Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-10-04, 21:51


    Właściwie... to fakt; wszak produkcja to iście netflixowska, nastawiona na najbardziej prymitywne odczucia i emocje, a nie ambitny film z indie-festiwalu reżyserii vege-studenta, o którym głośno będzie dopiero za jakieś dziesięć lat. Publiczność rzewnie więc jęknęła, w rytm no dowal jej Zion, to tylko parę guzików, ale Zion? Zion był aktorem - aktorem-naturszczykiem co prawda, nieobytym z kamerą ani zakulisowymi wskazówkami - filmów fabularnych, a nie tych bardziej przyrodniczych, toteż wymaganie od jego naćpanego tyłka jeszcze większych nakładów tej energii kumulowanej w lędźwiach było... najłagodniej mówiąc niehumanitarne. Względem Ziona i jego zdobyczy.
    Rzecz w tym, że w niehumanitarności Ree prawdopodobnie się lubowała, bowiem teraz z sadystycznym błyskiem w oku wygrzebała mu w starej ranie dziurę i dłubała, dłubała i... dłubała, żeby tylko coś jej powiedział - coś, może coś więcej i dokładniej, jakby naprawdę chciała słuchać historii przypadkowo poznanego na imprezie faceta, z którym łączyła ją tylko jedna i to niecała jeszcze noc, spędzona w hotelowym pokoju, w atmosferze beznadziei i spełnienia jednocześnie.
    Zbył milczeniem kolejnych kilka pytań, podciągając się na łokciach, żeby w ciemności śledzić jej ruchy. Dzięki Bogu, koszula była jasna, więc pi razy oko mógł ocenić, gdzie aktualnie się znajduje, także kiedy kontrast na tle czarnej, hebanowej szafy zrobił się zbyt duży, zaświeciła mu się czerwona lampka. No tak, szafa. - Dlatego jak na gospodarza przystało, wybierasz sobie z mojej garderoby, tak? - podjął rozbawionym tonem głosu i sprawnym spięciem przechylił się do siadu, już na skraju materaca, spuszczając nogi na podłogę. - A co, mało Ci jeszcze? - podjął tonem zaczepnym, ale też jakby... zdyskredytowanym? No bo co to miało być, Tess, co? Że niby bym Cię nie przeleciał? No dobre sobie, a nawet gdyby nie, to lepiej było na głos rywala szanować i pozwolić mu lizać rany, bo jutro też jest dzień i to długi, do zagospodarowania wrażeniami i przygodami, także chodź już spać, Tess i bądź taka wyszczekana rano, o, tak sobie myślał.
    I szur albo szast, zależy czy tę torbę sobie przysunęła, czy od razu sięgnęła do błyskawicznego zamka; to podziałało jak "jeden" z ust sędziego, liczącego do dziesięciu, kiedy nogi w ringu odmówią posłuszeństwa - przecież tam jest forsa, durniu. Dureń zerwał się na równe i doskoczył do niej błyskawicznie. - Tam wcale nie ma ubrań, wiesz - głupia sprawa - I w ogóle to więcej ich nie ma, więc... Chodź już, Tess. Chodź, po prostu... - zabawnie musiał brzmieć, gdy tak dużo i szybko chciał jej powiedzieć, a robił to tak wolno i niewyraźnie; wolał przekazywać to gestem i dlatego znów ją jakoś tam pod ramię wziął, żeby ją stać, a kiedy tylko wyrosła przed nim wysoka, pocałował ją przelotnie (w szyję na przykład, bo pewnie tyłem była odwrócona) i poszukał dłonią tych guzików. - Po prostu ją zdejmij i chodźmy spać. Będziesz potrzebowała dużo siły - wychrypiał, ale tak zupełnie inaczej niż dotychczas, wolno, niezbyt wyraźnie i sennie, a potem pociągnął ją za rękę w stronę łóżka z nadzieją na to, że się podda.
    Naiwny, co?
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-10-06, 02:08


    To nie Ree lubowała się w niehumanitarności, tylko to Zion generował takie jakiś rodzaj promieniowania, że Ree w jego zasięgu została ściągnięta w obszary, w których kategoria krzywdy była tak samo dodatnio nacechowana, jak kategoria pożądania. To nie jej wina, że zrobił z nią to wszystko – i nie jej wina, że poczęstował ją xanaxem i dał popić wódką, czy co to tam było, prawda? A że taka mieszanka miała potężny wpływ na Ree teraz, gdy kucała już przy torbie i ostatkiem przytomności błagała samą siebie o dokończenie aktu decyzyjnego, by sięgnąć tam, rozpiąć, zobaczyć, dotknąć…
    – Oczywiście. Wybieram co chcę, i w ogóle robię co chcę… – wymamrotała, próbując trafić palcami w jakąś fałdę, której sztywność pomogłaby jej namierzyć palcami zamek, ale… było ciężko. Coraz ciężej. Nawet słowa docierały tylko w jej okolicę, chciałaby je wręcz łapać drugą, wolną dłonią, żeby je sobie przybliżyć, bo uciekały. Było tam coś zaczepnego, „Mało ci jeszcze”, powinno siętego jakoś pięknie użyć, „Owszem, mało” – ale nie zdecydowała się, staranie trafienia na zamek torby wymagało uwagi –której nie miała.
    - Kuuuurwa no… – wyrwało jej się, bo w zasadzie czuła, że trzeba by zrezygnować: jutro, Ree; wszystko juuutro –i wtedy Zion nagle się ożywił – i tchnął również w nią cząstkę tego zaangażowania.
    Siadła sobie na podłodze wygodniej i spojrzała na niego.
    – Nie ma tam ubrań? Znaczy… – co tam jest? w takim razie? – Ale… – znieruchomiała na moment, próbując odegnać niewymowną w tej chwili potrzebę położenia się – No to co tam jest? [b]– Jeeezu, no… – żal do samej siebie, i do niedostępności torby, chwila wahania z opadającymi powiekami – i Ree pchnęła w sobie środek ciężkości tak, by posłał ją na kolana. Ruszyła na czworakach, by po drodze jakoś tam wspiąć się do postawy wyprostowanej – tylko dlatego, że miała już do Wyspy kilka ruchów wioseł – raz, dwa – i ffffummm… nasunęła się raczej, niż padła korpusem na łóżko.
    – Nie ubrania to co… głowy pokonanych wrogów pewnie… – wymamrotała z głupim uśmiechem i zaparłszy się stopami o podłogę wsunęła na łóżko górną część ciała do momentu, aż czubkiem głowy nie wjechała w jego bok.
    – Sam mi ją zdejmij… bo ja – rozchichotała się i po dwóch sekundach spoważniała – nie mam chyba siły, wiesz? Umieram. Uratujesz mnie we śnie, mmmm?
    O, to „mmm” było teraz najważniejsze, dała się pociągnąć za rękę i dzięki temu znalazła cała na łóżku, gdzie padła obok niego zostając w takiej pozycji, w jakiej się ten ruch zakończył.
    – Będziesz mnie ratował, okej? – w głowie – już półsenna wizja Ziona niosącego ją na rękach, za plecami – rozmazany świat. Pod powiekami też. – Jesteś silny, więc
    Obróciła sięjeszcze prawie na plecy i – zasnęła. W tym właśnie momencie. Z jedną ręką na jego brzuchu i głową krzywo wspartą o bok, prawie wciśniętą pod pachę, nagle nieruchoma. Jak zabawka, w której skończyła się nakręcona sprężyna. Cyk. Iskierka zgasła.
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-10-06, 22:57


    Musiał wyglądać trochę, jak wyprowadzony z równowagi ojciec, gdy tak na czworaka pełzała do łóżka i w sumie... coś w tym było, bo tu jej odmawiał zabawy, tam zabawek i w gruncie rzeczy to surowy był jak na gościa, który do Las Vegas wyskoczył się rozerwać. - Żebyś wiedziała - przewrócił oczami - i na jeszcze jedną też się znajdzie miejsce - kiwnął głową, że niby taki z niego chłodny cham i jak będzie trzeba, to i Ree tam zapakuje, ale tak naprawdę to wiadomo - luzik, przekora i żarcik, chociaż pewnie niekoniecznie adekwatny do sytuacji. Paradoksalnie jednak łatwiej było mu żyć z tym i roztaczając aurę tajemnicę wokół zawartości tej torby, aniżeli tłumaczyć się z noszenia ze sobą pieniędzy w ten właśnie sposób (o kasynie nie pomyślał albo wydawało mu się zbyt oklepane). Wystarczająco był już podejrzany, żeby teraz wyjść na faceta z dorobkiem życia w hotelowej szafie.
    Wczołgał się na łóżko zaraz za nią. Chciał się przewrócić na bok, na dobranoc, ale przyszpiliła go na plecy, przerzucając mu rękę przez tułów i było po robocie. - Uhhh - westchnął, skrępowany trochę intymnością - serio - chwili i zmrużył oczy. - Uratuję, Tess. Uratuję - wymruczał w czubek jej głowy, oplatając ramieniem jej talię i ledwie parę kroczków za nią, sam też rzucił się w objęcia Morfeusza.


    Późny poranek przywitał go jasnym blaskiem promieni słońca, ćmiącym bólem głowy i... dłonią Ree niebezpiecznie opartą o męski policzek w sennej pozie. W innych okolicznościach pewnie cierpiałby bardzo, ale gest ten był jednak na tyle rozczulający, że w gruncie rzeczy wynagradzał mu pozostałe niedogodności. Z łóżka zwlókł się zatem bardzo powoli i ostrożnie, żeby przypadkiem jej nie wybudzić i nawet podsunął jej pod ramię poduszkę, żeby ze snu nie wyrwał jej brak żywej przytulanki. W pierwszej kolejności wślizgnął się do łazienki na jakieś osiem minut, które w zupełności wystarczyło na kompleksową, szybką toaletę; kończył ją ze szczoteczką do zębów w ustach, krzątając się po części sypialniano-niesypialnianej w poszukiwaniu spodni, z których to kieszeni ostatecznie wyciągnął spięty gumką recepturką plik banknotów. I chociaż starał się być cicho, to nie przewidział, że otworzenie drzwi balkonowych - poza świeżym, choć ciepłym powietrzem - wpuści do pokoju jeszcze dobiegający z ulicy hałas; niby czmychnął przed nim natychmiast na zewnątrz, żeby... wypluć pastę za balustradę, ale przypuszczał, że było już za późno, więc nawet za sobą nie przymknął. Przycupnął na skraju podniszczonego, trzeszczącego leżaka, w doniczkę wetknął szczoteczkę (główką do góry, okay? nie był aż tak ohydny) i wreszcie zapalił papierosa z pozostawionej poprzedniego poranka na małym stoliczku paczki. Zaciągnął się raz i drugi, przyglądając się spacerującym po hotelowym parkingu odświętnie ubranym bojom, aż w końcu ściągnął gumkę i zaczął w palcach sprawnie przerzucać kolejne banknoty, wyciągając z nich charakterystyczny szelest i świst, współgrający idealnie z szuraniem bosych stóp po podłodze. - Mocno drapiesz - rzucił, gdy futryna drzwi oznajmiła, że ktoś otworzył je nieco szerzej i odwrócił się do niej przez ramię z bladym uśmiechem na twarzy, oczyma wskazując jednak na plecy, którymi do niej siedział. - Wyspana? - zapytał jeszcze, a potem sięgnął po tlącego się w popielniczce papierosa, żeby podać sobie kolejną dawkę kojącej trucizny.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-10-07, 11:55


    Z łóżka zwlókł się bardzo powoli i ostrożnie, żeby przypadkiem jej nie wybudzić i nawet podsunął jej pod ramię poduszkę, żeby ze snu nie wyrwał jej brak żywej przytulanki. Czuła to tym jednym półświadomym czujnikiem, który – podłączony na stałe do cyklu dobowego (nawet zakłóconego) – w jakimś stopniu próbuje przygotować inne podzespoły do ustosunkowania się względem biologicznego postrzegania Poranka. Ale wszystkie inne podzespoły tonęły w niebycie, Ree więc tylko mruknęła, rzeczony czujnik przesłał jej informację że coś się dzieje z miękką równiną, ale nic niebezpiecznego, że znika źródło ciepełka, ale to nie szkodzi, bo jest poducha (Ree klapnęła na nią ramieniem i podsunęła sobie teoretycznie pod głowę, a praktycznie dosunęła nią do twarzy, znikając pod nią w ciepłej ciemności) – i wrócił do stanu stand-by, czekając na lepszy moment.
    Lepszy moment nadszedł, gdy otwarcie drzwi balkonowych wdarło się w zawiesinę sennego półbycia odgłosami i powiewem.
    – Mmm? – wydobyło się spod poduchy, ale Zion nie mógł tego słyszeć, bo właśnie czmychnął na balkon. Ree podniosła się na rękach jak młody jaguarek, samym tylko korpusem, jakby nie posiadała części ciała od pasa w dół, spojrzała bez otwierania powiek (tak, w tym stanie mózg wydał właśnie taką komendę…), zobaczyła jasność i opadła kompletnie bezwładnie na poduchę w chwili, gdy coś pacnęło na płyty bezludnego chodniczka prowadzącego wzdłuż ściany budynku do obszaru śmietnikowego. Wskutek swego ślepego uniesienia (!) Ree opadła już nie na poduchę, lecz obok, doprowadzając niektóre czujniczki do zdziwienia. Ich „Ojejku? Dlaczego?” ostatecznie otworzyło jej lewą powiekę.
    Potem prawą.
    Lewym okiem nie zobaczyła niczego, ale prawym – skośną krzywiznę otwartych drzwi balkonowych.
    Zion. Zion – upewniła się – to mozg przeszukiwał nawykowo ostatnie fiszki w pamięci roboczej, odczytując jej hasła-klucze powiązane z tym rekordem.
    Zion, bez nazwiska.
    Zniszczona bluzka.
    Zajebisty seks.
    Niejasność.
    Blizny i dystans.
    Góra kasy w torbie.

    M-hm. No to – wstała.
    Przez chwilkę siedziała na łóżku, bezwiednie wędrując w miejscu palcami stóp po dywanie z dłonią zanurzoną we włosy w połowie gestu, który dokończyła, zaczesując włosy z lewej strony na prawą. Zerknęła, już przytomniej, w stronę szafy – czy otwarta/przymknięta, czy torba jest, i w ogóle co tam słychać.
    Następnie pojawiła się plama totalnego niebytu i wyzerowanie IQ podczas transcendentalnego w swej naturze ziewnięcia i Ree była już obudzona. A obudzona stanęła przed przyjemnym, ale wymagającym odpowiedzi pytaniem: co teraz. Ruszyła ku temu balkonowi, kierując się tyleż właśnie włączającą się logiką, co papierosową wonią (czynni pięściarze chyba nie zaczynają dnia od nałogu…)
    Usłyszał ją, gdy wychodziła na balkon.
    – Drapię? – zatrzymała się, zdążywszy postawić na balkonowej posadzce krok tylko jedną nogą, wystającą dziecinnie spod pomiętej jego koszuli, poprzekrzywianej, spiżamionej dokumentnie. – Taaa… – uśmiechnęła się kocio – i zabrzmiała ta jej odpowiedź kocio, bo akurat na hasło skojarzone ze spaniem coś kazało jej zamienić to „Taa” w urocze ziewnięcie.
    – Muszę wracać do siebie, Zion – wlazła na balkon „do końca” i przysiadła sobie na podłodze, oparta o ścianę, oplatając złączone i wycelowane w niebo kolana lewym ramieniem. – I wiesz co? Mógłbyś mnie odwieźć – oświadczyła, ale z uśmiechem aniołka, który uprzejmie donosi, że będzie potrzebował do swojej ziemskiej misji trochę więcej tęczy. – Masz coś dzisiaj? Spotkania? Treningi? Handel niejasnymi dobrami? Inne dziewczyny? Czy tylko mnie? – wyliczała siląc się na żartobliwą beznamiętność i na koniec wyciągając dłoń ku niemu – chyba po papierosa, ciężko stwierdzić, bo nie patrzyła na cel swej dłoni, a na parking widoczny przez barierki balkonu. Tam na dole niewątpliwie trwał już tak zwany nowy dzień i zagadnienie, czy będzie to dzień z Zionem, czy bez, wydawało się Ree nagle całkiem istotnym. Miałaby stąd odejść, choćby i w tej koszuli jej podarowanej, a nie pożyczonej, odejść i tylko pamiętać Ziona-Liona, a nie tylko mieć? To ważne. No bo co wpisze pod wczorajszym wieczorem w kalendarzyku? Jaki symbol wedle swego systemu stopnia wartości inwestowania/korzystania dostawi temu mężczyźnie? Ba: czy w ogóle miała odpowiedni symbolek na… TO? A przecież jeszcze zagadka torby sportowej… Nie: no nie mogła tak po prostu dać się teraz pożegnać.
    – Ale… śniadanie zjemy razem, mam nadzieję… hm? Tutaj – czy już u mnie?
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-10-07, 22:42


    A więc to Zion lepiej odnalazł się w zastanej po przebudzeniu rzeczywistości, chociaż to przecież też nie tak, że wszystko było mu obojętne - nie, nie było. Zanim wstał, przyglądał się jej jeszcze dłuższą chwilę, szczerząc się do siebie w ten cwany sposób, bo zastany widok był skutkiem tych wszystkich nieładnych rzeczy, którym wspólnie oddawali się jeszcze kilka godzin temu. Był to więc obraz cholernie satysfakcjonujący i na swój sposób kręcący, ale przede wszystkim - rekompensujący te wszystkie głupkowate niedogodności w stylu bólu głowy i szczypiących zadrapań wszędzie tam, gdzie Ree, w swój koci sposób, zaznaczała teren. I wokół tego orbitowały jego myśli, odkąd odkręcił wodę w kabinie prysznicowej - niewiele wiedział o niej wiedział i nadal pozostawała zagadką, ale w zupełności wystarczała mu własna, fachowa ocena, że zajebiście się pieprzyła, ma fajny tyłek i że xanax wcale nie jest jej obcy. Na tych kilka godzin (lub dni) w Las Vegas - wcale nie potrzebował więcej, choć z tyłu głowy gdzieśtam mu świtało, że zanim pozwoliła z siebie zerwać bluzkę, to dała mu się we znaki jako cholernie bystra i inteligentna kokietka, z którą aż przyjemnie się spierało na tym grząskim gruncie; ścieżce do jego hotelu.
    Odkąd jednak w dłoniach poczuł fakturę banknotowego papieru, jego myśli obrały zupełnie inny kierunek i skupiały się już tylko na przeliczeniu kwoty, którą miał w spodniach. Paradoks tego rytuału polegał na tym, że... Ziona wcale nie obchodziło, ile tych pieniędzy było. Nie, żeby był jakimś przesadnym bogaczem, ale w liczeniu chodziło mu tylko i wyłącznie o rytuał oraz związany z nim przesąd, bo to czy poprzedniego wieczoru wydał tysiąc zielonych, czy dwa i pół - nie robiło zupełnie żadnej różnicy, skoro w tej torbie musiał mieć przynajmniej ćwierć miliona baksów, skoro aż tak była wypchana. Przerzucał więc kolejno benjaminy, w myślach dzieląc je na kolejne dziesiątki, które dawały tysiące (czterdzieści dwa dokładnie); przerzucał je aż nie dotarł do pięćdziesiątek, potem dwudziestek i dziesiątek, aż wreszcie... pojawiła się Ree i zastopował.
    - Jak jakaś cholerna tygrysica - dodał, trochę z podziwem, a trochę jednak zawiedziony faktem, że oto mała, drobna istota wyrządziła mu coś w rodzaju krzywdy, rysując mapę esów-floresów po jego skórze. Ostatecznie jednak zaśmiał się tylko pod nosem, po krótkiej chwili ciszy i głęboko odetchnął, jakby ta mieszanka miejskiego powietrza z nikotynowym dymem faktycznie była taka rześka i inspirująca.
    Skinięciem głowy potraktował tylko wzmiankę o powrocie. Wciągnął nogi na leżak i zapierając się stopami o balkonową balustradę, wyciągnął się głębiej, znów przyprawiając doświadczoną konstrukcję o stek zgrzytnięć i trzasków sparciałego drewna. Złożywszy plik pieniędzy w pół (gumkę jakoś zawiesił sobie na nadgarstku), zerknął na Ree - łokieć zaparł o wykończone plastikiem, leżakowe oparcie, natomiast głowę podparł na dłoni, w której palcach trzymał papierosa i dopiero kiedy jeszcze raz się zaciągnął - tym razem głębiej - faktycznie jej go podał, wzruszając ramionami. - Jak powiem, że inne dziewczyny, to pojedziesz za mną, żeby wydrapać im oczy? - zapytał prowokacyjnie nieco i ściągnął ze sobą brwi, żeby choćby na kilka chwil wyglądać jak poważny pracownik działu HR, przeprowadzający rozmowę rekrutacyjną na sposób spędzenia kolejnego dnia. Prychnął. - To... zaproszenie? - błysnął cwanym uśmiechem i odwrócił od niej wzrok. Ponownie zainteresował się plikiem banknotów i przez chwilę patrzył na niego zupełnie ślepo, bezmyślnie wręcz, jakby szukając miejsca, w którym skończył, ale to przecież było niemożliwe do zlokalizowania. Więc... od nowa. - To zależy, co będzie na śniadanie. Gotujesz, czy... - zapytał, zezując na nią kątem oka; tak - prowokował, ale teraz mógł to robić na zupełnym luzie, bo wszystko wskazywało na to, że wcale nie zostawi go samego w tym ohydnym i straceńczym Las Vegas, a jednak trochę się tego obawiał.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-10-07, 23:47


    Zion szeleścił, a Ree patrzyła na te poddawane niepowtarzalnej kombinacji ruchów kciuka i palców banknoty – ale tylko wtedy, gdy pozwalała opaść spojrzeniu z jego twarzy na dłonie. Na początku było to spojrzenie dłuższe, ale następne były już tylko zerknięciami, i to rzadkimi, liczyła bowiem, że się z czasem dowie, po co to liczenie.
    A tu nic.
    Po prostu szeleścił sobie.
    Aż chciała wprost zapytać, co tak na prawdę dla ciebie, Zion, znaczy kasa, bo wieczorem widzę torbę wypchaną banknotami, rano widzę ciebie liczącego je jakoś tak kompulsywnie…
    Ta zagadka chyba zaczęła jej się dosłownie wyświetlać na twarzy, więc w pewnym momencie pokręciła głową i machnęła ręką.
    – Cholerna tygrysica to może i komplement, tak… – zastanowiła się, przyglądając się z udawanym zamyśleniem, jak wyciąga się na leżaku. Może się odważyć? jakoś… go podejść? żeby się wygadał?
    Tylko co potem zrobić z taką wiedzą?
    Na razie miała troszkę ciekawsze bieżące sprawy. Dialog, na którym de facto spoczywała odpowiedzialność za najbliższe priorytety.
    – Jak powiesz, że inne dziewczyny, to po co mam im wydrapywać oczy, skoro sam im powiesz, żeby sobie poszły? Nie? – zapytała retorycznie, przecież wiadomo, że jak jest Ree, to więcej nic się nie powinno liczyć, prawda?
    No – chyba że… pieniądze. W takich ilościach… tylko o co tu chodzi?
    Nie, to nie niepokój zagościł teraz w jej sercu, nie czuła się niebezpieczna w towarzystwie Ziona, choć może powinna. Może poczuje się zagrożona, gdy zacznie go zbyt intensywnie indagować – ale z drugiej strony… po co ta scena z liczeniem banknotów w tę i nazad?
    – Tak, żebyś wiedział. To zaproszenie i – przejęła od niego papierosa, zaciągnęła się, ale w złym momencie, bo jeszcze z rozpędu mówiła. Zakrztusiła się niegroźnie, potrząsnęła kilkanaście razy ramionami w krótkich podrygach, oddała mu papierosa – …Potem sobie zapalę… a teraz tak: ja się wykąpię, ty się spakujesz, weźmiesz – wyjaśniła, pomagając sobie kolistym gestem dłoni – …co tam potrzebujesz, żeby tu móc jakiś czas nie wracać, i…
    I zatrzymała się z miną „Tyyy… Kuuurde…!”
    Pomysł. Ale… spokojnie. Bez raptowności.
    – Dobra. Zaczniemy od śniadania. Na głodniaka nie będziemy pisać tej pięknej historii – no, zabrzmiało może trochę tajemniczo, Ree uśmiechnęła się i zaraz dodała: – Znaczy: możesz zacząć wymyślać, co byś zjadł. Wbrew pozorom umiem co nieco przyrządzić. Nie tylko drinki.
    Posiedziała chwilę w milczeniu… no nie: jednak – musiała. Mimo całego ryzyka i mimo obosieczności tego pytania – jakoś tak potrzebowała otwarcia, również w tym względzie. Nie z śledczej ciekawości nawet (och, trochę: to swoją drogą), ale dlatego, że… że Zion nie był już obcym przygodnym facetem? Cóż, kobiety są –płycej czy głębiej – istotami w ten czy inny sposób szukającymi wspólnoty. Zasady, na jakich miałaby działać, to już sprawa indywidualna, nadto kulturowa, czy związana z wiekiem danej osoby. Ale wspólnota – „my, razem” – tak. To mogła być podświadoma potrzeba na poziomie imperatywu. Ree wstała, gotowa ruszać do tej łazienki, tylko – no właśnie:
    – Zion – a cym ty się w sumie zajmujesz? – uśmiech, przekrzywiona główka, urwisy w oczach i stonowany uśmiech w kącikach. I szelest banknotów w jego palcach. Chyba w sumie nie powinien jej rugać za to, że jako jedna z dwóch teoretycznie dorosłych – a w każdym razie zdolnych o siebie zadbać – osób, ona wyczuwa powoli, że to liczenie banknotów w nieco zbyt pokaźnym pliku o dziesiątej rano to jest czynność usprawiedliwiająca ciekawość, prawda? Nawet jeśli chciałby obruszyć się na jej wścibskość.
    Żeby ją złagodzić, wzruszyła ramionami:
    [b]– Rozumiem, że musisz się zastanowić nad odpowiedzią – to ja będę w łazience. A jakbyś to czasu aż skończę nie znalazł dobrej odpowiedzi – to powiesz mi po drodze.
    I weszła do środka, by po niecałych dwudziestu minutach wyjść z niej – cóż: w jego pomiętej białej koszuli i szortach na goły tyłek. Nie wiedziała, gdzie się teraz znajdują, w której części Vegas, ale i tak wezmą taksówkę do niej. Jakkolwiek to wyrażenie mógł Zion ewentualnie chcieć poddać reinterpretacji, kiedy już to „do niej” zobaczy…
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-10-08, 21:48


    No właśnie, Zion. Czym ty się w sumie zajmujesz?
    ...
    Po najprostszej linii oporu mógłby rzec, że ma sklep monopolowy w małym miasteczku w Kanadzie.
    ....
    Ale czy Ree znała jakiegoś innego sklepikarza, wożącego tyłek takim autem? Czy Zion jakiegoś znał? No nie. Takie rzeczy wmawiać mógł tym wszystkim dziewczynom, które prowadził do swojego domu z barów - tam, w Kanadzie; w ogóle tam jakoś łatwiej było mu kłamać, bo nawet jeśli ktoś podnosił wzrok, żeby obejrzeć się za śmigającym ulicami Deep Lakes rangem, to wcale nie zastanawiał się nad tym, ile takich suvów Zion oddał państwu w podatkach. Ba, lokalni gliniarze zaopatrywali się u niego w alkohol i pozostawali z nim w kumpelskich stosunkach, kompletnie nie interesując się całą resztą działań byłego pięściarza; całą resztą, bo nie zajmował się przecież wyłącznie tym.
    W tej chwili na przykład - palił papierosa, jeszcze chwilę czekając, aż woda w łazience zacznie szumieć. W tym czasie doliczył się zresztą dokładnej sumy pieniędzy (5287 dolarów i 500 euro w nowym, fioletowym banknocie - prezent od kogośtam, noszony na szczęście, gdziekolwiek wychodził) i wrócił do pokoju, żeby skorzystać z samotności i się ogarnąć. Właściwie to nie do końca ją rozumiał - no bo jak zaczną od śniadania i jaki czas właściwie miałby tam nie wracać, a w ogóle to gdzie jest to "do mnie" i jak to do mnie wygląda, ale właściwie to dlaczego tak dużo chcesz wiedzieć. Tess, ach Tess. I chociaż sam odnajdywał w jej kropkach znaki zapytania, to ten największy namalowała mu w głowie dość wyraźnie, o czym przypomniał sobie, wyciągając ze sportowej torby dwa równo spięte pliki pieniędzy, które miały wystarczyć "na jakby co". No więc czym ja się właściwie zajmuję?
    ...
    Niewiele wspólnego miał już Zion z tamtym Vinniem Sobotką, którego FBI ściągnęło z mieszkania swojej ówczesnej dziewczyny, o szóstej rano w samych bokserkach i podkoszulce-żonobijce; niewiele tez z tym, który objeżdżał burdele w Reno, żeby zebrać pieniądze za ochronę ani nawet z tym, który z tymi pieniędzmi wiał na północ, żeby ułożyć sobie życie gdzieś w Kanadzie, z dala od problemów, federalnych i wrogów. Teraz był po prostu biznesmenem, funkcjonującym w strefie szarej i bliskiej czerni, a oprócz rozwijania swojego małego alko-imperium, nadzorował wszystkie ruchy i tarcia w podziemnym ekosystemie Deep Lakes (i okolic), jako ten facet z zewnątrz i się na tym wzbogacał. Zupełnie jakby był jakimś vorem v zakone.
    Ale przy tym był tylko Zionem - teraz ubranym w letnie jasne kolory. Oparty o barek, trzymał w dłoniach marynarkę, której to kieszenie wypchał odpowiednio tymi dwoma plikami pieniędzy oraz pistoletem, wciśniętym tam po długich rozważaniach, skończonych myślą "lepiej mieć niż nie mieć" i co jakiś czas zerkał w stronę łazienki, odliczając minuty. To czym się zajmujesz, Zion?
    - Rozwiązuję problemy. Tym się zajmuję - wypalił, kiedy tylko otworzyła drzwi, oczywiście stwarzając jeszcze więcej niedopowiedzeń, niż mógłby sobie wyobrazić, ale hej - przecież nie chciała wiedzieć wszystkiego. - Gotowa? Gotowa, nie? Chodźmy. Będziesz pilotem - mrugnął do niej porozumiewawczo, przyglądając się jeszcze, jak upewniała się, że zabrała ze sobą wszystkie manatki, ale stał już we framudze prowadzącej na korytarz, także czekał - i to było po nim widać. Drzwi kliknęły więc lada chwila, potem zadzwoniła winda i jeszcze parę razy, aż w końcu postawili nogi w holu, tym pachnącym tak pospolicie, choć niby wzniośle i karmiący kłamstwem, że niby naprawdę może na tę pare nocy zastąpić dom. Bullshit. Nie może. - A Ty, co byś powiedziała? Że czym się zajmuję? - zagadnął, gdy wychodzili na zewnątrz - W aucie się nie pali - i przyjrzał się jej z zaciekawieniem, stawiając po wybrukowanej, parkingowej ścieżce długie, choć leniwe susy. Słońce powoli zaczynało prażyć charakterystycznym, znanym lokalnie żarem, a wlokące się po pobliskiej estakadzie auta przygrywały rykiem silników i dudnieniem klaksonów, tworząc iście filmowy - znów - obraz słonecznej Nevady (bo obrzeży samym Las Vegas ciężko było nazwać). - I podpowiem, w przeciwieństwie do Ciebie, wcale dziś nie wagaruję - dodał jeszcze rozbawionym tonem, nawiązując do rozmowy z nocy, kiedy sugerowała, że musi wstać na zajęcia. No faktycznie. Wstała.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-10-08, 23:29


    Pierwsze kroki Ree po wyjściu z łazienki były szybkie, docelowe, rozpędzone ochotą na ten dzień – i na Ziona, zwłaszcza gdy go zobaczyła w tym jasnym garniaku, jasna cholera… cholerny, cholerny przystojniacha. Ale stanęła jak osiołek na kreskówkach w miejscu nie dlatego (choć och, dolałoby to pewnie parę kropelek melasy do wypukłego menisku jego bezczelnego samozadowolenia i samczykowej próżności – której dotychczasowe nienachalne zresztą przejawy raczej się jej podobały, niż śmieszyły) – otóż nie dlatego, a z powodu jego odpowiedzi.
    Zatrzymawszy się uniosła brwi na pół sekundy a długo, po czym pokiwała głową i ruszyła dalej w głąb pokoju i tego dnia, nalewaniem sobie wody przy barku kryjąc skupienie na twarzy. „Rozwiązuję problemy”. No – ekhem, proszę państwa – tak… Well, istniało kilka lepszych sposobów na upewnienie dziewczyny sam na sam z potencjalnie najlepszym jej kochankiem ever, że jej men jest… bezpieczny.
    Nie trzeba było ustawień hellingerowskich ani hipnozy, żeby zetknąć ze sobą odkrywczo torbę wypchaną pieniędzmi, teatralną zabawę plikiem banknotów i konstatację „Rozwiązuję problemy”. Czy powinna się go bać?
    Och tak! – aż pisnęło w niej cośz radości, zaskakując zresztą trochę nawet ją samą, w jej własnym mniemaniu – Wielką Wyjadaczkę W Dziedzinie Radzenia Sobie Z Facetami. Obróciła się ku niemu, wychylając szklaneczkę wody – spojrzenie podczas jednoczesnego picia raczej nigdy nie wygląda super poważnie, ale to nawet lepiej.
    – Gotowa, gotowa.
    Przeparadowała mu przed nosem na drodze do szafki po swój telefon, wdychając sobie w chwili mijanki jego aurę. Zion-the-Dangerous? Bogowie… Przecież to tylko dosypywało chili do przepisu na najzajebistszą przygodę…

    – Co ja bym obstawiała? Ooo, miałabym kilka pomysłów – rzuciła niedbale, przecinając hol, a wyszedłszy na ścieżkę do parkingu zasłoniła oczy daszkiem dłoni. Upał…
    Basen.
    – Prężny przedsiębiorca we wschodzącej branży, pewny swego nadchodzącego sukcesu. Czysty kołnierzyk, sumienie – niekoniecznie, ale w biznesie sumienie to coś jak wkład do e-papierosa, hm? – wsiadła do suva, rozwaliła się w fotelu – Albo… szuler. Las Vegas to jego obszar łowiecki. Stać go na dorzucenie do każdej puli, tym bardziej, że na otwarciu ta pula już go kocha i łasi się do niego, ledwo wytrzymując bezruch żetonów. Kasyno, szyk, najsubtelniejsza gadka przy barze, skanowanie psychiki po gestach, budowanie piętrowych spersonalizowanych strategii na każdą spotkaną osobowość. Hm? – wystawiła łokieć za okno, pozwalając na moment wiatrowi tańczyć z kosmykami na rozluźnionej twarzy. – Albo: nauczyciel tenisa… nie: czekaj: trener personalny! – klasnęła sobie w udo, odwracając się od okna z dłonią trzymającą jeszcze włosy rozbiegane po policzku. – Znajomi i (tutaj w prawo skręć) i znajome z wierzchu lokalnej celebrytfanny, baseny, wybiegi.. o – albo kreator mody? czy ambasador marki jakiejś… czekaj… – zanurkowała na chwilę w telefon i po chwili wetknęła swojego iPhona w uchwyt na desce.
    – After half a mile – exit 77 to – Rancho Drive – przestrzegła życzliwie ciocia Google z głośniczka.
    – Albo oszust matrymonialny – ciągnęła Ree, wystawiając twarz do słońca przez okno. Wiatr był grzeczny i czesał jej włosy do tyłu łagodnymi ciepłymi łapkami. Szerokie, chłonące gorąc ulice znikały pod samochodem. Palmy, kurz, białe limuzyny i przykurzone pickupy. Nie było tak źle w tej Nevadzie.

    – No to jesteśmy. Skręć sobie tu, o, w tę uliczkę, można tu chyba stać jak się nie jest gościem. To tutaj. – I wskazała ruchem głowy wyniosłą płaską szklaną tylną ścianę hotelu. Nie dało się tego ukryć – zresztą nie chciała tego kryć: chciała zjeść z Zionem śniadanie i trochę zaplanować swoją przyszłość.
    Jakkolwiek zareagował na widok hotelu – wepchnęła go do holu, odebrała kartę do elektromagnetycznego zamka a w windzie nacisnęła ósemkę i oparła sięo lustro ze spokojnym uśmiechem osoby, która zaraz będzie wiedzieć więcej. – Robimy śniadanko faktycznie u mnie – czy przebieram się i gdzieś idziemy? Tego wymagałaby logika – przejechała po jego sylwetce wieloznacznym spojrzeniem: – Jak ktoś tak sobie wygląda, to ciężko pozostawać w ukryciu… prawda? – i puściła mu oczko, co aż do przesady filmowo (a wręcz i disneyowsko) zbiegło się z dzwoneczkiem oznajmiającym przyjazd na właściwe piętro. Oczko – dzyń. Chyba blisko stąd było do Hollywood. No i dobrze. Kręcimy to bez cięć. Ree? Wychodzisz teraz z windy, wiesz jak.
    „Oczywiście!”
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-10-09, 17:26


    - Lubię jak mówisz - rzucił wreszcie, gdy na dłuższą chwilę przystanęli w jakimś korku i uśmiechnął się do niej porozumiewawczo.
    Wcześniej milczał jak zaklęty, a milczał właśnie z tego prostego, prozaicznego powodu - Ree potrafiła mówić i robiła to ładnie, zręcznie poruszając się po tych wszystkich sylabach i słowach, tworząc frazy i zdania, a za nimi opowieści, których chciał słuchać nawet w nieskończoność, byle tylko buźka się jej nie zamykała. No i nie zamykała, więc słuchał; słuchał i prowadził, czasem prychając pod nosem, a częściej tylko kiwając głową z niedowierzaniem, ale przede wszystkim - wyciągając to co najważniejsze: czyli co chciałaby, żeby było prawdą, no i... gdzie powinien jechać. A jechał - jak się miało zaraz okazać - w stronę hotelu. Ale o tym jeszcze za chwilę, bo tymczasem Zion - patrząc na nią z uśmiechem wymownym i szczerym - komplementował ją oto w trochę inny sposób, niż prawdopodobnie powinien, mówiąc o jej nogach albo brzuchu. Zion, szanowni państwo, doceniał właśnie... intelekt Tess Barrough. Nieźle, co?
    - Naprawdę wyglądam, jakbym bujał się z gwiazdkami? Jezus, chyba się starzeję - ładne rzeczy, gdyby starzy kumple to słyszeli, a idąc tym tropem - widzieli go w tym stanie, to kładliby się ze śmiechu; jemu zresztą też chciało się śmiać, ale nie aż tak histerycznie, dlatego krótkie zaciśnięcie zębów na lewym policzku wystarczyło, aby zaraz spoważnieć. - Bycie oszustem matrymonialnym musi być ciekawe. Myślisz, że to opłacalne? - zapytał zupełnie od czapy, nie zdając sobie oczywiście za gorsz sprawy z tego, że rozmawiał z młodą, ale doświadczoną adeptką tej sztuki (?). I żeby było zabawniej - brnął w to dalej. - W Beverly Hills jest tyle bogatych wdów, że któraś w końcu łyknęłaby jakąś łzawą historyjkę i... Muszę to przemyśleć - albo musimy, Tess, jeśli też chcesz się dorobić; westchnął jednak przy tym melancholijnie, znów grając tę swoją nudną i smutną postać i wtedy filmowo zmieniło się światło, a on filmowo depnął w gaz, więc filmowo porwał ich do tej szarej niby-rzeczywistości. - Tak naprawdę jest bez fajerwerków, wiesz? Zajmuję się consultingiem, ale "rozwiązywanie problemów" brzmi bardziej cool, nie? - podrzucił brwiami do góry, upewniwszy się, że zerkała mu w twarz i za moment nawet położył na kierownicy drugą rękę, bowiem dotąd lansował się jak przystało na podstarzałego playboya i przecinał ciepłe powietrze wystawionym za otwarte okno łokciem. - A Ty? Czym Ty się zajmujesz? - bo o tej rocznej przerwie po szkole już całkiem zapomniał i coś mu światło o jakichś studiach, ale ta szufladka była zakurzona i miała klamki wytłoczone na styl pastylek xanaxu.

    Hotel trochę go zaskoczył i rodził wiele pytań, ale żadnego z nich postanowił nie zadawać, co by jej nie krępować. Co więcej, puścił ją nawet kilka kroków przodem, żeby tę broń, którą wcisnął w wewnętrzną kieszeń marynarki, przełożyć pod tylni fotel samochodu, bo wyszło mu z prostego rachunku, że lepiej będzie nie targać jej do środka; tym razem dogonił ją przyśpieszonym krokiem i całkiem posłusznie chadzał jej śladami, zgrywając niezainteresowanego niczym, eee... no, sugardaddyego, sądząc po spojrzeniu recepcjonistki. - To zależy, co proponujesz na śniadanie - uśmiechnął się, ale czy do Ree, to nie powinna być taka pewna, bo patrzył sobie w to lustro za jej plecami i wzrokiem równie dobrze mógł krążyć gdzieś nad czubkiem jej głowy. - Czy Tess właśnie przyjęła wyzwanie? - zapytał, bo przecież o to jej chodziło, nie? Że był ubrany luźno, ale z klasą i wyjściowo, a ona niby też, ale nie na swoje standardy i że chciała mu bardzo udowodnić, że też tak potrafi? A może jednak nie o to? - Skoro już jesteśmy tutaj... - zamyślił się, rozglądając się po hotelowym korytarzu i podrzucił przewieszoną przez ramię marynarką. - Na mieście możemy zjeść kolację, wiesz? Byłaś kiedyś w Top of the World? - zagadnął, gdy otwierała kartą drzwi i grzecznie zaczekał, aż Ree wpuści go do środka.
    A więc to tak jest "u mnie".
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-10-10, 12:36


    – Kokieteeeria tam… – machnęła teatralnie rąsią: – Raczej młodniejesz, i dobrze o tym wiesz, przystojniaku straszny – posłała mu zalotny uśmiech, bo tak: taki był moment, słoneczny, owiewany delikatnym miejskim wietrzykiem nienachalnych stonowanych emocji. Życie – mianowicie życie Ree Burrows zamoczone przyjemnie w roztworze Ziona Sullivana i obecnie relatywnie niewielkiego napięcia między cząsteczkami ich substancji. – Zresztą bujanie się z gwiazdkami… Coś w tym złego? Obecnie to styl życia wielu osób, nie sądzisz? – pytanie było trochę retoryczne, pokazywało być może tylko, że być może oboje wiedzą, że istnieje współcześnie taki gatunek ludzi. Sama nie musiała być gwiazdką, żeby mężczyźni się z nią bujali – choć z Zionem, o dziwo, sprawa miała się w tym względzie troszkę inaczej.
    Dlaczego? – zapytała sama siebie, wkraczając do swego hotelowego pokoju – a dlatego, że w tym przypadku jej też zależy
    Matko, jak jej to zabrzmiało w głowie! Dobrze, że można było odpowiedzieć na coś innego. Konwersacja to zaiste piękny poligon.
    – Myślę, że tak. Wyrywanie bogatych wdówek południowego zachodu – Kalifornia, Nevada – pozostałości po vegasowych ślubach na haju – to mógłby być interes dal takiego faceta, jak ty –obróciła się nagle ku niemu przodem i – wykorzystując, że jedną rękę zajętą miał trzymaniem marynarki – ujęła go obiema dłońmi za tors.
    I zaraz puściła, okręcając się tanecznie.
    – Consultingiem? – nie zakładała, że w tym słowie jest cala prawda. Może nawet – ani odrobinki. Ale nie szkodzi. Właśnie roiła sobie w głowie rozmaite około-zionowe sytuacje, idąc w kierunku szafy, po drodze rozpinając koszulę, gdy padło to pytanie, które musiało w końcu paść.

    Czym się zajmuje Ree? Cóż – Zion nie tylko miał prawo być ciekaw, nie tylko miał prawo „wiedzieć”, ale też sama Ree, w ramach mechanizmów swojego „fachu”, miała na taką okoliczność modus operandi, który zakładał, że właśnie nie należy budować wokół tego zagadnienia wielkich tajemnic, to niepotrzebnie wzbudza podejrzenia, robi z niej jakąś sztuczną femme fatale, którą jeśli już, to planowała być – a owszem – ale w inny sposób, na innych zasadach i ku innym efektom.
    – No więc jak może pamiętasz… a może nie pamiętasz, bo to było w momencie niezbyt sprzyjającym zapamiętywaniu… – roześmiała się ładnie, pozwalając opaść rozpiętej koszuli pod stopy – …zrobiłam sobie gap year, ale tak naprawdę – zmieniła ton na poważniejsze, oblicze też – bo przecież powinien wiedzieć, że Tess nie jest głupią pipą, która myśląc o przyszłości widziała tylko najbliższą przyjemność w skali godziny – tak naprawdę to muszę przemyśleć kilka spraw i nie chcę się z tym śpieszyć. Umarła moja mama całkiem niedawno, z tatą… hm, no nie chcę mieszkać. Chcę… – teraz opadły też szorty, a Ree mówiła dalej kucając tyłem czy bokiem do Ziona nad otwartą szufladą – …być samodzielna, i to nie tylko wiesz: jako młoda jednostka, ale w tym sensie no, głębszym. Ale w tym celu –wiem, że muszę przyhamować na skrzyżowaniu, że tak powiem. Co mam założyć? – strzeliła nagle w niego prostym pytaniem, wyjmując jakąś złożoną sztukę garderoby, lekko zadumana. – Nie mieszkam w Vegas – jak widać: – machnęła wolną dłonią naokoło, czyli po hotelowym pokoju, gestem „a life of a nomad, huh?– Jestem tu, bo przyjechałam do koleżanki, która ma zresztą w domu trudną sytuację. Nawet trudniejszą niż myślałam… nieważne – Nieważne, bo zaimprowizowała to kłamstewko akurat zupełnie spontanicznie i lepiej tego nie ciągnąć, a sygnalizowana ciężkość tematu powinna Ziona zniechęcić do indagowania. – Ale nie tylko do niej. Miałam tu kiedyś kolegę… przyjaciela może. Hm… Chłopaka? – obróciła się do Ziona z kolejną szmatką w dłoniach i nagle uśmiechnęła: – Okej – wiesz co? Zrobię ci to śniadanie. Ale nie wiem dwóch rzeczy: pierwsza – co byś sobie, drogi panie Zionie, zażyczył na śniadanie, ale możemy się pobawić w to śniadanie z pewną dozą przyprawy o nazwie „niewinne szaleństwa”, hihi – wyprostowała się, wciąż naga, ale przykryta częściowo włosami, trzymaną w rękach bluzką i uśmiechem dzieciaka. – Druga rzecz – dotychczas pięćdziesiąt procent mojego odzienia w spotkaniu z twoimi – cudownymi, cholera, naprawdę – rękami zostało – rozerwanych, zniszczonych, zdruzgotanych –w imię wyższych celów, więc drugie pytanie, które mi chodzi po głowie, to czy mam ci robić to śniadanie gotowa na… – spojrzała mu w oczy z dziwnym pytaniem – Czekaj.
    I zanurkowała z kolei ku szafie, której otwarte drzwi zakryły teraz przed nim całą jej sylwetkę, akurat z wyjątkiem czubka pośladków i kilku kosmyków, tańczących w rytm niewidocznych poruszeń.
    – Nie, nie byłam w Top of the World… – coś tam szeleściło foliowo – …ale widziałam na reklamówkach i – nooo – hm: chętnie dam się tam wywindować. W ogóle… o. Mam coś na to wyjście… No a teraz do robót kuchennych w zaciszu i intymności to przecież wystarczy coś, przy czym poczujesz się jak w domu, prawda? – a w domyśle: trochę jakby „słodko uwięziony, tak, żebym mogła sobie pozwolić na wiele przy kredycie przywiązania, jakie mógłbyś poczuć przy mnie, w przekonaniu, że w tej wersji ja ci stąd nie ucieknę, co oznacza –że będziesz czuł, że mnie masz, podczas gdy to ja będę mieć ciebie – bo chcę cię mieć. Mieć. Ciebie.” I wynurzyła się za drzwi: Kupiłam to przedwczoraj i muszę się jakoś w tym poczuć. Nie będzie ci przeszkadzać? Nie jest za bardzo… – zrobiła minę „no nie wiem” – prymitywne? Może tak… hm. Zbyt nachalne, prawda? Poczekaj… to z tym sięwstrzymam faktycznie, a teraz może po prostu jakiś… t-shirt... typu "make yourself at home", nie? hm...
    I celowo nie czekając, pośpieszając go w ten sposób z reakcją, zniknęła znów za drzwiami szafy, udając że szuka alternatywy, drżącymi już lekko palcami dotykając innych, podobnych lub niepodobnych konwencją strojów, czując w sobie nie tylko przyjemne początki pytającego o pozwolenie podniecenia, ale i magię flirtu, przeprowadzanego właśnie być może z poziomu słów na poziom materialny, ciekawa ponadto autentycznie samego Ziona i tego, co zeń wylezie –o licząc się zarówno z owinięciem go sobie wokół paluszka, jak i z jego potencjalną dezaprobatą, gdy będzie chciała pokazać albo siłę woli, albo złośliwie nią poigrać, na co była psychicznie gotowa – albo może faktycznie przesadziła, i warto się tego dowiedzieć grając gierkę – bo tak jej podpowiadała i praktyka, i instynkty, i potrzeba zakończenia w ten sposób tematu tego „co robisz, Ree, w życiu”, i – last but not least – własna teraz przyjemność igraszki i ochota.
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-10-10, 23:25


    Na całe szczęście jednak go nie miał, bo Tess Barrough gwiazdą - owszem, była - ale jego własną, którą dzielić się z opinią publiczną wcale nie musiał, choć całkiem fajnie mu się płynęło hotelowym korytarzem prosto do jej pokoju, gdy spojrzenia mijających ich gości zjeżdżały z jej bioder prosto na jego kompletnie niewzruszoną całym zamieszaniem twarz. Po wnętrzu rozejrzał się niby niezainteresowany, chociaż tak naprawdę to w tych kilka sekund, na które sama spuściła go z oczu, starał się wchłonąć każdy detal i szczegół, którym oznaczała swoje terytorium; Zion bardzo chciał ją poznać, ale Ree - ach, Tess - skutecznie mu to utrudniała, dbając o to, aby centrum jego uwagi była ona sama, a nie jej otoczenie albo naturalne środowisko. Bardzo cwane, należy przyznać.


    - Wspominałaś coś, faktycznie - bąknął, tyłkiem zajmując najbliższą komódkę i skupił zanadto lubieżne spojrzenie na jej sylwetce, którą spokojnie mogłaby mu odebrać zdrowy rozsądek, gdyby tylko miała na to chotę. Jadł jej z ręki, pożerając ją jednocześnie oczami i chociaż wcale nie zdawał sobie z tego sprawy, to uśmiechał się jakoś tak zaczepnie, ale jeszcze do siebie, a niekoniecznie do niej. Wyjątkowo jednak - zachował podzielność uwagi - to znaczy wciągnięty był w studiowanie jej ciała jak w jakąś telenowelę, ale jej słowa wcale go nie omijały - i słyszał o śmierci mamy, coś ładnego odparł na rzucone w eter pytanie, aż wreszcie prychnął pod nosem, gdy wspomniała o chłopaku, mrużąc podejrzliwie oczy. - I ten chłopak będzie zazdrosny, a ja mam problem, tak? Apelujesz do mojego sumienia czy prowokujesz? - uśmiech posłał jej zadziorny i pełen przekory, ale ton miał przy tym tak bardzo lekceważący i kpiący, że aż szorstki; bo przecież nie dbał, kto był przed nim, ani kto będzie później, zwłaszcza będąc przekonanym, że zrobił jej to najlepiej na świecie i że powolutku zaczynała tracić cierpliwość, rwąc się w jego objęcia raz jeszcze. - Właściwie to spodziewałem się, że trafimy do dużej willi z basenem w Summerlin pod nieobecność Twoich rodziców. No, albo do jakiegoś drogiego apartamentu w centrum. I szczerze? To jest ciekawsze - skwitował jeszcze jej wywód, a mówiąc "to" palcami prawej dłoni zakręcił młynek w powietrzu, jakby tym prostym gestem chciał i mógł objąć na moment cały pokój. Pytań miał znacznie więcej i chętnie przebrnąłby przez wszystkie, jak w "prawda czy wyzwanie", ale znów odwróciła jego myśli. Uśmiechnął się.
    - To ja tu jestem gościem, nie? - odparł, podrzucając zabawnie brwiami do góry i złożywszy marynarkę w pół, odłożył ją na blat komódki, żeby spleść ze sobą palce obu dłoni i oprzeć je o podgiętą nieco w kolanie nogę. Chodziły mu po głowie różne pomysły z dziedziny tych nieczystych i czystych jeszcze mniej, ale ponieważ to ona go zaprosiła, to postanowił jeszcze trochę poigrać z jej temperamentem, szczególnie odkąd dojrzał w jej oczach cień tamtego błysku (a może sobie go ubzdurał?). - To jeszcze nie jesteś gotowa? - zapytał, gdy zniknęła w szafie; wychylił się trochę w swoją prawą stronę (albo lewą), żeby dojrzeć nieco więcej, ale ponieważ było to na nic, to postanowił zgodnie z życzeniem Ree - Nigdzie się nie ruszam - i podjął dalej. - A co do bluzki to.. Pamiętam i eee... Odkupimy ją, żebyś nie wróciła do domu bez niej, deal? - nie było łatwo to proponować, żeby przypadkiem nie wyjść na kogoś, kto szmatką płacił za noc i nie tylko ją, ale honorowo było naprawić szkody, nawet te słodkie i przyjemne, do których oboje jeszcze nieraz będą wracać wspomnieniami (no chyba, że napiszą nowe).
    Trochę mu się jednak dłużyło, więc znów - zerknięcie wgłąb pokoju: czysty ręcznik, ładowarka, para butów, niezjedzona do końca czekolada i... szelest, a potem melodia głosu aksamitna i ciągnąca w swoją stronę, jak jakaś Syrena okropna, co to się żywi męską próżnością i instynktami. Że też musiał być taki prosty - Zion Sullivan, twardziel i oprawca, rozkładany na łopatki najstarszymi i najłatwiejszymi sztuczkami. - No pewnie - mruknął, starając się zamaskować znudzenie przez niby energicznie podniesienie głosu i ciche westchnięcie, ale odbił sobie za to, korzystając z ostatnich chwil samotności jeszcze, wywróceniem oczu. Kobiety, co ona tam właściwie robi? Ano robiła wrażenie. Nie był to pokaz mody długi - bo zgrabnie obliczony na to, żeby nie dać się nacieszyć, tylko pozostawić niedosyt - ale za to wyrazisty i znaczący; był wow, co z łatwością odczytała z ruchu jego warg i zdecydowanie wystarczający, żeby - tak właśnie - owinąć go sobie wokół palca.
    - Hej, zaczekaj! - rzucił w końcu głosem nieco zachrypniętym, podrywając się z tej komódki w mgnieniu oka i zanim zdążyła sięgnąć po ten t-shirt (ale nudy), stał już po drugiej stronie otwartych drzwi, za którymi tak cwanie się chowała. - To może zostać - dodał, chwytając ją za rękę, a może niekoniecznie, bo sytuacja była dynamiczna i równie dobrze może sama już odwróciła się w jego stronę, prowokując ten pierwszy, najważniejszy krok do bazy punktowej po długim wybiciu przez pałkarza; dodał i przekrzywił nieco głowę, wzrok wbijając w ciemne tęczówki Tess Barrough, poddając się hipnozie ich piękna. Krótki był to moment - pewnie znacznie krótszy, niż ta chwila na wybiegu, gdy zza drzwi wołała do niego no zobacz, co możesz mieć; no weź to sobie - ale przepełniony starciem tych dwóch, pędzących w swoim kierunku egosfer, już wypatrujących spotkania na skraju emocji, sił i odczuwania; pędzących jednocześnie ku zatraceniu w bezmyślnej doczesności i bezmyślności w ogóle, bo zakładać, że takie zderzenie nie pozostawi konsekwencji to bezmyślność właśnie. - Poczujesz się w tym zajebiście. Na śniadanie - uśmiechnął się szelmowsko i pewnie aż zanadto pewny siebie, wyciągając dłoń do jej twarzy; położył ją na policzku, lewym, miękkim przesunięciem kciuka sunąc w te i na zad po jej żuchwie, aż wreszcie zahaczył go - już kolejny raz - o jej dolną wargę i pociągnął ją w dół, jakby w reakcji na ten gest miała zakodować mu odpowiedź na pytanie, czy zjedzą, czy zjedzą.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-10-11, 13:45


    – Chłopak nie będzie zazdrosny, bo już chyba zerwaliśmy – rzuciła Ree z celową nonszalancją, „wertując” palcami złożone t-shirty (w liczbie raptem pięciu). „Tak, Zion, jest slot dla ciebie. Zapraszam” – i jednocześnie „Tak, Zion, to, z kim aktualnie jestem, tworzy mapę tak skomplikowaną, że będziesz musiał jakąś aplikację chyba wymyśleć, żeby się w tym ogarnąć”. Poza tym – czy to apel do sumienia, czy prowokacja? – I to, i to, tak w sumie! A bluzki nie musisz mi odkupować – lepiej po prostu kiedyś daj się zaciągnąć na shopping, wybierzesz mi coś na taką, siaką i owaką okazję, hm? Będzie fajnie!– roześmiała się krótko, płocho, ale zaraz zmienił się temat. – Tak, tutaj jesteś moim gościem i miło mi, że nie krytykujesz prostego czterogwiazdkowego hotelu, w którym cię przyjmuję, Zion – „z braku własnego domu”, oczywiście, hehe. Odwracała się właśnie do niego z alternatywną propozycją domowego stroju –najlepszego do zrobienia mężczyźnie śniadania – gdy najpierw mignął jej w lustrze wypełniającym wewnętrzną stronę drzwi szafy, a potem już w polu widzenia, gdy obróciła się na jego deklarację.
    – To może zostać?– uśmiechnęła się, niewątpliwie zalotnie. – No dobrze, skoro chcesz… Uznamy że to po prostu strój domowy, tak? – i skupiła usta w delikatny dzióbek, unosząc na niego wzrok spod kaskad rzęs, gdy położył jej na policzku dłoń. Cholernie to było przyjemne – i lekko elektryzujące, fakt. W połączeniu z jego uśmiechem… nawet cholernie elektryzujące. A kciuk, pytający wargę o stopień napięcia, badający konsystencję wrażliwego różu… ten kciuk…
    Szybkim, acz delikatnym rzutem głowy złapała mu ten kciuk wargami… nie: ząbkami – ale na krotką chwilkę, zakończoną lapidarnym pytaniem zadanym czubeczkiem języka: – Ammm! – wydała odgłos żartobliwego pożarcia z kreskówek i wywinęła się z zionowego obszaru wpływu – coraz silniejszego wpływu – a nawet „promieniowania”. Cholerny, cholerny przystojniak, najdelikatniej i najprościej mówiąc; szwarc-charakter z gęby, szatan w łóżku, skurczybyk w postawie, i "w ogóle!"... bogowie – dajcie mi więcej siły, żebym nie runęła tak, jakbym chciała…!

    Bogowie byli miłosierni – w tym sensie, że dali Ree moc, by to ona – próbując wywinąć się tanecznymi wygięciami i krokiem modelki-indywidualistki spod jego dłoni i zasięgu – dokonała oddzielenia. Planowała (oblizywana spojrzeniami Ziona po ciele obleczonym totalną przeźroczystością, w pewnych kontekstach bardziej przecież nacechowaną od nagości, najchętniej, bo próżność była paliwem obojga, niewątpliwie) ruszyć do swego zadania; inna rzecz, że to – teraz – o, teraz: – to była ta ćwierć sekunda, w której Zion mógł nie zgodzić się z tym jej eksodusem – i… co zrobić? Ree czuła doskonale, że sami sobie podkręcali napięcie, niekoniecznie zmierzające do jakiegoś wiekopomnego wyładowania, ale na pewno łechcące mega-przyjemnie końcówki wszystkich nerwów, aż jeżyły się włoski na karku, a w kluczowym miejscu zaczynało się robić…
    – Dobrze: to na śniadanie?… może…
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-10-11, 20:37


    Szkoda chłopa - należało by rzec, biorąc pod uwagę szeroko pojęte umiejętności panny Burrows. Szkoda chłopa albo ewentualnie gdzie jest haczyk?, chociaż szukanie haczyków należało pozostawić tym, z którymi miałaby zerwać, bo Zion buł przekonany, że akurat jego obowiązują trochę inne zasady i że wcale nie będzie o nim opowiadać kolejnym Zionom. Ale to też nie tak, że mu to wszystko umknęło i że zignorował dostępność slota - odnotował i planował zarezerwować, ale krótkoterminowo. Raczej. - To brzmi jak sprawiedliwy układ, ale jeśli sądzisz, że naprawdę mam tyle cierpliwości, to szybko stracisz to wrażenie - no bo zakupy z kobietą, dylematy, wahania - stereotypy, wiadomka; Zion znał to bardziej z opowieści, niż z doświadczenia, toteż karykaturalnie mógł być co do tego uprzedzony, a przecież ostatecznie mogło mu się spodobać, zwłaszcza, że wybierzesz, a nie tylko będziesz płacił. Tak, to była niezła umowa. - Hej, wbrew pozorom wcale nie jestem takim burżujem, Tess - pogroził jej palcem na samą myśl o tym "prostym hotelu", bo to jasne, że miał określone standardy, ale przecież nie był takim bufonem, żeby na wszystko kręcić nosem. Zresztą - było ładnie i porównywalnie do pokoju, w którym gościł ją, więc... Zero stresu, nie? No.
    - Bardzo domowy - przytaknął, z pasją narkomana chłonąc wszystkie uczucia towarzyszące mu, odkąd zetknął dłoń z delikatną skórą na jej policzku. Na próżno było w tym szukać jakiegoś unikalnego, dodatkowego, erotycznego bodźca, ale bez powodu też przecież tego nie robił; chyba po prostu lubił mieć świadomość, że nie stało na przeszkodzie nic, żeby mógł jej dotknąć wulgarnie, ale za to pod płaszczykiem subtelności i czułości, dlatego tak wiele uwagi przywiązywał reakcji na ten gest. Wędrował więc wzdłuż linii jej żuchwy, jakby chciał się upewnić, że to genetyczne dzieło sztuki istniało naprawdę, aż w końcu poszedł o krok dalej i szerszym uśmiechem odpowiedział na skrobnięcie zębami. Zareagowała bowiem dokładnie tak, jakby tego oczekiwał i niby mogła zaprzeczać, bronić się i drapać, ale on odbierał to dość jednoznacznie, ot co.

    Ale i owszem; wywinęła się i było to coś na wzór "przerwy na żądanie", żeby Zion Sullivan swoim wzrokiem wścibsko-bezczelnym mógł zajrzeć pod leciutki materiał halki - spełniała swoją rolę idealnie, bo kryła i odkrywała dokładnie tyle, ile męska wyobraźnia potrzebowała, żeby się zagrzać - a potem oblizać łapczywie spierzchnięte wargi. Jeśli chciała podkręcić napięcie, to szło jej jak po maśle, bo tak długo jak potrafił, to unikał pokazywania, co chodziło mu po głowie - a teraz hop i go miała. Nawet jeśli myślał, że to on miał ją. - Może...? - podjął za nią; Zion z eksodusem się nie zgadzał i czuć było to z każdą chwilą coraz bardziej, reagował nijak, łypiąc na nią spode łba lekko z tą zaczepną manierą odmalowaną w kącikach ust, jakby liczył do dziesięciu, bo dziesięć rozładowuje napięcie. - Może mnie zaskocz - dodał, kiedy ta dyszka okazała się nie wystarczyć. Nadal zerkał w ten sam sposób i nadal czuł przyjemne rozprężenie w lędźwiach; mógłby pewnie porwać ją za rękę, obrócić przodem do najbliższej ściany i w parę minut załatwić sprawę, ale to nie on był gospodarzem i chciał posmakować gościny w stylu Tess Barrough. Obojętnie jak miałoby się to skończyć.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    20

    wiek


    bezrobotna - ale pieniążki mnie lubią (z wzajemnością)

    ZAJĘCIE


    I can love any one. It's a gift. And a curse.

    UCZUCIA




      
    Ree
       Burrows

      
    "I will find you. Or you'll find me first.

      

      

      

      

      

      

    2020-10-13, 23:23


    Haczyk? Jaki haczyk! Przecież mina Ree wskazywała, że jej myśli wszystkie skupione są na wyzwaniach kulinarnych, i że ani ona, ani on nie podlegają teraz najmniejszemu nawet ryzyku dystrakcji – a któż nie wierzy minie Ree Burrows?
    Upewniona na wiele sposobów (w tym przynajmniej jeden werbalny), że dobrze wybrała, a to mając z głowy – wysunęła policzek z miseczki jego dłoni (co kosztowało ją sporo, choć pewnie tego nie spostrzegł) i przecisnęła się między Zionem a skrzydłem drzwi szafy, by ruszyć w kierunku lodówki, umiejscowionej u nasady apartamentu i korytarzyka-przedpokoiku. Po drodze obróciła się jeszcze, w anatomicznie oczywisty sposób wykręcając przez to w marszu kręgosłup w krzyżach tak, że objawiło się to dwoma niezwykle gibkimi krokami nieznanego jeszcze stylu tanecznego, bo siła tego obrotu w końcu przekręciła i ją całą, tak że jeden krok postawiła rakiem, by rzucić krótkie – Nie mam wyjścia! – wraz z uśmiechem studentki, która dokończyła prezentację bez wiedzy swego fellow-student-partnera, ryzykując „the A” lub totalny blamaż przed całą salą – i zaraz obróciła się z powrotem w kierunku marszu akurat gdy brakowało jej dwóch kroków do lodówki.
    – To trzygwiazdkowy hotel, Zi – ostatnia sylaba, ryzykowna, ale z odciśniętym na niej tereskowym stemplem autorskiej własności, stłumiona już za drzwiami lodówki, przed której zimną paszczą kucała z gotowym pomysłem na śniadanie z niczego i gotową gęsią skórką na ramionach, wyjmujących z wnętrza kolejno: serek śmietankowy, niewielką buteleczkę syropu klonowego oraz plastikową miseczkę z prezgródkami – kiełki, nasiona, vegedodateczki, do tego – O! – dwie karłowate puszki jakiegoś hotelowego napoju i równie karłowatą (jak na te kwestie w USA) puszkę „mleka” kokosowego, dwa mikro-jogurciki (chyba), pudełeczko z czterema GMO-wskimi truskawami i wybitnie spory ogórek (surowy – ale za to jakimiś małymi ząbkami pozbawiony górnej ćwiartki swej długości). – Damy radę! – obwieściła, podnosząc się do pozycji stojącej z palcem wskazującym wycelowanym w sufit, kolanem zamknęła drzwi lodówki, bo zaraz w dłoniach już miała te śniadaniowe nie-wiadomo-cośki, i ze skupieniem na twarzy zaniosła to na stolik przy ścianie. Znów uniosła palec: „Uwaga teraz…” i schyliła się do szafki kawałek dalej, by wyciągnąć z niej co?
    Hm.
    Coś na kształt opakowania suchego chrupkiego pieczywa. Potrząsnęła nim lekko, jak asystentka alchemika, przed swoim nosem lekko zadartym w uśmiechu, i położyła również na stole.
    – Taaaak… – wzięła się pod boki, patrząc na to z lekko kabaretowym krytycyzmem. Nagle– A! – znów paluszek do góry i zaraz szybkim krokiem wyminęła Ziona (lub róg łóżka) i z blatu, ciągnącego się przez całą niemal ścianę, a służącego hotelowo do wszystkiego co „dzienne” –wyjęła dwa spodki (przewidziane tu pod szerokodenne filiżany). To również – o ile nic jej nie przeszkodziło teraz czy wcześniej nawet – należało zanieść na śniadaniowy stół. – Dooobra… – zagryzła w zamyśleniu wargę, patrząc na tę fazę wstępnego zbieractwa z namysłem… – No dobra! – zawyrokowała, ruszyła znów do blatu, po drodze puszczając mężczyźnie Uśmiech Organizatora (oraz zerknięcie „Czy patrzysz na mnie?”) i odjąwszy od bazy elektryczny czajnik – wręczyła mu go niczym trofeum: „naści”.
    – Woda? Na kawę?
    Była w tych słowach i tonie jakaś stanowczość – ale udawana, zresztą i ją zaraz zastąpiła przekręceniem główki na bok i uśmiechem, od którego lepiej rosły kwiatki w wielu okolicznych domach: – Czy mogę prosić o przyniesienie pełnego czajnika wody z łazienki? Zrobimy kawę… – oczyma „No? Łazienka! Kran. If I may…– …oczywiście. Świeżo…zalewaną – klasnęła w dłonie, obracając się o sto siedemdziesiąt dziewięć stopni – Tak to nazwijmy. A ja tymczasem… –jeszcze noże – co prawda prostego dizajny, ale skuteczne w smarowaniu małych kwadracików chrupkiego pieczywa serkiem, i do krojenia ogóreczka, gdyby ktoś chciał pokrojony. Im szybciej zdecydował, co zrobić z czajnikiem, tym prędzej była znana przyszłość potencjalnej kawki, więc… – Hm? – spojrzała na niego sprawiedliwie mieszając malutką dumę, prośbę o litość w ocenie, skautowską gotowość do wyzwań (i ich konsekwencji) i dziecięcą ciekawość, jak smakuje dżdżownica, jeśli ją jeść z najlepszym kumplem z piaskownicy.
    No… lepiej –nie? – niż pałaszowana samotnie…
    Chyba.
    Chciał zaskoczenia? Ha! – ale nie powiedział, czym. A Ree miała pomysłów dużo. Różnych. Smacznych. Proszę bardzo.
      
     
    imię / nick:Ree
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    32

    wiek


    sprzedaje alkohol

    ZAJĘCIE


    i rozwiązuje spory

    UCZUCIA




      
    zion
       sullivan

      
    "S

      

      

      

      

      

      

    2020-10-17, 20:25


    No więc zaskoczyła, ale jeśli liczyła na jakiś speszony jęk zawodu z ust podejmowanego już na swoim terytorium przeciwnika, to się zawiodła. Zion dumnie i godnie, wypinając przed siebie pierś wparował do tej łazienki z czajnikiem w dłoni i zgodnie z życzeniem - napełnił go wodą, chociaż zajęło mu to chwilę dłużej, niż mogła sobie wyobrażać. A może nie? Wszak była tak zajęta.. W każdym razie pan Sullivan - bo ładnie to brzmi i tak nobilitująco, nie dziecinnie ani frajersko - poświęcił ten czas, żeby się troszeczkę rozruszać. Otóż warto tu zaznaczyć, że chociaż wcale na to nie wyglądał, bo szybkie i zimne prysznice na takie dolegliwości działają cuda, to jednak był zwyczajnie skacowany poprzednią nocą i to pomimo zakończenia jej intensywnym, męczącym seksem; ból głowy nadal ćmił nieprzyjemnie gdzieś tam z tyłu, w gardle miał sucho, a mięśnie miał pospinane, toteż postanowił się wyleczyć tym, czym się struł, a wybór padł na uformowaną spiczastym zakończeniem tubki od pasty do zębów kreskę, wciągniętą z jakiegoś pudełeczka z kremem, gdy woda już dawno przelewała elektryczny czajnik. Pociągnięcie nosem - najpierw jedno, to najważniejsze, bo karmiące narkotykiem zmęczony organizm, potem jeszcze następne i kolejne, paranoiczne, dla pewności, że na odrosłym już nieco zaroście (a po takiej nocy hormony szalały, więc było o czym mówić) biały proszek pozostawi ślady zbrodni; no więc pociągnięcie nosem, potem skrycie strunowego woreczka na tym samym pudełku z kremem (z roztrzepania albo premedytacją), szybka toaleta z opuszczeniem klapy, umycie dłoni owocowym mydłem i...
    - Wystarczy? - zapytał, prezentując jej - a jakże - dumnie napełniony zimną, hotelową kranówką czajnik i gdy skinąwszy głową zaaprobowała efekt polowania, sam nastawił ją na gotowanie, przyglądając się dziełu dwóch sprawnych i zwinnych dłoni Ree Burrows. - Okay, spodziewałem się telefonu na recepcję, przyznam szczerze, ale... - zaczął, siląc się na jakiś wyuczony, teatralny strach przed reakcją młódki na dystans co do jej zdolności kulinarnych, ale jakoś w połowie przestało mu wychodzić, więc odtąd uśmiechał się chwalebnie. - No dobra - trochę jestem w szoku i możesz się o to obrazić, ale wyobrażam sobie, że miał Ci kto robić śniadania - wydał osąd zupełnie luźnym tonem, a jeśli brzmiał dla niej lekceważąco, no to brała go za bardzo do siebie; może i brakowało mu taktu, ale przecież panienka Tess w lustro patrzyła (i co gorsza - dobrze wiedziała, że wcale nie widzi w nim Tess, tylko krwiopijczą i gołocącą facetów z majętności i godności Ree), także dobrze wiedziała, jakie wrażenie na facetach robiła. Nie bez powodu przecież spodziewał się również willi z basenem pod nieobecność jej starych, nie? No. A poza tym... Poza tym pewnie sam robiłby jej te śniadania, gdyby nie miał zamiaru się tej znajomości prędzej czy później pozbyć. - Dlatego też... - podniósł, zostawiając czajnik samemu sobie i zajął miejsce... gdzieśtam, na skraju łóżka na przykład, jeśli sięgał stamtąd do stolika albo na pierwszym lepszym fotelu. - Nie będę narzekać, chociaż to nie jest pełnowartościowe śniadanie, panno Barrough - a przynajmniej nie dla Ziona, bo Zion - chociaż sportu nie uprawiał już od jakichś siedmiu lat, to nawyki żywieniowe nadal miał iście bokserskie, więc zaczęcie dnia jajecznicą z jaj siedmiu (oczywiście na bekonie) w akompaniamencie czekoladowych płatków na zimnym mleku i paru tostów z serem i włoską kiełbasą (to już z łakomstwa akurat i zupełnie bez baczenia na losy swojego żołądka) było dla niego zupełnie normalne. Fitnessowe, chrupkie pieczywo (które wcale nie jest zdrowe, mili państwo, wbijcie to sobie do głowy) z byle jakim serkiem i kiełka... kurwa, kiełkami to wcale nie był dobry zamiennik. Na całe szczęście miał kaca. - Czarną. I nie słodzę - rzucił na granicy zarządzenia z grzeczną prośbą, gdy czajnik piszczeniem oznajmił, że woda już nadaje się do picia i sięgnął dłonią po jogurcik (widocznie akurat na to trafił), żeby od niego zacząć wieczerzę (to chyba nie pasuje do śniadania, nie?). - Często przyjeżdżasz do Vegas? Skąd w ogóle jesteś? - zapytał, ale to wcale nie tak, że zamierzał ją odtąd bombardować pytaniami i pytankami. Po prostu była to sytuacja dość... niezręczna, należało oddać i żeby przez nią przebrnąć na powierzchni, musiał uciekać się do prostych zagrywek.
     
    imię / nick:Zion
    multi:-
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: