Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-12-10, 01:58


    – „Pilotem re…gulujesz natężenie”? –powtórzyła Ree, nachylając się między Zionem a Jess z mieszaniną niedowierzania, ekscytacji i obawy na twarzy. Na pytanie Sullivana przeniosła nań wzrok, uśmiech lekko jej ostygł, jego miejsce zajęła dwusekundowa wnikliwa analiza jego intencji. I wyczuła coś jakby „twój ruch” w jego oczach, przy okazji światło jakoś tak padało na jego twarz, że bliznom na jego policzku nadawało osobliwej szamańsko-kultowego magiczności. Wyczuwała to też Jess i też się wgapiała w Ziona, co akurat wzbudziło w Ree – trochę niespodziewaną dla niej samej – złość. A może to się nazywa inaczej? Tak czy owak Jess może i gapiła się na „klienta w jej sklepie”, ale wedle Ree gapiła się na „jej Ziona”.
    – Ekhemmm…– Burrows dziabnęła ją głosowo, na co sprzedawczyni faktycznie przeniosła zainteresowanie z niego na nią:
    – „Wystarczająco”? – powtórzyła i jakby nagle przypomniała sobie, że przywołana przez mężczyznę przyniosła przecież w rękach pierwszą ze swych koncepcji hasła „kontrowersyjne”. Sądząc po gęstości jej tatuaży– mogła być lub nie być dobrą przewodniczką po tym temacie. Tak czy owak na jej twarzy pojawił się mimiczny odpowiednik „Ach! No a ja przecież…” – Mam tu taką propozycję:
    I uniosła na wysokość ich twarzy dwa pudełka, najpierw potrząsając lewym
    – Kajdanki! Mmmm? – zamruczała idiotycznie, podskakując brwiami, po czym potrząsnęła drugim: – Klipsy z łańcuszkiem! Mmmm? – Tym razem pomrukowi towarzyszył zjazd jej spojrzenia na piersi Ree – ta zaś odruchowo (co też dość niemądre) wysłała ku nim dłoń, zahamowaną w pół drogi w powietrzu. Spojrzała na Ziona – z lekkim rozbawieniem, ale i ciekawością. Najwyraźniej nie czuł się tu, biedak, dobrze. Jess zinterpretowała to jako wahanie kupującego, dorzuciła więc odkrywczo: – Są w promocji z lubrykantem, o! – ale Ree właśnie okręcała się w stronę bielizny, zatrzymała się więc w pół obrotu:
    – Miało być coś nowego i kontrowersyjnego – chyba ciężko przebić to, co wybrał, nie? – rzuciła do Jess, tajemniczym uśmiechem powlekając własną niepewność, czy przypadkiem Zion nie robi się zbyt wkurzony, żeby zostawiać mu decyzję – na co sprzedawczyni zrobiła minę „Hm…, w sumie…”, kiedy Ree była już u nasady sąsiedniego rzędu półeczek, przy bieliźnie. – Na przykład to pierwsze nie ma szans z na zwycięstwo. Chyba wygrałeś! – ogłosiła promiennie, zabierając coś, co mimo pierwotnego celu okrywania ciała, dawałoby się zmieścić w jej zaciśniętej pięści. Na jej pytanie Jess zachichotała, wcisnęła usztywnionemu, a więc być może nie dość szybko reagującemu Zionowi, oba pudełka i ruszyła w stronę kasy.
    – Ponoć od czegoś trzeba zacząć – zbliżyła się do niego, trochę podekscytowana tą całą sceną, a trochę – dziecinnie – rozweselona w autentycznym, być może, onieśmieleniu.
    – Jak coś jeszcze, to mówcie, a najlepiej bierzcie – doszło ich wołanie Jess, a potem ściszona rozmowa faktycznie, miała już w uszach słuchaweczki a na twarzy ten wyraz skupienia na niczym, jaki się czasem pojawia nawet na najinteligentniejszych licach, gdy się gada przez telefon.
    – Chodźmy! – szepnęła panna Burrows, wetknęła Zionowi dwa pudełka, sama capnęła od niego masażer, okręciła się tanecznie i ruszyła do kasy. Autentycznie nie uważała, że wypadało jej naciągać Ziona na zakupy w tej absolutnie kretyńskiej sytuacji niedostępu do własnego konta. Ponadto jednak w naturalny i trudny do powstrzymania sposób obecne w wybranej palecie przedmioty tworzyły, owszem kontekst, którego powagi sama się nie spodziewała, wchodząc tutaj być może głownie, żeby pokozaczyć, jaka to ona wyjadaczka i prowokatorka. Teraz tkwiła przy kontuarze w irytującej niemocy finansowej, zagryzając wargę na okoliczność obaw, czy nie płoszy tym wszystkim Sullivana.
    – Tylko to i to? –zainteresowała się Jess, pikając czytnikiem i szmatkę, i sprzęt, którym najwyraźniej Zion pokonał ją w tej wstępnej fazie pojedynku na publiczną deklarację kontrowersyjności. Ree kiwnęła głową na bok.

    Po dwóch minutach, gdy opuszczali te wnętrza z torbą zawierającą dziwne dowody na ich własną wobec siebie śmiałość, czy może zaufanie, Ree wciąż zastanawiała się czy ten epizod wzmógł w nim tamto niejasne zniecierpliwienie czy zdegustowanie, czy też do milczenia zachęca go próżna przyjemność zwycięstwa bielizny z wibratorową wkładką w konkursie na kontrowersyjność. Próbując pogodzić granie beztroskiej pewniachy z żywym i coraz bardziej dominującym zainteresowaniem nastrojem mężczyzny, Ree kroczyła już korytarzem galerii w zamyśleniu, z którego wyrwał ją kompletnie nieoczekiwany głos. Tak nieoczekiwany, że nijak nie dał jej szansy skorygowania własnej reakcji i odwróciła się w stronę, skąd zaatakował:
    – Rachel? Ra… RACHEL??? Nie mogę… Rachel!
    Głos męski. Należący do wysportowanego trzydziestolatka, zadbanego, z podgoloną ciemno-blond czupryną, spojrzeniem najpierw szczerze zaskoczonym, a potem dziwnie czujnym, zwłaszcza odkąd reakcja mężczyzny z blizną na lewym policzku podejrzanie poszerzyła mu „Rachel” o dodatkową tę postać.
    Ree zahamowała i obróciła się w prawo, przez pierwsze dwie sekundy zupełnie w bezruchu, a potem uniosła przedramiona z otwartymi dłońmi na poziomie piersi, kręcąc szybkimi, płytkimi ruchami głową na boki: „O co panu chodzi”?
    – Przepraszam…? aleee… –to musiało wyjść mega realistycznie. Nawet zerknęła na Ziona (tylko czy tam był!...) niemal jak na kogoś, kto po prostu pojawia się szczęśliwie w chwilach podobnego napastowania, zrobi abrakadabra i ten koleś zniknie…
    Ale nie znikał.
    – Co, teraz nagle się nie znamy?? – zawrócił już całkiem ku niej i dzielące ich cztery kroki pokonał stopniowo pochylając głowę do przodu, jakby znalazł w gąszczu jajko-niespodziankę. Uśmiechał się też ironicznie – dosłownie jeszcze chwila i zakrzyknie coś w rodzaju „Trzymajcie mnie! Rachel Fanella we własnej osobie! Pewnie zauważyłaś, że jednak udało mi się zmienić umowę z Hendrixonem tak, że pieniądze z fundacji przestały wpływać na twoje konto, które ci otworzyłem w Bank of Barbados! Hm?”
    Na jego pytanie Ree nie odpowiadała, okręcała się tylko trochę bezradnie raz w lewo raz w prawo, szukając wzrokiem Ziona – a może nie tak znów szukając akurat…
    – Ale o co konkretnie chodzi? jakby? – zaryzykowała, cofając sięo krok i natykając si plecami na jakąś przeszkodę.
    – Khuuuurwa, no „jakby” jesteś mi coś winna, tak teoretycznie… –mężczyzna zatrzymał się nad nią z drwiną i politowaniem na twarzy. – Ale wiesz co ci powiem? Położyłem już na to lachę. Pierdolić to, Rachel, wiesz? Walić.– I teraz dla odmiany kiwał głową na „tak”, choć miało to sens właśnie niemego osądu. Pokiwał i dopiero teraz zalogował mu się Zion jako potencjalny towarzysz dziewczyny. No chyba że z jakichś powodów go w okolicy nie było – Ree nie patrzyła od jakiegoś czasu za siebie czy na boki. en wysportowany agresor zdecydowanie wymagał maksymalnej czujności, zwłaszcza gdy prychnął śmiechem na widok napisu na torbie, którą trzymała pod pachą.
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-12-13, 00:05


    Owszem, Zion był obok, ale sprawiał wrażenie kompletnie niezainteresowanego otoczeniem. Odkąd tylko zostawił na sklepowej ladzie kilka banknotów (reszty nie trzeba, bo chuj wie, od kogo wzięłaś te swoje), na chwilę się wyłączył. Najpierw kroczył za nią ze wzrokiem wbitym w... telefon. Tak - dokładnie tak jak Ree, Zion gapił się w wyświetlacz telefonu. Niepokojące? Pewnie i mogłoby być niepokojące, gdyby dla przykładu Ree wcale nie była sobą - bo hej, to w gruncie rzeczy wyglądało tak, jakby sukinsyn już sprawdzał, jak się za to zabrać, z tymże... nie na tym telefonie. Oto Sullivan trzymał w swoich wielkich łapskach nieadekwatnie małą, starą i wytartą motorolę (z klapką, ale bez antenki) i z trudem stukał na klawiaturze coś, co prawdopodobnie było smsem; prawdopodobnie, bo panna Burrows wyprzedziła go o kilka kroków i wcale nie mogła zajrzeć mu przez ramię. Nie mogła zajrzeć mu przez ramię, za to on mógł co jakiś czas zerkać wygodnie na jej pośladki, jakby były chorągiewką, a ona oprowadzała po mieście wycieczkę. Mógł się trochę dąsać o scenkę w sklepie, ale było warto, bo nie codziennie trafiasz na taki pakiet.
    Widok ten zresztą szybko nabrał jeszcze większych rumieńców. Za chwilę bowiem telefon w dłoniach Ziona zastąpił plik banknotów, a on już sposobił się do przeliczenia gotówki. Tak - to była fanaberia i to wyjątkowo nienormalna, bo już abstrahując od tego, że Sullivan doskonale wiedział, ile pieniędzy trzymał w rękach (a trzymał - według własnych szacunków - osiem tysięcy sześćset dolarów), to jednak cyrkowym było odliczać kolejne studolarówki w samym centrum galerii handlowej, pośród tłumu ludzi i... na oczach jakiegoś fagasa.
    Fagasa.
    Rozeznanie w sytuacji zajęło mu chwilę dłuższą, niż zwykle - skupiony na setce dwudziestejpiątej i dwudziestej szóstce, z opóźnieniem odnotował, że "chorągiewka" nagle się zatrzymała i niemal wpadł na plecy Rachel, wyrastając zza niej nad czupryną - ciemna, jej i jasną - jego. I chociaż twarz mężczyzny zaatakował spojrzeniem bystrym i dumnym, to nadal był skonfudowany - echem odbijało mu się po głowie najnowsze imię towarzyszki, a kolejne słowa rzucane w eter przez faceta odrobinę zbiły go z pantałyku i naprawdę potrzebował czasu, żeby po boksersku "ostać się" z ciosami. A więc Rachell, huh? - myślał, rezygnując z liczenia; wprawnym ruchem bankowego artysty zwinął banknoty w ciasny rulon i oplótł je mocno wielkimi paluchami, a zaraz potem wymownym syknięciem ostrzegł ją, że ani kroku dalej, bo plecami właśnie oparła się o wysunięte nieco przed siebie dłonie pięściarza i planowała cofnąć się, odbierając mu całą resztę wolnej przestrzeni.
    - Rachel? - podjął, przerywając w którymś momencie tę wielką improwizację byle-jakiego fagasa i zabrzmiał prawie dokładnie tak, jak chciał zabrzmieć. W jej uszach - jako zdziwiony nowym imieniem Zion; w jego - jako zdziwiony nowym towarzystwem... towarzysz. - Rachel? - powtórzył dla pewności, ale żeby ją... utrzymać w niepewności i spuścił na nią wzrok. - Jakiś problem? O czym on pieprzy? - zapytał, a potem wysłał czujne spojrzenie na orbitalną wędrówkę pomiędzy twarzą mężczyzny, a samym czubkiem głowy Ree. Prawdopodobnie powinien ją teraz rzucić na pożarcie - przecież to śmierdziało na kilometr i praktycznie cofało ich na sam początek planszy, ale nawet jeśli Ree-chel ściemniała, to straszną żenadą byłoby się przyznać przed nim, że on - wielki Zion Sullivan - dał się okłamać. Zwłaszcza, że fagas z twarzy był podobny zupełnie do nikogo (a więc w dużym skrócie - niegroźny) i zwłaszcza, że było w tym coś... interesującego mimo wszystko. - To na co kładziesz lachę, siłaczu, co? - zapytał; być może wcale na takiego nie wyglądał, ale Zion hołdował zasadzie, że zanim podejmie się jakieś kroki, lepiej jednak wybadać sytuację, dlatego starał się trzymać nerwy na wodzy, chociaż z drugiej strony już prężył muskuły i starał się "urosnąć" w oczach swojego... konkurenta? - Oooohooooo. Ten byczek jest następny? - kpiący głos, lekceważące spojrzenie i uśmiech politowania - nie, to nie wróżyło niczego dobrego. Ani dla niego, ani dla Ree, której nieznaczne drgnięcie poczuł tak dobrze, jakby okoliczności były.. zupełnie inne.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-12-13, 18:18


    Wskutek początkowego szoku dzwonek alarmowy, który się włączył gdzieś z tyłu głowy, pozostawał stłumiony jakby za zamkniętymi drzwiami, w sąsiednim pomieszczeniu, ale kiedy Ree odbiła się plecami od zderzaków w postaci dłoni Ziona – te drzwi jakby się otwarły i jazgot alarmu rozbrzmiał w całej pełni, zagłuszając „ostrzegawcze” (?) syknięcie.
    Ale nie zagłuszając jego oczywistego pytania. „Rachel”? No… Rachel też, tak… Rachel i wiele innych. Lampka alarmu kręciła się szaleńczo, omiatając skołowany umysł imperatywem wygenerowania jakiejś reakcji tyleż błyskawicznej, co skutecznej.
    Oczywiście – na początek najlepsze było manifestacyjne zdumienie, ale jego efektowność już się chyba wypaliła, a niewiele dała.
    Szlag. No więc… następny punkt w harmonogramie ćwiczonych w teorii reakcji:
    – P… Preston? – uniosła dłoń w poetycko pytającym geście – Preston! – ale bez uśmiechu, raczej srogo. Tego Zion nie widział, ale wyczuł w głosie mieszaninę zdziwienia i niechęci, czy może obawy. Powinna zainwestować jeszcze drugie tyle w ton, po którym nie da się poznać obawy o to, że Preston przejrzy jej aktorstwo i jeszcze je tutaj obnaży, oraz irytacji tym prostym faktem, że ten dupek nasłany przez złośliwy los wdarł się jej tutaj w sielankę –ale nie miała już więcej aktorstwa do zainwestowania. Serce jej łomotało, ot co. A tego trudno ukryć.
    - Przestraszyłeś mnie… –nerwowy śmiech i znów powaga, zachęcona uaktywnieniem się Ziona w całkiem obiecujące wersji potencjalnego obrońcy. – To Preston…– bąknęła wyjaśniająco, machając tą dłonią wstecz, ku Sullivanowi. Może nie było tak źle? Gdyby ją którykolwiek z nich teraz jakimś cudem wylegitymował, zobaczyłby imię „Tereesa”. To raczej Ree niż Rachel – a więc wyszłoby, że to Zion żyje w prawdzie, a Preston gra tu rolę oszukanego palanta. To lepiej, o niebo lepiej, niż gdyby miało być odwrotnie. Ha! – Wiem, jak się rozstaliśmy, Preston – powtarzała to imię celowo dodając do niego leki niesmak. Niech wszyscy zainteresowanie wiedzą, że „Preston” brzmi głupkowato. – Znaliśmy się, ale owszem, możesz zakładać że już się nie znamy! – odbiła ze swadą; im więcej pretensji, tym mocniejsza pozycja, hm? – I to jest niskie i… no… prymitywne, że jak na mnie wpadasz, to wyciągasz coś, co już sobie wyjaśniliśmy… Ko- –urwała, obracając się przez ramię za siebie: nie „ko”chanie, bo się Sullivan spłoszy! – Zion, mam nadzieję, że nie problem – odparła z naciskiem: że „jednak” nie problem, Preston; nie chcesz zadzierać z gościem za moimi plecami, nie?
    Preston owszem – spojrzał właśnie na Ziona, przez sekundę szukał jego wzroku, a gdy znalazł – przeniósł wzrok znów na Ree. Wzrok kipiący oburzonym niesmakiem.
    – Nie twoja jakby rzecz, nie? na co kładę lachę – odparł pozornie spokojnie. – Ta laska to – hm – po prostu – zła kobieta jest. A nawet podła, jeśli wziąć pod…
    – Ooooo, to ohydne! – oburzyła się Ree, mrużąc oczy i zgrabnym wymykiem stając o krok w lewo, mając teraz Ziona (o ile się nie ruszył) w prawym marginesie tej sceny. – Sam chciałeś się bawić jak król, to gadanie teraz o „byciu winną” jest totalnie małostkowe i podłe! Ohydne! Pfff! Chodźmy stąd… – i złapała Ziona za nadgarstek w chwili, gdy Preston wybuchnął serdecznym, lekko tylko zgorzkniałym śmiechem.
    – Zajebiste! Facet… – zwrócił się do Sullivana, unosząc palec wskazujący – Ja już się yyy… oczyściłem, rozumiesz, jakby, z tej znajomości – skierował ten palec na Ree, drugą dłoń wkładając do kieszeni – I tobie radzę to samo, zanim ona wydrenuje cię z kasy, czasu i wiary w kobiety. Mówię ci! A w tej torbie z sexshopu, kuuurde, to pewnie…
    I znów nie dane mu było skończyć, bo Ree, autentycznie wzburzona, nie wytrzymała i pacnęła go w tę rękę. Ta jego ręka z tym jego palcem była dla niej teraz jakąś paskudną ingerencją w przeczystą, szczerą kalokagatię.
    Pacnięty Preston zamarł, natychmiast zgasł mu uśmiech, w oczach pojawiła się równie szczera i autentyczna wściekłość. Najwyraźniej bycie pacanym w miejscu publicznym odbierał jako zniewagę pierwszego stopnia. Nachylił się ku Ree – aż odjechała twarzą i korpusem do tyłu – i wysyczał:
    – Uważaj małaaa… uważaaaj… Opowiedz mu może – czy ja mam to zrobić? Fhhh…. Żadne ciuszki ani gadżety nie zmienią tego, że jesteś po prostu małą zdzi-
    - ZION! – Ree napięła się cała. Nie było tam nikogo, kto obliczyłby, czy więcej w jej rekacji było urażonej dumy, czy obawy o nazwanie niektórych rzeczy po imieniu. – Chodź! Chętnie „opowiem”, ale bez twojej impertynencji rzucającej się w środku centrum handlowego! To nie jest żaden „następny byczek”, idioto! A jak ciężko ci to pojąć, to po prostu pieprznij się w łeb, albo może upij i bij sobie następną dziewczynę, którą będziesz chciał przerobić na tępą, jak ty sam, lalę!!
    To już słyszeli wyraźnie mijający ich ludzie – ba, niektórzy nawet zatrzymali się w swej procesji po ołtarzach konsumpcji. Robiło się conajmniej durnowato.
    – Naprawdę… chodźmy, proszę.
    Ree obróciła się do Ziona ze spojrzeniem autentycznie zbolałym i pełnym błagania – wszak absolutnie szczerze błagała go, by pomógł jej wyminąć tę paskudną prestonowatą przeszkodę.
    I pochwyciła Ziona za rękę, ruszając łukiem tak, żeby nie przejść między nim a Prestonem. Jej dłoń była zimna, spocona i lekko drżąca, wzrok zmącony a twarz zacięta, i wszystko to razem mówiło: wystarczy tej szopki. Mamy ważniejsze sprawy! Prawda? – tym bardziej że i Preston chyba uniósł się dumą i dzięki temu powstrzymał dalsze manewry, uświadomiwszy sobie, że ciężko mu będzie odkręcić teraz publicznie rolę osobnika zaczepiającego i nastającego na niewinną niewiastę – i to „posiadaną” już (przecie widać!) przez lepszego od siebie!
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-12-16, 23:15


    Tylko zachowaj spokój.
    Tylko bądź spokojny.

    Zion jeszcze o tym nie wiedział, ale za jakiś czas będzie za to przedstawienie Prestonowi wdzięczny. Tak, właśnie - wdzięczny! W końcu Ree - Tess, Rachel, Florence, Audrey - przebojem weszła w jego życie i chociaż wcale tak na nią nie patrzył, to była w posiadaniu całego arsenału, którym na spokojnie mogłaby sobie go może nie tyle podporządkować, co... dać się podporządkować jemu. Brzmi to zawile, ale wbrew pozorom ma sens: po prostu coś mu podpowiadało, że akurat z nią mógłby spędzić trochę więcej czasu, niż tylko parę narkotykowych wielodobów, podszytych alkoholem, dobrą zabawą i jeszcze lepszym seksem. Miała wszystko, żeby nie tylko zostać na dłużej, ale i to dłużej wytrzymać. Tymczasem jednak na ich drodze pojawił się Preston ze swoim objazdowym teatrzykiem i przypomniał Zionowi, dlaczego cenił sobie wolność. A cenił ją sobie... właśnie "dlatego" - bo wykluczała takie przedstawienia, bo pozwalała w spokoju rozkoszować się życiem i bo nie zmuszała do przyjmowania roli żywego rekwizytu, jakim niewątpliwie się stał, siedząc w pierwszym rzędzie.
    Tymczasem natomiast, Zion po prostu zaczął tracić cierpliwość.
    O ile na sam przedmiot awantury mógłby wzorem Prestona wyłożyć lachę, o tyle jego nastawienie go irytowało. Nie dlatego, że czul się na przykład zobowiązany do obrony dobrego imienia Tess Barrough, ale ponieważ ten cały Preston pozwalał sobie na coraz więcej i w dodatku wzbudzał zainteresowanie osób postronnych, żałosny frajer jeden. Oj, tak. To było najgorsze. Sullivan przecież - jak każdy szanujący się gangster - miał na swoim punkcie bzika i na pewne rzeczy pozwolić sobie nie mógł: nie mógł nosić wąsów, nie mógł rozmawiać z gliniarzami, nie mógł skończyć pod kobiecym pantoflem i tak dalej, a nade wszystko - nie mógł dać sobą pomiatać; komukolwiek, ale takiemu bylekomu to już w ogóle. W końcu ten biedny Preston nie miał niskich notowań tylko u Ree - w oczach Ziona jawił się jako zapłakany frajer, który dał się wydymać, a co więcej - był przekonany, że wszyscy tak na niego patrzyli i teraz śmiali się z byłego pięściarza, że na tyle sobie pozwala. A przecież... mógł mieć rację - mógł naprawdę być pokrzywdzonym, dobrym chłopakiem, któremu należało współczuć (a może nawet i pomóc) i którego warto było wysłuchać, żeby nie popełnić tego samego błędu. Tylko, że były pięściarz miał to gdzieś.
    - Przestań się mazać - wtrącił się raz, kątem oka szukając wspomnianej torby z sexshopu; Jess go zawiodła - zlekceważyła politykę zakupowej dyskrecji i w oczach tego bałwana zrobiła z niego przynajmniej impotenta, co na wejściu pozwoliło mu obrosnąć w piórka i nawet przeszło mu przez myśl, że sam wykorzystałby to w ten sam sposób. - Sukinsyn - wtrącił się drugi, gdy Ree przerwała Prestonowi w pół słowa. Przez moment wyglądał tak, jakby tylko ona stała mu na drodze, żeby do niego dopaść - spięty zatrzymał się na jej plecach i dmuchnął przez nozdrza jak przyglądający się matadorowi byk. Twarz zapłonęła mu czerwienią, a szczęka przybrała kształt tak ostry, że można by od niej rysować budowlane projekty; oczy rozbłysły niebezpiecznym refleksem wkurwienia i świetlówek, a biegnąca po skroni żyła pulsowała rytmicznie pod skórą, w myśl szybkich uderzeń serca - wyglądał jak gotowe do walki, dzikie zwierzę. Zwierzę, które Ree dobrze znała. I nad którym tak jakby zapanowała.
    Delikatny dotyk jej dłoni odwiódł go na moment od twarzy Prestona - wzrokiem spotkał teraz ją i instynktownie zrobił za nią kilka kroków, ba - już nawet mieli skręcić w którąś z alejek, kiedy poczuł na rękawie marynarki mocne szarpnięcie. - I co? Spierdalasz? Co, odmieniło się jej i teraz to ona rządzi? Mięczaku? Przed Tobą nie chce klękać? Pewnie Ci nie staje - podjudzał Preston, kpiącym tonem głosu, ale jego słowa - choć wymierzone w Ziona, wcale do niego nie trafiały. Wcale zresztą nie musiały; szarpnięty za ramię, niemal natychmiast wyplątał palce z uścisku, w którym zamknęła je ciemnowłosa i już odwracając się w stronę nachalnego eks-chłopaka, mierzył mu cios, dlatego impet, z jakim wielka pięść Sullivana spadła na jego szczękę (celnie, szanujmy się - to pięściarz) wystarczył, żeby obalić go na ziemię. Nie wystarczyło to natomiast samemu Zionowi. - Co z Tobą, twardzielu? Wstawaj, kurwa - warczał w amoku - ku uciesze tłumu, bo przecież widowni wcale nie musieli szukać - wymierzając kolejne kopnięcia w brzuch Prestona. Tak - to był amok; amok, w którym ani nie usłyszał chrupnięcia kompletnie niezabezpieczonych paliczków ani nawet nie zauważył pryśnięcia mgiełki kropelek w kolorze karmazynu, które przyzdobiły mu koszulę paroma niewielkimi kleksami. - Taki jesteś twardy? Wiesz w ogóle do kogo startujesz, Ty kurwa... Ty kurwa łajzo?! - i kopał dalej, chociaż dużo dłużej to już nie trwało, bo zmęczenie dało mu się we znaki i z każdym kolejnym razem wkładał już w uderzenia mniej siły.
    Ale to nie była tylko nauczka. Ona i owszem, Prestonowi się należała, a kopnięcia miały mu już do końca życia przypominać, dlaczego nie zadziera się z Zionem Sullivanem (no bo przecież nie o dobrych manierach w stosunku do byłych dziewczyn - Zion nie uczył go kultury), ale przede wszystkim - ten sam Zion starał się na dobre wyprać z tej dzikiej i niezjednanej agresji, bo lada chwila czekała go rozmowa z Tess - Ree, Rachel, Georgią, Mandy - i wolał do niej podejść z czystym umysłem, jakkolwiek dziko to brzmi.
    A tak na marginesie, to... Gdzie jest Tess?
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-12-18, 04:26


    Emocje rosły, Preston – człowiek płytki – rozpędzał się, karmiony mylnym przekonaniem, że atuty są w tej partii po jego stronie, tłumek gęstniał, myśli Ree kondensowały się już tylko wokół bieżącej sytuacji (omijając przezornie ten jej wymiar, który mógł w dalszej perspektywie interesować Ziona), dłoń Ree zaciskała się na jego przedramieniu, on sam zaś wydawał się twardnieć i cichnąć, zamiast ulegać wzburzeniu (to dobrze) i dać się stąd odciągnąć (to niedobrze).
    – Zion? Proszę? – wygięła szyję ponad ramieniem, podnosząc na niego błagalny wzrok, ale napotkała tylko stanowczość i coś jeszcze. Coś, co kazało jej wytracić napęd ku odejściu. – Zion?…
    Zion przemówił. Jej mężczyzna wszedł do gry – na poziomie werbalnym, bezpiecznym, i chwilowo uśpiona tym czujność Ree dopuściła nawet naznaczony wstępną satysfakcją uśmiech wobec jego słów.
    I zaraz potem wróciło niejasne zaniepokojenie. Zion… rozpędzał się. Czuła to. W napięciu mięśni jego przedramienia pod swoją dłonią, w rosnącym ciśnieniu sytuacji wokół niego. Jakby chciał dojechać do Prestona, zrównać się z nim i ścigać… w jakiej mianowicie dyscyplinie? Publiczne inwektywy rzucane Prestonowi kazały się skupić na istocie pęczniejącego napięcia: czy nie zmierza ono przypadkiem do erupcji? Zion… da radę, prawda? Omiotła szybkim spojrzeniem całkiem zwarte już półkole ludzi. Ktoś nagrywał. Ktoś się podśmiechiwał. Padło nawet jakieś „Ale mu przywalił!”… gdy Preston wystrzelił ohydnymi pomówieniami. Ree zmarszczyła brwi, na chwilę zapominając o tym, że lepiej byłoby już tu nie być.
    – Preston zzzamknij się!… – warknęła, biorąc już wdech do następnych reprymend, gdy Zion wywinął rękę z jej chwytu. Dlaczego? Dlaczego nie możemy odejść?
    Dlatego…
    Tłumek westchnął i zafalował, zafalowała też (wewnętrznie) Ree, odskakując odruchowo pół kroku, w zaskoczeniu czymś, czego się obawiała, co już przeczuwała.
    Cios w szczękę obrócił głową Prestona, jakby nie posiadał mięśni szyi, zresztą zakręcił całym Prestonem jak baletnicą, chłopak zawinął się i padł, ogłuszony totalnie…
    Nagrywanie sceny szło już na paręnaście telefonowych kamerek.
    Ree odbiła się i doskoczyła do Ziona od tyłu, chciała go złapać za łokieć, za ramię, – Ej! Przestańcie! – krzyknęła cicho, chcąc jakoś wedrzeć się między Ziona a probującego się podnieść chłopaka, ale Zion postąpił krok naprzód i normalnie – nawet pewnie nie zwracając na to uwagi –przepchnął ją na bok. Odstąpiła – a potem, na widok tego, co się dzieje, najpierw wplotła palce we włosy, krok w przód, krok w bok – Jezus Maria…! – niesłyszalne w rosnących głosach tła, stanęła w końcu w chwiejnym rozkroku i patrzyła. Jak inni. Bezsilna. Na Ziona, który najpierw może wymierzał sprawiedliwość, potem może i równał rachunek, ale gdy wbijał w bezwładnego już Prestona kolejne kopniaki – pojęła i uwierzyła. Że to możliwe – wpaść w szał.
    I chciała uciec. Ale to była pierwsza Ree. Zaraz zza niej jakby wyłoniła się druga – i patrzyła na to z chorą fascynacją. I trzecia – pełna pierwotnego strachu o Prestona, o los jej i Ziona wobec prawa –i zaraz czwarta, uśmiechnięta nieładnie, wpatrzona w Sullivana-wojownika.
    Suma tych emocji – sprzecznych, ciągnących w cztery strony – ostatecznie wyniosła zero i Ree tkwiła jak posąg, z uniesionymi rękoma, dłońmi na wysokości twarzy, patrząc niemo jak zaczarowana, słuchając prymitywnych wyzwisk w gruncie rzeczy nieprzekazujących treści, tylko istotę stanu: amok.
    W pewnym momencie na kremowych kafelkach posadzki pojawiła się strużka krwi – z wargi zmiażdżonej pierwszym ciosem, lecz teraz dopiero pękniętej od wysiłku Prestona resztkami świadomości próbującego zasłonić twarz i wstać jednocześnie. I ta krew otrzeźwiła dziewczynę.
    – Zajebiście – syknęła, łapiąc Sullivana w końcu za łokieć i zapierając się podeszwami tak, by jednak wywrzeć na nim dość siły aby się wreszcie oderwał. Sama była roztrzęsiona, nie wiedziała co myśleć, i po prawdzie to w tej chwili w ogóle nie myślała. Przed jej oczyma, w najświeższej pamięci, Zion wciąż metodycznie kopał leżącego Prestona. Nie wiedziała co sądzić o Zionie. Nie wiedziała, jaki ma stosunek do Prestona, nie wiedziała, że zza najbliższego rogu butikowych alejek już bieży ku nim dwójka ochroniarzy. - Zion kurwa no! – wycedziła, szarpiąc go już z całych swoich sił. Te słowa miały go przebudzić, z powrotem do „tu i teraz”, wyrwać ze zwierzęcego szału, przecież jeszcze kilka kopnięć i pękłaby Prestonowi jakaś śledziona, przecież to się kwalifikuje na kryminał, przecież jesteś moim facetem – a więc przecież oboje mamy teraz przejebane, nie rozumiesz??
    Wszystko zależało teraz od tego, czy Zion się przebudzi. Jeśli tak – była gotowa do wystrzelenia w tłum, przebicia się i do biegu, do ucieczki, do wolności. Ale – z nim. Czemu z nim?
    Odruch. Odruch dość nowy, świeży – ale tym bardziej żywotny. To, że Zion ją teraz przerażał, wcale nie znaczyło, że przestał działać na nią jak pole grawitacyjne. – Spierdalamy! – wypaliła wreszcie dość głośno, schwyciła torbę w dramatycznym uścisku i pociągnęła go tak, żeby za nią ruszył.
    Razem – mają szansę. Razem się przebiją. Razem będą biec, roztrącać ludzi; ktoś ich będzie chciał łapać – wywiną się. Ktoś pokaże ochroniarzom „Tam pobiegli!” – a oni przeskoczą. Będą biec, ile sił… Razem. I uciekną… prawda? W infantylnej prostocie tego porównania – pantera i tygrys w dżungli ludzi i okrzyków. Kto im dorówna?
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-12-20, 23:23


    Preston wcale nie chciał się zamknąć.
    Nie chciał się zamknąć i naprawdę utknął w mylnym przeświadczeniu o własnej przewadze, czując się chyba, jakby jednym ruchem miał nie tylko pozbyć się Ziona i upokorzyć Ree, ale i owinąć ją sobie wokół palca własną pewnością siebie; jakby podekscytowana jego paplaniną miała wszystko rzucić i podreptać za nim, najlepiej na tych kolanach, które upatrzył sobie za punkt odniesienia w relacji z dziewczyną. I chociaż prawdopodobnie tak nie było - bo Preston miał intencje szczere - to niestety miał oprócz nich też pecha, bo Sullivan właśnie tak odbierał jego zachowanie, szczególnie dlatego, że czuł na siebie wzrok obcych ludzi. To właśnie świadomość, że ten teatrzyk miał widzów, była najgorsza. Już pal sześć, że patrzyli na niego zupełnie przypadkowi ojcowie rozpieszczonych córek i znudzone żony bogatych mężów, ale zdecydowanie najgorsze było to, że w tym tłumie mógłby się znaleźć ktoś, kto go dobrze znał - stary dłużnik, kumpel po fachu, przełożony, może jakiś gliniarz albo ktoś z konkurencji; mógłby zupełnie za darmo zobaczyć, jak byle chłystek wyciera sobie gębę wielkim Zionem Sullivanem (a właściwie Vinniem Sobotką) i wykorzystać to przeciwko niemu - teraz lub w przyszłości. A ponieważ pozycja byłego pięściarza w lokalnym półświatku mogła budzić spore kontrowersje, to wcale nie w smak było mu dać sobą tak pomiatać.
    Więc się odpłacił. Pięknym za nadobne - cios, który spadł na szczękę Prestona, był dziełem sztuki i żywym rekwizytem w muzeum Ziona-sportowca, gdyby takie istniało; wyprowadzony co prawda z pół-obrotu, ale całym ciałem i celnie, jakby nigdy nie zszedł z ringu. Preston - obiektywnie - nie miał szans ustać takiego uderzenia, ale nie była to żadna ujma na honorze, bo nie ustałby go i stukilogramowy mistrz wagi ciężkiej. Tak dobrze zdarzają się po prostu raz na jakiś czas i zwykle wystarczają. Chociaż nie Zionowi.
    Preston rozbudził nim bowiem tego próżnego Bożka samooceny, którą teraz wystawił na próbę, ściągając na nich spojrzenia gapiów. I niestety dla siebie - ten Bożek miał ochotę najeść się jego krzywdą, dlatego na jednym uderzeniu się nie skończyło: Sullivan nie przejmował się honorem w walce (bo nie było żadnej walki) ani konsekwencjami (bo niby kto miał wobec niego je wyciągnąć, ha?), więc kopał go bez pamięci w brzuch, z góry przyglądając się nieudolnym próbom obrony, polegającym na schwytaniu jego nogi w żelaznym uścisku. A kiedy wreszcie się udało... Zamienił ją na drugą i już ostatni raz, powoli tracąc siły - wymierzył mu ostatniego kopniaka, tym razem w okolice wątroby. I kontynuowałby pewnie w najlepsze, ale w końcu dotarła do niego pewna niefrasobliwość własnych ramion, które już nie pomagały mu łapać równowagi, a za to siłowały się w pewien sposób z drobnymi rączkami Ree, chcącej go odciągnąć od obitego Prestona. - Co, kurwa? Co? - wyrzucił w amoku; noga zawisła mu jakby w powietrzu, w taki elegancki, filmowy sposób, a wzrok odnalazł to niejednoznaczne spojrzenie dziewczyny, w którym nie potrafił odnaleźć wyłącznie jednego, ściśle określonego odczucia i być może to dlatego podziałało.

    Pociągnęła go - słusznie - w największy tłum ludzi, chociaż Sullivan nigdy w życiu nie uwierzy, że zrobiła to świadomie. Pociągnęła go bowiem w największy tłum ludzi i to prawdopodobnie wystarczyło, aby ogon zgubić, a wystarczyło tylko i wyłącznie prawdopodobnie, bo oboje wcale nie zwolnili kroku. Zion nie biegł - szedł, owszem, tempem wyjątkowo podniesionym, którego prawdopodobnie nie powstydziliby się i olimpijscy chodziarze. Biec bowiem... wcale mu nie przystawało. Tak, naprawdę! To absurdalne, bo bardziej niż pięściarzem, był przecież bandytą, ale ten gangsterski kodeks właśnie nie pozwalał mu uciekać przed kimkolwiek biegiem, nawet jeśli miałby skończyć przez to w pudle. To było mało honorowe (aha, naprawdę), a nie bez powodu Ci wszyscy, pożal się Boże, mafiozi nazywali się ludźmi honoru właśnie. A zasady... zasady trzeba przecież respektować.
    Pędzili więc przed siebie w tym marszobiegu - najpierw przebili się przez tłum ludzi, korzystając trochę z dobrodziejstw psychologii i wizerunku, jaki Zion zbudował sobie, kopiąc Prestona, a potem zostawili ich za sobą, mknąc długą alejką przed siebie. Ochroniarze mieli oczywiście nadzieję ich gonić, ale zanim przebili się przez ten sam tłok, parka zdążyła już zrobić ze dwa zakręty i jedynym rozwiązaniem było prosić przez krótkofalówkę o pomoc.
    Schody ruchome. Korytarz. Jeszcze jedne schody, wreszcie chłód parkingu i ten charakterystyczny zapach rozgrzanych opon. Przez całą drogę nie odezwał się ani słowem, a kiedy dopadli wreszcie do samochodu, szarpnął ją za rękę mocniej i niemal wepchnął do środka w popędzającym geście, jakby jednak obawiał się, że ten żądny praworządności korowód jednak w końcu ich dopadnie i wymierzy sprawiedliwość. Dzięki Bogu - nie tym razem. Silnik wkrótce zamruczał w ten charakterystyczny sposób, koła pisnęły i chwilę później wyjechali na ulicę. - Milcz, kurwa - warknął nagle, gdy centrum handlowe zniknęło wreszcie w tylnym lusterku; jeśli do tej pory mówiła, to jej słowa kompletnie go omijały - był zbyt zajęty pilnowaniem własnego oddechu, warczeniem i sapaniem, a poza tym nadal kipiał wkurwieniem i adrenaliną. Zerkał tylko i wyłącznie na drogę, kątem oka tylko obserwując praktycznie rosnącą z minuty na minutę, prawą dłoń, która bólem przypominała mu, dlaczego nie powinien trzymać jej na kierownicy. - Milcz - powtórzył - Rachel? O co tu, kurwa, chodzi? - buchnął przez nozdrza wkurwionym sapnięciem. - Masz taką ładną buźkę i albo nią kłamiesz, albo chcesz być w nią pieprzona. Zmarnowany talent, kurwa - wyartykuował. Wbrew pozorom, ton miał wyjątkowo wyważony i spokojny nawet, ale to właśnie ten chłód i obojętność stawiały go w roli karcącego i warczącego mecenasa, podsumowującego dorobek artystyczny swojej podwładnej. - Powinienem Cię tu wypierdolić z tego auta i zostawić i zostawić samą, ale wiesz co? Nie mogę, bo powiedziałem, że Cię przeprowadzę. I co? Tam będziesz mieć na imię Laura i rozpoznasz moich kumpli po kutasach? Milcz - nie, nie przebierał w słowach i wcale nie próbował gryźć się w język. Był wkurwiony - nie zraniony, bo niby w jaki sposób, ale zawstydzony jakby albo przynajmniej na ten wstyd podatny. Teraz nie znał jej wszak jeszcze bardziej niż rano i jeszcze bardziej niż poprzedniego wieczoru, a już za kilka godzin miała być zdobycznym trofeum, którego mieli mu zazdrościć, a nie kpić z wytartych kolan i głębokiego gardła.
    Zatrzymał auto w przytulnej, wąskiej uliczce, będącej domem dla kilku niewielkich sklepów i butików. Zgasił silnik i ściągnął z dłoni stłuczoną dłoń, żeby obejrzeć ją dokładniej, a potem przerzucił spojrzenie na Ree - spojrzenie zniesmaczone, kpiące i lekceważące wręcz, ale jednocześnie jakby pełne nadziei na to, że jakoś się z tego wyłga. Przecież była w to dobra. - Zaraz wrócę - mruknął, rozpinając pas i otworzył drzwi po swojej stronie. - I jak wrócę, to lepiej, żebyś potrafiła to wyjaśnić, Rachel. Lepiej, żebyś potrafiła to wyjaśnić - i zostawił ją na kilka minut samą, znikając za szklanymi drzwiami jednego ze sklepów.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-12-22, 00:17


    Tu działały absolutnie podstawowe instynkty, a w tym przypadku zwłaszcza jeden: ucieczki. Serce pompowało adrenalinę z dosłownie ogłuszającym dudnieniem i Ree nie słyszała, nie widziała, nie interesowała się niczym poza ucieczką. Ten wewnętrzny rozkaz był tak silny, że wyparł z niej zarówno świadomość niewygody biegu w obuwiu, które do tego zdecydowanie nie było przewidziane; wyparł też przeczucie konieczności myślenia o tym, „co teraz” – w znaczeniu między nią a Zionem, bo było oczywistym jak dwa razy dwa cztery, że cała ta scena na pewno pobudzi mężczyznę do zastanowienia, a w dość szybkim rezultacie – do pytań. Czy może lepiej powiedzieć – do przesłuchania. Bo, na ile zdążyła w swym życiu zauważyć, dla tego typu mężczyzn (a był to typ w szczytowej trójce typów jej zainteresowania) nawet przegrana w boju nie jest tak dotkliwa, jak odkrycie, że jest się (lub mogłoby się być) „jedynie” bierką na szachownicy kobiecej strategii. A to, że w przypadku relacji Ree do Ziona ona sama oddałaby dużo, naprawdę dużo, żeby udowodnić, że tonie jest tego typu relacja – mogło nie mieć znaczenia, albo raczej ona mogła nie zdążyć o tym poinformować.
    Przeczucie tego dramatu w tej chwili jedynie snuło się w niej podprogowym swądem na marginesach świadomości, w centrum zaś dudniło nieprzerwane skandowanie „Run! Run! Run!” – więc biegła: cokolwiek niezgrabnie na swych obcasach, zresztą po pierwszym impecie koniecznym do przedarcia się przez wianuszek gapiów gotowa do realnego biegu Ree zwolniła, wbrew sobie, ale za to równając się tempem z Zionem, który… szedł. Zaiwaniał co prawda jak gnany cyfrowym imperatywem android, ale było to tempo, wobec którego ucieczka Ree miała postać idiotycznego trochę truchtu, bo ona w marszu nie dorównałaby jego tempu, w biegu zaś pewnie nawet jeśli opłaciłaby to kilkukrotnym potknięciem się i zaplątaniem nóg w obcasy na ostrzejszym zakręcie, to jednak koniec końców zostawiłaby pewnie Sullivana za sobą – a to bez sensu, bo… no bo dokąd miałaby biec bez niego?
    Ten dziwny (w zestawieniu pośpiechu, oczekującego od niej dzikiego sprintu, i wymuszonego powstrzymania poprzez posuwisty a dumny chód Ziona) marszobieg (dokładnie!) jednego jednak nie starł z jej świeżej pamięci, mianowicie aktu naprawdę drastycznej brutalności Ziona. Teraz nie potrafiłaby tego formułować, ale półświadomie czuła, że to, co się stało, to owszem była erupcja zionowych emocji – ale jej kaliber i forma bądź co bądź wymykała się kanonom otaczającej ich karmiącej standardami cywilizacji. Gdzieś tam z tyłu głowy zapętlony i roztrzęsiony filmik z Zionem kopiącym leżącego bez krzty wyobrażenia o prawdopodobnych szkodach na prestonowym ciele nakładał jej się na odruchowe skojarzenie pełnej pieniędzy torby z profesją jakiegoś egzekutora, może mafijnego kata, może płatnego mordercy albo pięściarza, okej, ale ściągniętego z ringu po to, by brudzić sobie łapska (i noski butów) takimi właśnie czynnościami… Czyli – psiakrew – z kim to tak naprawdę „pod rękę” uciekała z miejsca ich obopólnego, ale nie wspólnego przestępstwa? Ona była winna temu, co wyzwoliło z Ziona jakieś… zwierzę. Piękne zwierzę – jasne, tyle że jednak… no. A on – wiadomo: winny był niemal śmiertelnego (a przynajmniej okaleczającego, by może) pobicia nieznanego sobie człowieka w przestrzeni skrajnie publicznej. To zestawienie przyprawiało ją o gęsią skórkę z jednego głównego teraz powodu („Kim jest Zion????”) oraz kilku osobliwie zastanawiających innych. Ale to potem.
    Teraz – brali właśnie zakręt ku schodom prowadzącym do ciężkich drzwi, za którymi pozornie intymny chłód i bezpieczna (w odróżnieniu od plastikowego blichtru handlowych galerii) surowość parkingowej hali podziałała na Ree otrzeźwiająco. W ramach tego otrzeźwienia już otwierała usta, by zadać jedno z dziesiątek nieprzemyślanych pytań, ale szarpnięta za rękę szurnęła podeszwą i zakończyła ćwierćobrót już ustawiona do wepchnięcia do wnętrza kabiny. Torbą z sexshopu grzmotnęła Ziona, torbą z odzieżowego – burtę SUVa, wpakowała się byle jak na siedzenie, poprawiła pozycję, rezygnując na razie z poprawienia włosów, zapięła pas gdy już ruszali z delikatnym, zduszonym piskiem, który jakoś dziwnie skojarzył jej się z własnym wokalnym działaniem na myśl o tym, co teraz zrobi Zion.
    Albowiem teraz było już oczywiste jak nic innego, że Zion jest wściekły.
    „Wściekły”??? – nieee, to zupełnie niewłaściwe chyba słowo.
    – Zi-
    Zatkał ją warknięciem. Wyjechali na ulicę i to powinno nastrajać uciekinierów pozytywnie, ale ona jako uciekinierka siedziała teraz zamknięta razem z człowiekiem, co do którego właśnie odkryła, że ma za mało wiedzy, by wiedzieć, jak on się zachowa. A sprawiał w jej rozdygotanym umyśle wrażenie, jakby był w stanie po prostu ją zatłuc. Nawet jeśli by wyzwolił przeciw niej pięćdziesiątą część tamtego szału, to miałoby to pewnie formę duszenia obiema dłońmi z potrząsaniem nią całą jak lalką, albo formę policzkowania aż po mroczki przed oczyma. Tak: Ree Burrows w tej chwili – bała się.
    – Zion ja
    Znów warknięcie – i znów zamilkła, jak kazał. Teraz, gdy organizm nie biegł, wciąż rozpędzony umysł inwestował nadmiar adrenaliny w coś, co można nazwać (nieładnie, ale chyba trafnie) „torsjami emocjonalnymi”.
    Ree – cała spocona – drżała. Drżały jej dłonie, których nie uspokajało symetryczne sunięcie po nagich udach ani kretyńskie przeczesywanie włosów i obsesyjne zakładanie ich za uszy. Drżało jej serce – od emocji, pytań, obaw, nadziei, pragnień, strachu samotności, wyrzutów sumienia, oburzenia na Ziona, rozkazu gotowości do kłamstwa, rozkazu gotowości do szczerości, rozkazu podjęcia taktyki zamydlenia, zamazania tego, co mógł sobie teraz Zion konfabulować, krwawiąc być może ze środka swego męskiego ego, lub tylko brocząc obrzydzeniem dla niej i dla siebie, że dał się zrobić dziewczynie, która przedstawiała się dwóm mężczyznom dwoma imionami, to ilu mężczyznom dotąd przedstawiła się iloma? – logiczne pytanie…
    „Rachel”!…
    Na splunięcie w nią tym imieniem, oskarżające w oczywisty sposób, Ree aż podskoczyła. Zion musiał generalnie patrzeć na drogę i nie widział tej symfonii emocji, powodujących teraz jej mimiką: zdawało się że rozszerzone skrzydełka nozdrzy zasysały tylko kolejne świszczące gwałtownością wdechy, wargi miała rozchylone, ale kąciki ściągnięte lekko w dół, a szczękę wysuniętą w przód; głowę lekko pochyloną, ale wzrok uniesiony, więc wyglądało, jakby miała zaraz staranować jakiegoś torreadora – a przecież było w niej tyle samo ognia, co poczucia winy, tyle samo odruchu by wywrzeszczeć Zionowi pytanie oczywiste – „Co to kurwa miało być???” oraz by wyskomleć łańcuszek krągłych, wilgotnych „przepraszam…”. Pogodzić się tego nie dawało, a Zion zdominował dialog, więc na razie falowała na swoim siedzeniu sztormem emocji, piersiami, opiętymi ciaśniej niż trzeba skośnym paskiem torebki wrzynającym się bez kontroli wskroś korpusu, falowała mięśniami żuchwy, zaciskającymi się aż po utworzenie głębokich cieni, falowała pulsacyjnym zaciskaniem i rozluźnianiem palców dłoni na udach. Falowała w gotowości do ekspiacji –i w oburzeniu, raniona jego słowami. Raniona – a rozumiejąca, że się jej z jego perspektywy (zamglonej wytłumaczalną wściekłością) należy. Zion ciął ją gorzką ironią inwektyw, tępymi obuchami werbalizowanego zawodu, bolesnym prawdopodobieństwem rzucanych gróźb, brutalnym rozkazem „milcz!”enia, czyli odebraniem prawa do obrony. A najgorsze były dwie rzeczy: pierwsza – że w głębi duszy rozumiała go, psiakrew – przecież była świadoma swojego własnego modus vivendi i tego, że te czy inne „pozostałości” jej życia będą się za nią ciągnąć (choć że spotka dziś, tu, akurat Prestona, nie spodziewałaby się przecież nigdy), rozumiała więc Ziona na tyle, na ile mogła rozumieć po swojemu, ale i dość klarownie, mężczyzn jako gatunek (gatunek, na którym żerowała); i druga „najgorsza rzecz” – że gdzieś, w dziwnych zakamarkach roztrzęsionej jaźni, ta cała zionowa wściekłość teraz w połączeniu ze zwierzęcością tam, splatały się w paradoksalny sposób w jakiś rodzaj psychologicznego feromonu. Straceńczego, samobójczego, w oczywistej tożsamości symbolu ćmy i płomienia… I jak ona, biedna, miała sobie z tym w tej chwili poradzić? Z tymi emocjami, z których większość nawet nie miała nazwy – po prostu będąc naturalnymi wybuchami pękającej od nadciśnienia, usianej gejzerami jaźni, jej wewnętrznej Ree Burrows, tej prawdziwej? Tej najprawdziwszej?…

    Kiedy się zatrzymał w uliczce – usztywniła się, ale nie przestała gapić się jak posąg wściekłej driady gdzieś przed siebie. Na nic. No – na pół sekundy tylko zerknęła na jego rozbitą trochę pięść, gdy sam ją sobie obejrzał, ale wycofała się, czy raczej to on odepchnął jej spojrzenie, gdy spojrzał na nią w taki sposób… w taki sposób… Niesmak! Kpina… Lekceważenie. I nadzieja, że ona jest w stanie sama teraz odbudować gołymi rękoma most, który zapadł się w rwącą kanionem rzekę, łącząc jeszcze jego i jej ostry brzeg ostatnim warkoczem trzeszczących od wysiłku lin.
    Odpiął pas.
    Zerknęła za nim jednak:
    – A kiedy wr-
    Trzask: drzwi zamknięte. Podciśnienie nagłej ciszy. Dokąd poszedłeś? Jaki wrócisz? Po co poszedłeś? Co mogę zrobić, Zion? Kurwa – co mogę zrobić?? I jak w ogóle mam sobie z tym wszystkim poradzić?…
    Bała się go, tak. Ale co z tego, że się bała, skoro nikt by jej teraz od niego nie odciągnął? Miała nadzieję, tak. Ale była to nadzieja oślepiona paradoksami sprzecznych emocji. Pragnęła go, tak. Ale nie mniej, po tym co zrobił w sklepie, tyle że – bała się, tak. Ale przede wszystkim tego, że ją po prostu odtrąci. Była gotowa ponieść karę – ale musiałby chcieć ją sądzić, a to znaczyło konieczność wspólnego nachylenia się nad winą, a to znaczyło jego niegotowość do łaski, a to znaczyło jej poniżenie proszenia o litość, a to znaczyło jego wściekłość wobec jej słabości, a to znaczyło jej odruch pokazania mu że jest silna, a to znaczyło prowokację, a prowokacja wiązała się z ryzykiem przegięcia, a przegięcie wiązało się z ryzykiem odłączenia, a to – ze strachem, a strach – z płaczem samotności i zostawienia, a płacz – z autorefleksją, a autorefleksja – ze oczywistością zgubnego obosiecznego ostrza jej stylu życia, czyli tego kim cała Ree Burrows była – i czemu zresztą zawdzięczała w jakimś sensie całego Ziona – a więc i w efekcie obecne ryzyko jego utracenia. Ma to sens?… Litości…!
    Nie wiedziała, ile go nie było, choć na początku zerknęła na zegar: pięć po trzeciej. Przesiedziała kilka minut nieruchomo, wpatrzona w pustkę we włąsnej głowie, po czym uległa impulsowi, który mimo pozornej jego bezsensowności miał swoje wytłumaczenie. Otóż sięgnęła po torebkę, wyjęła z niej kosmetyczkę, i zaczęła poprawiać makijaż. Pociagnęła lekko szminką wargi, potem przyszedł czas na tusz i rzęsy, potem na krytyczne spojrzenie w lusterko. Jeszcze trzeba było poproawić, więc zawinęła odruchowo wargi w głąb ust na moment, odwinęła, i już podnosiła dłoń, gdy coś mignęło jej w lusterku...
    Usztywniła się znów. I obróciła w tę stronę, z której spodziewała się powrotu Sullivana. Powrotu, który musiał nastąpić – choćby z powodu samochodu, ale też powrotu, bez którego ona nie wytrzymałaby kotłujących się w niej emocji dłużej, niż do północy tego strasznego, przelewającego się od cudów i dramatów dnia, którego da się opisać tak naprawdę tylko jednym słowem: dwoma słowami, tyle teraz znaczącymi, ile wynosi napięcie między nimi:
    – Zion…? Ja...
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-12-27, 22:34


    W swoim czasie.
    Wrócę w swoim czasie.
    Zion wcale nie ostygł. Nadal kipiał z wkurwienia i gdyby tylko ktoś - nie daj Boże - przeciąłby mu drogę albo spojrzał na niego jakoś krzywo, to miałby szansę skończyć jak Preston; z porachowanymi żebrami i rozbitą szczęką. Był okropnie spięty, zupełnie jak zwierzyna na chwilę przed morderczym atakiem, a odmalowaną na jego twarzy aurę szaleństwa dopełniał fakt, że adrenalina zmyła z jego krwi resztki narkotyku i przyśpieszyła kokainowy zjazd o kilkadziesiąt potrzebnych mu minut. Usta mu posiniały, tęczówki gnały w rozbieganiu, nie mogąc się zdecydować, gdzie chcą patrzeć, a pot lał mu się z czoła jeszcze szerszym strumieniem, niż gdy kilka godzin wcześniej rżnął ją w zupełnie nieludzki sposób, do granic możliwości testując swoją wydolność. Zupełnie serio - nagle zrobił się niebezpieczny. Po pierwsze dlatego, że na honorze wydrapała mu swoją przeszłością niewielką rysę, a po drugie, bo narkotyk przestał działać, a organizm domagał się albo wyciszenia, albo nowego bodźca, żeby pobudzone synapsy czymś ogłupić.
    Potrzebował zatem ochłonąć.
    Już.
    Teraz.
    Natychmiast.
    Ree oczywiście na ukaranie zasługiwała (to znaczy - w jego krótkowzrocznym osądzie, nie można od niego wymagać zbyt dużo), natomiast wymiar tej kary musiał być adekwatny do zarzucanego jej czynu i dlatego erupcja wulkanu "Zion" musiała nastąpić z dala od niej. To nie tak, że byłby gotów zrobić jej krzywdę - bo wbrew pozorom, nie był - ale zwyczajnie nie ufał swojemu słownikowi. Rozgrzany do czerwoności, miał ochotę szmacić ją po stokroć i nawet nie wiedział, od czego zacząć, wyprowadzając w myślach wzór na najgorszą obelgę na świecie. Co gorsza, wcale nie był tak daleko rozwiązania, przecinając słowami, jak brzytwą, jej samoocenę - nie miał za grosz kultury ani szacunku i w zupełnie naturalnych okolicznościach Ree byłaby więcej niż usprawiedliwiona, żeby z tego auta wysiąść i po prostu go tam zostawić. Z zakupami albo bez nich. Na tym etapie nie bał się tego tak bardzo, jak mogloby się wydawać - owszem, byłoby słabo, gdyby poszła w długą, bo chętnie jeszcze by ją zaliczył, ale Preston tak go nakręcił, że teraz był nią obrzydzony i wcale nie wiedział, czy jeszcze zaliczać ją chciał. A zatem - nie bał się tego, że mogłaby go zostawić, tak jak bał się tego, że mogłaby zobaczyć, jak bardzo był tym wszystkim rozemocjonowany.
    Tak - rozemocjonowany. A przecież nie powinien.
    Nie powinien, bo nauczony wieloletnim doświadczeniem korzystania z kobiet łatwych i tych, proszę mu wybaczyć, łatwiejszych, dobrze wiedział, jaka postawa jest kluczem do nawet najciaśniej zapiętego zameczka przy majtkach. Otóż wystarczyła tylko i wyłącznie nonszalancja i absolutny brak zainteresowania, żeby z pożądającego, stać się pożądanym. I być może była to generalizacja krzywdząca, może nawet uprzedmiotawiająca albo wręcz próżna, ale Zionowi wydawało się, że działała i skoro działała, to cholernie nie chciał, aby Ree mu tę broń z dłoni wytrąciła. Jakiekolwiek wytłumaczenie bowiem nie stało za tą pokręconą sytuacją w handlowej galerii, przewagę musiał mieć do samego końca - swojego albo przynajmniej tej relacji.
    Należało więc te emocje przed nią ukryć. I dzięki Bogu - sytuacja ku temu nadarzyła się jeszcze zanim postanowił sprawdzić wytrzymałość jej... No, kogoś tam jej.
    Zion popchnął szklane drzwi i znalazł się w urządzonym w ładnym, nowoczesnym stylu salonie fryzjerskim. Na recepcji przywitał się tylko skinięciem głowy z czarnoskórą dziewczyną o aparycji łączącej ją z konkretną częścią miasta, a potem przeciął jak gdyby nigdy nic niewielką salkę, żeby kilka kroków później znaleźć się na zapleczu. Dopiero wtedy, zerknąwszy w lustro, zorientował się, że Preston zostawił mu na koszuli pamiątkę i że wcale nie wyglądał już tak świeżo, jak jeszcze kilka godzin temu, ledwie wziąwszy prysznic po nocnym maratonie narkotycznych uniesień. Z wąskiego korytarza wybrał pierwsze drzwi i wszedł do zadymionego pomieszczenia, pełniącego rolę biura, od progu rzucając czymś w stylu "stęskniłem się za Tobą, Choo-choo". Choo-choo raczej nie odwzajemniał uczucia Sullivana.
    Choo-choo - otyły, czarnoskóry facet o okrąglutkiej twarzy i łysej głowie, ale za to bujnej i zadbanej brodzie - był zajęty: trzymając w dłoni gąszcz ciemnych włosów, wsuwał penisa w usta klęczącej przed nim dziewczyny, a drugą dłonią drapał się po wielkim brzuszysku, sapiąc przy tym jak lokomotywa. Usłyszawszy głos Ziona poderwał się co prawda w miejscu, ale wcale sobie nie przeszkadzał - sięgnął tylko po leżącą na oparciu biurowego fotela koszulkę i przetarł nią spocone czoło, a potem niezbyt wylewnym gestem zaprosił mężczyznę żeby zajął miejsce po drugiej stronie, cedząc przez zaciśnięte zęby coś o stresie i trudnych czasach. Zionowi się to nie spodobało.
    Choo-choo bowiem - łagodnie mówiąc - na wyjeździe Ziona z Nevady bardzo skorzystał; w przeciwieństwie bowiem do wielu obstawianych przez niego interesów, był "osobistą akcją" Sullivana i płacił jemu, a nie jego przełożonym. Najchętniej - wziąłby się i postawił, ale bał się, że ruszywszy Sobotkę ściągnie na siebie oczy przestępczego konglomeratu, żonglującego w najlepsze Las Vegas i że nie skończy się to dla niego najlepiej. Wobec tego - płacił, bez mrugnięcia okiem, a kiedy Sullivan nagle zniknął - odetchnął z ulgą i nawet zainwestował we własną ochronę. Nie przewidział tylko, że ludzie, którym zapłacił, byli winni Zionowi przysługę i postanowili w wygodny sposób doprowadzić do spotkania tej dwójki.
    Zion - wbrew pozorom - wiele nie chciał. Ponieważ ostatnimi czasy nie świadczył już wobec Choo-choo żadnych usług, nie był do końca zainteresowany jego pieniędzmi; to byłaby przesada, nawet w tak niehonorowym środowisku i dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Zion chciał tylko i wyłącznie - po starej znajomości - dobrze się naćpać. I Choo-choo towar mógł mu załatwić.
    Co więcej - Zion wcale nie był zachwycony sposobem, w jaki Choo-choo go przyjmował. Kiedy tylko podjął temat zakupu pakietu narkotyków, grubas nawet nie mrugnął okiem i zamiast odpowiedzieć gościowi, poprosił dziewczynę żeby zwolniła. Co więcej - starał się unikać patrzenia na Sullivana. To niby było zrozumiałe, bo w środku aktu to i sam Zion wolałby na żadnego faceta nie patrzeć, ale na miłość Boską - w pierwszej kolejności wcale nie powinien jej pieprzyć. Obojętnie, czy przyszedł zapowiedziany, czy nie: zapracował sobie na szacunek już kiedyś i go wymagał. Ta patowa sytuacja zatem długo nie potrwała - nerwy pięściarz miał i tak nadszarpnięte, więc nim Choo-choo się obejrzał, jego partnerka wylądowała po drugiej stronie pokoju (i to niekoniecznie z własnej woli), a na jego twarzy wylądował... ojcowski policzek z dłoni Ziona. I gdyby to miało nie wystarczyć - krzyczał, zamiast mówić i to wystarczająco głośno, żeby strzyżony właśnie klient usłyszał, że Sullivan "wcale nie będzie czekać, aż tej tłustej świni stanie ten mały fiut". Ale wystarczyło.
    Wystarczyło, bo Choo-choo wziął się w garść. To znaczy - zajął się swoim gościem, bo poza tym - wcale nie był "wzięty w garść": drżał, mówił niewyraźnie i cicho, a w pewnej chwili zaproponował nawet skorzystanie z usług dziewczyny, która nadal dochodziła do siebie po mocnym szarpnięciu za długie włosy. Zion nie był zainteresowany - w żołnierskich słowach wytłumaczył grubasowi powód swojej wizyty i załatwił sobie nie tylko wypełniony żółtawym proszkiem strunowy woreczek importowanej kokainy, ale i bonusowy plik pieniędzy za niedogodności, darmowe strzyżenie, foliową siatkę wypełnioną kostkami lodu i... czarną podkoszulkę z logiem salonu w rozmiarze 5XL; zdecydowanie za dużą, ale bezapelacyjnie czystą, bo nową - prosto z folii.


    Nie było go zatem dobre trzy kwadranse, przy czym tylko ostatni poświęcił tak naprawdę na przemyślenia. Sytuacja wcale nie była komfortowa - przede wszystkim, Ree mogła mu czmychnąć i już szukać szczęścia gdzie indziej, ale nawet jeśli tego nie zrobiła, to wcale nie rozwiązywało wszystkich problemów. Wręcz przeciwnie, chyba tylko je tworzyło, bo... Nie miał najmniejszego pojęcia, jak wyjść z tej sytuacji. Nie było przecież jej występkiem, że kiedyś miała chłopaków, bo i on miał kiedyś dziewczyny, ale fakt że posługiwała się różnymi imionami był cholernie niepokojący i stwarzał tyle absurdalnych teorii, że każda z nich była jednocześnie prawdopodobna i nie; każda z nich była zupełnie logicznym ciągiem przyczynowo-skutkowym, jak i bajdurzeniem zranionego faceta, któremu ktoś przy wszystkich zwyzywał dziewczynę od szmat. I to było najgorsze - patrzył się w swoje lustrzane odbicie, przyciskając lód do obitych knykci, gdy młoda fryzjerka podcinała mu włosy i chyba pierwszy raz widział faceta, który wcale nie wiedział, jak powinien się zachować. Pierwszy raz widział faceta, któremu z jakiegoś powodu zależało, żeby ten rozdział jeszcze się nie skończył i który po cichu chciał, żeby i Tess, i Rachel i... jak jej tam miałoby być miała jakieś sensowne wyjaśnienie. Bo bez niego... Bez niego była nic nie wartą zdzirą, tą spod prysznica i tą ze słów Prestona.
    Szarpnął najpierw za klamkę od tylnych drzwi. Na siedzeniu po swojej stronie położył dużą torbę z mcdonaldsa i marynarkę, a dopiero potem usiadł za kółkiem, dociskając powoli rozpuszczający się, prowizoryczny okład do spuchniętej dłoni. Zanim się odezwał, zerknął na Ree w sposób niezbyt zachęcający - wzrok miał mimo wszystko chłodny i oceniający, a złość nie odpuściła mu na tyle, żeby dostrzec poprawki w makijażu, dlatego trudno było odczytać z niego jakąkolwiek myśl, nie licząc może znacznie już spokojniejszego oddechu i nieco mniej spiętych mięśni.
    - Co "ja"? Co "ja"? - wycedził w końcu przez zaciśnięte zęby, z trudem prostując palce, a potem zaciskając je w pięść. Zdecydowanie - ręka mu dokuczała i chociaż było to prędzej mocne zbicie, niż złamanie, to nie czuł się z tym najlepiej, prostacko rozważając swoją dłoń tylko i wyłącznie w kategorii broni, która teraz wcale nie była w pełni sprawna. - "Ja" Tess czy "ja" Rachel, hm? - dodał jeszcze i pokręcił z rozczarowaniem głową, omiatając spojrzeniem rozsypane w nieładzie zakupy. Fatałaszki przejęły rolę płachty dla byka-Ziona, a najbardziej czerwona była ta torba z sexshopu, z której nieśmiało uśmiechało się do niego tekturowe pudełko z nie do końca zwykłymi majtkami i z której to Preston miał taki ubaw. Z nim też tam przychodziła?
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-12-28, 15:25


    Trzy kwadranse. Przez te trzy kwadranse (ostatni poświęcony na poprawianie, czy raczej półświadome uwydatnianie makijażu) Ree spędziła na szarpaninie z myślami w ciasnym, wyjątkowo (jak na nią) w tej chwili skomplikowanym architektonicznie ringu swego na co dzień dość beztroskiego „ja”. Trochę starała się zdroworozsądkowo rozważać, co się obiektywnie i subiektywnie wydarzyło i jak z tego wybrnąć, trochę oddawała się emocjom, trochę zastygała w otępieniu osoby przytłoczonej nadmiarem myśli, których już nie jest w stanie umysłowo obsłużyć, przekierować, ułożyć w ciągi. Można by rzec, że sumarycznie rzecz biorąc doświadczała potężnego chaosu na podobieństwo wiru, krążącego szaleńczo wokół dość jednakowoż stabilnego epicentrum. W tym epicentrum pulsował splot kluczowych pytań.
    Pierwsze z nich, bodaj najważniejsze, brzmiało „Kim jest dla mnie Zion”.
    Poznawała go –a czy chciała dalej poznawać? Tak. Czy scena z Prestonem – obiektywnie rzecz biorąc dyskwalifikującą mężczyznę od którego kobieta mogłaby oczekiwaćna przykład bezpieczeństwa i stabilności – nie odwodziła jej od tego? Nie.
    Czy podobał jej się, w ten najzwyklejszy sposób? Totalnie. Totalnie. Obróciłaby się za nim na ulicy, ba – w jej obecnym stanie była pewna, że na przykład stałaby dalej zamiast przejść na zielonym świetle, gdyby on ruszył właśnie naprzeciwko niej – aby dłużej móc na niego patrzeć. Podobała jej się jego sylwetka, fascynowała ją (również estetycznie) jego blizna niczym niezwykła, pięknie wysublimowana ozdoba, podobały jej się jego dłonie, jego mimika, jego oczy i ich spojrzenia, układ jego warg i sposób gry mięśni mimicznych, gdy sądził, że nic się nie wyrywa z jego poker-face’a.
    Czy pożądała go? Hell, fucking YES. Wspomnienie choćby dzisiejszego poranka również w tej chwili doprowadziłoby ją (jej umysł i ciało) do znacznego przyśpieszenia pulsu i zwiększenia jeszcze kilku innych „parametrów” tu i ówdzie. Pożądała go w dwójnasób – niejako bez związku z odkrywanymi stopniowo cechami jego osobowości i – być może – backgroundu psycho-społecznego, jaki go kształtował i jaki on kształtował wokół siebie, oraz właśnie w związku z nimi, właśnie w jakimś dziwnym sensie pożądała go „wobec” tego, co się niedawno wydarzyło, a uchwycenie w tym różnicy między perwersyjną ciekawością doświadczeń przemocowych a tym, co się w niej działo w związku z tymi wydarzeniami i odbiorem Ziona przez ich pryzmat –uchwycenie tej różnicy było trudne, lecz możliwe, aczkolwiek nie było obok niej nikogo, kto mógłby zadać sobie dobrowolnie ten trud.
    Pożądała Ziona nie tylko wszak dla dojmującego seksu, który jej dał, dla nieznanego jej przedtem armagedonu emocji, przez jakie ją przeczołgał choćby dziś rano, ale i dla tego, co jest niezbędną przyprawą życia dla każdej psychiki zgodnie z wiekiem i usposobieniem zorientowanej na przygodę w jej najgłębszym sensie - tym, w którym gdy dzieje się coś obiektywnie złego, subiektywnie jest to tak samo ważne i dobre, jak coś dobrego – a może nawet lepsze. Istota tego niuansu dawała się wytłumaczyć naturą Ree, naturą graczki. Tak jak jest dla widza czy czytelnika niełatwe, ale oczywiste, że ktoś, kto rzuca do puli swoje mieszkanie albo współmałżonka, nie jest tylko idiotą, ale jest po prostu czcicielem bogów gry, ryzyka, trochę uzależnionym, a trochę świadomym, co oznacza taka idolatria, że prowadzi do zguby, i „pieprzyć to! pieprzyć!” – tak powinien rozumieć, że analogicznie było i z Ree. Gra, ryzyko, dostawanie od „losu” (i tych, którzy akurat go personifikują) raz policzków, raz całusów, drobne zwycięstwa / drobne porażki prowadzące niby naprzód, ale tak naprawdę stanowiące same w sobie sens – to była karma dla jej osobowości. I Ree w naturalny, odruchowy sposób wybierała przez swe życie ścieżki biegnące obszarami, na których horyzoncie lub w bezpośredniej bliskości wibrowały hipnotyzująco – gry. Ba: sama była w jakimś sensie grą – i nic dziwnego, iż (nawet podświadomie) traktowała tak innych. W tej liczbie – zasadniczo –mężczyzn.
    Był więc Zion dla Ree również… grą? czy graczem? A może planszą? A może spersonifikowanymi zasadami? Tak: w sumie tak: wszystkim tym po trochu też. I gdyby sięo tym dowidział, miałby pełne prawo wkurwić się galaktycznie. Co więcej: ta ewentualność nie stanowiła w „rozgrywkomorficznym” (??? wybacz…) świecie Ree przeciwwskazania. Paradoks? No, nie. Ani trochę. Element świata gry; jedno z ryzyk. Jedna ze scen do zagrania, przegrania lub wygrania. Ale to oczywiście spłaszczałoby i Ziona, i Ree, i cały świat niemożebnie, a by tak się nie stało, potrzebna było coś jeszcze. Miłość? na przykład?
    A więc: czy Ree Burrows miała dla Ziona miłość?
    Nad tym pytaniem należałoby się dłużej zastanowić. Pomijając już tyleż obowiązkowe, co banalne rozkminy w stylu „czym jest miłość” – Ree Burrows miała osobiste trudności z rozpoznaniem tego stanu: i u siebie, i u innych. Nie chodziło jej o miłość, w jakimkolwiek jej znaczeniu, gdy podrywała kolejnych facetów. Nie chodziło jej o miłość ich dla niej, zaskoczona pytaniem odparłaby, że miłość nie jest potrzebna. Zion był jej zaś potrzebny. No więc – chodziło o miłość czy właśni o niemiłość?
    Ree wzdrygnęła się: za duże to słowo. Za poważne. Powinno nie pasować do słownika, którym posługiwała się teraz by jako tako przebyć ruchome piaski rozterek przed powrotem wkurzonego Ziona do samochodu. Cyknęła językiem, pokręciła głową: nie, nie, nie. Miłość to jakiś… dramat. To ucina ręce i nogi człowiekowi. Może jest na to jakaś inna nazwa? Ratunku?
    Tylko jedna przyszła jej do głowy i w tym momencie Ree zastygła, ze szminką w palcach i z półotwartymi ustami wycelowanymi w lusterko.
    Uzależnienie.
    Fuck
    Czy zatem można tu było (zacząć) mówić o – uzależnieniu?
    Ree nabrała powietrza w płuca i zatrzymała, kręcąc pomadą w dwóch palcach. Biła się sama ze sobą, zagryzała wargi, zasysała policzki, kręciła lekko głową na boki; walka, walka, walka o słowo –i o znaczenie. Cokolwiek powie sobie w odpowiedzi – będzie miało, czuła to, moc wyznaczenia pewnego kierunku. Moc zmieniania jej życia. Boże… Nawet wypowiedzenie samego tego pytania na głos zionęło niebezpieczeństwem. I pewnie dlatego rozpędzona w gonieniu rozterkowego wiru Ree rzeczywiście wypowiedziała w pustej kabinie te słowa:
    – Szlag… czy ja jestem uzależniona od… niego?
    Odchyliła głowę do tyłu i zamknęła oczy. A kiedy wróciła twarzą i wzrokiem do lusterka, by jeszcze pociągnąć tuszem rzęsy, otwierała już drżące nieco usta, żeby sobie tej odpowiedzi udzielić:
    – Otóż…
    I wtedy w lusterku mignął jej Zion – a potem otwarły się drzwi i wpuściły do jej trzykwadransowej autokozetki – jego. Ziona Sullivana.

    Jego wibrująca aura aż pchnęła ku niej falę znieruchomiałego podczas jego nieobecności powietrza. Spojrzała na niego – był spokojny. Chyba. A może nie – może po prostu potrafił nałożyć na wewnętrzny gniew taką twarz – zresztą twarz, od której ledwo się oderwała wzrokiem, żeby spojrzeć krytycznie na trzymane w dłoniach kosmetyczne zabaweczki dobrego samopoczucia. Wbiła spojrzenie w półeczkę pod przednią szybą, czując jak wszystkie zdobyte przez ostatnie kwadranse odpowiedzi i wnioski rozsypują się jej jak korale z urwanego sznurka. I zostaje naga wobec jego spojrzenia, jego pytania i jego prawa otrzymania konkretnej odpowiedzi. Wzięła głęboki wdech, oddała wydechem i dopiero wtedy odwróciła się do niego ze wzrokiem akurat dość płytkim, ze śladową przymieszką respektu wobec „silniejszego” oraz – z drugiej strony –pewności siebie. Jakby chciała powiedzieć lub zrobić coś, czego sama jeszcze nie rozumiała, ale czuła że warto.
    – Nie złość się, Zion. Nie złość się… za bardzo – powiedziała cicho, patrząc mu w oczy może nie odważnie, ale też bez uniżenia. – Ale – rozumiem cię. – Kiwanie głową mogło o tym rzeczywiście świadczyć. - Rozumie cię chyba. I dziękuję ci.
    O.
    Ree uniosła lekko brwi, kładąc dłoń na jego udzie i pozwalając jej tam nieruchomo zostać, dopóki on da jej prawo.
    – Przed Prestonem byłam Rachel z tego samego powodu, z jakiego tak dziś tryskał frustracją: bo on był dla siebie samego moim facetem, ale ja wtedy nie byłam jego dziewczyną. Dowalił się do mnie na imprezie na pewnym prywatnym ranczo, imprezie związanej z przemysłem rozrywkowym, kiedy próbowałam swoich sił jako jutuberka modowa. Dolepił się, a ja byłam… no, pod wpływem. Bawiliśmy się w to, do kogo jakie pasuje imię, jeszcze zanim poznaliśmy swoje własne nawzajem. Niewiele z tego pamiętam, ale facet był tak naprany, że jedna z tych propozycji mu się przylepiła do mnie, a że spędziliśmy razem jakieś dwa tygodnie, z czego tydzień na rozstaniu, to już mu tego nie zmieniałam. Została mu „Rachel”. I teraz Zion – czekaj –powstrzymała go gestem drugiej dłoni i spojrzeniem: – Czekaj: wiem, że ci to brzmi mało prawdopodobnie. Dlatego właśnie nie obawiam się tego powiedzieć. Nie mam nic żeby dodatkowo uprawdopodobnić prawdę. Cokolwiek wymyślę „prawdopodobnego”, nawet jeśli uwierzysz bardziej niż w to – będzie kłamstwem. A ja nie chcę na kłamstwie z tobą niczego budować…
    Odwróciła głowę jeszcze na ostatniej sylabie –przestraszona, jak poważnie to zabrzmiało. Tym poważniej że… było prawdą. Aż ją przeleciał strach, że Zion teraz sięgnie po dalszy ciąg tego rozumowania.
    – Słuchaj… –przerwała mu (bądź nie), odwracając się znów szybko twarzą do niego – …ja rozumiem, jak się poczułeś. Rozumiem, słyszysz? – emocje pchnęły ją do przodu, czyli ku niemu. Chwyciła go za ramię, przy okazji na moment odciągnięta obserwacją jego zmiany garderoby, ale nieważne: – Poczułeś się wy…dymany? i mnie też to boli. To, że się tak mogłeś poczuć – bo NIE JEST tak. Gdybym się bała, że odkryjesz tu jakąś inną prawdę –mogłam stąd wyjść, wysiąść z tego samochodu, i nie wrócić. Słyszysz? – głos jej się podnosił: parła naprzód zaślepiona trochę ważnością swych własnych odczuć, ale czując na marginesach, że i te subiektywne priorytety zaczynają wokół niej gęstnieć, trzeba więc było przeć szybciej, mocniej, co objawiało się w tonie i głośności jej słów: – Ale nie wysiadłam! Bo ja CHCę ci to powiedzieć, Zion. Masz wiedzieć: proszę! – wykonał jej się ruch, którego sama by się nie spodziewała: odwiodła ramiona symetrycznie na boki, wypychając nieco do przodu pierś – gest „proszę bardzo –jestem jawna. nie mam tajemnic. to co widzisz, to jest to, jak jest!” – Proszę: mam na imię Tereesa i wkurwia mnie to imię. To mój kompleks. Więc czasami przedstawiam się jako Tess, to jest prawidłowe zdrobnienie i tak się przedstawiam nieznajomym. Ale znajomi nazywają mnie Ree, to moja własna inwencja z czasów, kiedy kompleks wieśniackiego imienia mnie dobijał. „Ree”, Zion: jestem Ree. Ree Burrows!
    Potrzebne było teraz to uniesienie na falach własnego „o rety rety!”, na emocjach własnego wyznania? Potrzebne były te rozszerzona skrzydełka nozdrzy, jakaś determinacja w ciemnych źrenicach, te rozwarte ramiona, ten dynamiczny niebywale skręt ciała w pasie, ciała z nogami uwięzionymi w przeznaczonym do tego miejscu i korpusem prącym ku Zionowi, podanym ku niemu ponad kanałem oddzielającym fotele? Potrzebna była ta wibracja w głosie, to natężenie?
    Może i nie. Bo było szczere i naturalne, wypychane autentyczną gorączką, z jaką człowiek broni się przed stratą, której cholernie nie chce doznać. Przed stratą Ziona, który wkopał Prestonowi żebra w wątrobę, bo poczuł się niekomfortowo przy dziewczynie, przy której powinien czuci się dobrze. Tego chciała dla niego. Tak! Ona, Ree Burrows, miała teraz wszystkie swe narzędzia socjologiczne skierowane w tym celu: żeby Zionowi był z nią… dobrze.
    A narzędziami można obsłużyć jakiś mechanizm – ale można też się nimi pokaleczyć.
    Ree przekręciła się ostatecznie w fotelu tak, że siedziała teraz bokiem do linii przód-tył samochodu, a frontem do Ziona, z prawą nogą podpierającą się o wycieraczkę na podłodze, a lewą podkurczoną pod ostrym kątem w kolanie, wycelowanym w tylną kanapę, niepomna na to, co ta pozycja czyni jej wąskiej oraz „i na stojąco chyba trochę za krótkiej” sukience. Nie o tym myślała, kiedy przez sekundę zawahała się, robiąc dłońmi jakąś dziwną próbę machania skrzydłami, aż wczepiła się jednak dłońmi w Ziona, wczepiła się jak ktoś, komu wicher chce odebrać dom, wzrokiem zaś przylgnęła do jego twarzy, by za chwilę odczepi od niego prawą dłoń i złożyć ją na jego policzku. Może nie pozwolił jej tam dotrzeć – może: ale ona tego potrzebowała: jego dotyku, i to dotyku obustronnie w jej wyobrażeniu kojącego. I jemu (jak sądziła) też było to potrzebne: Miał być w tym geście jasny przekaz. A w tym jej wzroku –nadzieja, że i Zion ten przekaz odbierze i zrozumie.
    – Zion… przepraszam cię, ale nie dlatego że dla jakiegoś tam… Prestona byłam kiedyś jakąś Rachel, nie, nie za to. Tylko… tylko za to, że mogłeś się tam, przy tych jego bluzgach, jakoś niepewnie poczuć. To zrozumiałe – a nie należało ci się… Więc… no, więc nie miej do mnie pretensji. Nie bądź zły… – i jeśli tylko nie przeszkodził jej – klęknęła na swoim siedzeniu, żeby przybliżyć twarz do niego, bo tak: bo pragnęła bliskości. Jeśli ta bliskość znajdowała się teraz w środku tornada Zion, to ona, Ree, przedrze się i znajdzie ją. I niech ją wirujące zgliszcza czyichś domów i wspomnień sieką wraz z wichrami przeciwności – ona się przedrze. – Nie bądź zły… tak do końca. – i uśmiechnęła się nagle nie tylko jeśli pozwolił jej na kolejne zwiększanie bliskości. Uśmiechnęła się, a jej dłoń na jego twarzy marzyła o dotyku coraz intensywniejszym. I o jego bliźnie. Symbolu żywiołu „Zion”. – Bo trochę… bądź zły. Troszkę. Tyle ile ci potrzeba, żeby świat NIE był inny, niż ten, w którym jest tak, jak ci trzeba… Zion… – i palce tuż nad blizną. I pytanie w ich wahaniu, pytanie we wzroku, pytanie: – Czy… mogę? dotknąć? – i nieświadoma sekwencja ruchów: wysunięcie czubka języka, cofnięcie ale już zamknięte przygryzieniem dolnej wargi. – Mogę?...
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-12-30, 22:20


    Tymczasem Zion wcale nie wrócił bogatszy o przemyślenia pod tytułem "kim jest dla mnie Tess?"; oj nie. Nie poświęcił na nie nawet sekundy, zupełnie jakby nie istniała. Jakby to nie o nią w tym wszystkim chodziło.
    Zion zastanawiał się nad... sobą. T y l k o nad sobą.
    To przecież wcale nie było jego pierwsze rodeo. Tess była z nim w Vegas i ostatnim razem, i jeszcze poprzednim, i ze dwa wcześniejsze również - miała na imię Carmen, Luna, Bianca i Naya (miał dość sprecyzowany gust - lubił ciemne włosy i karmelową skórę, a za południowy akcent i temperament dopisywał bonusowe punkty), nosiła krótkie, czarne kiecki i czerwoną bieliznę, brała z nim narkotyki, bawiła się w drogich klubach, jadła w znanych restauracjach i uprawiała seks; może częściej niż nowe ciuchy, dostawała pieniądze i rzadziej traciła hamulce, ale znał ją już na tyle dobrze, żeby traktować ją z należnym dystansem i podchodzić do niej obojętnie, więc do cholery...dlaczego było inaczej? Dlaczego tym razem bał się, że przygoda skończy się za szybko? Dlaczego nagle zaczęło zależeć mu na tym, żeby była to zabawa szczera, a nie obszyta kłamstwem? Dlaczego dawał jej szansę?
    Najprościej byłoby powiedzieć, że Ree przywiązała go do siebie, bo dała mu poczuć władzę absolutną. Dotąd co prawda nigdy nie zapędzał się aż tak daleko w tamte rejony, natomiast to nowe doświadczenie było po prostu przełomowe i co więcej - nie mogło przytrafić się w lepszym momencie. Jeśli bowiem Zionowi czegoś na emeryturze brakowało - a brakowało wielu rzeczy, począwszy od łatwych dziewczyn, skończywszy na dragach i taniej przemocy - to najbardziej tęsknił za poczuciem władzy właśnie; za świadomością, że można zrobić wszystko i że konsekwencje nie istnieją, bo niby kto miałby je wobec niego wyciągnąć. I Ree... Ree przypomniała mu jak to smakuje. W prymitywny - i owszem - sposób, ale tak wymowny w swojej bezpośredniości, że nawet ta namiastka była w stanie zawrócić mu w głowie i pozwolić się zatracić choćby na moment. Nie mógł przecież przejść nad tym obojętnie - nagle znów stał się panem życia i śmierci, i mógł sobie pozwolić na wiele, także niewiele brakowało, żeby się tym struł i uzależnił na nowo.
    Był jednak zbyt pazerny, aby zadowolić się ledwie okruszkiem tamtego poczucia i właśnie dlatego to wcale nie tłumaczyło jego totalnie nie-zionowej postawy względem Ree. Nie tłumaczył jej też jego styl życia. Mijał przynajmniej dziesiąty rok, odkąd zdecydował się żyć na określonych zasadach i było to zdecydowanie dziesięć lat grubych - może nie ustatkował się w takim standardowym tego słowa znaczeniu, ale na spokojnie było go już stać, żeby w spokoju dożyć później starości, nie oglądając się przy tym za plecy i nie martwiąc oddechem gliniarzy na karku. Te reguły - chociaż archaiczne - pozwalały mu się koncentrować na rzeczach najważniejszych, czyli przede wszystkim pieniądzach, potem pieniądzach i jeszcze raz pieniądzach, także zmienianie ich dla jednej głupiej siksy nie miało najmniejszego sensu. Kobiety, o czym panna Burrows zdążyła się już przekonać niejako na własnej skórze, w tym środowisku były źródłem problemów: takich jak ten z Prestonem, ale i znacznie bardziej złożonych, które Zion poznał obserwując swoich starszych kumpli po fachu i na których uniknięciu zależało mu tak bardzo, że serce skuł mu lód, skutecznie broniąc dostępu do własnych pragnień i marzeń. Te same zasady - o zgrozo - kazały mu bronić swojego dobrego imienia, niezależnie od okoliczności, w myśl zasady, że lepiej przeprosić, niż pytać o zgodę. Ree mogła się czuć, jakby to jej honor ważył się w korytarzu galerii handlowej, ale w oczach pięściarza chodziło tylko wyłącznie o niego i dlatego brutalną przemocą wybił z głowy wszystkim naocznym świadkom tamtego przedstawienia, że mógłby się prowadzać z pierwszą, lepszą dziwką, nawet jeśli prawda leżała po stronie Prestona.
    Bo Zion z pierwszą, lepszą dziwką się przecież nie prowadzał - ani teraz, ale też i nie poprzednim razem; miał swój gust i swoje słabości, ale przede wszystkim hołdował swoim zasadom, dlatego z uporem maniaka wmawiał sobie, że kopiąc tamtego faceta, kopał go w imieniu swoim, a nie Ree - że robił to dla siebie i że ona, a z nią poprzednia noc i poranek nadal była mu tak samo obojętna, jak wtedy, kiedy pierwszy raz zobaczył ją na tym afterku dla sterydów. I to ten upór właśnie był tak cholernie niepokojący, bo świadczył o tym, że Zion Sullivan zyskiwał właśnie nowy odcień. I to na jej oczach, dzięki Bogu.

    Niemal do krwi przygryzł język, kiedy wreszcie się odezwała. Jej głos... - lubił go, bo mówiła ciekawie, ale teraz brzmiał mu jakoś nienaturalnie: może drżał z podenerwowania, a może po prostu podświadomie zaczynał już na zapas ją nienawidzić, na wypadek, gdyby jej słowa mu się nie spodobały. I w gruncie rzeczy to się nie spodobały, ale niekoniecznie słowa, tylko...
    Otoczka.
    Przyjemny dreszcz przebiegł mu po plecach, gdy ułożyła dłoń na jego udzie i dyplomatycznie rzecz ujmując - to nie była jedyna reakcja zionowego ciała na ten prosty gest, ale niestety dla niej - była to również reakcja sprzeczna z jego nastrojem (i może właśnie dlatego tak wyrazista). Ta drobna dłoń bowiem na tle jasnych spodni wyglądała jak wabik; próba odwrócenia uwagi od tego, co za chwile mu powie i skierowania jej w stronę, po której wybaczenie mogłaby sobie sobą kupić. Rzecz w tym jednak, że Zion wcale nie chciał być kupiony - ten jeden raz miał gdzieś jej miękkie wargi i to jak głęboko mogła go przyjąć, i chciał z nich usłyszeć historię, która nie tylko trzymałaby się kupy, ale byłaby i sensownym wyjaśnieniem zagadki jej imienia. To dlatego milczał - posępnym spojrzeniem taksował jej smukłą twarz, gdy oczami sama szukała w jego tęczówkach szczątków duszy i próbował jakoś rozgryźć, czy mówi prawdę, czy łże jak ta suka, próbując zamknąć mu usta dotykiem i zgrabną historyjką. Niestety - nie był w stanie.
    Nie był w stanie, a własną niepewność ukrył za lekceważącym prychnięciem, gdy zastopowała go dłonią w przerwie między jednym wątkiem, a drugim; wbrew pozorom to wcale nie brzmiało tak bardzo nieprawdopodobnie, jak chciałby żeby brzmiało, ale wciąż pozostawiało tak wiele wątpliwości, że nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, jak bardzo szczera z nim była. Znamienne zresztą, że wcale nie rozjuszyła go zabawa z Prestonem - przeszedł obok niej jak gdyby nigdy nic i skupił się na zabawie w wymyślanie imion, a także na konsekwencjach z nią związanych. Na upartego przecież faktycznie mógłby sobie dokleić wyimaginowaną Rachel (nie pasowało jej, Zion tak by rzekł) i żyć w tym przeświadczeniu do tej pory, ale nie sądziła chyba, że to świadectwo wystarczy. Zion tak nie sądził, tak jak nie sądził, żeby mówienie o budowaniu czegokolwiek było potrzebne; na samą myśl o tym jeszcze mocniej zmarszczył brwi i aż zaświszczał łapczywie zaczerpniętym przez zaciśnięte zęby haustem powietrza. To brzmiało źle i wcale nie musiał jej tego mówić, natomiast nie omieszkał skorzystać z okazji, żeby: - To, kurwa, nieźle zaczęłaś - syknąć nieprzyjemnie i jeszcze bezczelniej przygwoździć ją spojrzeniem do siedzenia, z którego zaraz zaczęła się podnosić do jakiegoś dziwnego półsiadu. Nie przerwał jej, bo ona nie przerwała jemu, ale wcale nie była mu teraz w smak jej bliskość w takim delikatnym, intymnym wręcz wydaniu. Zniesmaczonym wzrokiem omiótł jej dłoń na swoim ramieniu, zanim wrócił do jej oczu i pokiwał głową na boki, czując jak szczęka mimowolnie sztywnieje mu w tę Prostą Kreskę Absolutnego Wkurwienia. Prowokowała go. - On miałby mnie wydymać? Ty - próbował jej przerwać, ale determinacji miała aż nadto, stąd też rozłoszczony ton głosu Sullivana rozbijał się na buńczucznej i pretensjonalnej nieco barwie głosiku Ree, sukcesywnie oddając jej terytorium przy mównicy. Zagryzł policzek. Spuszczała bombę.
    Nie bez trudu Zion uratował się przed wybuchnięciem śmiechem. Naprawdę - pierwsze, co przyszło mu na myśl, to głośno się roześmiać i gdyby w czas nie nacisnął jednak zębami na dolną wargę, to nie miałaby prawa mieć mu tego za złe. Czy Ty się w ogóle słyszysz? - zdawał się mówić, gdy odrywając od niej wzrok, zaczął kręcić przecząco głową na boki. Wymagała od niego dużo, chcąc, aby jej uwierzył - powoli tracił rachubę, ale tego akurat był niemal pewien: to było trzecie imię, które w ciągu ostatniej godziny Ree dopisała sobie do metryki, czyniąc tę całą historię jeszcze bardziej nieprawdopodobną od tej, która kończyła się na niby-prywatnym niby-ranczu. I już miał na nią warknąć - już rozchylał usta, wysyłając do boju jakieś siarczyste przekleństwo - ale wtedy poczuł na sobie jeszcze bardziej łapczywy dotyk panny Burrows i niemal od razu wrócił do tej samej, wąskiej linii, co zawsze. Odwrócił się do niej na powrót - wzrok oczywiście odruchowo spadł mu w dół, żeby upewnić się, że jeszcze dobrze widział, ale już za chwilę musiał go przerzucić na jej twarz, bo stawiała kroki tak chaotyczne, że postanowił ją od tej pory kontrolować, na wypadek, gdyby coś głupiego przyszło jej do głowy. I tak jak brzydził się jej dotykiem, tak stopniowo pozwalał jej na wszystko, jakby z nadzieją na to, że kobieca delikatność i wdzięk złagodzi obyczaje, i pozwoli mu odpędzić te ciemne chmury, które od jakiegoś czasu wisiały mu nad głową. Los miał jednak dla nich inne plany. Przynajmniej na razie.
    - Niepewnie? Popierdoliło Cię? - warknął i to tonem głosu mocno przypominającym ten, jakim zwracał się do Prestona. Ree już prawie go miała - już chyba uwierzył w jej kompleksy i już prawie dał jej poczuć tę idealną niedoskonałość więziennej blizny pod opuszkami palców, kiedy zupełnym przypadkiem go od siebie odsunęła. Przynajmniej metaforycznie, bo fizycznie - Zion zrobił to za nią; wyplątawszy się jakoś z tych dziwnych objęć, zdecydowanie za mocno ścisnął dłonią jej nadgarstek i wychyliwszy się z fotela, samym impetem gwałtownego ruchu usadził ją na tyłku; oczy zapłonęły mu złością i w jednej chwili znów napiął się jakby do ataku, gdy tym razem to on nachylał się w dziwny sposób nad jej twarzą. Ja? Niepewnie przy tym śmieciu? Zwariowałaś? - Ty nadal myślisz, że to żart? Że możesz sobie robić ze mnie żarty? - cedził przez zaciśnięte zęby, a ze złości aż zapłonęły mu policzki - to nie było zwykłe, ani tym bardziej przynajmniej nie powinno wróżyć niczego dobrego, zwłaszcza odkąd Sullivan ani myślał zrobić jej miejsce w tej dziwnej pozycji; wręcz przeciwnie - chyba jeszcze mocniej na nią napierał, wychylając się z własnego fotela, chociaż przewaga wzrostu pozwalała mu robić to bez paraolimpijskich nawiązań do gimnastyki artystycznej - ot wyciągał się w jej stronę, zapierając się lewą ręką na desce rozdzielczej, a prawą na jej zagłówku. Zagotował się - zagotował z tak wielu powodów, że ciężko było wybrać jeden najważniejszy, ale chyba najmocniej targało nim to, że nadal próbowała go czarować jakimiś pararomantycznymi zagrywkami, jakby chciała uśpić jego czujność i wcisnąć mu nieprawdę. To nie miało sensu. Chciał, żeby spoważniała. - Czy ja wyglądam Ci na pierdolony żart, Tess? - syknął i na moment uśmiechnął się cynicznie, ale jakby czarująco jednocześnie, mrużąc przy tym powieki. - Tess, Ree, Rachel, czy jak Ci tam, kurwa, jest - wyliczył szybko, powracając wzrokiem do jej ciemnych tęczówek i teraz już niemal stykali się czołami; w każdym razie - Zion dobrze czuł na jeszcze ostrzej wyrysowanej teraz szczęce jej ciepły oddech i Ree na pewno czuła dobrze i jego sapnięcia, gdy próbował wgnieść ją w zabudowę drzwi po stronie pasażera, a spojrzeniem wydrążyć dziurę w samym środku jej - jeszcze trochę dziewczęcej - duszy.
    Nie miała jednak zbyt dużo czasu na odpowiedź, a może jednak zdążyła powiedzieć wszystko to, co leżało jej na sercu i zrobić to, na co miała ochotę; Zion poderwał się nagle z tej coraz mniej wygodnej dla siebie pozycji i wrócił na swoje miejsce. Oparł lewą, zbitą dłoń na kierownicy i wyjrzał daleko przed siebie. Ulica była całkiem ruchliwa - auta kłębiły się na niewielkim skrzyżowaniu, a ludzie cały czas ich mijali, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, jakie sceny rozgrywaly się we wnętrzu luksusowego samochodu, jakich zresztą w tej części Vegas było pewnie na pęczki. Znieczulica. XXI wiek w pigułce. - Nie wiem, co sobie o mnie myślisz - zaczął nagle, obracając twarz w jej stronę i otaksował ją spojrzeniem; nie potrafił stwierdzić, czy była przestraszona, zła czy rozczarowana, ale nadal nie ruszyła się z miejsca, więc odbierał to za dobry omen. Czy słusznie, to się dopiero okaże. - Nie wiem, co o mnie myślisz, ale musisz wiedzieć, że nie jestem Prestonem. I tym kolesiem, dla którego przyszłaś na galę pewnie też nie. I to wcale nie są żarty, tylko prawdziwe życie - truizmy, truizmy, po stokroć truizmy. Brzmiał teraz jak ten najnudniejszy z wujków, którego wcale nie da się słuchać, kiedy włącza mu się moralizatorski ton głosu i wychowawcza gadka, ale mówił naprawdę szczerze i bez owijania w bawełnę. Tak jak chciał, żeby mówiła i ona. - Więc jeśli nie chcesz, żeby kolejny facet skończył jak ten Preston, to lepiej jak mi teraz powiesz, czy naprawdę nigdy nie byłaś w Top Of The World. A jeśli byłaś - i tu zmarszczył brwi, bo warto wspomnieć, że wcześniej trochę rozluźnił się na twarzy i zobojętniał jakby, jakby przyjął jej wyjaśnienia do wiadomości; zmarszczył brwi i znów jakby krytyczniej na nią zerknął. - to czy kogoś przeleciałaś. I jak wtedy do Ciebie mówił, bo Ree? Ja naprawdę nie lubię, kiedy ktoś sobie ze mnie żartuje - i lekceważy, tak jak ten Twój chłoptaś. I zgoda - było to bardzo krzywdzące względem niej, być może nawet za bardzo, ale musiała choć trochę rozumieć jego punkt widzenia - gdyby tam przedstawił ją jako Tess, a znaliby ją jako - dajmy na to - Victorię, to stworzyłoby niestety tylko dodatkową presję. A Sullivan chciał się przecież tylko dobrze bawić.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2021-01-02, 18:49


    Dzieci – płaczą, gdy w trakcie sądu każe się im powiedzieć prawdę, a potem tę wykpiwa i na ich oczach wyrzuca do kosza. Ree – nie rozpłakała się, choć trochę, troszeczkę płacz w niej już wzbierał, drapał w gardło, wciskał się w oczy – to dlatego zacisnęła powieki, kiedy po pierwszych dwóch wstępnych wstrząsach i bluzgnięciu kpiną tego „Niepewnie? Popierdoliło cię?” Zion runął na nią erupcją niewiary, wciskając w oparcie swą totalną w tej chwili supremacją rozpędzonego gniewu.
    Przed chwilą jeszcze budowała się w niej nadzieja – tak! właśnie to wielkie słowo ocieplało jej drżące obawami serce z całą nieco zbyt prostą tego poetyką – gdy prośbą o dotknięcie jego blizny Ree budowała w swoim odruchowym przekonaniu etap kiełznania jego „słusznej” jedynie w proponowanym przez nią sensie złości. Ale nic z tego nie wyszło – to akurat jedynie tę nadzieję spłoszyło, jeszcze nie zgasiło, jeszcze uśmiechała się ładnie, oczekująco, gdy sprawy po chwili bezruchu przybrały pogarszający się obrót.
    Powód takiego odczuwania biegu rzeczy nie brał się wyłącznie z ciemniejącej atmosfery, jak ją teraz odbierała Ree, zmuszona odstępować od nadziei krok po kroku, aż opuściła ją całkowicie, nurzając się ciemnościach, jakie metaforycznie ogarnęły wnętrze samochodu. Powód rosnącego stresu brał się z coraz oczywistszej, niczym odkrywany dłońmi w ciemności kształt, konstatacji, na którą składał się strach, poczucie winy i…
    …ten trzeci składnik.
    Strach – że Zion jest na tyle silny, że w takiej chwili byłby w stanie ją… zostawić. Zostawić ją! To hasło ryknęło jej w umysł skondensowanym dramatem. Zostawić ją – to znaczy że ona…
    Tak.
    Tak, owszem.
    Zadrżała wobec drugiego składnika –poczucie winy mówiło bowiem jasno, że spierdoliła sprawę, nawet jeśli w jej rozumieniu jeszcze niedawno dawałoby się było to załagodzić jakimiś słodkimi słówkami czy inną magią w rodzaju dotykania mu blizny cieplutkimi opuszkami. Poczucie winy mówiło: „spieprzyłaś i teraz… „ – i pokazywał na strach:
    I teraz boisz się, że on cię zostawi, ale nie jak autobus, który nie wiadomo czy celowo, czy przypadkiem nie uwzględnił twego biegu ku drzwiom i odjechał. Zion cię zostawi w rozumieniu dramatu, którego istotą jest to trzecie zjawisko. Jego nagłe nazwanie – od razu prawdziwe, choć obarczone licznymi tłumaczeniami – aż zassało jej obecność w głąb niej.
    Siedziała wciśnięta w fotel i najpierw przyglądała się nieruchoma jak rzeźba tej prawdzie, a gdy potwierdziła ją w sobie – zaczęła nie-radzić sobie ze swoją tu obecnością. Nogi zaczęły jej podrygiwać, zaczęła się pocić, palcami dłoni to obrysowywała rąbek sukienki, to go zwijała w rulonik, to rozprowadzała po udach, do sięgała do włosów, choć nie było czego odgarniać, to znów naciskała palcami powieki, żeby nie spojrzeć na Ziona, żeby nie zobaczyć człowieka, do którego obecności nagle czuła się podłączona jak maszynka do prądu, zamieniającego ją z martwego i bezsensownego przedmiotu w manifestację czystego sensu i zasadności istnienia. Żeby nie wrócić wewnętrznym spojrzeniem do tego słowa i zobaczyć go przez pryzmat niebezpiecznie rysującej się teraz straty. I nie straty zysku – a straty sensu. Żeby – wreszcie – nie powiedzieć samej sobie tego, o zrozumiała, a co onieśmieliło ją do tego stopnia, że niemal jak na obcą sobę patrzyła teraz na Ree Burrows ze wszystkimi jej lokalnymi odmianami, igrającą prawdami o sobie i o istocie wiążących ją z kolejnymi mężczyznami powiązań, jakie to ma teraz znacznie? –jedynie negatywne! Bo te historyjki, którymi była, teraz – czuła – ciągną się za nią przeszłością, której szczegółów Zion znać nie ma jak, ale wyłażącą z takich Prestonów i nie wiadomo kogo tam jeszcze los przyniesie, skoro Prestona przyniósł, i to niebezpieczeństwo niegdyś może śmieszne, teraz nabrało kardynalnej i decydującej wagi, i właśnie zagrażało jej utratą Ziona zupełnie inną gatunkowo, niż tamte utraty. Bo gdy siedziała tak, wciśnięta w fotel, i dawała się smagać jego wzburzeniom i słowom, kręcąc głową przecząco najpierw na pytanie czy ona nadal myśli że to żart, a potem już odruchowo na wszystkie kolejne słowa: nie, nie, nie, Zion, jest tak cholernie NIE TAK, jak bym chciała, bo gdyby było choć trochę tak, jak by chciała, to powiedziałabym ci po prostu, że nie potrzebuje teraz przy sobie Ziona, żeby podbijał jej samoocenę, żeby dawał jej pieniądze na fajności, żeby mogła się przeglądać w nim przeglądającym się w niej przeglądającej się w nim, nie potrzebuje go żeby pozostając odciążył ją z winy – tej czy innej – nie potrzebuje go, by wypełnij jej czas, i nie potrzebuje go teraz po to, by swoją obecnością obiecywał jej automatycznie najcudowniejszy i najdogłębniejszy seks – potrzebuje go, bo… bo go… Boże, da się to powiedzieć? bo go – kocha!?

    Jezus Maria nie: nie: nienienienie… nie: tak? Tak?! TAK???

    Wstrząsnęło nią – szarpnęło ramionami, uniosła je więc symetrycznie w górę, skuliła się – choć mogło to wygląda na reakcję na jego ostatnie „kurwa”, i zadrgał jej podbródek, zaszkliły się oczy, wszystkie kretyńskie objawy dezintegracji malutkiego „ja” wobec przewyższającej je zbyt dojmującej informacji. Umysłowość Ree nie była gotowa na analizowanie, czy to na pewno w każdym z tysięcy wymiarów tego słowa jest absolutna prawda – ale nie miało to znaczenia: trzymała to słowo jak ptaka i teraz wypuściła. I cały jej wewnętrzny świat stał się jego środowiskiem…
    I nie potrafiła sobie z tym poradzić. Wysiłek, żeby się nie rozryczeć, był tak widoczny, że w zasadzie dawał te same informacje, jakie dałby wybuch szlochu. Niedawno jeszcze miała się za – co za idiotyzm teraz! – silniejszą od Ziona, a teraz siedziała tu i w pełni świadomie byłaby w stanie oddać się mu, nie w akcie seksualnej i przecież obustronnej przyjemności, lecz w akcie znalezienia celu dla samej siebie – w nim. Paskudny, banalny, płaski, wytarty, żałosny truizm telepał nią, zaciskał gardło i ze wszystkich stron obracał się żeby poświadczyć, że jest prawdą. I był. Kurwa – był…
    I jak ona teraz – zwłaszcza właśnie teraz –miała to przekazać tak, żeby jej nie odtrącił, on –który być może taki skarb, podany jej z głębi jestestwa, strzepnąłby jej z dłoni jak nic dlań niewarty patyczek, kamyczek, kapselek, znalezisko naiwnego dziecka – przecież nie obroniłaby się nijak przed taką destrukcją, więc nie mogła mu tego dać, tak jak chciała, więc miotała się po całym umyśle, żeby znaleźć cośw zamian, na początek, żeby przynajmniej nie wysiadł jeszcze raz albo nie kazał wysiąść jej – nieważne, czy za rogiem czekały trzy lepsze od niej lasencje, czy to może on okazałby się nie graczem – raz zwycięskim, raz przegranym – w jej grze, tylko światem zasad dla niej, graczki-przegrywaczki, błędnie mającej go za współgracza – bo przecież jeszcze wczoraj na gali boksu jakiegośtam był jej podrywem, rozrywką, zabawą dowartościowaną przez nią jej własnym zainteresowaniem, gdy wiodła go za sobą smugą swoich zawsze kurwa zwycięskich, tak? feromonów – a potem nawet nie wiedziała kiedy to się stało – to, mianowicie, że nagle JEB i teraz siedzi tutaj bliska załamania dlaczego? bo jej dziecięca prawda jest zbyt potężna dla niej, a dla niego może się okazać kolejnym kłamstwem, jeszcze dlań żałośniejszym w swej determinacji, jeszcze chwiejniejszym!…więc nie mogła mu jej dać wprost, musiała ją dusić – co ze wszech miar malowało się na jej czerwieniejącej mimo oliwkowej karnacji twarzy i w totalnie przepełnionych łzami, głupimi łezkami, oczach; nie to mogła mu dać, więc co? Co??

    I wtedy się zorientowała, że ciężar i toksyczność atmosfery sprzed chwili nieco spadła. Zion nie wbijał jej już w fotel swym agresywnym pochyleniem nad nią, odgiął się, teraz zobaczyła, że szczyt fali jego goryczy minął, zobaczyła jak siedzi wpatrzony w ulicę daleko, daleko, gdzieś tam w innym świecie wyświetlanym na ekranie przedniej szyby, jak paca w kierownicę, i wzięła to za szansę dla nadziei, że i on się z tym męczy… Że może i jemu… choć odrobinkę… tak jak jej na nim…
    Odetchnęła, nagle zupełnie bez sił. Musiała wytrzeć oczy, nie miała czasu na szukanie chustki, przytknęła tylko palce do powiek, trudno –jeśli teraz łzy wypłyną i zostawią po sobie ścieżki porzucone gdzieś na policzkach lub docierające do kącika ut, nieważne. To potem. Teraz spojrzała na niego spokojnie, uspokoiwszy trzęsawicę nóg i chaotyczne poplątanie dłoni. Słuchała go, starając się przełknąć ślinę przez drapiące wciąż gardło, żeby móc mu godnie i wiarygodnie odpowiedzieć, znów wpadając w automatyzm kiwnięć głową, tym razem na „tak”:
    – Wiemtak totalnie, tak bardzo NIE jesteś Prestonem, Zion… Tak, to prawdziwe życie, właśnie mi się „trochę” przebudowało; tak, powiem ci: wszystko: słuchaj, Zion: – Nie byłam nigdy w Top of the World. Nigdy. I jestem… jestem Ree Burrows. Tereesa Burrows. I tak, nieraz w życiu kręciłam. Podrywałam dla zabawy. To kurewstwo, tak, wiem. I czasem żeby się mieć jak wycofać z małych kurewstw, zanim się staną większymi, przedstawiałam się inaczej, a ci idioci nawet nie patrzyli mi w ID, żeby to sprawdzić. Tak powstała Rachel. I niech ją… niech ją – rozjaśniła się na moment zbolałym uśmiechem, który zaraz zaczął znikać – …szlag trafi, Zion. Nie chcę już tego. znaczy –tamtego. Mam dość. – zbyt… szczerze? i dlatego nie uwierzy? Trudno. Nie miała już się jak wycofać. Nie da się skoczyć na bungie i zostać na platformie w udawanej odwadze. – Nie żartuję z ciebie. I nikt nie będzie. Kurwa, Zion… przepraszam – Zion, cholera…
    Nie odchodź? Da się to spieprzyć bardziej?
    Więc milczała. Patrzyła tylko na niego i modliła się do wszystkich możliwych bytów, żeby w tym wyraźnym wahaniu na cienkiej krawędzi jakiś drobny wietrzyk nastroju –albo jakiś niuans jej tonu głosu czy miny –przepchnął go teraz na tę stronę, po której ona stoi, zagapiona jak owieczka, i czeka na niego… czeka… zupełnie chwilowo obnażona w nieznany sobie sposób, rozbrojona jak nigdy, zdana na kogoś, niesamodzielna, głupia, na granicy przegranej, po której już nie da się dalej grać, po której składa się karty bez względu na ich i tak już bezwartościową rolę i mówi się wszystko: jestem w Vegas od kilkunastu dni i chcę bardzo już wyjechać i nigdy nie wracać. O ile wyjedziemy razem. Dokądkolwiek, Zion. Dokądkolwiek. I bez… bez tego właśnie obciążenia tą sytuacją. Zapomnijmy to. Zapomnij mi to. Bądźmy… dorośli, znaczy – bądźmy silni: i wywalmy to wszystko za okno. I jedźmy. Hm? Zion?
    Nikt nigdy nie miał chyba we wpatrzonym weń wzroku tyle prośby.
    Zion? Nie mam już nic więcej, żeby położyć na szali. Zion…?
    I drgnęła jej dłoń – w odruchu, ćwiczonym tu już i odepchniętym – dotknięcia go w ramię, może i w policzek, w ramach pytania. Drgnęła i opadła na udo, spocona. Muszę teraz być silna. Silniejsza niż kiedykolwiek dotąd…
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2021-01-02, 22:50


    Ciężar spadł, bo Zion ostatecznie chyba jednak nie był na tyle silny, żeby ją zostawić. To znaczy w swoim mniemaniu oczywiście był; był i mógłby ją już teraz wypchnąć z auta prosto na chodnik, razem z rozbitym telefonem i tą okropną torbą z sexshopu (Boże, jak on go znienawidził w te kilkanaście minut), a potem pognać przed siebie - najpierw do hotelu i dalej na północ, i już nigdy nie oglądać się za siebie, ale rzeczywistość była jednak znacznie bardziej skomplikowana. Otóż... on się jeszcze będzie przed tym bronić, rzecz jasna, w duchu będzie się wyśmiewać i ganić, a na twarzy zachowywać ten dumny i zawsze poważny wyraz twarzy, ale nie ulegało większej wątpliwości, że i u Sullivana zrodziła się potrzeba - potrzeba Ree. Na ten moment - jeszcze tylko i wyłącznie fizyczna, bo miała ciało, jakby geny wygrała na loterii i uśmiech, którym mogła czarować nawet najwierniejszych i najsłuszniejszych mężów stanu, ale zaistniała - zaistniała i to był wystarczający argument, aby podeprzeć oparte na swoim przeczuciu, że nie kłamała. W końcu po co miałaby to robić, prawda?
    Zion znał się bowiem na ludziach, ale na uczuciach już nie. Czasami wystarczyło mu słowo, a innym razem gest albo spojrzenie, żeby z dużą skutecznością oszacować, czy oddychał tym samym powietrzem z człowiekiem na to zasługującym, czy nie. Z Ree jednak miał problem, a miał go przede wszystkim dlatego, bo dotąd nie badał jej wzrokiem, jakby nie chciał wiedzieć, czy była nasieniem dobrym, czy złym. I w gruncie rzeczy - nie, nie chciał. Nie chciał wiedzieć, nie chciał rozumieć ani nie chciał tak do końca poznać; a nie chciał, żeby się przypadkiem nie przywiązać i żeby nie stworzyć tej potrzeby, której nie da się zaspokoić, odkąd neony Miasta Grzechu zaczną odbijać się w lusterku wstecznym, zamiast od matowej karoserii na masce auta. Bo wszystko, co dobre, w końcu się kończy... no, czy jakoś tak! Nie znaczyło to jednak, że Zion rozumiał, co się z nim działo - owszem, ta cała relacja robiła się mocno niepokojąca z punktu widzenia samodzielnego samca alfa, za którego się miał, natomiast nie potrafił jej w żaden sposób wyjaśnić. Zamiast podejrzewać, że to być może jednak jest coś więcej niż seks, tłumaczył sobie wszystko kilkoma gorącymi orgazmami, delikatnością jej skóry i jedwabiem długich włosów, które teraz zupełnie nieświadomie skrywały osobisty dramat Ree przed Zionem. I ciężkie rozterki Ziona przed Ree być może również.

    W aucie zapanowała cisza. Tereesa urwała nagle, w sferze niedopowiedzeń pozostawiając całą resztę płomiennych i chyba zbyt wyrazistych jak na skamieniałe, pięściarskie serce Sullivana przeprosin i na kilka dłuższych chwil pozostawiła ich oboje w zwierciadle własnych myśli. Zion jej wierzył. W i e r z y ł jej, naprawdę - trudno było to po nim poznać, bo twarz przecież odwrócił, żeby przyglądać się miejskiemu życiu jednego z bogatszych dystryktów Las Vegas, ale uwierzył. Być może potrzebował, przez ciemne tęczówki, zajrzeć jej w duszę albo po prostu usłyszeć na głos tych kilka słów, których sens trafiał do niego z precyzją, nie przymierzając, ciosu, którym poczęstował Prestona jakieś półtora godziny wstecz, ale wystarczyło. Ree - tak mu się wydawało - zrobiła się szczera i to "zrobiła się" głośno rozniosło się echem po głowie Ziona. Bo jeśli Ree dopiero teraz zrobiła się szczera, to być może już wcale nie będzie tą Ree, którą poznał, doradzając z czym zmieszać gin; że razem z imieniem Tess, szlag trafi alkohol, wspólne ćpanie, dobrą zabawę i cholernie intensywny seks, jakby odgrywała swoją rólkę tylko jako Tess, a Tereesa była w istocie dziewczyną zupełnie inną. I trochę bał się, że to wszystko poszło się pierdolić, zupełnie jak ona z połową miasta w jego rozjuszonych oskarżeniach.
    Nieznaczne dotknięcie wąską dłonią w policzek wyrwało go z zamyślenia. Nagle rozum jakby wlał się wreszcie w otępiałe spojrzenie Ziona i ciężarem odżegnywanej atmosfery, przesunął je w kierunku Ree. Westchnął. - Ja też nie spojrzałem Ci w ID - rzucił nagle, przerywając ciszę i pozwolił sobie na pierwszy od dawna, ciepły uśmiech. Jeszcze niepełny i trochę nieśmiały, ale zdecydowanie bardziej pokrzepiający, niż te cyniczne grymasy, którymi karmił ją, odkąd tylko los postawił im na drodze Prestona. Uśmiechnął się do niej zatem nieznacznie i tym razem znacznie delikatniej powziął jej nadgarstek palcami; nie dał jej od tego dotyku uciec, ale z zupełnie inną gracją odprowadził dłoń na jej udo. - Już w porządku, Ree - mruknął półgłosem i ująwszy jej podbródek, wychylił się ze swojego miejsca i złożył na jej ustach bardzo leniwy, czuły pocałunek, mający niewiele wspólnego z pikanterią ich wspólnych momentów, ale i daleki od grzecznościowego całusa na powitanie. Dłoń - prawą - wplótł w jej włosy i kiedy wreszcie się od niej oderwał, przycisnął jej czoło do swojego, znów zaglądając w jej ciemne oczy. - Po prostu już nigdy nie próbuj mnie okłamać - nie była to prośba, bardziej żądanie, choć zawoalowane w miękki ton i intymny nastrój. Było to żądanie i jednocześnie nieświadome obnażenie się z własnej słabości, czyli tym razem - panicznego strachu przed kłamstwem, a w zasadzie - przed tego kłamstwa odkryciem. Zion bowiem tylko na pozór nie bał się niczego - tak naprawdę, jak przystało na człowieka rozumnego i mądrego po prostu, obawiał się wielu rzeczy, a bardziej od tego kłamstwa bał się chyba tylko własnego zaangażowania. I tak na marginesie - to "nigdy" brzmiało jak wyjątkowo niesprecyzowany, ale jednocześnie i duży okres czasu, prawda, Zion, głupku?
    Patrzył jej w oczy jeszcze dłuższą chwilę, muskając nosem jej nos; potrzebował tego - jakkolwiek żałośnie to w jego kontekście brzmiało i wcale nie chciał wyrywać się z tej scenerii byle szybciej. W końcu jednak oderwał się od niej na dobre - dłonią przesunął jeszcze po jej policzku, żeby palcem zahaczyć o ramię czy obojczyk, ale zapas czułości zdecydowanie mu się wyczerpał. Zwolnił zbitą, lewą rękę z czuwania nad nieruchomą kierownicą, zamieniając ją na prawą i rozsiadł się wygodniej w wielkim fotelu, wypuszczając ciężko powietrze przez nos. Bo przecież już po wszystkim, nie? No... nie wiem? - Nie powinnaś była na to patrzeć - wycedził nagle. Nie, Zion nie przepraszał, ale... tak jakby jednak trochę tak, przy czym najłatwiej było odwołać się do aktu nie od końca sensownej przemocy, a niekoniecznie do własnego wybuchu niepotrzebnej złości i agresji. Zion przecież nie popełniał błędów, a nawet jeśli mu się zdarzały, to nigdy się do nich nie przyznawał. Nie wypadało mu. Nie przed nią i przed kimkolwiek innym też - nie licząc oczywiście matki i Boga, jak w tych wszystkich przestarzałych gangsterskich podaniach. - Z drugiej strony... Byłaś zajebiście dzielna, wiesz? Inne laski pewnie zaczęły by piszczeć i płakać, a Ty tak jakby uratowałaś nam tyłek, więc... Prawdopodobnie jestem Ci coś dłużny, nie? - uniósł zaczepnie brew do góry, omiótłszy jej twarz spojrzeniem i uśmiechnął się szeroko. Tak za bardzo to w ten "dług" wierzyć nie powinna, rzecz jasna, natomiast liczyła się rzecz zupełnie inna: Sullivan ją naprawdę prawił jej komplement, także nawet jeśli nieco patologiczny, to z pewnością wart odnotowania. - A w kurewstwie... W kurewstwie czasami nie ma nic złego.
    Nie był to prawdopodobnie najlepszy sposób, żeby podnieść pannie Burrows samoocenę; drugi i trzeci zresztą też, ale przecież nie chciała, żeby prawił jej tanie komplementy i zniżał się do poziomu byle jakiego Prestona. Preston zawsze kończy tak samo - ze złamanym sercem i żebrem, na posadzce galerii handlowej, a Zion - i zdobywcy jemu podobni - te żebra łamią w imieniu łamaczek serc. A pod wieczór, gdy już gasną światła, lepiej zasnąć obok kogoś, kto jest łamiącym, a nie złamanym - to bezpieczniejsze i znacznie ciekawsze, niż karmienie się cudzym bólem i łatwą atencją. I Ree - tak mu się wydawało - bardziej ceniła sobie dobrą zabawę i czerpanie frajdy, niż zwykły, doczesny dostatek, rodem z nudnych - jak Preston - komedii romantycznych.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2021-01-05, 11:46


    Ree czuła się, jakby przebiegła półmaraton z szafą pełną swoich win na plecach, było to poczucie równie psychiczne jak fizyczne; na pewno schudła kilogram czy dwa, czuła się cienka, rozsmarowana po tym fotelu, czuła że można by ścisnąć ją i zmieścić zwiniętą w męskiej dłoni jak jedną z tych ultralekkich kurtek outdoorowych – ale jednocześnie czuła, że w tym pociemniałym niedawno od trudnych myśli wnętrzu samochodu zaczyna się robić odrobinę jaśniej, że w toksycznym stężeniu atmosfery pojawia się jakiś świeży wiaterek, sięga jej serducha i szepcze „Ree, popatrz na niego! Hm?”
    Więc spojrzała. Wyjrzała z tego „zwierciadła ich własnych myśli”, w którym jeszcze chyba Zion przeglądał się oczyma mężczyzny, któremu coś kazało sięgnąć na moment głębiej niż by chciał. Sięgnął – wbrew sobie, czy nie – Ree miała teraz wrażenie, że jakoś… jak to mówią… dobrze im to zrobiło. I były to – owszem! – słowa chętnie kojarzone z kłótniami w związku, i cholernie jej ten przeczuwany kojarzony charakter własnego samopoczucia odpowiadał. Tak się czuła: „już po”. Po rozmowie, po wyminięciu nieoczekiwanej przeszkody, oddychając ciężko – ale po tej drugiej stronie kulminacji: opadająco. Na tyle coraz swobodniej, że zdołała sobie pomyśleć najpierw iż „jak to dobrze”, że nie powiedziała tego – tego – Tego – TEGO – nie, i sukces nie polegał tu nq tym, że „udało jej się zachować broń na później”, bynajmniej; sukces polegał na tym, że nie użyła ruchu/słowa, które by go mogło spłoszyć. To by było faktycznie – za duże Coś – co to za „przygoda” dla faceta, jak on, w której drugiego dnia lasencja ryczy mu w wozie, wiesza mu się na szyi, stawia dramatyczne ultimata (bo takim czymś byłoby wyjęcie z pochwy ze zgrzytem tego ostrza). Wymijając straszliwą, nieoczekiwaną przeszkodę – wyminęła samodzielnie również tę wewnętrzną drogową niespodziankę, dziurę, w którą gdyby wpadła własnym kołem, to urwałoby im całą oś i dalej by już pewnie nie pojechali.
    Hm, tyle – rysunkowych skojarzeń. Teraz zaś Ree wychodziła z głębi lustra swych myśli i smakowała cudowne uczucie „wypływania”. Więcej tlenu, więcej światła, więcej (westchnęła głęboko…) życia. Czuła się jak na szczycie podwodnego strumienia, pchana jego siłą ku powierzchni.
    Bo była szansa na to, że ani nieoczekiwana wyrwa w przestrzeni zagospodarowywanej wspólnie od spotkania na gali, ani teraz nieco grożące pretensjonalnością uniesienie nad uniwersalną wersją kryzysu w „związku” (choć przecież takowy tu nie zachodził niemal w żadnym stopniu) nie przekreślą tego, co Ree się w tym wszystkim najbardziej podobało, co ją też najbardziej zaczarowywało i nawet w jakimś nieoczekiwanym sposobie – onieśmielało: mianowicie odkrycie, że Zion nie jest „jej” jak ci wszyscy faceci, których doiła, bo taki Ree Burrows ma cykl życiowy, tylko jest jej, bo ona nie chce nikogo w jego miejsce. Jakkolwiek to teraz nazywać, językiem rozwibrowanej nieznanymi sobie emocjami ledwo-dwudziestokilulatki, czy językiem Ziona – który w tej sprawie słowem też się nie zdradził, ale zdradził się mimiką, gestem i całą aurą wokół siebie, gdy rzekł – a było to jak przewrócenie nowej strony, a więc zamknięcie poprzedniej: „Już w porządku, Ree”. Ach – Ree przyjęła te słowa jak powierzony sobie skarb, przytulając ciasno: wszystkie były piękne: „już” – bo znaczyło, że to co złe, to „już” not any more, „już odtąd”, from now on będzie dobrze; po drugie właśnie „Będzie dobrze”: no piękniejszej deklaracji życie jej dać nie mogło! A na deser – „Ree”. Ree, czyli prawdziwa ona, którą przyjął, ugościł, poczęstował gorącą akceptacją, może nawet lekko otulił.
    Aaaależ! uszedł z niej teraz na potężnym wydechu ostatni mięśniowo-myślowy skurcz, blokada, węzeł. Rozluźniła się widomie, opadły jej ramiona, spojrzała w prawo i zaraz na Ziona, już z uśmiechem niedającym się wepchnąć w kąciki. Znów – piękna, może nawet trochę „szlachetniej” (?) przez ten lekko rozmazany tusz, niż na co dzień tym instagramowym trochę „pięknem” męskich postrzegań, wpisów i lajków z diabełkami. W i e r z y ł jej – zranione dziecko zostało więc przygarnięte w szeroki, ciepły, nawet jeśli przez chwilę jeszcze drżący ostatnim wahaniem uścisk męskich dłoni.
    Męskie dłonie. W ogóle… Ach! No…
    Właśnie chwycił ją za podbródek, lekko zmrużyła oczyska, uśmiech wygiął jej się w pofalowaną linię, kąciki wywinięte w górę po delikatnym łuku kreski ust w dół, uśmiech „Hej, przyjacielu!” albo „Nie myśl sobie, że nie myślę o tym samym” (zresztą – „czymkolwiek”). Spojrzała mu w oczy i natychmiast potaknęła:
    – Już nigdy. Już nigdy cię nie okłamię, Zion.
    I zastanowiła się, czy za taką deklarację mogłaby żądać od niego jakiejś w zamian (opłacałoby się, nie?) – i zupełnie zaniechała tego rozumowania. Nie chciała nic w zamian, to głupie. Po prostu: Zion ma być. Tyle.
    Ach…
    Pufnęła mu ciepłym powietrzem, gdy spotkali się nosami. To cudowne.
    – Ale inna sprawa, że… – uśmiechnęła się centymetr od jego ust – kiedy się gniewasz, jesteś bardzo niebezpieczny, a kiedy jesteś bardzo niebezpieczny – to…
    Pod koniec głos jej zjechał niemal do pomruku, kilka ruchów głową na boki – nosek-nosek-nosek-nosek – dziecięce, ale kojące – i Ree zarzuciła mu ramiona na ramiona, nie było to akurat wielce wygodne, ale było: potrzebowała tego. Kiedy się oderwał i przyjął prawidłową pozycję kierowcy, uśmiechnęła się jeszcze – nie szerzej, a głębiej, jakby – i też wróciła do „prawidłowej” pozycji.
    – Nie mów tak – szepnęła, trochę tylko poważniejąc. – Patrzenia nie żałuję, za pochwałę – dziękuję. Faktycznie, nawet nie wiedziałam, że w takiej chwili stać mnie na coś więcej niż stanie na sztywno i piszczenie, czy coś… – i przerwała, bo ostatnie dwa stwierdzenia Ziona zjechały jej z uszu przez gardło szubką windą w dół. Odwróciła ku niemu głowę, i trochę też korpus. Ta linia biustu wprost pod nieco nim rozciąganym materiałem sukienki… nie taka zła, co, Zion – zdawała się przypadkiem zupełnie podpytywać jej sylwetka, nawet jeśli przypadkiem – Ree wracała do trybu „Ree”: skoro mamy już wszystko za sobą, to… wiesz…
    – W ogóle to wiesz co? – zagaiła, cofając się znów na oparcie, ale dłonią chwytając jego prawą dłoń. Tak, o niebo lepiej zasypiać przy kimś nie-złamanym – Po tym wszystkim – totalnie zgłodniałam
    I nie chodziło jej o „zgłodniałam” = „mogę podłubać plastikowym widelcem w niskokalorycznej sałatce owocowej”, tym bardziej, że naturalnym tokiem – O! I zapaliłabym. Kurde, Zion… Zapaliłabym. To… ten: kiedy powinniśmy być w Top of the World? Ile będę mieć czasu na przebranie się? – już zerkała do torebki, a po drodze nadziała się na torb z sexshopu – pfff…prychnęła drwiąco, pokręciła głową i przerzuciła ją na tylne siedzenie. Jakby miała się okazać potrzebna, to wiemy, gdzie jest, nie? – Mamy czas żeby po prostu… hm: skoczyć na kawę? Zion? – Do tego potrzebna jest u każdego jedna dłoń; drugimi możemy się trzymać. A jeśli nie – to nie szkodzi. I tak… Spojrzenie na niego – Zion… Dziękuję, wiesz? Dziękuję. – I przed siebie: – Dziękuję..
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2021-01-07, 17:43


    Udzielił się i Zionowi ten nastrój - błogi spokój, kojąca cisza, skrawek naturalności, czułe słówka i intymny dotyk; jakby toksyny falą odpłynęły w głąb oceanu odczuć i emocji, a oni brodzili w nim tylko gdzieś przy brzegu, rozkoszując się nieznacznymi powiewami chłodnej bryzy. Udzielił mu się ten nastrój, bo był namiastką czegoś, czego nigdy nie miał, czyli takiej prymitywnej, ludzkiej normalności, obudowanej w zupełnie bezinteresowne gesty i zachowania. Przyjemnie byłoby się pewnie w nim zatracić - żyć powoli i normalnie, pracować między dziewiątą, a piątą, jeść wege, robić sobie zdjęcia, jeździć na wieś na urlop i chodzić po teatrach. Przyjemnie, ale... cholera, pewnie nudno. Nawet przy takiej Ree przecież, na miłość Boską - jak długo mogłaby sprawiać, żeby sojowe hamburgery smakowały tak samo dobrze, jak w mcdonaldsie; żeby wcześnie wstawać i wcześnie kłaść się spać, nie korzystając z nocy, żeby wczasy byle gdzie ni..--
    Nie, Zion. Wystarczy.
    Wystarczy.
    Wystarczy, bo to tylko złudzenie i tak naprawdę nic się nie dzieje. Jest fajnie, bo jedzie fajnym autem, z fajną laską w fajnej kiecce, na fajną kolację w fajnej knajpie, po której fajnie ją przeleci w fajnym hotelu, ale poza tym? Poza tym to tylko złudzenie, a w życiu są przecież ważniejsze rzeczy.
    Wystarczy. Naprawdę.
    Wypuścił Zion zatem ostrożnie Ree z uścisku, powoli wyplątując się z sideł mdlących czułości, a uśmiechnąwszy się do niej nieznacznie, choć tak jakby od niechcenia przy tym cwaniacko, przesunął po niej spojrzeniem, ale nie tak jak po skrzywdzonej dziecinie, tylko jak po smakowitym kąsku, na który to powoli ostrzył sobie zęby. Nie uciekał jednak przed jej dotykiem; pozwolił jej uwiesić się na jego prawej dłoni i wcale nie wyplątywał jej z objęć smukłych palców, tak jakby rozumiał, że miała większe potrzeby, albo - co bardziej prawdopodobne - jakby sam miał jeszcze jakieś niespełnione. Ta cisza po burzy mu po prostu smakowała i nie chciał jej za wszelką cenę przerywać, zwłaszcza, że czas ich przecież nie gonił i że mogli sobie pozwolić na dryfowanie, w rytm syreniego śpiewu Ree, którym powolutku odbudowywała swoją niby-zachwianą pozycję.
    - Złapiemy kawę gdzieś w centrum, a przebierzesz się... - urwał, znów szczerząc się do niej zaczepnie. - tutaj, no chyba, że łazienka w 'bucksie Ci nie uwłacza - podrzucił luźno barkami w obojętnym geście. Czas - co jasne - wcale tak bardzo ich nie gonił, ale nie ufał sobie Zion, oj nie; nie ufał sobie w ogóle, odkąd rzucił się na Prestona i słusznie chyba zresztą obawiał się, że przekroczenie progu hotelowego pokoju wcale nie skończyłoby się tylko zmianą garderoby, bo nic nie pożera czasu tak, jak dobre narkotyki i jeszcze lepszy seks. A tak - z opóźnieniem wykonania - "wyrok" brzmiał chyba bardziej ekscytująco, prawda Ree? No właśnie, więc oszczędził jej Sullivan słów i doznań cokolwiek intensywnych, obietnicę składając natomiast tylko spojrzeniem, uśmiechem i myślą.
    No to w drogę.

    Silnik terenowego samochodu wreszcie radośnie zamruczał i za chwilę znów płynęli ulicami popołudniowego Las Vegas. Miasto dopiero powoli budziło się do życia, jakby razem z turystami odsypiało imprezy, więc wcale nie stali w korkach ani nie przeklinali innych kierowców. W ogóle za wiele nie mówili - Ree w końcu miała chwilę, żeby zapalić (na przekór protestom i grymaszeniu Ziona), a i on bardziej skoncentrowany był na ślepym błądzeniu opuszkami palców po gładkiej skórze na jej udzie. Wybrali właściwie tylko Starbucks (pierwszy nie miał parkingu, drugi był z kolei drive-thru i dopiero trzeci spełnił ich wymagania), a i w środku dialog oparli o kawę, duże czekoladowe ciastka i tandetną fryzurę baristki, która bardzo mocno próbowała zwrócić na siebie męską uwagę, gdy składali zamówienie, jednocześnie bardzo podejrzliwie podchodząc do ich przesadnego zainteresowania dostępem do łazienki dla klientów. Obyło się jednak bez skandalu obyczajowego, bo Zion ani nie chciał już mocniej zwracać na siebie uwagi ludzi całkowicie postronnych, ani - co ważniejsze - nie chciał psuć sobie zabawy i wolał poczekać na efekt końcowy. Ot, dorosły facet w sklepie z zabawkami; cała historia.
    Zastała go zatem w aucie i już krocząc w jego stronę, czuła na sobie jego intensywny i przeszywający wręcz wzrok. Patrzył na na nią jak zahipnotyzowany; trochę jakby onieśmielony, a jeszcze bardziej nakręcony na bijący od niej seksapil. Nie ściągnęła jednak na siebie tylko jednego spojrzenia - sam Zion naliczył przynajmniej ze dwóch facetów, którzy zwracali za nią głowę, gdy lekkim krokiem pokonywała niewielki parking, a po drodze minęła pewnie jeszcze kilku, także i bez jego osądu wiedziała już, jak dobrze wyglądała. - Wyglądasz zajebiście - rzucił wreszcie, kiedy już na dobre uporała się ze swoimi sprawami po tym, jak wsiadła do auta; wcześniej oczywiście bardzo uważnie się jej przyglądał, obserwując jak odkładała papierową torbę na tylne siedzenie i jak przeglądała się w lusterko, ale dopóki nie zerknęła na niego z tą miną w stylu "no i jak", milczał, delektując się jej delikatnym pięknem, ale i odważną kobiecością. - Wyglądasz zajebiście - powtórzył półgłosem i wyciągnął dłoń, żeby kciukiem zahaczyć w bardzo wymowny sposób o dolną z jej warg, ale na wiele więcej sobie nie pozwolił. Rzucił jeszcze niezbyt wyraźne "gotowa?" i wyczekawszy potwierdzenia, znów ruszyli w drogę.
    - Nie będą mówić mi po imieniu - rzucił nagle, gdy zatrzymali się w sznurze aut na dużym skrzyżowaniu, z którego już widać było zarys ogromnej wieży obserwacyjnej, buńczucznie określanej Szczytem Świata. - To długa historia i nie będę Ci jej opowiadać. Nie potrzebujesz tej wiedzy - obrócił opartą na lewej ręce głowę w jej stronę i sondującym spojrzeniem przeczesał jej twarz, starając się odczytać z niej jakąkolwiek reakcję, ale zdawała się podchodzić do tego z miną - o ironio - pokerową i trzymać swoje karty przy orderach. Na swój sposób to szanował. - Ale poza tym się nie krępuj. Te babki - bo Zion nadal zakładał towarzystwo małżonki - są bardziej rozrywkowe niż ich faceci, także powinnaś się nieźle bawić. Chyba, że zaczną przynudzać o kosmetyczkach i pokojówkach, wtedy masz przejebane - wyjaśnił, wzruszając znów ramionami i uśmiechnął się do niej porozumiewawczo w samiutkich kącikach ust. Powiedzieć, że był stałym gościem takich imprez, to rzecz jasna przesada, ale zaliczył ich sporo i to w różnych rolach, także dobrze znał klimat części oficjalnej - dla facetów, i tej mniej - dla kobiet, zaczynając swoją "karierę" od prowadzenia auta, należącego do żony swojego szefa. - Aha - obruszył się nagle, raptownie podrywając się w swoim fotelu i to wcale nie tylko dlatego, że światło wreszcie zmieniło się na zielone, a auta ruszyły z wolna w górę ulicy. Poderwał się, bo przypomniał sobie kwestię bodaj najistotniejszą. - I jak będą pytać o seks, to... nie mów im, że Cię jadłem, okay? To straszne plotkary, nie potrzebuję tego gówna - mówił zupełnie poważnie i właśnie tym wzbudzał nie tylko zainteresowanie, ale i rozbawienie, bo w końcu zabrzmiał nagle jak dorosły, wielki facet, który wstydził się tego, co robił w łóżku. A Zion przecież nie wstydził się wcale, tylko jeszcze lepiej niż te spotkania, znał archaiczne gangsterskie zasady i przesądy, wśród których swoje miejsce miał i seks.

    Wkrótce dojechali jednak na miejsce. Minęli skrzyżowanie, przepuścili przechodzącą środkiem ulicy parę bezdomnych ze sklepowym wózkiem i skręcili na podziemny parking, gdzie zajęli wolne miejsce - znów daleko od wjazdu i z dala od innych aut. Zanim zdążyli jednak wysiąść, Sullivan upewnił się jeszcze, czy Ree przypadkiem nie miała ochoty się naćpać. Następna okazja będzie wszak dopiero w drodze powrotnej, a on nie był w stanie przewidzieć, jak długo zejdzie im się na jedzeniu i pieprzeniu bzdur ze starymi gangsterami. Sam sobie odpuścił.

    Na górę wjechali czyściutką, nowoczesną i pełną luster windą. Towarzyszył im elegancko ubrany ochroniarz, na ich oczach podejmujący trudną decyzję, czy powinien pilnować Ziona, czy przyglądać się Ree, oraz mocno przypominająca ich parka z różnicą wieku wynoszącą przynajmniej z dziesięć lat. W przeszklonym holu kroki postawili w stronę recepcji, ale musieli chwilę zaczekać, zanim zainteresowała się nimi młodziutka kelnerka o typowo "pokazowej" urodzie. - Dobry wieczór państwu! Ja nazywam się Mandy i będę państwu dzisiaj asystować w "The Top of the World". Czym mogę służyć? - zapytała, bardzo intensywnie przyglądając się uszlachetnionej podłużną blizną twarzy pięściarza. - Mam stolik na nazwisko Sobotka, ale dziś jestem umówiony z Larrym Becirajem. Jest już na miejscu? - odpowiedział rzeczowo Zion, obejmując w pasie Tereesę i z góry zapuścił żurawia na duży tablet, wmontowany w futurystycznie wyglądający pulpit. - Pan Beciraj... - zaczęła dziewczyna, przesuwając zwinnie palcem po wyświetlaczu. - Och, pan Beciraj, jasne. Proszę za mną. Czy powinnam nakryć również do pańskiego stolika, panie Sobotka? - kładąc wyraźny akcent na nazwisko pięściarza, pokazała mu rządek równiutkich, białych zębów w ciepłym uśmiechu i sięgnąwszy po obitą skórą kartę z menu (jakby celowo - tylko jedną), wyszła zza swojego pulpitu, żeby poprowadzić ich za sobą. - Ree? - zwrócił się Zion do ciemnowłosej, pozostawiając podjęcie tej decyzji w zakresie jej obowiązków i podążył śladami kelnerki na poszukiwania pana Beciraja.
    Pan Beciraj, a właściwie - Loran Beciraj, pieszczotliwie zwany przez wszystkich amerykańskich kolegów Larrym (albo małym Larrym), znany w środowisku lichwiarz i stręczyciel pochodzenia jugosłowiańskiego - siedział przy swoim stoliku już przynajmniej od godziny, o czym świadczył mocno napoczęty już półmisek antipasti w stylu włoskim. Był raczej niewysokim i wątłej budowy mężczyzną, o zadbanej, siwej czuprynie i bez choćby najmniejszego śladu zarostu na zaokrąglonych policzkach, a na sobie miał ciemno-szary garnitur i kontrastującą z nim, zieloną koszulę w jasnej tonacji. Towarzyszyły mu dwie kobiety i łatwo było dojść do wniosku, że żadna nich była jego małżonką; obok niego siedziała znacznie wyższa blondynka, na oko w wieku Ree, ubrana w wyzywającą, powycinaną sukienkę, a na przeciwko starsza od niej nieco, ciemnowłosa piękność w krótkiej spódniczce i kusym topie z głębokim dekoltem, przyciągającym wzrok do naprawdę dobrze wykonanego tatuażu, i z wymyślnym kolczykiem w nosie. Obie sprawiały jednak wrażenie niezbyt - jeszcze? - zainteresowanych towarzystwem mężczyzny, dlatego przegapiły niezbyt wylewną reakcję Beciraja, gdy ten rozpoznał w zbliżającej się delegacji twarz Sullivana. - Czyli podjąłeś dobrą decyzję. Dobrze Cię widzieć - rzucił na powitanie, skinięciem dłoni zbywając kelnerkę Mandy; tę samą dłoń Zion ścisnął mocno, a potem porozumiewawczo uśmiechnął się na powitanie do obu dziewczyn. - Czy dobrą, to się dopiero okaże, Larry. Słońce Ci służy - odparł w skrócie i wymownie przesunął dłonią po talii Ree, żeby przypadkiem nie pozostała nieprzedstawiona. - Jesteś za młody na emeryturę, dupku. Ona jest Twoja? - Zion, niestety, wyrwał się i kiwnął w odpowiedzi głową. - Loran Beciraj, złotko, zapamiętaj to nazwisko. A mów mi Larry - przedstawił się i zdecydowanie wylewniej przywitał Tereesę, nie tylko podając jej dłoń, ale i cmokając tę jej, gdy zamknął ją w trochę zbyt inwazyjnym i za mocnym uścisku. - A to Elsie i Elyana. Przyjechały tu studiować fizjoterapię, ale robią karierę w modellingu, wiesz? A Ty, złotko, co studiujesz? - zapytał jeszcze i skinięciem dłoni zasugerował, aby zajęli miejsca. Zion usiadł na przeciwko Lorana; po jego prawej stronie i pod samym oknem siedziała Elyana, a po drugiej odsunął krzesło dla Ree, opierając łokcie o blat stolika i eksponując tym samym puchnącą cały czas, zbitą lewą dłoń. Towarzystwo nie do końca mu odpowiadało - uważał, że z biznesowego punktu widzenia, żony są bezpieczniejsze, gdyż mają sporo do stracenia i przynajmniej poważne kwestie zachowują dla siebie, a poza tym spodziewał się obecności jeszcze przynajmniej jednego kontrahenta i właśnie zanim się rozglądał. - Szukasz Donniego, co? - zauważył to Loran, dłonią z wolna przesuwając z ramienia jasnowłosej Elsie w dół, gdzieś pod poziom stolikowego blatu. - Dołączy do nas w kasynie. Jego dzieciak złamał rękę i siedzi z nim w szpitalu. Rozluźnij się. Zjedz coś. Nie psuj imprezy, Sobotka, panie chcą się bawić - rozwiał wątpliwości i uśmiechnął się zaczepnie, ale bardziej niż do Ziona, to do Ree - być może po to, żeby ją trochę w towarzystwie ośmielić, ale przede wszystkim po to, aby zagrać mu na nerwach. - Więc jak się żyje na północy? - zagadnął w końcu, skupiając na sobie uwagę byłego pięściarza, który to w ramach rewanżu lewą dłoń zanurzył pod stolikiem i położył na udzie Ree, opuszkami palców drażniąc leniwie jej gładką skórę, jakby to miało mu pomóc zachować zimną krew.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2021-01-10, 13:58


    W przypadku Ree nie byłoby mowy o mrzonkowej proweniencji takich sielskich obrazków, jakie mogły przelatywać przez myśl Ziona, a to dlatego, że po pierwsze instynkt tworzenia pary był w niej silniejszy (jakkolwiek przybrał wskutek natury jej działalności nieco zdegenerowaną postać), a po drugie dlatego, że i tak większość takich obrazków miałoby silną przymieszkę tego, co leżało w jej naturze – czyli dobrego seksu. Czy to się komu źle kojarzy, czy też z pałającymi policzkami klika lajk i inne formy aprobaty na licznych uprawianych przez pannę Burrows portalach, na których można zaprezentować się w budzącym określone skojarzenia ciuchu czy miłej dla oka pozie – Ree miała naturę aktywną w tym względzie i potrzebowała tego mniej (w sytuacji niejasnej) czy bardziej (w sytuacji komfortowej ku temu) wprost.
    Tak też i teraz, skoro czarne chmury odpłynęły (a pozostający po nich chłód i okazjonalne ewentualne podmuchy można było potraktować jako „głębię nastroju”, Ree zanurzała się w ciepłym oceanie satysfakcji z tego, że Zion ostatecznie został obłaskawiony. Nie oszustwem, lecz szczerością – to miało dodatkową wartość, ale wartość i tak wliczoną w sumę oczekiwanych przez nią w życiu przyjemności. Piękny, porywający mężczyzna i „ja” Tereski Burrows to był układ, który gwarantował sens istnienia. Tym razem został on pięknie pogłębiony a nawet zapieczętowany w kierunku silniejszego związku i bez krzty wyrachowania Ree traktowała swoją las-vegańską przygodę jako dobrą i potrzebną. Potrzebną bardzo. Cisza po burzy smakowała i jej – obiecywała słońce, palmy, drinki i możliwość przekazania Zionowi i właśnie jemu w darze wszystkiego, co Ree miała w życiu mężczyźnie do zaoferowania. Tym mężczyzną miał być Zion. Absolutnie. Zion gotowy znów do tych swoich uśmiechów zwycięzcy, pełnych obietnic, pewności siebie i samozadowolenia ze swej, czyli jego, sytuacji – to dobrze, skoro ta jego sytuacja to była sytuacja z Ree obok niego.
    – Wręcz przeciwnie! – zakwiliła wesolutko, zapinając pas, kiedy ruszyli – kibelek w Starbucksie utworzy prowokacyjny kontrast z wskakiwaniem w kreację na taki wieczór.
    Paliła w samochodzie, bo jej w końcu pozwolił, choć mogła – przy takiej swobodzie czasowej – jeszcze przed odjazdem. Ale nie zatrzymuje się takiemu mężczyźnie takiego samochodu, kiedy już ruszył królować na obsadzonych palmami ulicach. Za to opuściła do końca szybę i oparła na niej prawe przedramię, na dłoni zaś lekko bokiem głowę i paliła tak, jakby to miało iść do francuskiego filmu o jakiejś Jacqueline, zblazowanej niemalsiedemnastolatce, gapiącej się bezmyślnie na stadko gazeli w ogrodzie zoologicznym z wesołym miasteczkiem i biało tynkowanym nabrzeżem w tle. Już była księżniczką – skoro książę powrócił z trudnej wyprawy i nie przeszkadzało mu w ramach odpoczynku wizytować kolejne stragany, w tym przypadku obwieszone hamburgerami i podwójnymi frytkami (tu – nie. Tu? nie. Tu) i potem kłaś nic nieznaczące zdania na stoliku jak karty wspólnie układanego, cudownie donikąd nieprowadzącego pasjansa, a kiedy skończyły się karty – nadszedł czas na toaletę w kilku przynajmniej znaczeniach tego słowa, zaś z sumy tych znaczeń Ree Burrows wyszła do Ziona, czekającego na efekt końcowy, z uśmiechem zamkniętych ust pozornie tajemniczym, w rzeczywistości zaś – dziecinnym trochę w oczekiwaniu reakcji przewidywanej jako łechcąca jej próżność.
    Och – nie przeliczyła się. Aż musiała wepchnąć uśmiech w leciutki dzióbek warg i obciągnięte w dół kąciki na jego proste, a komunikatywne słowo.
    – Dziękuję podwójnie – kiwnęła główką, zwalniając gdy zostało jej kilka kroków do samochodu – Za komplement i za prezent – i dla wyjaśnienia chwyciła lejący się materiał paluszkami obu dłoni, lekko unosząc i rozrzucając, żeby zatriumfował nad grawitacją. To, co w przymierzalni z tyłu wyglądało tak [KLIK], teraz z przodu wyglądało tak [KLIK]. Wsiadła do auta, podtrzymując rąbek i oddała mu uśmiech już otwarty, pełen spokojnego słońca, po czym kiwnęła głową: „gotowa”.

    Po drodze słuchała Ziona uważnie. Pamiętała mgliście, że w sklepie przedstawiał jej zadania na ten wieczór jako „zajebiście wyglądać, ładnie pachnieć” (to już mamy), uśmiechać się i pić wino. Teraz zaś wyczuwała w jego głosie powagę należną delikatnym sprawom. To, co wziął za pokerową twarz, było skupieniem – od lat grała role i teraz też miała zagrać, ale by to zrobić, chciała rozumieć, po co, i jaką. Jeszcze o instrukcja obsługi babskiej paplaniny była to pominięcia, ale już tajemnicze zakazy i hasła o „niejedzeniu jej” pchnęły jej brwi do góry.
    – Nnnndobrze – pokiwała głową. Jakie to „gówno” miały Zionowi zrobić żony kolegów, plotkując? Pewnie przesadzała, ale jakoś na myśl przyszła jej nagle torba pełna banknotów w jego szafie na ubrania.
    A może jej się przywidziało?
    A może torba czy nie torba – to spotkanie nie jest wyłącznie towarzyskie? Może mężowie tych żon, na których obiecywaną miałkość skazywał ją teraz Zion w naturalnej dlań konieczności oddzielenia spraw męskich od damskich na modłę analogicznych spotkań sprzed ponad wieku, są związani z nim w inny sposób niż pomysł na spotkanie kumpli?
    W tym momencie zapragnęła telefonu. Ciekawe, czy podziałał tu odruch uciekania od trudności, a przynajmniej od tego, co budziło przeczucie czegoś ważnego, w stronę naturalnego środowiska dla umysłu Ree. Ale telefonu – nie było.
    „Ajć…”, nie?
    Trzeba będzie się wokół tego zakręcić. Nawet mogłoby nie chodzić o instagramy i inne takie – choćby nie chciała, była przykładem osoby, która ma w telefonie mnóstwo ważnych rzeczy.
    Pewnie ta konfuzja pchnęła ją też ku akceptacji dla propozycji ćpnięcia. Tak na luzik, na rozpogodzenie, na polot, na sympatyczną bezczelność, na blichtr. Co to było i jaki miało mieć obiektywny skutek – to powierzyła swemu specjaliście; przez kolejne scenografie haute couture kroczyła więc z powracającym zdecydowanie samozadowoleniem.
    Dzięki niemu pewnie zainteresowanie Mandy blizną Ziona i w efekcie nim samym Ree odgromiła w sobie bez problemu, przeskakując je poczuciem wyższości i jakąś formą poczucia bezpieczeństwa, że takie Mandy to mogą sobie patrzeć na jej Ziona, ale to ona jest z nim, i co? A?
    „Dzięki” narkotykowi też pewnie niemal prychnęła śmiechem, słysząc to „Sobotka”. Nazwisko było niecodzienne, Ree, nieznającej niuansów fonologiczych europejskich języków innych angielski, francuski i hiszpański, wydało się trochę pokraczne, ale przede wszystkim osobliwe, gdy nałożyła je sobie na Ziona. Na szczęście scenariusz ego wieczora biegł dalej i w ten sposób zbalansowały się w niej nastroje: tamtej niejasnej powagi i niedawnego rozbawienia, stymulowanego luzem wywołanym nienachalną dawką narkotyku oraz dotykiem ramienia Ziona opasującego jej talię z delikatnym uciskiem sygnalizującym konieczność przejęcia nawigacji na najbliższe metry.
    – Nie, nie trzeba – odparła, rozumiejąc, że nienakrywanie sobotkowego stolika cumuje ją do stolika głównego, i proszę bardzo, więc ruszyła z Mandy zaraz w ślad za Zionem, na spotkanie z kolesiem o równie europejskiej dziwności nazwisku, jak –okazuje się – jej Zion.

    Przy stole zaś atmosferę Ree odczytała na początku jako teatralnie przyjemną i naładowaną jakąś formą niejasnego dla niej, ale niegroźnego napięcia, wynikającego z tego, że znajomość Ziona i Larry’ego nie wyglądała na taką, którą można zamknąć w sformułowaniu „ja i mój wieloletni znajomy z żoną”. Żon totu chyba nie było, ale wzrok Beciraja, jaki czuła na sobie, nie był ani zbyt chamski, ani obojętny na jej atuty i atrybuty, obok miała Ziona, pod stołem na udzie zaś jego rękę. Kilka myśli poświęciła też porównaniu strojów z obecnymi tu dziewczynami – w swoim poczułaby się nawet zbyt elegancko, gdyby nie dodawało jej to leciuteńkiego poczucia wyższości (swojej, i wobec tego i zionowej) oraz gdyby nie totalne wycięcia jej suknim, idące od krawędzi sukni na poziomie kostek aż po pachwiny w czterech pionach.
    Zerknęła na „Sobotkę”, gdy został powitany paternalną dość konstatacją o „dobrej decyzji”, a potem przywitała z Larrym, któremu została absolutnie zgodnie ze swym mniemaniem przedstawiona jako „jego”, czyli Ziona. Potem krótkie uśmiechnięte powitalne spojrzenia wymienione z Elsie i Elyaną i uniesienie brwi, bo pytania o siebie samą się spodziewała tylko w kontekście luźnej pogawędki, teraz zaśmiała wrażenie, że powinna odpowiedzią wypełnić jaką rubrykę w sytuacji Ziona.
    – Jeszcze nie studiuję – odparła swobodnie, zawsze gotowa obronić to „nie” tym „jeszcze”: – Zrobiłam sobie gap year po liceum. Ale waham się między psychologią a aktorstwem. Może niemądrze… – dodała, żeby osłabić swą pozycję i ewentualnie sprowokować Beciraja do zapewnień, że wręcz przeciwnie. Punkty dodane przez rozmówcę zostają na dłużej, niż te dodane sobie samej arbitralnie – …ale zrezygnowałam z propozycji modelingu. Chcęsię skupić najpierw na planach, potem na przyjemnościach, z wyjątkiem przyjemności, z jaką zapamiętam nazwisko Beciraj, oczywiście.
    I uśmiech 37-F, zmieniony na 16-C na wieść o kolejnym uczestniku i planowanym kasynie. A więc – to będzie długi wieczór.
    Zerknęła na Ziona szybko i z pewną troską. Larry traktował go trochę nie do końca tak, jak Ree chciałaby, by jej Zion był traktowany. „Zjedz coś”, to jeszcze mogło być przyjacielskie. „Nie psuj imprezy, Sobotka” – oj, to już brzmiało jak wyznaczanie komuś sposobu zachowania. Larry był starszy, wyglądał tryliardy miliardów razy gorzej i mógł po prostu nie lubić jej Ziona. A w takim układzie ona nie lubiłaby Larryego. I po co to komu?
    – Bawię się doskonale – rzuciła Ree sympatycznym głosikiem, spojrzeniem komunikując że pozwala sobie obsłużyć się aperitifem, a drobnym drgnieniem kącików reagując na palce Ziona pod stołem na skórze jej uda. Przez ten dotyk czuła zarówno jego swobodę, jak i napięcie, o ile dobrze to odczytywała. W niej jednakowoż zaczynał już działać narkotyk, podpowiadając przede wszystkim, że dobra zabawa to podstawa.
    Odczekała, aż Zion odpowie na pytanie Lorana, po czym oderwała się celowo od tej ścieżki konwersacyjnej, zwracając się do Elyany (jak dobrze zrozumiała), czarnowłosej piękności zwracającej uwagę kusą spódniczką, wyciętym topem i pięknym tatuażem w potężnym dekolcie.
    – Rewelacja! – nachyliła się Ree ku niej, w głos na granicy mowy i szeptu wkładając tyle luzu, co zachwytu, i wskazując tatuaż wzrokiem. – Od lat się zastanawiam nad tym krokiem i jak na to patrzę, to czuję że mogłabym, to zrobić choćby dziś. Czy ten bolał bardziej niż inne? A w ogóle… agenci w modelingu nie mają nic przeciwko? Albo… Larry?
      
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: