jak co? Pokaż - mruknął gardłowo, okręcając się w fotelu frontem do Ree i posłał lewą rękę na prywatną ekspedycję; po rozpalonym udzie, przez drżącą dłoń, aż w końcu prosto do źródełka. - Tutaj? - szepnął prawie niesłyszalnie, drażniąc ją leniwymi muśnięciami przede wszystkim kciuka, ale była to chwila tak króciutka, że pewnie nawet nie zdążyła stanąć mu na drodze, gdy zaprowadził odwrót. Uśmiechnął się. - Będziesz mi musiała za to podziękować. Bardzo ładnie podziękować - wyjawił, a potem kiwnął głową na ślepo naśladujący Vegas, neonowy szyld przed nimi i wyskoczył na zewnątrz, żeby zająć się rozładowywaniem bagaży. Dostała krótką chwilę na odpoczynek. Powinna być wdzięczna.

    - Dasz radę iść? - prychnął kpiąco, łapiąc ją za rękę, ale jeśli sądziła, że był to gest wyłącznie romantyczny, to była w błędzie. W zamkniętym pudełeczku splecionych dłoni uwierał ich bowiem dobrze już znany im obojgu pilocik i groził (albo rodził nadzieje) na niekontrolowany samozapłon. Zion wyglądał w tym marszu trochę jak krzyżówka osobistego ochroniarza i tragarza - zawiesiwszy jej na barkach marynarkę (zasłoń się, wszystko widać), ramiona przewiesił sobie sportowymi torbami, a na dodatek po prawicy ciągnął za sobą jej walizkę, zupełnie nie przejmując się kpiącym uśmieszkiem hotelowego boja i krytycznym spojrzeniem recepcjonistki. Ba! Był na szczycie swojej grzecznie flirciarskiej gadki, a więc było i - Dobry wieczór - i wzmianka o długiej podróży, i subtelny komplement, i - oczywiście przypadkowy - pokaz zasobów finansowych jednej tylko kieszeni, i uśmiech, i mrugnięcie okiem, i ładna prośba, aż w końcu - .. huh? - podjął zamyślony, rozbieganym wzrokiem ganiając między recepcjonistką (Athena, lat na oko trzydzieści, obrączka na palcu, zdjęcia dzieci na tapecie telefonu), a Ree i podparł się o ladę. - Czyli ten jest większy, ale w tym jest lepszy widok, tak? A Ty, który byś wybrała? - zapytał, pewnie nieświadomie wpuszczając ją na terytorium, na którym rządziła (albo przynajmniej powinna rządzić, jeśli do siebie nie doszła) ciemnowłosa piękność u jego boku i zaraz przesunął na nią zaciekawione spojrzenie. - Zdecyduj za nas, Ree - zarządził w końcu i odtąd patrzyli na nią oboje; Zion z nadzieją, że już za chwilę zamkną za sobą drzwi do pokoju, a Athena w naiwnym przeświadczeniu, że akurat młodej siksie to uda się wcisnąć ten lepszy widok, nawet jeśli widoki w Primm były absolutnie żadne, a najbliższy z nich był hotelowym basenem.
      
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: