Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    26

    wiek


    Dostałem antykwariat

    ZAJĘCIE


    i w mordę od swojej miłości

    UCZUCIA




      
    Elijah Abel
       Clements

      
    "I am in Spain, but the S is silent

      

      

      

      

      

      

    2020-08-16, 14:10





    Telefon leżał na łóżku.
    Ekran przytulony do pomarszczonego materiału prześcieradła - jeszcze niedawno on tak leżał, prawda? Chyba tak - na pewno. Kołdra na ziemi, obok kolorowa bluza, w której leciał do Francji. Kwiecista koszula, którą obowiązywał mu oczy na ich pierwszej randce trwała w nieładzie, smutno przewieszona przez wezgłowie łóżka. Stolik nocny - dwie do połowy spalone świeczki, stopiony wosk wypełniający zadrapania starego mebla, pusta paczka papierosów rozerwana z boku w taki sposób, że z tego kawałka kartonika z ostrzeżeniem PALENIE ZABIJA zostało jedynie NIE ZABIJA. Przypadek - głupie zrządzenie losu. Martwe rzeczy do niego mówiły - mówiła pościel na podłodze, rozładowany telefon Cyana, który wsunął sobie do kieszeni, mówił kubek z resztką starej kawy na dnie. Spojrzenie przypadkowo zetknęło się z lustrem - brudne od podkładu chyba. Palec dotknął zaschniętej plamy. Jak kawałek cholernej skóry przyklejony do tafli lustra. Jebanego lustra. Trochę szkła, trochę kleju, farby jakiejś. Zobacz, spójrz, popatrz, przyjrzyj się - brzydki jesteś. Brzydki, zmęczony, poobijany.
    Brzydkizmęczonypoobijany.
    Chyba stał tak kilka minut. Bili się na spojrzenia - on i jego odbicie w cyanowym lustrze. Odbicie młodego człowieka, lat dwadzieścia pięć, niedługo sześć nawet, metr osiemdziesiąt pięć, nie waży się od kilku lat, bo boi się przecież, rozedrgane dłonie, włosy wpadające do oczu. Pasował do tego pokoju. Do wnętrza pasował. Chyba wcale nie różnił się tak od Cyana, nie tak jak wszyscy myśleli. Teraz, w tym mieszkaniu, przed tym brudnym lustrem był jakiś niższy, chudszy nawet, za duże oczy na zapadłej, bladej twarzy, dwa zadrapania przecinające piegi, za duża bluza, głód w oczach - ani jedzenia, ani narkotyków. Anijedzeniaaninarkotyków. Cyan był młodszy po prostu, ale nadal w wielu aspektach tak łudząco podobny. Po prostu miał pecha, źle się urodził, nie zmuszono go do skończenia liceum, nie wysłano na studia z poczuciem obowiązku na karku. Ale cała reszta - chudy chłopak z łagodną twarzą, z niedojedzonym posiłkiem na talerzu, z narkotykiem w kieszeni, ciągany za nadgarstki przez starszych mężczyzn do klubowych toalet. Może kochał go tak bo był narcyzem - był przecież. Tak myślał, tak mu mówiono. Kochasz go, bo tak ciebie przypomina.
    A więc za siedem lat będziesz mną, mną będziesz, Cyan. Będziesz desperacko szukał normalności, miłości, łapał się ochłapów, płakał przed lustrem byłego chłopaka, który zniknął, który się nie odzywał, który rozciął ci wnętrze dłoni tępym scyzorykiem.
    Wyjść wyjść znaleźć drzwi schować się w mieszkaniu w szafie pod łóżkiem wszystko jedno. Wyjść płakać uciec zapomnieć telefon wyrzucić przez okno. N i e m ó g ł. Nie wolno. Telefon w kieszeni. Chwiejny krok poprowadził go znów do salonu. Wszędzie bałagan, rzeczy wszędzie. Nie było światła. Zapach był duszący. Chciał naprawić, posprzątać chciał, otworzyć okno - ale jak? Czas uciekał. Telefon w kieszeni. Rozchwiane kroki. Drzwi do łazienki. Krew na podłodze - zaschnięta, brązowa, wdzierająca się w materiał łazienkowego dywanu, rozmazana na kafelkach, tak jakby ktoś próbował porozcinanymi rękami podnieść się na nogi, desperacko wbijając palce w fugi. Nienienienie. Cyan. Gdzie Cyan. Nie, nie można tak. Co zrobił. Gdzie jest.
    Telefonwkieszenikrewnapodłodze. Nie było powietrza, nie było gruntu, wszystko zniknęło. Ciemność tylko, jakieś kolorowe plamy, zaciśnięte gardło, coś uderzyło w klatkę piersiową, przyparł go do ściany. Umarł. Który to już raz ostatnio? Ósmy chyba. Lęk śmierć krew wszystko xle wszystko okropnie. Mokre policzki, mokre oczy, jakiś głośny krzyk wyrywający się z gardła - chyba Pomocy, chyba tak. Albo losowe głoski, jakiś jęk bezsensowny. Pomocy, cholera, niech ktoś mi pomoże, nie daję sobie rady, nie jestem dorosły przecież wcale, dzieckiem jeszcze jestem, skrzywdzonym na dodatek, słabym, chorym. Dzieciakiem, gówniarzem.
    Panika - Cyan nie żyje. Umarł, musiał umrzeć, bo mieszkanie otwarte, dużo krwi. Ktoś go wyniósł stąd, bił, zakatował. Ale przecież zostawił klatkę z królikiem, prawda? Więc musiał żyć. Może lepiej, ze go nie było - że nie znalazł ciała przy tej plamie krwi na podłodze. Ale gdzie poszedł, gdzie zniknął? Co jeżeli tu mu nie wyszło, co jeżeli wziął sznur, może szukał torów właśnie, może snuł się po jakimś dachu w centrum. Zabić się było trudno, ale próbować było łatwo i myśleć było łatwo - tyle razy to robił przecież.
    Tyle razy, że zapominał już. Podobno jako dzieciak wcisnął się w nocy między szafkę a łóżko i zaciskał pasek na szyi tak długo, ze nie zemdlał. Znalazła go gosposia, darła się, płakała. Traumę musiała mieć do dziś - pięciolatek z próbą samobójczą. Jak to możliwe? Frank mówił coś o robieniu z siebie ofiary, zwracaniu na siebie uwagę. On nie pamiętał, nic nie pamiętał. Kiedyś prawie wbiegł pod koła karetki jadącej na sygnale - dziesięć lat, nie chciał się zabić, po prostu czuł, że musiał. Ojciec sprał go za to, zamknął na kilka godzin w piwnicy, z której gosposia przynosiła wino na kolację. Potem długo nic, bo piwnica była ciemna i pachniało wilgocią, a Jake mówił, że w kątach czają się demony. Silny masz być, musisz być silny, twardy, dawać sobie radę, nie płakać. Musiał. Potem był pistolet, który Frank trzymał z tyłu szuflady biurka swojego gabinetu. Siedemnaście lat. Odbezpiecz i przyłóż do głowy, w usta włóż, wymyśl coś. Ale spanikował tylko znów, Wymyśl coś. Bo to nie były historie z Cierpienia młodego Wertera, to nie były piękne sceny smutnych filmów. Ciężko było umierać. Płacz, krzyk, strach, krew na łazienkowych kafelkach. I to wszystko przez niego. Skrzywdził go, zniszczył, to on go skatował, wyciągnął z mieszkania za włosy, skopał i opluł. Płakał na jego kolanach, przytulał, mówił, że kocha i że jest piękny, miał czekać, ale czekać nie umiał, znalazł kogoś nowego, przyprowadził na imprezę, przedstawił znajomym, powiedział Cyanowi, że to koniec, muszą przestać, że nie może patrzeć jak się niszczy, że nie poczeka, że Oscar docenia, tak? I te wiadomości, te zdjęcia. Zwymiotowałby pewnie, gdyby gardła nie ściskała panika. Jesteś skurwielem, Clements, zabiłeś kogoś. Znowu.

    Dwa dni - jakaś mętna chmura. Tylko lęk, bezsenność, głowa pulsująca bólem. Kolejne telefony - komisariaty, szpitale. Mors patrzył na niego smutno - nie patrz tak, co mam zrobić? Wiadomość od Eddiego była zbawienna wręcz, choć bolała - Atlas. Nie był wcale chory, żadnego papieru nie przyniesie, nic nie przyniesie. Atlas i Cyan byli podobni chyba, w jakiś dziwny sposób smutni obaj i podobnie podkrążone mieli oczy, a Eli nie wiedział, nie widział, nie rozumiał. Ale żył - naprawdę żył. Teraz to już było pewne. Jak długo tylko, o tym nie chciał myśleć. Więc pojedzie - pojadą nawet. Jacob i Venus zajmą się zwierzętami. On wsiądzie za kierownicę samochodu, choć wciąż targał nim lęk po ostatnim wypadku, a stare porsche ojca nie nadawało się do długich wycieczek i wiejskich dróg. Poprzedniego wieczora kupił ładowarkę do telefonu Cyana, ale nie był w stanie spojrzeć na rozświetlony ekran aż do godziny wyjazdu. Szósta - szósta. Atlas. Czyli naprawdę byli razem, czyli nikt go nie porwał, nie zamordował. Przejrzał kolejne wiadomości. Stella - chyba oczy mu się zaszkliły. Nie mogę się doczekać, będę miał jakąś poważną rozmowę z Elim, myślałem o tym, chyba jestem gotowy spróbować jeszcze raz. Nie wiedział kiedy mokre oczy zmieniły się w cichy szloch. Nie płacz, Clements, nie wolno płakać. Twarz schowana w dłoniach, czoło oparte o kierownicę. Garaż był taki ciemny i śmierdział wilgocią. Jak mogłem wiedzieć, Cyan? Czemu nie wiedziałem? Wszystko byłoby d o b r z e. Byłbyś tu ze mną - nie w samochodzie, w łóżku, w moim mieszkaniu, spalibyśmy nadal, nie byłoby krwi, nie byłoby ucieczek. Czemu nie powiedziałeś?

    Szósta rano. Stał chwilę pod domem Dohemych, palił papierosa przez uchylone okno samochodu. Nie odwrócił nawet twarzy, kiedy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Wyciągnął jedynie paczkę i zapalniczkę w stronę miejsca pasażera, włożył fajkę między zęby, ruszył wolno z miejsca, Czuł, że palce na kierownicy zaciskają się do zbielałych knykci.
    - Wiem, że to kiepski transport na misję poszukiwawczą, ale kilka dni temu ten lepszy rozjebałem na drzewie - odezwał się w końcu. Jeden z kącików ust musiał unieść się nieznacznie. Ciężko było mówić teraz, patrzeć było ciężko, nawet oddychać przecież, cholera. A więc Eddie nie mógł tego wiedzieć, nie mógł usłyszeć, jak bardzo Eli był wdzięczny za to, że jechał z nim. Naprawdę był. Może nie wjedzie samochodem do jeziora. - Byliśmy sąsiadami, wiesz? - słowa rzucone w przestrzeń po kolejnych minutach ciszy. Witches’ Lake szybko przewijało się za uchylonym oknem. - Zanim pojechałem na studia. Pamiętam cię nawet. ciebie i twoją siostrę. Mój ojciec zawsze mówił, że twój to nowobogacki śmieć. Ale mój stary to straszny chuj, myśli, że stare pieniądze śmierdzą mniej od nowych. - Lekki uśmiech, niedopałek papierosa wciśnięty do samochodowej popielniczki. - Przyjaźnisz się z Atlasem? - Pierwszy raz odwrócił w jego stronę wzrok. Na chwilę tylko. Żeby zbadać szybko profil i wyraz twarzy. Ej, też się boisz, Edward?
     
    imię / nick:Eli
    multi:brak
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    tracę sen

    ZAJĘCIE


    i ciebie też

    UCZUCIA




      
    Eddie
       Dohemy

      
    "panie władzo, ja tu tylko tańczę

      

      

      

      

      

      

    2020-08-18, 10:50


    uzupełnię

    Pamiętał kłótnię i odgłos zatrzaskiwanych drzwi – najpierw jednych, potem drugich. Jak szybko unosiła się i opadała klatka piersiowa, że kończył się tlen, a kołnierz bluzy za bardzo ograniczał szyję. Pamiętał, że niecierpliwym ruchem zszarpał ją z ciała i zrzucił na stertę innych, ale to nie pomogło wcale, bo krtań i tak zaciskała się, oddech drżał, a oczy piekły przeraźliwie. Pamiętał głos w swojej głowie, nawet nie swój własny, tylko ojca, który mówił, nie, syczał, że nie ma, kurwa, beczeć, bo nie jest pierdoloną babą. A jeśli był ktoś, kto faktycznie budził w Eddiem posłuch, to ojciec właśnie, nawet jeśli fizycznie przy nim nieobecny i gdzieś za meksykańską granicą. No więc pamiętał, że wcale nie płakał. Że władował w ścianę pięść – najpierw jedną, potem drugą i w końcu walił nimi na oślep, a kiedy nawet to nie pomogło, poprawił jeszcze kolanem, ledwie cienkim materiałem dresów osłoniętym, gołym łokciem, barkiem, otwartą dłonią, wszystkim, sobą całym i tak aż do momentu, kiedy nie miał już siły szarpać się z tym niewzruszonym przeciwnikiem i bezwolnie osunął się po nim na podłogę. Pamiętał, że pamiętać nie chciał, więc w końcu z ociąganiem podniósł się do pionu i - potykając się o te koszmarnie niewarte swojej ceny ubrania – podszedł do biurka. Z szuflady wygrzebał ten blister tabletek, z którego wycisnął kolejne dwie. Nie było wody, ale był ten koniak z urodzin na wykończeniu. Za dużo go tam było zdecydowanie, ale nieważne przecież. Niedługo potem wszystko miało znowu być nieważne, nawet to, że w całym domu nie będzie mógł znaleźć sobie miejsca, które nie kojarzyłoby mu się z Atlasem. Uznał, że warto zaryzykować.
    I w pewnym momencie pamiętać przestał. Tej przemożnej potrzeby, żeby jeszcze dziś wyrwać się z klatki szklanych ścian i wszechogarniającej pustki, którą zafundował sobie na własne życzenie. Balansowania na krawędzi każdego stopnia w dół i chwiejnego kroku w stronę przedpokoju. Hałasu, który narobił przewracając się przy bezowocnej próbie nałożenia butów, a potem szukając kluczyków do auta, kiedy stwierdził, że pojedzie w samych skarpetkach. Nie pamiętał jak zbiegła do niego rozbudzona całym tym rwetesem Makyla i jak bełkotliwą awanturę urządził jej i gosposi, kiedy próbowały mu te kluczyki zabrać. I w końcu zabrały, bo palce odmawiały posłuszeństwa. Nie pamiętał czy tą butelką cisnął, czy zwyczajnie wyślizgnęła mu się z dłoni, ani tego z jakim łoskotem szczęśliwym zrządzeniem losu potłukła się o posadzkę, ochlapując wszystko wokół. I że potem stopę tym szkłem pokaleczył, a za stopą kolana i dłonie, na które upadł, bo grawitacja oddziaływała jakby mocniej. Szczęśliwie dla siebie nie pamiętał też przerażonej miny siostry i zmartwionej gosposi, kiedy mimo ich błagalnych próśb wdrapywał się z powrotem na górę, zostawiając te smugi krwi na schodach i barierce. Tego że było mu już tak bardzo wszystko jedno, że to łóżko wydawało się tak przeraźliwie puste i duże i bezkresne i jak ciasno musiał otulić się kołdrą, żeby się w nim nie rozpaść. I całego następnego dnia też prawie nie pamiętał, oprócz Makyli, która rano delikatnie szturchała go w ramię. Eddie, musisz się spakować. Wstawaj, pomogę Ci. Nie miał odwagi spojrzeć jej w oczy, kiedy łamiącym się głosem mówił, że przeprasza, bo wie przecież, że wszystkim im żyłoby się bez niego lepiej, ale on nie ma siły, pierdoli ten Montreal i nigdzie nie leci i żeby dała mu już spokój. I dała. Cały świat dał, oprócz tych potężnych nudności i skołowania, które przypomniały mu, dlaczego nie miał mieszać leków z alkoholem.
    Chciałby, że następnego dnia znowu obudziło go słońce, które zbyt agresywnie napierało na wrażliwe powieki przez wnęki w niedbale zasłoniętych żaluzjach. Obudził jednak kac, ten najgorszy, moralny. A t l a s. Przez głowę serią jedna po drugiej przebiegły wszystkie te okropne rzeczy, które powiedział mu tamtego wieczora i w końcu ta ściskająca za serce i wywracająca do góry nogami żołądek realizacja, że Eddie najzwyczajniej w świecie go zostawił. Zostawił go. Atlasa zostawił. Najwspanialszego, najmądrzejszego, najpiękniejszego. Najlepsze co mu się w życiu przydarzyło i największe, nie, jedyne szczęście jego. Ale nieważne co jego. Ważne, że Atlas go potrzebował, a on go zostawił. I nie ma żadnego znaczenia, że robił to, co podpowiadały urojenia chorej głowy i skrzywionej osobowości, w ogóle nieważne, bo powinien wiedzieć już lepiej. Nie kupować impulsywnie biletu, nie wyciągać pochopnych wniosków, odpisać, porozmawiać, wyjaśnić sobie wszystko. Boże, naprawić to musiał, szybko. Chwycił za telefon i ignorując pieczenie ciągle brudnej od krwi dłoni napisał te trzy niecierpiące zwłoki wiadomości. Szybciej odpisuj. Proszę. Może zbyt pochopnie wysłał w końcu jeszcze czwartą i piątą. Daj mu chwilę. Wykąp się, tę krew zmyj, bandaż załóż i ubierz się, żebyś mógł jechać szybko, jeśli odpisze. I tak zrobił, nawet pod prysznicem nie spuszczając oka z ekranu telefonu. dobra nie musimy gadac ale odpisz mi chociaz zebym wiedzial ze wszystko jest ok. Naprawdę nie musimy, Atlas, bo wiem przecież, że nie chcesz. Sam bym nie chciał. Ani rozmawiać, ani się już więcej znać. Ale naprawdę się martwię, wysyłam Ci te memy, bo ta cisza mnie przytłacza. Nie odpisujesz, więc zadzwonię. Uprzedzam Cię nawet, proszę, żebyś odebrał. Odbierz. Cztery nieodebrane połączenia, o cztery za dużo. Eddie bez wahania wsiadł więc w samochód i pojechał na Northern Palace. Wiedział, że nie zastanie Thomasa i tak bardzo nie chciał patrzeć w oczy Lornie, ale musiał sprawdzić przecież, więc zebrał się w końcu na odwagę i zapukał do drzwi Kahanów. Przywitały go smagnięta słońcem buzia, zapięta na trzy ostatnie guziki hawajska koszula i japonki na stopach. Charlie, hej. Zastałem Atlasa? Nie zastał. I Charlie też nie zastał, bo wczoraj rano przyleciał, a od wczoraj rano go nie ma. Kurwa. Mógłbym szybko skoczyć do jego pokoju? Słuchawki ostatnio zostawiłem. Mógł, jasne, że mógł. Więc skoczył, chociaż nie zostawił nic. Ale szybko ocenił, czego brakowało. Tego plecaka z rzeczami. Plecaka, nie sportowej torby, więc wziął mało. Pewnie na krótko pojechał, pewnie szybko wróci. Ale nie, nie ma co gdybać przecież. Atlas nie powinien być sam, nawet na krótko. W aucie napisał kolejne dwie wiadomości, zadzwonił kolejne sześć razy, znów napisał. Może w pracy będą coś wiedzieć? Obrał kurs na Little Town, a w Beautiful Salvage niemal błagał drugą pracownicę, żeby coś mu powiedziała. Nie mogła, szefa miał pytać. Więc spytał, jeszcze w aucie krzywo zaparkowanym przed antykwariatem, tą serią nieskładnych zdań, których nie miał siły edytować. Choruje? Chorować powinien w domu. I Cyana też nie ma? Nie musiał opierać się potrzebie, żeby napisać, że chuj go to obchodzi, bo potrzeba nie pojawiła się wcale. Nie cierpiał Cyana, ale jeśli jego również nie było, a znaczył dla Eljaha tyle, co Atlas dla Eddiego, to współczuł. I potem to zdjęcie, które odkrył na Instagramie, seria wiadomości i połączeń, każde następne jeszcze bardziej rozpaczliwe niż poprzednie i podjęta wspólnie decyzja. Jutro rano jadą ich szukać.
    Punkt szósta rano otworzył drzwi zaparkowanego na podjeździe auta i wsiadł do środka, plecak niedbale rzucając na tylne siedzenie. Rzeczy na przebranie zabrał. Dla siebie też, ale przede wszystkim dla Atlasa, bo nie lubił być brudny; ciągle powtarzał Eddiemu, że bluzę powinien przebrać, bo plamę ma i żeby prysznic wziął, zanim wyjdą. Nie silili się na powitania, nie było potrzeby.
    - Zdarza się – mruknął w odpowiedzi na historię Clementsa, drżącymi palcami odpalając oferowanego papierosa. Eddiemu nie zdarzyło się chyba tylko dlatego, że Makyla zawsze tak dzielnie nad nim czuwała. - Ten jest w porządku. Tylko go nie rozjeb – poprosił z nieznacznym uśmiechem, strzepując popiół do zapalniczki. Pełna kulturka. Zajebisty jest nawet i w innych okolicznościach pewnie bez zawahania spytałby, czy da mu się karnąć zupełnie jak Cyjan kiedyś Eddiego, kiedy dostał nowy rower. Dzisiaj tylko zerknął ukradkiem na Eljaha, zastanawiając się, czy spał tyle co Eddie i czy w takim wypadku prowadzić w ogóle powinien.
    - To ja nie będę lepiej powtarzać, co mój stary mówił o Twoim – zaoferował z kącikiem ust zawadiacko uniesionym w górę. Bo pamiętał wszystko. Pamiętał Eljaha, jego ekipę cuchnących fajkami licealistów i jak przeganiali jego i Cyjanka z placu zabaw. A teraz mknęli wspólnie przez tę dzielnicę w aucie Franka, jeszcze nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że dzielą więcej wspólnych mianowników niż chujowi ojcowie, logotypy na drogich ubraniach i wspólny cel na dziś. - Nie wypada. – Serio, nie wypadało, ale też nie miał siły myśleć teraz o Richu, bo głowę zaprzątało głównie zmęczenie i Atlas. Nie od razu odpowiedział na pytanie Eljaha. No tak, przyjaźnili się, ale też nie do końca, bo zanim uciekł to Eddie złamał mu serce. Teraz wiedział, że złamał.
    - No… Tak jakby. Tak – wydukał w końcu, wbijając wzrok w krajobraz za przednią szybą auta. Tacy jak ja nie mówią na głos takich rzeczy jak te, ale domyślasz się, nie? Te wiadomości aż śmierdziały desperacją. Ale co z Tobą? Co z Wami? - A Ty z Cyanem? – odbił piłeczkę w jego stronę, niby niezobowiązująco, niby nonszalancko. Pogadane.
     
    imię / nick:edzia
    multi:charlie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    26

    wiek


    Dostałem antykwariat

    ZAJĘCIE


    i w mordę od swojej miłości

    UCZUCIA




      
    Elijah Abel
       Clements

      
    "I am in Spain, but the S is silent

      

      

      

      

      

      

    2020-08-18, 22:23


    Gdyby Eli wiedział, gdyby usłyszał to wszystko, gdyby widział tę historię w oczach Eddiego, powiedziałby mu chyba wiem jak to jest i pewnie chciałby dodać, że będzie lepiej, że się ułoży, naprawi się, że przestaniesz bić te ściany, sięgać po wszystko to, co odbiera świadomość, planować ucieczki, rozcinać skórę na potłuczonych butelkach - ale czy to prawda, w sumie? Przecież lepiej nie było, tylko starszy był. A Elijah nawet na twarzy nie zmienił się przez te wszystkie lata, tak jakby świat mu uparcie chciał przypominać jak głęboko wdarły się w niego wszystkie te małe i duże cierpienia nastoletniego życia. Ale może ty wyrośniesz, Eddie, może tobie się uda. Zapomnieć ci się uda. I nauczysz się, że są ludzie, którzy cię kochają naprawdę, że nie musisz na każdym kroku udowadniać, ze zasługujesz. I może nauczysz się mówić i płakać zamiast krzyczeć i obijać się o ściany. I może się nie uzależnisz, może normalny będziesz, zdrowy.
    Może tak.
    Bo - choć nie mógł tego wiedzieć - czuł, że Rich nie różnił się jakoś bardzo od Franka. Może inne wartości wyznawał tak obsesyjnie, może nie bił, nie katował, nie zamykał w pomieszczeniach bez światła, może nie ograniczał dostępu do jedzenia, kiedy któreś z dzieci pyskowało, może nie zmuszał wcale do klęczenia przez godzinę na kuchennych kafelkach - ale nie było ciepłą w nim. I nawet jeżeli to ta frustracja i ten lęk przenoszony z Franka na innego bogatego, białego ojca w garniturze, nawet jeżeli Rich tak naprawdę był świetnym ojcem, i kochał, i dbał, i mówił, że dobrze będzie, że dasz sobie radę, że jesteś dobry taki jaki jesteś, to Eli jakoś wiedział. Widział. W jego twarzy chyba. W jego postawie. A co najważniejsze - w jego dzieciach.
    Inne były to odmiany zimna, ale tak samo przytłaczające - tak mu się wydawało. Bo na twarzach dzieci takich rodziców widać frustrację, usta są zaciśnięte, pięści są zaciśnięte, ubrania za drogie, słowa zbyt wyniosłe. I pamiętał pierwszy raz, kiedy jeden z nauczycieli w liceum nazwał go rozwydrzonym gówniarzem, zepsutą miniaturą Franka Clementsa, i pamiętał jak to bolało, jakie okrutne było. Rozwydrzony był, bez wątpienia. I jego życie pewnie z perspektywy obserwatora mogło wyglądać ładnie całkiem - wszystko na srebrnej tacy, pod nos prosto, na pstryknięcie palcami, na zawołanie jedno. Bo czegośtam potrzebuje, bo wszyscy mają, bo ma ochotę, bo tak, bo wydatki były jedyną rzeczą, której Frank nie ograniczał. Bo ograniczał wolność i słowa, i prywatność, i fizycznie łapał czasem za ramiona, nie pozwalał się ruszać, bo pomieszczenia w domu - łazienka nawet - zamykały i otwierały się na zamek tylko od zewnętrznej strony, a Frank zawsze miał klucze. Tylko on.
    Wiele razy patrzył więc w stronę rezydencji Dohemych, wiele razy próbował dojrzeć w zapalonych światłach cień kogoś ciągnącego drugą osobę za włosy, pchającego mocno. Silne dłonie Richa zaciskające się na drobnych przedramionach małej jeszcze córeczki. Nie widział. Ale może Pan Dohemy był równie rozsądny co Pan Clements - może też zasuwał zasłony, może też wiedział gdzie bić, zęby nikt nie zobaczył - w jakich pomieszczeniach i w które części ciała. Brzuch, plecy, w twarz tylko z otwartej dłoni, chyba, że były wakacje albo Eli miał następnego dnia jakiś mecz lub trening tenisa. Wtedy podbite oko można było ukryć albo usprawiedliwić. I chyba chciał - choć było to okrutne wyjątkowo - żeby Rich też był taki. Żeby wychowywał twardą ręką, żeby dbał o to, by dzieci wyszły na ludzi. Wtedy nie byłby sam, wtedy wytłumaczyłby sobie, że inni też tak mają, to normalne, dobre może nawet.
    Ale nie widział.
    Czyli nie.
    Niesprawiedliwe.
    Ten jest w porządku - zaśmiał się cicho. Mroczne auto z mroczną historią - jasne porsche carrera z tymi obitymi brązową skórą siedzeniami, które Alfie z pasją chciał gryźć i drapać, z otwieranym dachem, o którego zamknięciu zapominał czasem, gdy parkował je gdzieś na poboczu. Kupił je ojciec, nie jeździł nim, ale chuchał na nie i dmuchał, przecierał reflektory czystą ścierką, nie pozwalał dotykać - skarb jego. Dlatego chyba ukłuło go poczucie winy, kiedy w czerwcu Frank kładł kluczyki na jego pustym talerzu. Prezent. Twój samo... Jestem już za poważny na niego, tobie przyda się bardziej. Bo to był przecież jedyny raz, jeden jedyny, pierwszy, kiedy ojciec dał mu coś ważnego, coś co w chuj dużo znaczyło, bo kochał ten samochód, a syna nie kochał, no tak, nie kochał. Syna posiadał. A wtedy mu dał coś, co kochał, prezent mu dał, najbardziej wartościową rzecz, jaką Eli miał posiadać. Nie dlatego, że samochód mógłby wyżywić czteroosobową rodzinę przez kilka lat pewnie, ale dlatego, że ojca był. Ważny był. A więc Elijah też musiał być ważny. Bo to na jego talerzu wylądowały kluczyki - nie braci, nie siostry, nie wspólnika z kancelarii, nie miejscowego dilera aut. Na jego talerzu. I nawet jeżeli to było przekupstwo - zapłacę ci za prestiżowe studia, dam ci sportowy samochód, kupię antykwariat, potem mieszkanie, może dom nawet, ale normalny bądź, znajdź żonę, bo widzę, że wystawiasz głowę z tej szafy, a przecież tak szczelnie cię tam zamknąłem - to było tylko jego przekupstwo. Bo przecież mógł go pobić, prawda? Łapówki były lepsze.
    Ale w tym siedzieli właśnie teraz - w łapówce. Ładny samochód, w małym miasteczku odwracał głowy i zatrzymywał nastolatków na chodniku. To pana? Zajebisty. I brudny, obciążony obietnicą - normalny bądź. Udawaj. Nie pozwól nikomu zobaczyć w tobie kogoś, kim nie powinieneś być. Nie pokazuj się na mieście z tym chłopakiem - bo ludzie będą gadać, gadają już, powiedziałem im, że dajesz mu korepetycje.
    Cóż za ironia, bo łapówka była szybka, więc mogła pędzić na ratunek, na poszukiwania tego chłopaka, któremu dawał korepetycje. Z francuskiego pewnie, z łaciny może? W końcu studiował prawo.
    - Stary mówił, że mój jest zarozumiałym skurwielem uzależnionym od podróbek viagry, kupującym nastoletnim dziewczynom torebki i iphony za loda? A coś o tym, że ukrywał księdza pedofila z własnej kieszeni, bo chodziły plotki, że molestował jednego chłopca, więc Frank dał komuś w łapę, żeby się zamknął, bo to godziło w kościół i tradycyjne wartości? Mogę wymieniać dalej, a ty głową tylko kiwaj.
    Chuj z tym dziadem.
    Przyjaciel.
    Kolejny uśmiech, oczy wbite w drogę szybko rozwijającą się gdzieś przed, za i obok.
    - Dobry z ciebie przyjaciel w takim razie, Edward, zadziwiająco dobry wręcz - słowa zabrzmiały chyba dosyć kąśliwie, choć nie powinny były. Zrobiłby to dla Matiasa. Oczywiście, że tak. Dla Matta i dla Harriet też. Nie powinien więc wątpić. Może po prostu projektował siebie na tego jasnowłosego chłopaka obok, bo coś podobnego było w nim, coś co przypominało mu nastoletniego Elia. Ale inny był. - To mój były chłopak.
    Kurwa.
    Kurwakurwakurwa.
    Palce zacisnęły się mocniej na kierownicy, ale twarz była niewzruszona. Tylko w głowie szaleństwo.
    Coś ty zrobił.
    - Ale powiedz komuś - o Cyanie komuś powiedz, kurwa, bo on nie chce, on się boi, on jest ważny przecież - Powiedz komuś, a następne auto rozwalę na synku Richa Dohemy - ton zabójczo poważny, ale uśmiechniętą z rozbawieniem twarz musiał odwrócić w bok, udając, że patrzy w lusterko. Ale to na chwile tylko, bo po jej upływie wzrok na sekundę wrócił do profilu jego towarzysza. - Kurwa, Supreme? Chryste, możesz być bardziej stereotypowy czy te wciągane buty Balenciagi się wyprzedały? - W dół nie patrzył. - Gdzie mogą być? Dzwoniłem już do szpitali i komisariatów w Prince George i do schronisk dla bezdomnych. - I do kostnicy, tam też, ale tego ci nie powiem. - Telefon Cyana jest w schowku. Może tam coś będzie.
     
    imię / nick:Eli
    multi:brak
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    18

    wiek


    tracę sen

    ZAJĘCIE


    i ciebie też

    UCZUCIA




      
    Eddie
       Dohemy

      
    "panie władzo, ja tu tylko tańczę

      

      

      

      

      

      

    2020-08-19, 22:12


    Mogę wymieniać dalej, a ty głową tylko kiwaj, ale… nie, lepiej nie. Nie chciał słyszeć więcej ponad to, co na przestrzeni lat na starego Clementsa przy tych okazjonalnych wspólnych obiadach mówił Richard, a co właśnie potwierdził Elijah. Nie umiałby się zachować, gdyby wiedział więcej. Już teraz jedyne co był w stanie zrobić, to po prostu się na Elijaha gapić z głową opartą o skórzaną tapicerkę zagłówka i zacisnąć smutno wargi, jakby chciał tym powiedzieć „przykro mi, wiem, że świat byłby lepszy, gdyby nie chujowi ojcowie”, bo wiedział, naprawdę wiedział. Znał to z autopsji przecież. Nie, Richard go nie tłukł. Nie zamykał w piwnicy, nie odmawiał mu jedzenia ani prywatności. Richard go przygarnął, kiedy pierwszy ojciec stwierdził, że w jego życiu nie ma miejsca na dziecko. Richard dał mu piękną mamę, ogromny dom z ogrodem i basenem, a nawet dwa psy do uzupełnienia tego sielskiego obrazka. Richard pozwalał kupić wszystko to, czego sobie zażyczył, opłacał kordon terapeutów i każde pozalekcyjne zajęcia, na jakie miał ochotę chodzić Eddie. Ale to też Richard wymierzał te siarczyste policzki, kiedy Eddie nie radził sobie z własnymi emocjami, a wrzaskiem i zdemolowanym pokojem próbował zwrócić im uwagę na to, że go wciąż to wszystko boli. To Richard nieustannie przypominał mu, że powinien być im wdzięczny za to, że go dobrodusznie przygarnęli, bo gdyby nie on i Marigold, to Eddie na pewno skończyłby jak jego biologiczni rodzice – na zasiłku, cracku albo w rynsztoku, bo w gruncie rzeczy był przecież zbyt głupi i bezużyteczny, żeby osiągnąć coś i poradzić sobie bez ich nazwiska. To Richard nie pozwalał mu płakać, bo nie jest pierdoloną babą i to Richard mówił, żeby się przebrał, bo wyglądał jak pedał w tej bladoróżowej bluzie. To Richard przy rodzinnym stole odpowiadał na pytania Hannah o ferie Eddiego. Obóz snowboardowy w Alpach. Śmigał aż się za nim kurzyło. No, rzeczywiście śmigał. Z tym, że wcale nie po stoku, a po korytarzu oddziału dziecięcego w szpitalu psychiatrycznym z ciemną pręgą wokół szyi. Więc… Faktycznie, chuj z tym dziadem.
    - Dobry z Ciebie były chłopak, Elijah. Zadziwiająco dobry – zrewanżował się Eddie z uniesionym kącikiem ust, bo Ty wiesz, ale ja już też wiem; teraz czuję się ze sobą odrobinę mniej żałośnie. Tylko że Elijah faktycznie był dobrym byłym chłopakiem. Przecież go szukał, tak? Szukał go, choć nie musiał, bo w końcu był byłym, a nie obecnym. Mógłby mieć Cyana bardzo ciężko gdzieś, ale nie miał, a zamiast tego martwił się i go szukał. Eddie za to wcale nie był dobrym przyjacielem. Skończonym chujem był i w ogóle nie zasługiwał na Atlasa, ani na to żeby nazywać się jego przyjacielem. Ale mógł spróbować mu te wszystkie krzywdy chociaż połowicznie wynagrodzić i sprowadzić go do domu, całego i zdrowego.
    - Dobra. Dupę luzuj, Clements – mruknął Eddie, wywracając oczami, bo bardziej niż pogróżki ubodło go to, że Rudy mógł wziąć go za konfiturę i plotkarza. Elijah musiał nie zdawać sobie sprawy z ich konfliktu, ale nawet gdyby, to przecież nic by nie zmieniło. Fakt, że Cyan umawiał się z Clementsem nie był czymś, co Eddie chciałby wykorzystać jako argument przeciw niemu. - Przecież do Deep Lakes News z tym nie polecę. – Ale auto i tak na mnie rozwal albo sam zrobię to prędzej czy później. Należy mi się, serio. Tylko znajdźmy ich najpierw. Bo dziś nawet bardziej niż wcześniej nie mógł na siebie patrzeć, tak okropnie się siebie brzydził. Z uporem maniaka omijał lusterko w osłonie przeciwsłonecznej, te boczne i nawet telefon odblokowywał na oślep, żeby nie zobaczyć własnego odbicia w ciemnej tafli ekranu. Spojrzenie wbił więc w drogę, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że Clements właśnie lustrował jego dzisiejszy fit. A przynajmniej do czasu, aż Rudy nie poczuł się w obowiązku go skomentować.
    Eddie odsunął fotel, po czym uniósł zgiętą w kolanie nogę w górę i wsunął palec za elastyczną gumkę skarpetobuta od Balenciagi, żeby po chwili strzelić nią ostentacyjnie o kostkę. Nie wyprzedały. I są w chuj wygodne, zwłaszcza na rozoraną szkłem butelki podeszwę stopy, a Elijah powinien docenić, że Eddie oparł się pokusie ubrania tych potężnych gumowych klapek od Kanye. A Eddie kochał swoje potężne gumowe klapki od Kanye i uważał, że dobrane do odpowiednio wysoko podciągniętych skiet adidasa stanowiły absolutny look i na dobrą sprawę przed ich ubraniem powstrzymało go jedynie to, że ich misja poszukiwawcza zakładała zapierdalanie na oślep po całym Prince George, co – jak uznał – lepiej było robić w obuwiu, które jednak jakoś stabilizowało kostkę. Więc - z nogą z powrotem na swoim prawowitym miejscu - pokazał Eljaszowi co sądzi o krytyce jego wyborów modowych tym perfidnym, skierowanym w jego stronę fakiem. Cały efekt wielkiego obruszenia się zdecydowanie popsuł jednak blady uśmiech, który rozciągnął wargi Eddiego, bo wbrew pozorom wdzięczny był Clementsowi za to, że chociaż na chwilę odwrócił jego myśli od każdego czarnego scenariusza, który potencjalnie mógł spotkać Atlasa. Na chwilę, bo to nie była przecież ani wycieczka krajoznawcza, ani ich własny kanadyjski odcinek Queer Eye (chociaż i on miał dużo do powiedzenia o outficie Elijaha, ale postanowił zostawić te wyborne roasty na moment, kiedy okoliczności będą im bardziej sprzyjać) i naprawdę musieli się teraz skupić, żeby opracować jakiś sensowny plan działania.
    - Do szpitali i komisariatów dzwoniliśmy wczoraj, więc… – gdyby nie udało nam się ich dzisiaj znaleźć - …więc można spróbować jeszcze raz, później. Do schronisk nie ma sensu. Znaczy… Tam nie przyjmują ludzi pod wpływem – wyjaśnił trochę zmieszany, adresując w końcu to, co chyba obaj przeczuwali, a żaden z nich nie chciał wspominać na głos. Bo on też wczoraj dzwonił. Czytał. Dowiadywał się. Screenował wszystkie adresy, które mogły okazać się przydatne. - Nie mogą mieć za dużo przy sobie, więc odpadają też motele, zajazdy i pokoje. To… to co właściwie nam zostaje? – odpowiedział pytaniem na te Elijaha, chyba naiwnie licząc jeszcze na to, że może on wpadnie na coś innego, coś co przeoczył Eddie i rozwieje mu z głowy te kurewsko przykre obrazy brudnych, okrytych gazetami ludzi, którzy spali na ławkach w parku albo tych, którzy chronili się przed zimnem kartonami, przycupnięci z głową opartą o te wielkie kontenery na śmieci w zawilgotniałych bocznych alejkach. Sam po chwili ociągania sięgnął ręką do schowka, z którego dobył wspomniany telefon Cyana.
    - Kod? – spytał lakonicznie Clementsa, nie spuszczając wzroku z piegowatego profilu nawet, kiedy usłyszał podpowiedź. Rewolucja październikowa, czyli...? Eli chyba wyczuł zawahanie, bo szybko podpowiedział czterocyfrową kombinację, na co Eddie mruknął tylko jakieś wiedziałem przecież, zanim wklepał ją na klawiaturze telefonu. Ekran rozświetlił się, a kciuki Eddiego na chwilę zawisły nad nim niepewnie. Normalnie byłby bardziej niż podekscytowany tym, że mógł trzymać w dłoni telefon Meyera i przeszukać go pod kątem jakichś kompromitujących zdjęć albo wiadomości, ale… Nie dziś, nie w tych okolicznościach. Ale to przecież pomóc miało, tak? Może podejść do tego na poziomie, więc… Co mogło im się przydać? Google. Musieli coś googlować, tak? Jakieś rozkłady jazdy, tanie noclegi (ehe), cokolwiek. Eddie scrollował niecierpliwie przez historię wyszukiwania Cyana, z każdym nowym hasłem dochodząc do wniosku, że ten miał gorzej w głowie niż mu się wydawało. Źle, niedobrze, bo nie chciał w Meyerze znowu widzieć człowieka. Dalej. Mapy. Może zaplanowali jakąś konkretną trasę przed wyjazdem? Nie, nie zaplanowali. Notatki? Nawet ulotki wyścielające tace w Macu nie miały aż tak szczegółowych rozpisek kalorii. A poza tym nic co mogłoby im się przydać. Czyli… wiadomości? Przypomniał sobie te własne, wysłane Meyerowi w noc pamiętnej kłótni z Makylą. Mógłby je usunąć i wszystkie inne też, całą konwersację właściwie, bo jak coś mu się stanie to… Nie. Nic mu się nie stanie i Atlasowi też nic, a te wiadomości zostaną, bo chociaż był w nich okropnym bucem, to chciał wierzyć, że nikt oprócz Cyana ich nie przeczyta. Bo Cyan wróci i odzyska telefon, tak samo jak Eddie Atlasa. Tak będzie. Dobra, to co mogłoby pomóc? Nie powinien czytać. Serio nie powinien, nawet jemu wydawało się to dziwnie nie fair, ale kciuk i tak instynktownie powędrował na ikonkę ze zdjęciem Atlasa. Szybko przescrollował na samą górę, bo to jedyna taka okazja przecież, musiał wiedzieć więcej niż tylko to, co potrzebne do poszukiwań.
    czas na mój rewanż
    wpadnij do mnie po pracy
    zmiana planów
    cineworld pierwszy kibel

    Dokładnie po tym, jak Eddie nie odpisał i dokładnie dzień przed… Kurwa. Zacisnął wargi i zamrugał kilkakrotnie, bo nie teraz, naprawdę nie teraz. Niżej, musiał niżej. Kilka nieskładnych wiadomości napisanymi roztrzęsionymi palcami Atlasa nieco przed 5 rano, dzień po… Kurwakurwakurwa. Wypierdala stąd. O szóstej będzie. Eddie wypuścił wstrzymywany chwilę oddech i momentalnie pożałował, bo ten zadrżał żałośnie. Ogarnąć się musi, nie jest przecież babą, tak?
    - Ruszyli dwa dni przed nami, ale nie mogą być daleko, nie? – rzucił w stronę Clementsa, bardzo nieumiejętnie maskując te resztki niepokoju w głosie i nadziei w oczach. Proszę, powiedz, że nie. - Na stopa to wolniej przecież, nie każdy chce zabierać, no i łapanie go… To też trwa. – Znajdziemy ich. W Prince George ich znajdziemy i jeszcze dziś do domu wrócą. Powiedz, że tak będzie.
     
    imię / nick:edzia
    multi:charlie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     





    26

    wiek


    Dostałem antykwariat

    ZAJĘCIE


    i w mordę od swojej miłości

    UCZUCIA




      
    Elijah Abel
       Clements

      
    "I am in Spain, but the S is silent

      

      

      

      

      

      

    2020-08-21, 19:13


    Nienawidził chyba najbardziej właśnie tych słów nie bądź babą, nie zachowuj się jak siostra, mężczyźni tak nie robią, nie są tacy - jacy? Jacy są mężczyźni, tato? Cisi i surowi, zimni tragicznie, ze ściągniętą powagą twarzą. Inni zupełnie niż Eli, bop mówili wyważonym tonem, bo nie dali się ponosić emocjom, bo inną manierę niż on przybierali - taką, której nikt nie zauważał, której nikt nie komentował, która z niczym się nie kojarzyła. Żadnych wyzywających uśmiechów, żadnego przewracania oczami, teatralnego cmokania, kpiących prychnięć - i siadać trzeba inaczej, chodzić inaczej, śmiać się inaczej, ściąć włosy, nosić bardziej stonowane ubrania, mniej biżuterii, zniżyć głos. Być kimś zupełnie innym - kimś bez duszy zupełnie. Nie Eliem, bo Eli miał duszy za dużo, był zbyt ekspresyjny i zbyt kruchy najwidoczniej, miał za wąskie ramiona i za szczupłe nadgarstki, za duże oczy i w ogóle był niewystarczająco do Franka podobny. I zupełnie inaczej niż on wyglądał w garniturach, i nie umiał mocno podawać ręki, nienawidził koniaku, nie rozumiał tego męskiego - według ojca - podejścia do świata, do życia, nawet poczucia humoru. Chociaż Frank próbował, utopić go w tym próbował - zabierał na polowania, uczył strzelać, o tej cholernej giełdzie opowiadał, wlewał pierwszy kieliszek whisky, kupił dwa garnitury od Hugo Bossa, sadzał go przy stole w jadalni, kiedy przychodzili na kolację jego wspólnicy z kancelarii i ci bogaci wujkowie. Matka chyba nie mogła tu być, młodsze rodzeństwo też. I ojciec też odpowiadał za niego - plany na przyszłość, szkoła Mamy (M A M Y) wybór między Brown, Yale a Cornellem. No i Kolumbia Brytyjska, ale to tylko jakiś głupi plan D (Eli z chęcią poszedłby na studia w Kanadzie, ale chyba stracił szansę wiele lat temu). Potem pytali się o sport chyba, więc Eli opowiadał o tenisie i o tym, że grał w lacrosse chwilę, ale nie jest typem do gry zespołowej, indywidualistą jest, pracuje zawsze sam. Wiedział, ze ta odpowiedz wywoła uśmiech na ojcowskiej twarzy albo przynajmniej cichą, dumną akceptację - bo wielkie umysły i wielcy ludzie zawsze działali sami, a mężczyźni radzili sobie sami, nie potrzebowali pomocy, nie potrzebowali wsparcia. Całe życie samotnie. Wtedy może padała jakaś uwaga na temat Richa Dohemy - bo czy te pieniądze to uczciwie, czy z pracy, czy rodzinne, może jakieś czarne interesy. Ale miał ładną żonę, prawda? I córka mu rosła urocza. Więc potem któryś z tych ojcowskich kolegów z drogim zegarkiem na nadgarstku pytał się o dziewczyny, śmiał się obrzydliwie i Eli chciał uciekać, krzyczeć chciał, ale twarz była spokojna, brwi uniesione - nie miał czasu, nauka, zajęcia dodatkowe, musiał skupić się na sukcesie przecież, tak? Tak? Dziewczyna mogłaby przeszkadzać mu w tych wszystkich lekcjach, obowiązkach, treningach, w dokładnie wyznaczonej drodze do wygranej. I ojca też ta odpowiedź zadowala, tamci goście znów się śmiali, na ich pożółkłych od cygar językach układały się te obleśne żarty o kobietach, że same problemy, ale te w twoim wieku najładniejsze przecież, młode jeszcze, oddane takie, niewinne. Rzygać chciał. Obserwował ich twarze i myślał o tym, który zdradzał żonę z licealistką, który umawiał się z młodymi chłopakami w hotelowych pokojach. Śmierdzieli zepsuciem. I prawie dziesięć lat później nadal przychodzili do ojca na koniak, nadal mówili podobne obrzydlistwa, choć teraz trochę inaczej, bo Elijah już był dorosły, bo teraz były jeszcze pytania kiedy żona, dziecko - za każdym razem wymyślał coś innego, coś o tym, że musi się ustawić jeszcze, że musi pieniądze dobrze ulokować, pomyśleć nad kupnem domu, zabezpieczyć antykwariat, raz skończyły mu się wymówki, więc powiedział coś o tym, że ciężko znaleźć dobrą żonę teraz, Adam. Adami miał prawie pięćdziesiąt lat, córkę w jego wieku, która wyszła za maklera giełdowego i zdradzał żonę z sekretarką w swojej firmie handlowej. Więc oczywiście, ze zaśmiał się i przyznał mu rację, chociaż nie wiedział, że Eli właśnie przepłukiwał usta winem żeby pozbyć się posmaku tych słów i że za godzinę wróci do siebie żeby szeptać swojemu chłopakowi do ucha, że go kocha.
    Bo gdyby on wiedział, wiedziałby też Frank - a Frank mógł się domyślać jedynie, odsuwać tę ideę daleko gdzieś, chować pod dywan i w szafie zamykać jak małego Jacoba. Nie wyłaź, siedź tu z tymi duchami. A Eliowi coraz ciężej było się chować, coraz ciężej ukrywać. Przy Cyanie było ciężko. Bo kiedy kogoś kochasz, chcesz się ze wszystkimi tym dzielić, chcesz to wykrzyczeć światu, a on się ukrywać musiał. Bo nie teraz, bo za wcześnie, bo jego rodzina, Cyana rodzina, przecież Promyk się bał, to tajemnica miała być, wszystko po cichu, wszystko za zamkniętymi drzwiami, przyjaciele tylko, to wszystko. I to bolało - ta świadomość przeszyła go, gdy kilka słów za dużo wytrwało się spomiędzy warg. Cyan by go zabił, krzyczeć by zaczął - i słusznie. Bo podjął za niego decyzję, która miała być tylko jego. Tak robią mężczyźni chyba, chyba Frank byłby dumny. Ale czy to miało znaczenie? Teraz, kiedy tak zniknął, kiedy mógł być w niebezpieczeństwie? Eli czuł, że nie jest dobrze, że nie śpi teraz w jakimś zajeździe, że nie pracuje w restauracji, nie leży na plaży, nie bawi się na imprezie. To nie wakacje, to ucieczka. A ucieczki nie były wygodne, nie były bezpieczne, Cyan nie miał pieniędzy, Atlas najwidoczniej też nie.
    Dupę zluzuj, Claments.
    Dobra rada, Eddie, bardzo dobra. Musiał aż się uśmiechnąć, prychnąć cicho. Edward i jego bluza supreme, równy profil i twarz licealnego króla balu nie dawała wcale pewności. Co jeżeli złapałby razem z kolegami z drużyny Cyana w jakimś ciemnym zaułku, któryś nazwałby go pedałem, Eddie nawet by nic nie robił - pewnie opierałby się o ścianę, śmiał się, gasił papierosa na podeszwie zbyt drogich butów Balenciagi albo Vansa, który nigdy nie dotknął deskorolki. To mógł być jeden ze scenariuszy - bo ludzie mogli mówić, że jest lepiej, że Kanada to otwarty kraj, że to i tamto, ale gówno przecież. Nieprawda. W Deep Lakes pachniało dnem jeziora i w nocy demony wyłaziły zza murów, zaganiały cię z ślepe uliczki. I demony mogły być Frankiem Clementsem i jego kolegami, mogły być Richem Dohemy i jego Teslą, mogły być też bogatym chłopakiem w drogim dresie.
    Chyba za mało się znali jeszcze. Bo Eddie mógł być teraz każdym, mógł jechać po Atlasa żeby go przytulić i zabrać do domu albo żeby zrobić mu zdjęcia i wyśmiać okrutnie. I chociaż Eli go polubił chyba, bo zabawna była ta ostentacyjna prezentacja buta i ten środkowy palec, to nie mógł jeszcze ufać do końca. Ale musiał może, bo tylko to miał teraz.
    - Dobrze, zadzwonimy - przytaknął mu, bo przecież tyle mogło się zdarzyć przez te kilka godzin. Pod wpływem - no tak. Zacisnął wargi. Pod wpływem. Co Cyan brał właściwie? Nie był nawet pewny, nie rozumiał w ogóle. Coś brali - coś z Atlasem. Tyle zrozumiał z tych smsów. Coś. - Speluny jakieś - wyrzucił z siebie nagle i pożałował tego bardzo. Ale czy były inne odpowiedzi? Drogi, pobocza, parki, mosty. Coś brali. Pod wpływem. - Wiesz co bierze Atlas? - Głowa odwróciła się do niego na sekundę nim znów wrócił oczami na drogę. - Za odpowiednią dopłatą można popytać… - przerwał. Ciężko było. Te myśli były ciężkie. - Wiesz, różnych ludzi.
    Różnych ludzi. Kurwa.
    W tym czasie palce Eddiego odblokowywały telefon. Eli nie widział wiele, bo nie potrafił zmusić się do przejrzenia - czuł się jakby zdradzał Cyana, jakby naruszał jego prywatność. Więc niech Ed to zrobi, niech on przejrzy resztę smsów, niech on obejrzy galerię zdjęć, mapy, notatki, wyszukiwania w google. Musiał zaufać.
    - Jeżdżenie na stopa potrafi być niebezpieczne bardzo. - Po co to powiedział? Czy to jakaś cząstka jego chciała się podzielić zmartwieniami z chłopakiem? Niebezpieczne - wiesz, Eddie? Można było trafić na masę wariatów, na kogoś, kto będzie zapłaty chciał. Zapłaty, cholera. Zakręciło mu się w głowie. - Będą tam, gdzie - kolejna przerwa, znów zachciało mu się palić. Wszystko było głupie takie. - Będą tam, gdzie będą dilerzy.
    Zabolało.
     
    imię / nick:Eli
    multi:brak
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: