Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-11-12, 00:15


    Ukryta Wiadomo��:
    Je�li jeste� *zarejestrowanym u�ytkownikiem* musisz odpowiedzie� w tym temacie �eby zobaczy� t� wiadomo��
    --- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-11-14, 20:48


    Ukryta Wiadomo��:
    Je�li jeste� *zarejestrowanym u�ytkownikiem* musisz odpowiedzie� w tym temacie �eby zobaczy� t� wiadomo��
    --- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---


    – …japierdole… – to był jeden szept, jeden wydech, ostatni z tych regulujących tempo oddechu. Pokręciła głową, wlepiona wzrokiem w jego ciało, dotykająca każdego kawałka, gdy tak stał nad nią – tytan, ale człowiek – podrzucający śmiertelniczkę Ree do nieba, ale potem dzielący z nią uszlachetnione tym szczegóły doczesności.
    W tej doczesności wciąż lała się na nią woda z deszczownicy. Ree odchyliła się z lekkim stęknięciem i pacnęła dłonią w… coś, zamykając strumień. I tak bardziej mokra już nie mogła być. – Patrz: – sapnęła z uśmiechem, nieskładnym ruch obu dłoni wskazując mu siebie: lewe ramiączko opuszczone do łokcia, lewa pierś na wolności, prawa – pod ledwo widocznym od przemoknięcia „naskórkiem” lycry przylepionej niżej poprzekręcanymi fałdami do żeber, zapadniętego brzucha poniżej aż po nierówną linię talii nie wiadomo czy zakrywającej czy odkrywającej zaczerwienione lśniące po swojemu wargi kwiatu. Powiedziała „Popatrz” i patrzyła sama, zaraz przekuwając to w obserwację: – Patrz – akurat tym razem o dziwo niczego mi nie podarłeś! – zaśmiała się. – Czy to jakaś… nieśmiałość z twojej strony? Czy delikatna sugestia, że nie chcemy pójść na zakupy? Daj mi rękę… – sapnęła, unosząc ramię z rozluźnioną, lecz czekającą na chwyt dłonią, a kiedy ją podciągnął, chwyciła go obiema dłońmi za ramiona, jakby mieli tańczyć „wolnego”, bo szybkie były takie, że szybszych chwilowo nie było, skoro orkiestra niemal padła na zawał: – Zion? – podniosła uśmiechnięte spojrzenie – uśmiechnięte po wierzchu, ale w środku, głęboko, rodziły się inne znaczenia, których nie mogła wypowiadać, żeby nie spłoszyć nadziei – że „Nie możesz odejść. Nie możesz. Zion –nie wyobrażam sobie następnych sekund, godzin, dni i tygodni bez ciebie. Pieprzyć wszystko! rozumiesz? Rezygnuję ze wszystkiego, co mogłoby nam przeszkodzić. Nie chodzi tylko o seks, choć – kurwa mać – moje wszystkie seksy w życiu przy tym co myśmy przeżyli i sobie dali – były jak ukradkowe ziewnięcie; ale nie tylko o seks (chociaż… sam wiesz!) ale o … wszystko. Co to jest wszystko? Sprawdzimy to. Sprawdzimy to razem, Ja chcę. Ja zawsze będę chciała, jeśli to będziesz ty. Ty, Zion. Ty. Ty. Ty. Ty. Ty. Ty…” – tego nie mogła powiedzieć; nie udałoby się jej, zwłaszcza teraz. Więc patrzyła na niego – mówiąc to spojrzeniem i tonacją uśmiechu, przygaszonego w kącikach powagą tych prawd, aż wargi poruszyły się, podejmując inwokację sprzed kilkunastu sekund: – Zion… Po prostu…
    Po prostu: Zion. Wszystko. Cały świat – zwłaszcza w ledwo odzyskanym rozumowaniu Ree Burrows, dziewczyny wartej zgłębienia, ale przecież niezaznajomionej jeszcze z każdym możliwym odcieniem istnienia. Po prostu… – uwielbiam cię.
    No.
    I to jest Prawda Absolutna, zrozumiana tego poranka ciałem, umysłem i duszą. A świat niech podziwia i zazdrości, jak chce. Odtąd i tak należy do Ree i Ziona.
    Westchnęła, gdy wszystkie słowa zostały wyszeptane, wszystkie dotyki spoczęły na stygnących niechętnie ramionach, policzkach ustach, włosach. Wrócił dzień ze swymi „no dooobra”, ale teraz dzień to było wspólne trofeum.

    Ree doprowadziła się do porządku, co oznaczało między innymi sumienną higienę jamy ustnej i twarzy, a następnie rozwiesiła sukieneczkę, która – mokra – wreszcie miała jakąś wyczuwalną wagę, nawiasem mówiąc – i udała się do pokoju, by w momencie, gdy i Zion był gotów wskoczyć na ścieżkę prowadzącą z ich ciepłej cudownej muszli, szumiącej wspomnieniami z czasu narodzin bogów, ku światowi zewnętrznemu – Ree ujawniła się po raz kolejny tego dnia zza drzwi swej garderoby:
    – Masz dziś jakieś plany? spotkania? biznesy? marzenia? punkty programu? Bo ja – tylko dwa – i wyprostowała się niby to przy lustrze – frontem, bokiem, znów frontem. – Dzień z Zionem – na który mam pomysł, swoją drogą – oraz – uniosła paluszek, okręcając się ku niemu – wieczór i.... tak dalej. Spędzony zresztą w podobny sposób. O.
      
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-11-15, 23:34


    Wąskie strumienie ciepłej wody rozkosznie biczowały rozpaloną skórę Ziona, bardzo powoli i ostrożnie sprowadzając zamroczony umysł na ziemskie padoły; serce kołatało mu w piersi jak podkręcony w syntezatorze aż do przesterów bęben, a oddech ścigał się sam ze sobą w straceńczej szarży po tlen. Sullivan stygł stopniowo, chwiejąc się na miękkich nogach i lądując w końcu barkiem na chłodnej szybie od drzwi do prysznicowej kabiny. Potrzebował tego, a potrzebował dlatego, że stopklatki z ostatnich kilkunastu minut nadal mieniły mu się przed oczami i nie pozwalały otrzeźwieć, a przecież to była najwyższa pora, żeby wyrwać się z szaleńczego amoku, zanim siłą zrobi to narkotykowy zjazd i brutalnie wepchnie w ramiona znienawidzonej codzienności. Och, gdyby tylko mogli zostać tu na zawsze - w tym hotelu, w tym pokoju, w tej łazience i kabinie; gdyby czas rozpuścił się w nieskończoność, a siły w nieśmiertelność, gdyby tylko mogli...
    Ale nie mogli. Pięściarz ocknął się pierwszy, z błyskiem chorej satysfakcji uśmiechając się do siebie - dłońmi zmaltretował swoje zaróżowione policzki i zmierzwił palcami włosy, żeby zawiesić je splecione na karku i w tej dziwnej pozie odchylającego głowę para-kulturysty istnieć nad dziewczyną w metaforycznym uosobieniu panującej w tej relacji kultury. Dopiero kiedy szepnęła, ocknął się niejako z tego pomnikowania odchrząknął głośno i zbiegł spojrzeniem na dół, żeby zmierzyć przyklękającą Ree i odnaleźć w jej postępowaniu i słowach sens zaczepki. - Patrzę - wtrącił się, nadal zachrypnięty tak, że zabrzmiał aż niewyraźnie, niejako oddając w ten sposób hołd wizerunkowi panny Burrows. Ona też wyglądała niewyraźnie albo przynajmniej tak chciał myśleć o niej Zion, gdy w tym dziwnym stanie post-huraganowym lepiła się do ściany, halki i samej siebie; powiedziałby, że wyglądała okropnie seksownie, ale pomijając fakt, że rzadko przychodziły mu do głowy komplementy rzucane tak po prostu, to jeszcze stawiłaby tak jego szeroko pojętą estetykę w wyjątkowo złym świetle. Sapnął zatem tylko, wystawiając do niej dłoń i potrząsnął nonszalancko barkami, omiatając spojrzeniem jej twarz z bliska. Zwykle dopiero małżeństwo stawia pytanie o czym właśnie myślisz?, ale Sullivan miał je wypisane na twarzy tak wyraźnie i przekonująco, że bardziej naćpana pewnie szukałaby zgubionej w szarpaninie obrączki. Subtelnym gestem wyciągnął dłoń w jej stronę, a omijając jej twarz, przeczesał palcami ciemną czuprynę na samym czubku jej głowy, w czułym geście troskliwego opiekuna, dbającego o swoją podopieczną. Im dłużej przedłużała się ta chwila ciszy zresztą, tym bardziej chciał jej czymś zatknąć usta - nie mów głupstw, nie wariuj, to tylko dzień raptem, Tess - bądź mądrzejsza - ale Tess dała się porwać chwili i strzeliła w jego stronę. - Jasne, że uwielbiasz - odparł tonem buńczucznym, odbierając jej dotyk, a kolejnym ruchem zsunął z siebie jej drobne dłonie, posyłając jej przy tym ciepły uśmiech. - Sama nie wiesz jak bardzo - dodał i wziął sobie jeszcze jeden moment, żeby jej się przyjrzeć, ale już zaraz przepychał się do drzwi kabiny, w których to progu odwrócił się przez ramię, żeby posłać jej wymowne spojrzenie. - Jak chcesz się całować, to umyj zęby - podrzucił brwiami do góry, a potem wziął i zniknął. Zupełnie jak poprzednio.

    Siedział na skraju łóżka, gdy Tess Barrough wyszła z łazienki. Miał już na sobie cały komplet dolnej części garderoby (łącznie z lekkimi półbutami) i zaczynał właśnie zapinać mankiety rozpiętej na torsie koszuli, która ostatecznie przetrwała próbę czasu i rzucona w kąt wcale nie pomięła się tak bardzo. To dlatego nie posłał jej ani pół spojrzenia - skoncentrowany na swoim zadaniu, manewrował wielkimi paluchami przy małych guziczkach i dopiero jej głos wyrwał go ze skupienia; głośnym przekleństwem skwitował kapitulację i podniósł na nią wzrok, mierząc ciemnowłosą od stóp do głów. - Że niby wszyscy mają Ci zaglądać pod spód, ta? - zagadnął ni to kpiąco, ni to zazdrośnie; nachylił się zaraz po kubek z zimną już kawą i siorbnął głośno jej łyk, kręcąc głową na boki i wzruszył ramionami. - Wieczorem muszę kogoś spotkać w Top of the World, więc zjemy tam kolację. Ale wcześniej? Wcześniej ten Twój pomysł, co? - zamyślił się teatralnie, odwracając od niej wzrok; znów wbił go w mankiet koszuli i wrócił do walki z zapięciem. - Ten pomysł to zakupy? - wyrwał się jeszcze, wygrywając jedną z bitew i odwrócił się na materacu frontem do niej, aby znad rozchełstanych mankietów móc się jej przyglądać.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-11-16, 12:56


    „Jasne, że uwielbiasz”, tak?
    Bezczelny dupek!” – dwa słowa omiecione uśmiechem tonu, gdy je wypowiadała jeszcze w łazience w jedynej dostępnej jej wówczas werbalnej reakcji – pewnie krążyły jeszcze po rozgrzanej łazience, gdy Ree spojrzała sobie już w pokoju na Ziona tkwiącego co prawda na łóżku, ale w tak totalnie nonszalancki sposób wskakującego (na siedząco!) w tę swoją filmową sylwetkę! No jak miała nie westchnąć, przynajmniej wewnętrznie, na widok tej jego koszuli i tej łaskawości, jaką miał teraz w pozycji siedzącej, łaskawości dla tej koszuli, że zechciał ją narzucić na grzbiet. Ile mu jeszcze miało wystarczyć tej łaskawości, gdy jeden mały guziczek zdawał się pokonywać tę jego pozę, wymuszając na Zionie staranność w drobnych manipulacjach, coś, do czego trzeba spokoju ducha i wolnego czasu, oraz pewnego rodzaju uległości? Nieważne. I tak – teraz też, z twarzą ściągniętą w perspektywicznym skrócie, pochyloną nad mankietem, ale zaraz rozwiniętą do pełnej krasy, gdy uniósł wzrok na nią.
    – „Pod spód”? – Ree wyglądała na leciutko zaskoczoną. – Chcesz powiedzieć, że się ubrałam jakby trochę… no… nieodpowiednio? – było w niej autentyczne zastanowienie, nie tylko nad wyborem garderoby (a tym samym – wyborem sposobu komunikowania światu, jaka jest i jak jej jest), ale i nad tym, że chciałaby po prostu –mimo że po tych poruszeniach przy lustrze czuła jednak „zmęczenie materiału” w miejscu, gdzie był on niedawno męczony – więc chciałaby, po prostu, żeby Zion miał ją razem z opakowaniem, w zestawie – Ree, jej dusza, jej umysł, proszę bardzo, i jej ciało, a skoro ciało, to wraz ze sposobem ekspozycji; komplet danych osobowościowych jako komunikat. Nie myślała może o tym aż tak głęboko, ale czasami osobliwy układ napięć rozpięty jest między kobietą cielesną, jej odzieniem, sposobem bycia w nim i resztą świata może być, i jest, sposobem istnienia. W przypadku Ree Burrows był to rodzaj odruchu gatunkowego – zwłaszcza jej gatunku, kroczącego przez dorosłe (?) życie niemal nieprzerwanie powabnym krokiem tańca godowego. – To jak: może zostać… – podeszła do Ziona tym krokiem (ale nawet bez czytelnych – na przykład na twarzy – intencji), kładąc sobie dłonie na piersiach – …bez stanika? czy ze stanikiem? bo nie wiem… – uniosła brwi, jakby „nie wiedziała”. Wykorzystując (podświadomie, być może) fakt, że znów zajął mankietami swojej koszuli, stanęła tuż przed nim, kładąc obie dłonie na jego ramionach. – Dziękuję, Zion –uśmiechnęła się lekko. – Kolacja w Top of the World świetnie się splata z tym moim pomysłem: tak – można to nazwać „zakupy”. I brawo!– roześmiała się, widząc jego minę, gdy wreszcie pokonał wyzwania mankietowych guzików. – Zakupy, ale nie martw się: nie musi to wyglądać tak, że będziesz się wlókł za mną, kicającą rączo, od sklepu do sklepu objuczany kolejnymi siatami. Nie pozwolę na to. Ponadto to nie muszą być tylko zakupy dla mnie! To znaczy… nie tylko coś, czego ja chcę dla siebie. Hm? – kucnęła przed nim, zjeżdżając dłońmi z ramion na materac na symetrycznych krawędziach wgniecenia, jakie wysiadywał, uwięziony teraz w jej „zamknięciu” – Może to być coś, co ty chciałbyś mi kupić dla siebie.
    I zrobiła tajemniczą minkę.
    – Czy to nie jest jeden ze sposobów, żeby się lepiej poznać?… zrozumieć?… Przecież wiemy o sobie tak mało, że nawet na zbudowanie tajemnicy prawie nie wystarcza…
    I zapatrzyła się na jego twarz. I to było piękne paręnaście sekund. Patrzyła na ruch jego oczu, gdy obierał sobie szczegół, na który mniej lub bardziej odruchowo spojrzał, na ruch jego warg, gdy odpowiadał – mówiąc lub milcząc, na skutki działania jego mięśni mimicznych, na całą mapę jego twarzy, na bliznę, na ruch brwi, na delikatne zmarszczki, bo jakieś mężczyzna taki jak Zion powinien mieć, żeby nie być chłopcem, zwłaszcza że z tej akurat strony już go poznała, i wypadł cholernie należycie. Więc – zanim pojawił się sygnał lub okoliczność do powstania, dokonania ostatnich oczekiwanych czynności i ruszenia w miasto – patrzyła sobie… aż się napatrzyła; podobne to było do podjadania pyszności „na drogę”, żeby pożegnać dom w nastroju powleczonym drobną, ładną przyjemnością miłego smaku. Od którego można by się uzależnić. Mniam.
      
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-11-17, 21:42


    No nie na wierzch przecież, nie? Pod "wierzch" nie ma sensu - zdawał się mówić, gdy tak na nią patrzył, drwiąc przede wszystkim z samego siebie. To zabawne - jako dorosły facet, Zion chciał mieć gust, styl i klasę, stąd te wszystkie abstrakcyjne manie i posiadania, w których często brakowało sensu albo logiki. Niestety - również jako dorosły facet, Zion był przede wszystkim zbudowany bardzo prosto - lubił dostępność, wulgarność i nachalność, dlatego to wszystko gryzło się w nim jak jakieś dwa żywioły, walcząc o dominację nad jego wolną wolą. Często wysyłał zatem sprzeczne komunikaty - przecież Ree mu się podobała (mogłaby nawet się prężyć przed tym lustrem w habicie, to inna sprawa) i w gruncie rzeczy najnowsza kreacja jej pasowała, ale musiał przecież zadrzeć nos wyżej, niż nosił go w rzeczywistości. Choćby po to, żeby zamaskować gdzieś w zalewie słów akt absolutnego posiadania Tess Barrough, jej ciała i otoczki zarazem. - Po prostu będą na Ciebie patrzeć - czym będą mnie wkurwiać, bo o ile w zupełnie normalnym i przeciętnym środowisku patrzenie nie jest niczym karygodnym, tak w otoczeniu Ziona - w którym Ree miała niby tylko zamoczyć nogi, ale wciąż - patrzenie bywa prowokacją, a prowokacja niestety częściej niż rzadziej prowadzi do komplikacji. Ale może właśnie dlatego los postawił mu ją na drodze? - Gdybyś chciała ubrać stanik - zawiesił głos, spuszczając wzrok z jej twarzy na temat rozmowy, spojrzeniem pozbawiając ją opakowania i uśmiechnął się mimowolnie w kącikach ust. Hipnoza - Ree dobrze się na niej znała. - to byś go ubrała, prawda? - zapytał i spojrzeniem powoli wrócił na górę, żeby odnaleźć jej ciemne tęczówki. Nie było do końca fair podważać jej samoocenę, ale to wcale nie było mniej sprawiedliwe od dobierania stroju tak, żeby myśli uciekały mu tylko w jednym kierunku; Zion zagryzł mocno wargę, patrząc na nią z dołu, gdy zacisnęła mu palce na przedramionach i podrzucił nimi do góry, żeby zetrzeć sporne wrażenie. - Będzie pasować do widoków - w sensie kiecka, nie? - uśmiechnął się, a gdy wreszcie udało mu się pokonać mankiet rękawa, wystrzelił ostrożnie ręką w dół, żeby schludniej ułożyć materiał na odpoczywających dopiero ramionach. - "Nie musi"? - uniósł brew do góry, przyglądając się jej z miną zdziwioną, ale i pełną uznania: w końcu odważyła się zasugerować, że mógłby za nią faktycznie te torby nosić, a przecież to brzmiało tak abstrakcyjnie, że nie roześmiał się chyba tylko dlatego, że właśnie zabierał się za pozostałe guziki koszuli i drżąc byłoby trudno je zapinać.. - Czyli tak wygląda optymalne rozwiązanie? Ja noszę Twoje pudełka, a Ty wybierasz sklepy? - zarechotał w końcu, zatrzymując się na moment w swojej nierównej walce i przechylając głowę do boku. Przeszło mu nawet przez myśl, że to brzmiało jak starannie wypracowane modus operandi, ale coś mu podpowiedziało, że może lepiej ugryźć się w język i odpuścić niewybredne porównania, bo to nie była na nie pora; westchnął więc tylko, potrząsając tą samą głową na boki i na moment zamyślił się, dzieląc i ważąc jej słowa.
    Otóż nie ulegało żadnej wątpliwości, że Ree miała rację: nie, nie wiedzieli o sobie zbyt wiele i ogólnie rzecz biorąc można by powiedzieć, że nadal byli sobie obcy, gdyby nie to, że obcy ludzie zwykle nie robią ze sobą takich rzeczy. Ale czy seks - cholernie dobry i satysfakcjonujący - wystarczał, żeby zrobić z nich znajomych, skoro poza nim umieli dopasować do siebie tylko imię i zalążek zajęcia? Z drugiej strony - czy w tej nieznajomości Schrodingera nie leżał klucz do całej frajdy tych kilku dni? - Więc zbudujmy sobie tajemnicę, co? - zapytał przewrotnie, kończąc na guziku przed-przed-ostatnim i zaraz palcem wskazującym sięgnął po jej podbródek, żeby unieść go trochę do góry. - Może... może znajdziemy Ci jakąś lepszą kieckę - błysnął cwaniackim uśmiechem, a potem capnął kciukiem jej dolną wargę, żeby zaraz po tym poderwać się na równe nogi i rozejrzeć po pokoju. - To co... Co powie mi o Tobie pierwszy sklep? - zapytał, oglądając się przez ramię, gdy kroki postawił do łazienki; tym razem spędził w niej dosłownie kilka sekund, a wrócił ze strunowym woreczkiem w dłoni i... kwaśną miną, bo zapasy topniały i należało się zacząć zastanawiać nad tym, gdzie i u kogo je uzupełnić. Zaraz jednak odnalazł wzrokiem swoją marynarkę, a z nią cały zestaw "małego Ziona", a porwawszy ją w ramiona oparł się nonszalancko o ścianę, żeby swoim jestestwem stworzyć presję czasu. W końcu ta winda, którą zamierzali wziąć, żeby zjechać na parking, będzie tego dnia ostatnia i jak nie zdążą, to utkną na zawsze. To przecież normalne, nie?
    I nic to, że jego pytanie nie miało zbyt wiele sensu, a jej wybór był uzależniony od właściciela galerii, którą zamierzali odwiedzić: Zion chciał Ree zrozumieć, a najbardziej to chciał jej słuchać, bo... lubił jej słuchać.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-11-21, 01:47


    „Będą na ciebie patrzeć”? – Ach, kochany, zazdrosny Zion! Ree była przekonana – a ponadto śpiewnie podpowiadała jej to jej próżność – że on wie, że to, iż „będą na nią patrzeć” jest zjawiskiem obosiecznym: że będą mu ją podjadać wzrokiem, i że jednocześnie będzie to wyraz uznania dla niego, dla mężczyzny, by nie wspomnieć tu o aspekcie własności. Ree rozumiała to i nie uwłaczało jej, że można pełnić funkcję podobną do posiadania jakiegoś lśniącego metaliczną czernią supersamochodu. Samo uprzedmiotowienie, czy jakaś analogiczna forma supremacji, to jedna strona, którą należy rozważać z należną psychologiczną głębią tego zagadnienia (bądź to przyjmując podarunki, bądź to dając się trzymać, jak teraz, za podbródek), natomiast być „czymś, co ma Zion” jawiło się jej pozytywnie: wszak znaczyło, że i ona go vice versa „ma”, bo czyż lśniący metalicznie supersamochód nie posiada przypadkiem trochę swego posiadacza? czyż nie jest w jakimś sensie panem swego pana?
    A więc tak: „będą patrzeć”, ale dodatkowo wypowiedzenie tego na głos przez niego tym tonem dawało Ree za darmo dobrą kartę.
    – Myślisz? – udała bardzo powierzchowne zdziwienie, dodatkowo cofnięte na drugi plan, bo na planie pierwszym podnosiła się z przykucu, w jakim go przed chwilą blokowała. – Możliwe. A co: nie poradzisz sobie z tym? – rzuciła z uśmiechem, stając przed nim, ale gotowa do odejścia. – Tak: myślę że tak. – Mogła to być odpowiedź na własne pytanie sprzed chwili, ale i na pytanie o gotowość założenia stanika, czego już się dowiedzieć nie miał, za to mógł sobie dopowiedzieć sam, razem z odpowiedzią na kwestię patrzenia. Najwyraźniej Ree była wystarczająco młoda, by bezczelnością torować sobie ścieżkę po zwycięstwo w budowaniu własnego mniemania o sobie. Nie robiłaby tego w ten sposób, gdyby natura nie obdarzyła jej stosownym pakietem atrybutów. Ale – obdarzyła. Potwierdzenie tego wszak otrzymywała przy każdym przelewie w przeszłości, oraz – by daleko nie szukać – dziś rano. I planowała otrzymywać dalej.
    – Myślę, że nie masz się czego obawiać – rzuciła z uśmiechem, krzątając się po pokoju w poszukiwaniu przedmiotów, które należy wrzucić do torebki. Przede wszystkim –telefon. – Nie planuję robić scen, w których dostałbyś drugorzędną rolę, Zion. – I portfelik z kartami kredytowymi. Dwiema – ale miłymi w dotyku. – Wcale bym nie chciała, żebyś był mułem. I żebyś szedł tam, gdzie trzeba. – I, po namyśle, jeszcze jakaś szmatka z szafy. Zapas? – W porządku – zgodziła się, przechodząc mu przed nosem. Pomysł zbudowania tajemnicy zamiast obchodzenia w „bezpiecznej odległości” tej, która i tak dzieliła ich, jednocześnie ich łącząc, wydawał się Ree bardzo dobry. – Czy to będzie tajemnica, którą będziemy sobie ofiarowywać, kawałeczkami, układając je sobie nawzajem? – I jakieś lekarstwa w plastikowej fiolce, capnięte z blatu przy hotelowym aparacie telefonicznym – …czy wydzierać?Krwawymi strzępami? –zdawało się dopowiadać jej spojrzenie, bo akurat obróciła się ku niemu z dziwnym wyrazem twarzy. Który zaraz łagodniał w uśmiechu. – Jak dobrze poszukamy, to na pewno znajdziemy mi taką kieckę, w której nie będziesz się mnie wstydził na kolacji. Pasującą do twojego koktajlowego garnituru. Chodź.
    I zagarnęła go gestem ręki, idąc już ku drzwiom, ale jeszcze obracając się – akurat w chwili, gdy Zion z kwaśną miną ważył w dłoni swój cudowny woreczek. Zafiksowała wzrok na tej scenie, na chwilę nieruchomiejąc w oczekiwaniu, aż się skończy, po czym dorzuciła rozumiejącym tonem osoby, która dysponuje zabezpieczeniem czyjegoś braku: – Nic się nie martw. Chodź.

    Więc poszli. A nawet pojechali.
    W samochodzie Ree czuła się tak, jak chciała i lubiła się czuć: piękny cel, piękna droga, piękny na tej drodze do tego celu środek (lokomocji) pod pięknymi męskimi dłońmi – bo owszem, patrzyła sobie na ten hipnotyzujący ją rytuał związany ze swobodnym prowadzeniem samochodu. Lubiła na niego patrzeć. Uważała (niekoniecznie w pełni świadomie), że mężczyźni w tym stanie są troszkę inni. W bardzo atrakcyjny sposób. A może są w tedy sobą? Prowadząc maszynę inscenizują jakiś archetyp – jeźdźca, jasne, ale i przewodnika, jak również archetyp biegłego w obsłudze czegoś złożonego a logicznego (te wszystkie mikrogesty, spojrzenia w lusterko, kinetycznie malutkie, wręcz skromne, ale ostatecznie doniosłe decyzje, dzięki którym Ona, bierna, daje się wieźć tam, gdzie On ją skutecznie wiezie, ta możliwość nienachalnego, niby przypadkowego manifestowania wyższości wobec „nich”, anonimowego i przez to bezpiecznie nieinwazyjnego), ta możliwość nonszalancji wobec sił, które – nieujarzmione –mogą się obrócić przeciwko, ale są zapanowane, ogarnięte i ujarzmione. Plus – w bonusiku – to zwycięskie, a jednak niemożliwe do utracie zmaganie się z dystrakcją, której świadomie, choć niczego nie robiąc, sama była powodem, siedząc sobie obok, w zasięgu ręki, oparta wygodnicko, z wyciągniętymi niemal wyprostowanymi nogami w luźnym niewielkim rozkroku, trzymanym w ryzach obcisłym materiałem tu – i ówdzie. Lubiła to. Lubili to wszystko bardzo. W ogóle… szlag – no było cudownie!

    Po dwóch kwadransach jazdy na miejskim horyzoncie pojawił się gigantyczny symbol centrum handlowego, Zion skręcił w rozległą krainę parkingową i po chwili byli już standardową, a przecież niepowtarzalną parą młodych-pięknych, może trochę łatwych, ale za to wiernych przedstawicieli gatunku homo americanus haedonicus, gotową kupować, kupować, kupować, i mieć, mieć, mieć. Przynajmniej Ree – z nadzieją, że Zion jeśli się je nie wymknie, to przynajmniej na tym skorzysta.
    – Ja potrzebuję fajnych butków. Ty potrzebujesz… mojej „nowej kiecki”, jak się chyba wyraziłeś, a my – potrzebujemy czegoś? – zapytała, wpychając się między Sullivana a dotykowy, responsywny, inteligentny, interaktywny panel informacyjny. Sunęła sobie palcem centymetr nad powierzchnią ekranu, nad kolejnymi butikami, drogeriami, sklepami obuwniczymi, sexshopami, kwiaciarniami, salonami z bielizną, salonami z elektronicznymi cackami. – Czegoś przydatnego do budowania tajemnicy? – odwróciła się przez ramię, żeby sobie zobaczyć Ziona za sobą. – Lub do jej obnażania? Bo nie wiem. Hm?
    Hm.
      
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-11-24, 18:29


    W zupełnie normalnym otoczeniu, rozumowanie Ree było zupełnie bezbłędne - patrzenie jest wyrazem poważania i szacunku, a także docenienia - stać Cię na zegarek, drogie auto, utrzymanie t a k i e j kobiety, więc nie jesteś z pierwszej łapanki, czyli muszę Cię szanować. Co więcej - w normalnym otoczeniu pielęgnuje w ten sposób ego posiadacza: no bo skoro ktoś patrzy, to zazdrości, a jeśli zazdrości, to znaczy, że Ci się udało i że głowę możesz nosić dumnie. Tylko, że to wcale nie było normalne otoczenie. Zion co prawda czuł się w nim dość pewnie, bo chociaż opuścił je w niezbyt pozytywnych stosunkach, to przynajmniej na swoich zasadach i to samo w sobie budowało mu dość trudną do ruszenia pozycję. Pazernych na jego spokój jednak nie brakowało, więc musiał pozostawać czujny i bardzo zręcznie poruszać się w meandrach bandyckiego savoir-vivre'u, żeby zachować status quo i nie przedobrzyć za bardzo w którąś ze stron; żeby nie wyjść na zbyt zmanierowanego mięczaka ani za bardzo pewnego siebie cwaniaka. Te wszystkie spojrzenia zatem, które ktokolwiek na ich drodze miałby rzucać Ree - mniej lub bardziej bezczelnie - będą miały być również formą sprawdzenia Ziona i tego jak potrafi o siebie zadbać, także biorąc jego reakcje za zazdrość, będzie po prostu naiwne.
    Zbył ją zatem milczeniem i przeszywającym spojrzeniem spod ściągniętych brwi. Tak - miała wszelkie prawo, żeby właśnie w ten sposób kroczyć przez życie; z wysoko podniesioną głową, zadartym nosem i bez choćby cienia zawahania, ale to co było jej prawem, mogło być zgubne dla niego, a i w konsekwencji może dla nich obojga; oczywiście daleki był Sullivan od strachu i przerażenia, bo przecież czuł się jak co to nie on, ale wolałby chyba, gdyby Burrows sobie zbyt wiele nie wyobrażała, nie obiecywała i nie wmawiała, że ma jakąś tam niby przewagę, bo bycie panem sytuacji jednak lepiej pasowało do jego charakteru i wolał się realizować właśnie w tej roli. Zwłaszcza, że miał ku temu znacznie więcej predyspozycji.
    - Czyli mam być wdzięczny? Ree.. - jęknął rozczarowany, przewracając oczami. Doceniał tę naiwną odwagę i wiarę w to, że mogłaby mu cokolwiek narzucić, bo było to na swój sposób urocze, a może i nawet imponujące, ale był jednak zwolennikiem utrzymywania wyraźnych granic i podziałów, dlatego sprowadzanie go do roli muła i podążacza niespecjalnie mu się podobało. Mlasnął zniesmaczony. - Wybij sobie z głowy to robienie scen. Wiesz, że jestem surowy - groźba? A może obietnica? Właściwie to sam nie wiedział, ale musiał jej jakoś uzmysłowić, że z korzyścią dla niej byłoby się jednak zachowywać, skoro miała względem niego jakieś szersze plany. Chyba, że jednak ich nie miała i zapomniała o zawartości torby, zostawionej w szafie? - Wydaje mi się, że wydzieranie na dzisiaj mamy odhaczone, więc opcja numer jeden jest bardziej prawdopodobna - zamyślił się, pustym wzrokiem prowadząc ją pomiędzy kolejnymi przystankami na jej ścieżce po hotelowym pokoju. Zdecydowanie - wrażeń miał po dziurki w nosie i to wcale nie była tak do końca zasługa zbliżającego się wielkimi krokami zjazdu; był tyleż zmęczony, co usatysfakcjonowany jak dotąd, także postawiłby jednak na jazdę ekonomiczną. Przynajmniej dopóki nie znajdą dilera. Albo nowych sił.


    Ekonomiczna jazda była jednak tylko metaforą, bo kiedy tylko silnik suva mruknął na pierwszym zakręcie, Sullivan przypomniał sobie, jak bardzo lubił to auto. Nogi nadal miał trochę ciężkie i ospałe po tym maratonie, dlatego prowadząc, wcale się nie ograniczał - auto mknęło tłocznymi ulicami Vegas, nieco ospale dryblując pomiędzy tymi zgrabniejszymi samochodami, ale za to prosto do celu, wyznaczonego słowami gpsa. I chociaż faktycznie miał ją na wyciągnięcie ręki, to tej ręki jej poskąpił - zdyscyplinowany, trzymał ją grzecznie na drążku i tylko raz na jakiś czas rzucał jej rozkojarzone spojrzenie, upewniając się, że na pewno czerpała z tego tyle frajdy, co on.

    Zatrzymali się w najbardziej dogodnym, wedle Ziona przynajmniej, miejscu - to jest może i daleko od ruchomych schodów, ale za to w samotności i zupełnie nie skrępowani obecnością innych aut. Mogło się to jej wydać paranoiczne, ale odkąd przeczytał w gazecie o zamachu, w którym bombę-pułapkę podłożono, podprowadzając do auta jakiegoś bandziora szrot, wolał unikać dużych skupisk na podziemnych parkingach. Zresztą, odrobina spaceru po chłodnym garażu pewnie dobrze im zrobiła; wszak byli w samym centrum Las Vegas i wczesnym południem słońce prażyło już tak, że nawet pierwszorzędna klimatyzacja miała problem z utrzymaniem odpowiedniej temperatury. Życie na pustyni na dłuższą metę musiało być okropne.
    Wbrew pozorom jednak, Zion naprawdę dał się jej prowadzić - handlowe galerie nie należały do jego ulubionych miejsc i raczej kiepsko się w nich odnajdywał, za to coś wyraźnie mu podpowiadało, że Ree - jak na weterana przystało - zadba o to, żeby nic im nie umknęło. Rozglądał się zatem ciekawsko, odkąd tylko stanęli na ruchomych schodach i na moment chyba nawet się zgubił, kiedy wyrwała do przodu, do dotykowego panelu, ale na całe szczęście trudno było ją w tym tłoku pomylić i już za chwilę niezbyt elegancko się o nią otarł, wbijając jej krawędź ekranu w podbrzusze. - Ja jej potrzebuję? - uniósł brew i zaśmiał się rubasznie pod nosem, wyciągając przed siebie rękę, żeby móc się pobawić tym panelem - zupełnie jak i ona. - hmmm - bąknął pod nosem, ostatecznie odpuszczając w walce o kontrolę (widocznie przerosła go ta technologia i zablokował się na liście spożywczaków) i oparł dłonie na sprzęcie, po obu stronach jej ciała. - Potrzebujemy zapasów w Twojej szafie, bo chyba... topnieją - prychnął pod nosem, przypominając sobie i bluzkę, i tę halkę, a przy tym dmuchnął jej ciepłym oddechem za ucho, odrywając się za chwilę od jej kształtnego ciała. - Wpadniemy na coś po drodze. Tak się chyba robi zakupy, nie? - mrugnął do niej zaczepnie okiem i wcisnąwszy dłonie w kieszenie spodni, postawił kilka pierwszych kroków w kierunku przygody, czekając aż Ree do niego dołączy i będą mogli ramię w ramię kroczyć po tych straceńczych polach imienia Kapitalizmu i Przejedzonych Dolarów. - Mój garnitur jest w porządku? - zagadnął po chwili, zerkając na nią podejrzliwie, bo utkwiło mu w pamięci słowo "koktajlowy" i nie był przekonany, czy tak do końca mu pasował.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-11-27, 02:10


    Ree mogłaby zupełnie nie mieć powodu myśleć o Zionie w kategoriach jego ostrożności i bandyckiego savoir-vivre’u –kombinacji uwarunkowań, w której pokazywanie się z dziewczyną, która chce być „pokazywana się z nim”, byłoby dla niej okazją do uszycia na samej sobie własnej narracji: z odzienia, ze sposobu jego noszenia, z tego co odzienie komunikuje w kontekście męskiego towarzystwa – gdyby nie szeleszczące na granicy pamiętania i zapomnienia sterty banknotów, których prawie była pewna w jego sportowej torbie. To było – w jakimś sensie – dawno temu: jeszcze w jego hotelu: poprzedniej nocy, która wydała się nie tyle „odcinkiem drogi za nimi”, co niknącym w oddali nabrzeżem. Teraz płynęli już wspólną łodzią po nieznanych, ale przez to frapujących wodach ku nowym brzegom lub bezmiarom, by tak to poetycko ująć, i „niknący brzeg wczorajszej nocy” wydawał się należeć raczej do porządku mitycznej kosmogonii, niż twardej rzeczywistości. Gdyby nie ta torba pełna pieniędzy, tak…
    Ale Ree – która potrafiła być pragmatyczna jak księgowa, matka trójki dzieci, przy Zionie zmieniała się w lekko pijanego sytuacją podlotka, w każdym razie duchowo – bo fizycznie ich para rzeczywiście przyciągała niektóre spojrzenia. Jej było z tym cudownie: próżność i samoocena skakały jej w górę tak, jak lubiła, sprawiało jej też bardziej altruistyczną przyjemność owo przekonanie, że podobnie czuł się z nią Zion. Mógł sobie mieć górę szmalu w szafie z każdego powodu, w tym również z bandyckiego. Czy by jej to przeszkadzało, gdyby była tego pewna? Wręcz przeciwnie. Jeśli Sullivan szedł teraz terraryjnymi korytarzami centrum handlowego z młodą czarną panterą u boku, to Ree czuła się, jakby szła w towarzystwie dorosłego, w pełni sił, tygrysa.
    Inna rzecz, że ów tygrys był akurat chyba zagrożony nieco mimowolnym udomowieniem, a przynajmniej obłaskawieniem, a jego bunt w postaci przewracania oczyma był prawie na pewno – tak to sobie tłumaczyła – sympatycznym aktorzeniem.
    – Wdzięczność to chyba nic poniżającego – odpaliła na fali owego właśnie naiwnego przekonania, że skoro już tygrys kroczy u jej boku, to znaczy że ona wyznacza tempo i kierunek, przynajmniej w okolicznościach, które to ona, nie on, ma za swoje środowisko naturalne. – „Surowy”? Och, Zion… to słodkie! – niemal przegięła z tą bubble-gum retoryką, zerknęła nawet na niego badawczo. – Ale nie obawiaj się. Jak mówię – nie narażę cię na taką ofiarę. Po prostu będę potrzebować fachowej porady. W końcu kreacja na ważną kolację powinna spełniać warunki i moje, i twoje, i tej kolacji. W tym właśnie sensie potrzebujesz jej również ty, mój drogi.
    W gruncie rzeczy –niczego innego nie chciała. Chciała Ziona obok siebie. Prosta, może naiwna prawda: chciała spędzać z nim czas. Na pierdołach, na rozmowach, na niepotrzebnych, pretekstowych śniadaniach, w samochodzie, w łóżku, w windzie i w kolejce do kasy. I chciała, aby tak samo miał i on. Chciała z nim rozmawiać, milczeć, sprzeczać się troszkę i potem godzić, dorozumiewać, układać, stawać mu okoniem i udawać bunt, by zaraz zarezonować z nim w pięknym współbrzmieniu. I był to stan, który ją samą trochę onieśmielał.
    I to – bardzo przyjemnie. Był jak mrowienie. Albo motylki w brzuchu. W efekcie – po tych szerokich jasnych korytarzach szła przed siebie z nieustannym, mimowolnym uśmiechem w kącikach.
    – Owszem, powoli topnieją. I tutaj też liczę na ciebie. Zresztą… czemu by od tego nie zacząć? – zatrzymała się nagle, okręcając tanecznie w jego stronę i sunąc spojrzeniem między jego twarzą, sklepem z wysokogatunkową bielizną, sex shopem i salonem z ambitną modą przewidzianą na high quality kolacyjki pomrukujących tygrysów z czarnymi panterami półleżącymi u boku, jak by sobie wyobrażała dzisiejszy wieczór, gdyby naszła ją jakaś bajkowa antropomorficzna imaginacja. – Choć dziś rano szkody na tej garderobie były mniejsze, niż przewidywali eksperci. Czyżby powodowała tobą jakaś troska? A może zmysł oszczędności? –uśmiechnęła się szeroko: – Pieniądze nie grają roli… – wygłosiła z niemal całkowitą pewnością, a tę cząstkę, w której nie było pewności, wyraziła tonem dodanego – …prawda, Zion?
    I odwróciła się wokół własnej osi, ocierając się o tors Ziona, skoro zechciał otoczyć ją z trzech stron. Niechętnie rezygnowała z tej bliskości Ziona za sobą – ale trudno. Najpierw konieczności, potem przyjemności.
    Losujący destynację wzrok stojącej tuż przed nim Ree zatrzymał się co prawda na sex shopie – gdyż w okolicy sex shopu wzrok zatrzymuje się chyba całkiem podświadomie nawet u niezainteresowanych ofertą – ale po chwili spoważniała, co było wyrazem podjętej decyzji, i ruszyła w stronę butiku z wieczorowym haut couture. Zion ruszył sam, więc dogoniła go po kilku krokach i pociągnęła w tym kierunku.
    – Twój garnitur jest bardzo w porządku –wyjawiła mu, zatrzymując się najpierw przed lustrem, a potem przy jakichś wieszakach. – Zresztą decydujący wpływ ma na to jego zawartość.
    „Koktajlowy” to jedna z nazw gatunkowych okazji – „koktajlowym” zatem nazywa się kreację, zwłaszcza męską, przeznaczoną na luźny wieczór, w przeciwieństwie do garnituru do pracy czy na oficjalne spotkania. Te pierwsze właśnie bywają jaśniejsze, o luźniejszym kroju, noszone do koszul o wzorach i kolorach raczej kontestujących materię garnituru, i bez takich przydatków, które z kolei posiadają te drugie – z definicji raczej ciemne, z jednobarwnymi dopasowanymi kolorem koszulami. W tym sensie aprobata Ree była całkiem uzasadniona. Tymczasem ona sama już wyciągała spośród innych – kolejne sukienki na wieszakach, przykładała do siebie, odwieszała, lekkim krokiem sunąc ku następnym. – Z kim ta kolacja? Z kimś od ciebie ważniejszym – według ciebie oczywiście – czy mniej ważnym? Komuś o coś tam będzie chodzić? – dopytywała pozornie niestarannie, skupiona na kolejnych przewieszanych przez ramię sukienkach. – Będzie o pieniądzach? Czy o sporcie? O sprawach światowych, czy o samochodach? – zerkała na niego od czasu do czasu, ale poważna i uważna – wszak robiła coś ważnego: godziła własny gust z ochotą dopasowania się do cudzego. Słuchając jego odpowiedzi capnęła jeszcze jeden wieszak i spojrzała na niego przytomniej: – Dobra. To ja idę się przepoczwarzać, a ty, poczekaj. Oczywiście – jeśli chcesz. Ale oczywiście sam teżmożesz mi cośwybrać. Ufam ci. Jak chodzi o gust – też. – I ruszyła do przymierzalni.
    Po chwili wynurzyła się, lśniąc galaktycznie:
    Abrakadabra? – szepnęła, poczekała na reakcję i zniknęła znów za drzwiczkami, by po chwili wytańcować lekko znów:
    – Hello everybody? –śmignęła piruecikiem z uniesionymi ramionami i wtańcowała z powrotem.
    Po chwili wynurzyła się – najpierw tylko częścią twarzy, resztą ciała po chwili, wlokąc gdzieś na boku wzrokiem jakby prowadziła na nim dzikie zwierzę jak na smyczy:
    The winner taks it all? – wjechała tym wzrokiem na Ziona powoli, od dołu, a gdy złapała jego spojrzenie – obróciła się powoli, i powoli wniknęła znów do przymierzalni. Po chwili wyszła jakoś tak stanowczo i oparła się nonszalancko o ścianę kabiny, patrząc po okolicy z aktorską pogardą:
    „The Nights Under the Skies of Casablanca”… – wymruczała niskim głosem, ale zaraz ta poważna mina prychnęła jej lekkim śmiechem: – Powiedzmy, że był taki film w roku… osiemdziesiątym siódmym, czy coś? Jeszcze chwilka, Zion… – poprosiła gestem o cierpliwość i weszła tyłem do kabiny, skąd wyszła z pytaniem na twarzy:
    Napięcie surowego kontrastu? Czy… – i znów hyc, do przebieralni…
    … luźny chaosik upalnego spotkania z palemką? – Zerknęła, troszkę ciekawa, czy go nie znudziła. Sama bawiła się świetnie –wszak była pewna, że kupi jej coś, a dostać coś jest tak przyjemnie!
    – Mam jeszcze tylko jedną. Tylko nie wiem, czy jej podołam! – zachichotała sobie i zniknęła za drzwiami kabiny, skąd doszedł go zaraz głos" – W ogóle co to będą za ludzie? I co ja tam będę robić? Pytam bo... – stukot czegoś spadającego i ciche – Oż kurczaczki…
      
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: