Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    18

    wiek


    jako dziecko byłem komunistą nie żałuję

    ZAJĘCIE


    powinnaś mnie zobaczyć jak czytam marksa

    UCZUCIA




      
    cyan arsen
       meyer

      
    "ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim

      

      

      

      

      

      

    2020-08-19, 18:50


    Czemu nie umarliśmy?
    Pytanie odbite głucho od obdrapanej ściany zgniłożółtego budynku, od nierównych cementowych płyt, na których zalegali bezsilnie, od cuchnących nieznośnie tuż obok kontenerów, wypełnionych resztkami zbyt tłustych zakąsek i obślinionymi niecierpliwymi ustami papierowymi serwetkami. Do jego uszu dotarło po długich sekundach, uderzyło, spowodowało, że musiał zmarszczyć brwi, przymknąć jeszcze na moment oczy. Czemu? Powtórzył za nim, w myślach, z większą dozą pretensji. Czemu?
    Za każdym razem to samo - zawsze tak blisko, prawie zawsze, od początku tak było, od pierwszego razu. A kiedy o tym myślał, to wydawało mu się takie łatwe: przestać oddychać. Próbował kiedyś przestać oddychać, gdy leżał w łóżku i wszystko go bolało, ale nie dało się przecież, bo organizm się upierał, nie poddawał tak łatwo. Gwałtownie łapany oddech, Cy, ja chcę spać mruczane przez małą Em z łóżka obok. Ona chciała spać, a on chciał przestać oddychać - tamtej nocy oboje nie dostali tego, czego chcieli.
    Byli przyzwyczajeni chyba, bo nie stać nas na to za każdym razem, kiedy jakaś głupia oferta szkolnej wycieczki przechodziła mu przez usta. Nie stać, tak, zapomniał - jakoś, choć klamka od drzwi w łazience pozostawała tak dramatycznie rozklekotana od co najmniej kilku lat. To w porządku, serio. Tak, jasne, że wszyscy byli już w Vancouver, ale tam nie ma nic ciekawego - ci, co byli mówili, że nic ciekawego tam nie ma. Jakieś muzea, nuuuudy - opowiadał Ed, więc Cyan kiwał głową, chociaż nie był nigdy w muzeum. Nudy, na pewno, skoro Ed tak mówi, to musi być prawda. Siedział w pokoju, układał puzzle z którymś z rodzeństwa albo z Jacobem, który przychodził czasem. Było w porządku. Raz pojechali ze szkoły na narty do Yukon, to było w grudniu i mama powiedziała, że w ramach prezentu może wyjąć oszczędności ze skarbonki i zapłacić za wycieczkę. Ale przecież Em też miała urodziny, więc zapłacił dla niej za wycieczkę i pamiętał, że tata wtedy był dumny, kładł mu dłoń na ramieniu, mówił, że zachował się jak mężczyzna.
    I Em pojechała na narty, a on mógł spać sam w pokoju - zjadł całe pudełko tych maminych tabletek na migrenę, nic się nie stało. To było wtedy, kiedy On odchodził z miasteczka, ostatni raz się wtedy widzieli, było mniej przyjemnie i bolało mocniej niż zwykle, a Cyan bał się, co będzie, kiedy On już zniknie, kiedy będzie sam znowu, znowu bez nikogo zupełnie. Bał się tego czekania - bo miał czekać, bo On mówił, że wróci po niego, kiedyś, za parę lat, ale Cyan miał wrażenie, że nie wróci wcale. Wcześniej mówił mu przecież, że jest zły, że to tajemnica wszystko, że nikt wiedzieć nie może dlatego właśnie - bo każdy się dowie, że jesteś zły wtedy, a źli ludzie idą do Piekła, płoną na stosach. Nie chciał iść do piekła wcale ani na stos.
    Co powiedziałby, gdyby go widział teraz? To twoje piekło, Cyan, stąd nie ma już powrotu. Teraz będą już tylko brudne strzykawki i te kontenery pełne śmieci, igła zostająca za długo w żyle, kształtujący się na przedramieniu duży, fioletowy siniak. Ciepło. Teraz ciepło, gorąco, to ten ogień z piekła dociera aż tutaj, ale kiedyś opadnie to wszystko, czas przestanie się tak rozwlekać, ten proszek przestanie działać i znowu będzie zimno, będzie trząsł się, marzł, odrywał przebijający brudną czerwienią rękaw swetra od rany, bo krew ciepła była, krew zawsze była ciepła - też wtedy kiedy wypływała z nosa, żeby opaść na wargę i kiedy spływała po rękach, żeby skapać na poszarzałe, łazienkowe płytki, i kiedy zostawiała przerażające ślady na udach, na obcym ciele, na sztywnym od krochmalenia prześcieradle, naciągniętym na materac na plebanii. Zdarza się - nie powinno się zdarzać, ale nie wiedział o tym wtedy, wtedy zdarzało się, a on przepraszał czasem, kiedy płakał.
    Teraz mógł sobie płakać, bo nie patrzył nikt przecież, chociaż Atlas był obok, chociaż zsunął się z jego uda i ułożył na ziemi całkiem, chociaż widzieć mógł. Widzieć, ale słyszeć nie, bo łzy zsuwały się po policzkach bezgłośnie zupełnie, bo klatka piersiowa unosiła się tak samo płytko i regularnie jak chwilę wcześniej, bo on sam nawet uśmiechał się płytko, i patrzył na te gwiazdy, i zapomnieć już zdążył. O tym, że Atlas pytał, dlaczego nie umarli.
    Czemu nie umarliśmy?
    Nie wiem już, serio, nie mam pojęcia. To aż niemożliwe: żeby pragnąć czegoś tak mocno i tak mocno próbować, i tak stanowczo przekraczać kolejne granice, a to wszystko na nic, bo zawsze znajdzie się jakieś ale, bo znikąd wyrośnie jakaś przeszkoda, bo świat tupnie nogą jak niezadowolone dziecko i powie, że nie. Bez żadnego wyjaśnienia, bez niczego. Nie stać nas. Bez żadnego wyjaśnienia. Dobrze, że boli; ma boleć. Bez słowa sprostowania. Nigdy nikt mu niczego nie tłumaczył, może trzeba było się do tego przyzwyczaić? Tak ma być i koniec. Straszne. Przerażająca była ta myśl: że nie mógł umrzeć po prostu, że fizycznie się nie dało, że będzie męczył się i szwędał bez końca istnienia świata, że nie zabije ich ta nieszczęsna tułaczka do Vancouver - bo to o to chodziło tak naprawdę, prawda? Atlas? Nie będzie żadnego nowego życia na nowych zasadach, to droga trochę jak w Wielkim Marszu Kinga, no nie? Będziemy nią iść i iść, i iść, aż w końcu umrzemy z wyczerpania. Od tych brudnych strzykawek, od obsługiwania tych brudnych ludzi, od brudnych ubrań, brudnej wody. Od brudu swojego całego, będziemy tym brudem oblepieni, będą nas widzieć z daleka - to oni. Jakieś dzieciaki będą kopać nas w żebra w imię zakładu za małą puszkę coli i śmiać się złośliwie, pluć na nas z daleka. Będziemy rzygać dookoła i załatwiać się pod siebie, żeby było cieplej i znośniej, będziemy drżącymi rękami dzielić działki na równe połówki, tak z założenia, choć i tak będziemy oszukiwać - siebie nawzajem będziemy oszukiwać, wiesz? Kurwa, to takie straszne, boję się tego tak cholernie, Atlas.
    A co z mamą? Moją i twoją też? Co z mamami naszymi, co z nimi? Straszne, przerażające, co, jeśli się dowiedzą kiedyś, jeśli nas jeszcze kiedyś zobaczą i dostrzegą wreszcie, jacy jesteśmy brudni okrutnie, jak bardzo nieporadni, jak beznadziejni skrajnie? Poradzą sobie, tak, one sobie poradzą, na pewno, bo nasze mamy są takie dzielne, wiesz? Może razem będą siedzieć, może przytulać się będą jak wtedy, kiedy twój ojciec zginął w kopalni. Może w kuchni będą siedzieć, kawę parzyć, płakać i obejmować tak szczelnie, jak ja bym cię chciał teraz obejmować, ale nie mam siły na to, przepraszam. Może pochowają puste trumny razem, oni zaginęli. Może nie rozpoznają nas, kiedy w kostnicy ktoś będzie odkrywał przed nimi nasze zapadnięte ciała. To nie mój syn, mój syn był piękny kiedyś. Nie był piękny, ale był ładnym chłopcem, którego skórę obcy faceci lubili ściskać za mocno, do czerwoności. To mama piękna była, tak naprawdę - miała dobre serce i często milczała, uśmiechała się często, i miała na dłoniach tak dużo odcisków, i Cyan liczył je, jak był mały, i tata jeszcze pozwalał jej brać go na kolana. Opowiadała najlepsze bajki i zmieniała ich treść za każdym razem, tak trochę tylko, odrobinę - kolor obrusu na stoliczku, co się nakrył i ilość sypialni, jaką miał wymarzony dom rybaka, który złowił złotą rybkę, a oni mieli za zadanie znaleźć te różnice, więc Cyan nie wiedział do tej pory, jak było w oryginale. Wiedział, że ręka mamy była ciepła i jej pocałunki w czoło też - ciepłe i mokre, potem musiał ocierać twarz wierzchem dłoni, a ona uśmiechała się tak przyjemnie. A jak był chory, to przynosiła mu do łóżka ciepłe mleko z jakimiś magicznymi składnikami, takie tłuste bardzo, okropnie, nie wypiłby go teraz. Albo wypiłby, może właśnie by je wypił. Zwymiotowałby potem, to na pewno, ale wypiłby je, bo smakowało jak dom - ten sam, z którego uciekł tak szybko, do którego wracać nie chciał wcale.
    Miał chyba wrażenie, że ten dom uciekł gdzieś, że tam został tylko budynek taki, w dodatku nieocieplony i w zimę zawsze było tak przeraźliwie mroźnie. Kiedyś otulał się grubymi kołdrami i było dobrze, normalnie było, ale teraz, gdy tam przychodził, to nikt mu tej kołdry nie chciał podać, to wszyscy ją chowali przed nim, bo powinien sobie radzić przecież. Ale on sobie nie radził i nie radził sobie przeraźliwie, strasznie sobie nie radził, i ostatnio o tym myślał bardzo często. Nie radzę sobie, wcale sobie nie radzę. Ale nikt nie widział, że sobie nie radzi, a on nie miał dokąd pójść nie radząc sobie, więc szedł do Elijahy, więc całował, więc palce rozpinały guziki koszuli, bo to pomoże. Pomagało, kiedy był mały, bo przychodził wtedy i całował, i dostawał to wszystko, czego było mu trzeba - i mógł mówić o sobie wszystko, i opowiadać, co działo się w domu, i co działo się w szkole, i co z Edem robili na placu zabaw, i o wszystkim mógł mówić, i On kiwał głową, i kładł mu rękę na ramieniu albo obejmował, bo pozwalał na kolanach swoich siedzieć, a w domu nie wolno mu już było tak robić, bo był za duży. Tu nie był za duży, tylko duży wystarczająco - żeby sprawy zrozumieć, żeby sekretów dochować, żeby być tutaj, teraz, wyjątkowym, żeby być, żeby walczyć z tym złem, które go zjadało.
    Ale Elijah był za dobry na to, Elijah z tym złem nie wytrzymywał wcale, niszczyło go to zło, nie dawał rady i czekać też nie dawał rady. Bo był zbyt wielkoduszny, bo dużo miał do oddania i chciał oddać, ale chciał też, żeby ktoś docenił, i Oscar doceniał faktycznie. Bo Eli nie chciał tylko seksu. Jakieś łzy gęstsze, jedna po drugiej chyba, załaskotały w policzek i w podbródek, ale nie bolało przecież. To ten organizm jak zawsze się sprzeciwiał, wrogiem był jak zwykle. Eli czegoś więcej chciał, a Cyan nie umiał dać mu więcej - a on chciał więcej niż seksu, nie chciał seksu, jego nie chciał. Może chciał seksu z kimś, z kim można było zbudować coś więcej, ale to nie był Cyan, bo pewnie nawet w jebanym Deep Lakes jest ktoś dużo lepszy dla mnie. Bo to nie jesteś ty. I był, był naprawdę, cholera, tak blisko był, a Eli tyle czasu zmarnował na niego, na Cyana zmarnował, niepotrzebnie zupełnie, trzeba było od razu szukać dalej, wyśmiać go trzeba było, trzeba było go nie całować wcale wtedy w nocy, w tym parku, przy tym placu zabaw. I lepiej by było, zdrowiej by było, szczęśliwy byłby wtedy już, nie marnowałby się, nie oddawałby mu tych wszystkich rzeczy niepotrzebnie. Oscarowi by dawał i Oscar dawałby jemu, i dobrze by było. Oscar docenia.
    - H-hej, Atlas? - chciał sprawdzić, a przynajmniej tak to brzmiało. Jesteś tu jeszcze, Atlas? Jeśli tu jesteś, to czemu czuję się tak bardzo sam, jakbym w takiej pustce pływał i wszystko wraca do mnie, a ja to biorę, i to nie boli wcale teraz, na razie, ale zaboli potem, tak? Nie chcę, żeby potem zabolało, Atlas, obronić mnie musisz ten ostatni raz. - Kochał-łeś kiedyś kogoś tak b-bardzo, że… - urwał, powietrza nagle za dużo, za dużo tlenu uderzyło w głowę; dziwne uczucie, łaskoczące jakby. - T-tak bardzo, że kazałeś mu odejść, ż-żeby go nie ranić więcej? - Podnieść się chciał, do siadu najlepiej, oprzeć plecami o tę zimną ścianę, ale nie mógł. Leżał wciąż i wciąż wlepiał spojrzenie w ten wiszący nad głową nieboskłon. I nagle zrozumiał. Zrozumiał ludzi, którzy mówili, że przestrzeń jest ciężka i wisi tak bardzo niebezpiecznie. - Ja chyba tak. - Głos wciąż wydawał się głuchy, otępiały i nie pasował wcale, i tylko po tym drżeniu słów niektórych wywnioskować było można, że drży też cały podbródek, że pojedyncze łzy płyną dalej, jakoś tak bezmyślnie, jakoś automatycznie. - To j-jak w piątej klasie Jimmy wygrał konkurs… pamiętasz? - ożywiane nagle bardziej, zawisło między nimi na moment. - J-jak Jimmy wygrał, pamiętasz? I oszukiwał, i pow-wiedział potem o tym, i od-dał tę nagrodę, bo… że nie zasłużył na nią pow-wiedział, pamiętasz? - powtórzył uparcie, spojrzeniem zjeżdżając z tego ciemnego nieba na bok gdzieś, tam gdzie jarzeniówka oświecała atlasową twarz. - I j-ja nie rozumiałem wtedy wcale teg-go, i myślałem, że j-ja bym nie oddał wcale, ale... - urwał znowu: tym razem za mało powietrza. - Ale jednak oddałem, b-bo też jestem oszustem. To straszne ż-żyć z wiedzą, że jestem takim oszustem. - Znowu cisza, oddech gwałtowniejszy nagle.
    Rozmywały się powoli te kosmosy, a Cyan nie chciał z nich wychodzić wcale, okropne to było. Jeszcze chwilę, zostańmy tu jeszcze moment. Dopóki płyną myśli.
     
    imię / nick:cyjanek
    multi:zorka
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 3
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: