Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu


  • Poprzedni temat «» Następny temat




    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-06-04, 18:14


      - XX -

    Nie spodziewała się, że w tak prostu sposób Jeremiah zacznie z niej wyciągać takie informacje. To nie była rozmowa o ulubionej książce czy planach na kolejne wakacje. To było coś głębokiego. Dotykał rejonów, które dostępne były jedynie dla bliskich jej osób a on poruszał się w nich tak swobodnie. Chociaż z drugiej strony Mari starała się nie kłamać, więc skoro zadawał odpowiednie pytania, należała mu się szczera odpowiedź. Trochę irytujący był fakt, że on wie o niej tak wiele a nie działa to w odwrotną stronę. Musiała się sporo nagimnastykować by odpowiedział na zadane przez nią pytanie a nie zbył ją kolejnymi pocałunkami czy prowokacjami. Na szczęście Mari Tillsley była równie uparta. A im więcej wysiłku włoży w zdobycie tego, tym lepiej będzie smakować nagroda.
    - Jakieś dwadzieścia kilometrów za miastem – zaskoczył ją gdy bez wahania zgodził się na jej propozycję. Przynajmniej tak to wyglądało z jej perspektywy, bo po jej słowach zebrał wszystkie papiery do teczki i wstał z miejsca. Nie miała pojęcia, że toczy wewnątrz siebie taką ciężką i z góry przegraną walkę. Gdyby miała postawić pieniądze na to jaką decyzję podejmie, bardziej obstawiałaby, że wymiga się od wspólnej podróży. Czyżby jednak Mari potrafiła zawrócić mu w głowie tak samo jak on jej? To byłoby chyba gwoździem do ich trumny. Zanim wyszli z restauracji brunetka sięgnęła po swoją torebkę i laptopa i krzycząc coś po włosku w stronę kuchni udała się przed lokal, gdzie czekał na nią Jer. Podeszli do jego samochodu, po czym zajęła miejsce pasażera i wystukując w swoim telefonie dokładny adres wstawiła go do uchwytu. – Ustawiłam odpowiednią trasę, gdybym to ja miała Cię nawigować nie dojechalibyśmy tam do wieczora – uśmiechnęła się z rozbawieniem, bo nie dość że orientację w terenie miała fatalną, to za każdym razem za późno informowała o skręcie albo o zjeździe w uliczkę, więc każdy kierowca tylko się na nią denerwował. Wszystko przez to, że miała o wiele ciekawsze rzeczy do roboty, tak jak teraz, gdy z ciekawością obserwowała jego profil, gdy wyjeżdżali z parkingu. Trudno było zapomnieć o liścikach, które dalej znajdowały się w tylnej kieszeni jej spodni, więc jakiś luźniejszy temat może nieco ostudzi jej wyobraźnię.
    - Mam nadzieję, że nie będziesz miał kłopotów przez odwołane spotkanie? – uniosła brew ku górze w pytającym geście. To było ciekawe doświadczenie. Jeremiah musiał skupiać swoje spojrzenie na drodze, zwłaszcza że nie znał drogi, więc musiał też słuchać poleceń nawigacji. A ona? Mogła swobodnie mu się przyglądać w ten charakterystyczny dla siebie, nieco prowokujący sposób. Pogoda w Deep Lakes z dnia na dzień była coraz piękniejsza. Tak jak dzisiejszego dnia, gdy przyjemnie świecące słońce na dłużej przebiło się przez chmury. Nawet przez szybę czuła jego ciepłe promienie na swoich policzkach. – Może masz rację, że nie można zjeść ciastka i mieć ciastka. Ale można je zjeść i kupić kolejne, więc uważam, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Czasami trzeba trochę pokombinować, a reguły gry zawsze można zmienić. – nawiązała po krótkim zastanowieniu do jego wypowiedzi z restauracji. Życie nie jest kolorowe, ale nie jest też takie oczywiste. Nie ma rzeczy białych albo czarnych, pomiędzy tym jest wiele barw i odcieni, że trudno ocenić daną sytuację nie znając wszystkich aspektów. Gdy udało im się wyjechać z miasta bez większych korków, słońce świeciło jeszcze mocniej, więc Mari poprawiła kołnierzyk swojej eleganckiej bluzki a nawet odpięła jeden guzik by poczuć się nieco swobodniej. A może to tylko kolejna prowokacja? Między nimi nic nie było takie pewne. – Wiesz, że jest w Tobie sporo sprzeczności Dohemy? Za cholerę nie mogę Cię rozgryźć.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-06-04, 20:40


    #byćmoże6sprawdzępóźniejztelefonuniechcemisięszukać :lol:

    Jeremiah Dohemy - człowiek w czepku urodzony! Zgadzając się na ten szalony wyjazd zapomniał na śmierć, że przecież w aucie ojca czteroletniego dziecka zwykle znajduje się fotelik dopasowany do tego dziecka i jakieś jego zabawki. Pech (albo szczęście, ciągle nie mógł się zdecydować) chciał, że akurat dzisiejszego ranka przed spotkaniem z agentem zachciało mu się zajechać na myjnię i dokładnie posprzątać samochód, wcześniej opróżniwszy go ze wszystkich zbędnych przedmiotów. To już było za dużo dobrej passy jak na jednego człowieka w tak krótkim czasie! I ciągle nie był pewien czy być za to wdzięczny, czy nie. Jechali akurat w kierunku słońca, dlatego Jeremy sięgnął po okulary przeciwsłoneczne znajdujące się w skrytce w drzwiach od strony kierowcy i wcisnął je na nos. Dwadzieścia kilometrów. Całkiem sporo. Zerknął odruchowo na orientacyjną lokalizację, jaką wrzuciła w telefon i automatycznie zaczął się zastanawiać, gdzie po drodze jest jakieś ustronne miejsce. Skoro już postawił kilka rzeczy na jedną kartę, chciał mieć z niej jakieś wygrane. Nie zapomniał przecież o wszechstronnych zastosowaniach krawata.
    - Żadnych - machnął ręką nieprzejęty problemem Callaghana. W trakcie spaceru z restauracji do samochodu zdążył mu napisać smsa, że musiał pilnie jechać do szkoły w sprawie bójki, w jaką rzekomo wdał się Thomas i żeby agent do tego czasu pozwiedzał trochę miasteczko. A potem wyłączył telefon na głucho, aby nikt im nie przeszkadzał. Jakikolwiek dzwonek w momencie, kiedy był skupiony na jeździe, mógł być przyczyną pytań, których szczerze wolał uniknąć. Bo o wiele łatwiej było wyciągać informacje z niej niż mówić o sobie. I jednocześnie lawirować między prawdą a kłamstwem.
    Podjęty przez kobietę temat z restauracji na moment wybił go z rozmyślań. - Ale kupno kolejnych wiąże się z niewiadomą. Skąd wiesz, że nowa paczka nie będzie miała skazy? Dopóki jej nie otworzysz, to się nie przekonasz. A starą paczkę znasz. Zjedzenie jej równa się z jej porzuceniem i świadomością, że nigdy do tego nie wrócisz. - Nawet jak na niego to było dziwne pseudo-filozoficzne porównanie i zaśmiał się na ten wniosek. - No nie wiem. Zmiana jednej reguły pociąga za sobą zmianę pozostałych. Nowych zasad gry możesz już nie znać tak dobrze, ryzyko przegranej zawsze jest większe. - Grał w gry wideo za gówniarza. Wiedział, że odkrywanie nowej mapy zawsze wiązało się z silniejszymi potworami. Zawsze.
    - O, doprawdy? - kiedy go tak całkiem trafnie podsumowała, rzucił jej krótkie spojrzenie znad okularów, ale szybko skierował wzrok na jezdnię. Cholera, miała przewagę swobody, on musiał skupić się na jeździe. W każdym razie nie zamierzał podejmować tematu swojej własnej osoby. - Popatrz, ja nie mam aż takich problemów z rozgryzieniem ciebie. Ani podgryzaniem. Zagryzaniem. Dogryzaniem. - Prowokacyjnie akcentował i przedłużał każde "d", "z", "g" i "r" w tych słowach. - Nie mam z tobą żadnych problemów, Tillsley. - Nie skłamał. Z nią nie miał problemów. To ona była problemem. Wbrew pozorom to szalenna różnica. - To niebezpieczne z twojej strony wsiadać do auta z kimś tak nieprzewidywalnym. Nikt nie wie, że jesteś ze mną - zaryzykował tym stwierdzeniem, nie miał pojęcia, co rzuciła jeszcze po włosku przed wyjściem, ale jego imię i nazwisko nawet w tym języku chyba brzmiałoby tak samo, prawda? Dla podkreślenia jej nieodpowiedzialności zmienił gwałtownie bieg na wyższy, wcisnął mocniej pedał gazu, na co silnik samochodu zawył głośno pod maską i z premedytacją - zamiast skręcić w prawo za wskazówką lokalizacji - sunął szosą przed siebie nie zbaczając z głównej trasy.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-06-04, 21:29


    Wszystko działało ostatnio na jego korzyść a niczego nieświadoma Mari brnęła w relację od samego początku opartą na kłamstwie. Ale czy można uznać to za kłamstwo? Może to tylko pominięcie niewygodnych faktów, bo tak naprawdę nigdy nie zapytała go o żonę czy dzieci. Wyszła z założenia, że skoro nie dostrzegła wtedy w kuchni na jego palcu obrączki to nie ma sensu zadawać tak osobistych pytań. Chyba była zbyt ufna wobec ludzi. Sama nie miała żadnych zobowiązań, nikogo nie krzywdziła swoim zachowaniem, nawet jeśli niezobowiązująca zabawa zamieniała się w coś znacznie bardziej skomplikowanego.
    - Jest w tym jakiś sens – zaśmiała się czując się naprawdę zaskakująco komfortowo w jego towarzystwie, nawet kiedy poruszali tak trudne tematy. Jej śmiech był szczery. Melodyjny, pełen radości i swobody. Przy nim naprawdę zapominała o wszystkich problemach, które spadały na jej głowę w zastraszającym tempie. Chwilami czuła się jakby walczyła z jakimś potworem i za każdym razem gdy ścinała jego głowę na tym miejscu pojawiały się dwie nowe. To było straszne uczucie. Bezsilność. Niczego bardziej w świecie nienawidziła, no może poza utratą kontroli – Tylko, że ta nowa paczka może okazać się jeszcze lepsza i jeszcze smaczniejsza. Mogą też powstać nowe smaki czyli więcej możliwości. A jeśli zostaniesz z tymi samymi ciastkami na dłużej mogą się po prostu zepsuć i będziesz musiał je wyrzucić. Wtedy ani nie będziesz miał ciastka, ani go nie zjesz – zerknęła na niego z ciekawością i nie małym rozbawieniem, bo jeśli ktoś trzeci przysłuchiwałby się ich rozmowie uznałby ich za totalnych czubków. Ale może nimi byli? Od jakiegoś czasu oboje w swoim towarzystwie ukazywali samo destrukcyjne zapędy, więc nie można było ich nazwać normalnymi. Jego prowokacje były skuteczne, zresztą jak zawsze, bo na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech, co nie powinno już go dziwić, bo Mari cały czas przy nim się uśmiechała. Wpatrywała się w jego profil, nie dowierzając jednak jego słowom. Nie miał z nią żadnych problemów? Nie raz przecież go zaskakiwała. A może wcale nie? Może właśnie tego wszystkiego od niej oczekiwał? Sama się w tym wszystkim gubiła, więc odgarnęła włosy na jedno ramię, odsłaniając tym samym swój kark.
    - Myślę, że jest kilku świadków, którzy zeznają, że najpierw siedzieliśmy razem przy stoliku, potem razem wyszliśmy a potem wsiadałam do Twojego samochodu. Stałbyś się jednym z głównych podejrzanych a jak już ustaliliśmy… Nudziłbyś się w więzieniu – jeśli chciał z nią tak pogrywać, to nie mogła pozostać mu dłużna. Wiedziała na co go stać. Nikt o zdrowych zmysłach nie wskakuje na dachy by dostać się na balkon kobiety, która i tak wpuściłaby go drzwiami. Dlatego wpatrywała się w niego intensywnie, czując jak prędkość z jaką poruszają się po jezdni rośnie. Nawigacja kilkukrotnie nakazywała skręcić w prawo, ale Jer jej nie posłuchał. – Ominąłeś zjazd… – obejrzała się do tyłu, jednak skręt w odpowiednim kierunku zostawili dawno za sobą. Nie miała pojęcia co kombinuje i już jakiś czas temu odpuściła sobie próbę zrozumienia go. Wpatrywała się teraz w zmieniający się krajobraz przed nimi. Dzikie łąki, pola i góry w oddali. Zostawiali Deep Lakes coraz bardziej za sobą i wcale jej to nie przeszkadzało. Tylko ta cholerna nawigacja cały czas odzywała się by zawrócił, więc Mari sięgnęła po telefon i po prostu go wyłączyła.
    - Pieprzyć to, po prostu się gdzieś zatrzymaj… - nie owijała w bawełnę, zwłaszcza że jej dłoń znalazła się na jego udzie, po którym sunęła w górę zatrzymując się dopiero przy krawacie.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-06-05, 11:58


    Metafora ciastek, która wyszła od zdrady przyjaciela, zaczynała przybierać coraz bardziej absurdalny przebieg, ale w niczym mu to nie przeszkadzało. Już dawno pozbył się resztek jakiegokolwiek sensu w tej relacji, jaki więc problem rozmawiać o takich bredniach? Nie zdążył jednak ustosunkować się do jej słów, bowiem dłoń Mari na jego ciele zdekoncentrowała Jeremiaha na ułamek sekundy. To wystarczyło, żeby wchodząc w zakręt nieco mocniej przekręcić kierownicę w lewo, niemalże prosto na wyjeżdżający z naprzeciwka samochód. Szczęście dalej mu dopisywało, bo w ostatniej chwili odbił kierownicę unikając zderzenia czołowego. Nawet jemu zmroziło to krew w żyłach. Tylko na sekundę, no może dłużej. Ale jednocześnie podniosło stężenie adrenaliny we krwi, która z impetem rozbijała się o swoiste receptory docelowe, podnosząc ciśnienie, przyspieszając akcję serca i oddech, rozszerzając źrenice do granic możliwości. - Kurwa, Tillsley, nikt nie uczył cię, że nie rozprasza się kierowcy w trakcie jazdy?! - krzyknął zaciskając mocniej ręce na kierownicy. Tym razem nie tylko jej dotyk podziałał na niego pobudzająco, a błysk świateł po oczach samochodu jadącego z naprzeciwka. Przez jakiś czas jechali w milczeniu, dopóki nie natrafili wreszcie na skrzyżowanie, dzięki któremu mogli zjechać z głównej trasy. Jeremiah bez słowa zatrzymał samochód na poboczu i - zastygnięty w tej samej pozycji - patrzył przed siebie bez ruchu i myślał. Okej, mógł to wykorzystać idąc za ciosem.
    - Wysiadaj - jego głos brzmiał ostro, ale nie spojrzał na nią nawet przelotnie. Nie musiał jednak patrzeć, żeby być pewnym, że Mari nie opuściła samochodu. - Powiedziałem. Wysiadaj - wycedził przez zaciśnięte zęby. Nie czekając na jej reakcję, odpiął pas i sam opuścił auto. Przechodząc dookoła maski samochodu zdjął okulary, poluzował krawat i rozpiął górny guzik koszuli, bo od przyspieszonego oddechu zaczynał się dusić. Gdy Mari wreszcie wysiadła, zatrzymał się w odległości niecałego kroku. Górował nad nią wzrostem i siłą. Popchnął ją na karoserię, aby nie mogła się ruszyć, jedną dłonią bez problemu zakleszczył oba nadgarstki kobiety w silnym uścisku ponad jej głową, a drugą - na razie delikatnie - owinął wokół jej szyi, palcem zmuszając ją, aby powoli przechyliła głowę w lewo. Przybliżył twarz do jej twarzy. Cały czas patrzył na nią z dzikim, drapieżnym wręcz błyskiem w oczach, które - a i owszem - były czarne od rozszerzonych źrenic. Ale były to oczy szaleńca czy jedynie kolejna prowokacja? - Dalej uważasz, że mimo obecności świadków naszego spotkania w restauracji, można mi ufać? Naiwnie myślisz, że spędziłbym choć jeden dzień w więzieniu jedynie za porwanie kobiety? Możesz mieć znajomych w policji, ale jeśli naprawdę się postaram, nikt mi nic nie udowodni. - Z jego postawy biła dziwna pewność siebie, która nie wynikała jedynie z takiego a nie innego temperamentu. Bardziej… z doświadczenia. Może naprawdę miał na sumieniu poważniejsze przewinienia niż zdrada…? - Nie ma w tobie za grosz instynktu samozachowawczego, Tillsley. Powinnaś wezwać policję już wtedy, w kuchni. Nie karmi się obcych typów ciepłym posiłkiem. - Docisnął ją do drzwi samochodu, ale po kolejnych kilkunastu sekundach w końcu ją puścił i cofnął się o krok. - Oto i twoja zmiana zasad gry, jak się w nich odnajdujesz? - prychnął ze złości, frustracji, a nadmiar energii starał się rozładować przez zaciśnięcie dłoni w pięści.
    Powiedzieć, że miał mętlik w głowie byłoby sporym niedopowiedzeniem. W jego głowie był jeden wielki pierdolnik rozszerzający się coraz bardziej z każdą sekundą. A wyrzut adrenaliny po bliskim spotkaniu z maską drugiego auta tylko pogłębiał ten stan.
    Próba zniechęcenia jej do siebie w restauracji nie przyniosła efektu. Może to skutecznie ją wystraszy. Lepszych pomysłów już nie miał.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-06-05, 12:46


    Przegięła. I zrozumiała to chwilę później, gdy o mały włos a nie roztrzaskaliby się samochodem o ten nadjeżdżający z naprzeciwka. Serce biło jej jak oszalałe, bo nawet oni wystraszyli się nie na żarty. To był ułamek sekundy, jeden nieprzemyślany ruch i oderwanie wzroku od drogi, który spowodowany był jej działaniem omal nie doprowadził do tragedii. Dobrze, że Jeremiah wykazał się refleksem i pomimo, że jechali dalej, w głowie Mari ciągle brzmiał ten przeraźliwy dźwięk klaksonu. Nie odezwała się już ani słowem a tym bardziej na niego nie spojrzała. Nawet nie musiała tego robić by czuć jaki jest wściekły i nabuzowany. A nawet ona nie miała w sobie odwagi by jeszcze bardziej na niego naciskać gdyż było to podobne do droczenia się z rozwścieczonym i niebezpiecznym zwierzęciem. Chyba jednak pozostały w niej ostatnie resztki rozsądku. Domyślała się, że skręcił w boczną drogę nie bez przyczyny. Stres związany z tamtą sytuacją musiał się na nim odbić, więc była pewna, że musi odreagować. Gdy jednak ciszę między nimi przerwały jego słowa, zmarszczyła brwi i jedynie wbiła w niego swoje spojrzenie. Chyba nie miał zamiaru zostawić jej po środku niczego? Nawet nie drgnęła gdy jego ton zabrzmiał tak ostro. Co miała jednak zrobić, gdy Jeremiah sam opuścił samochód? Wiodła za nim swoim spojrzeniem, widząc jak obchodzi pojazd i otwiera jej drzwi. Wysiadła. Chociaż dalej nie była świadoma jak bardzo sprowadziła go do granic wytrzymałości. I byłaby głupia, gdy jej nie wystraszył. Może nawet nie swoimi słowami, bo przy pierwszym spotkaniu w Come a Casa żartowali w podobny sposób. Jego oczy były jednak ciemniejsze, wypełnione wściekłością i buzującą w nim adrenaliną. Głos był równie ostry a uścisk na jej nadgarstkach nigdy nie był jeszcze tak mocny. Dopiero gdy puścił jej ręce, rozmasowała swoje nadgarstki, dalej stojąc przed nim w milczeniu. Już chyba wolałaby, żeby wyrzucił ją z auta i zostawił tutaj samą, szybko odjeżdżając do domu. Byłoby to łatwiejsze i mogłaby go po prostu znienawidzić.
    - Czego Ty się tak naprawdę boisz, że próbujesz mnie odepchnąć? – już wcześniej wspomniała jemu, że nie potrafi go rozgryźć przez jego szybką zmianę nastrojów i sprzeczność w tym co robił. Gdyby nie to, że sam odwiedził ją w mieszkaniu pozwalając by puściły im wszystkie hamulce, pomyślałaby że nawet jej nie lubi. I czy gdyby tak właśnie było na spotkanie ze swoim agentem wybrałby jej restaurację? Musiał być świadomy, że Mari tam będzie, więc to wszystko naprawdę ją przytłaczało. – Chcesz mi udowodnić, że jesteś zły? Wybuchowy i niebezpieczny? Że mógłbyś mnie skrzywdzić gdybyś tylko tego chciał? Tak się składa, że nie wierzę w te wszystkie bzdury i się Ciebie nie boję – no może jeszcze chwilę temu nieco ją przerażał, bo jego złość była tak niespodziewana, chociaż jak najbardziej zrozumiała. Mari świadomie doprowadzała go do wrzenia i musiała mierzyć się z konsekwencjami tego wybuchu. A wystarczyła jedna chwila by przekroczyć tę bezpieczną granicę. Gdy emocje nieco opadały spojrzała wprost w jego oczy, wiedząc że jej nie skrzywdzi. Przecież nie są obcymi ludźmi. Kojarzą się z młodzieńczych lat, znają swoje rodziny. Tutaj chodziło o coś więcej i chciała się dowiedzieć, co to takiego. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek po kilku spotkaniach tak emocjonalnie zaangażuje się w relacje i że będzie miała taki bałagan w głowie.
    - Może i nie mam instynktu samozachowawczego, ale przynajmniej jestem ze sobą szczera i nie próbuję ukrywać tego jaka jestem i czego chce od życia – korzystając z tego, że drzwi samochodu były cały czas otwarte, sięgnęła swoją torebkę i zatrzasnęła je z hukiem. – A Ty oszukujesz wszystkich dookoła, w tym także siebie. Próbujesz udawać takiego zimnego, zdystansowanego drania, który ucieka zaraz po tym jak dostanie to czego chciał. A jednak wciąż wracasz. Tylko jeszcze nie wiem czy chodzi jedynie o dobry seks czy o to, że nie możesz wyrzucić mnie ze swojej głowy. – wzruszyła obojętnie ramionami, bo teraz nie miała nastroju ani do śmiechu ani do żartów. Wyminęła mężczyznę sprawnym ruchem i postanowiła iść dalej pieszo. Dojdzie do głównej drogi i tam złapie jakiegoś stopa. Chociaż patrząc na obuwie, to wysokie szpili nie były najlepsze do takich kilkukilometrowych pieszych wędrówek po polnych drogach. Że też akurat teraz musiała oddać swój samochód do mechanika. Najgorsze było jednak to, że pokonując te kilka kroków zdała sobie sprawę, że w tak krótkim czasie naprawdę polubiła ich spotkania. Polubiła jego.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-06-05, 17:53


    No właśnie - czego się bał? Do tej pory odpychał od siebie wszelkie myśli na ten temat, pozwalając sobie cieszyć się chwilą, jednak bezpośrednio rzucone pytanie zmusiło go do odpowiedzi. Opinii ludzi? Nieee, tą dawno miał w dupie. Reakcji żony? No, pośrednio. Problem był bardziej złożony. Nie mógł mieć ciastka i zjeść ciastka, bo zjedzone ciastka już nie wrócą - jakie to było kurwa prawdziwe. Co zrobiłaby jego żona, gdyby dowiedziała się o jego zdradzie? Po prawie dziesięciu latach małżeństwa nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Mogła zabrać się w cholerę i wyprowadzić na drugi koniec świata. Znając tę cholernicę, był niemalże pewien, że jednak zabrałaby dzieci tylko po to, by zrobić mu na złość. Tego chyba bał się najbardziej. Jak na ironię zatajenie kilku mniej lub bardziej poważnych występków z przeszłości było prostsze niż wyparcie się kochanki na sprawie rozwodowej - bo oczami wyobraźni wybiegał już do tego momentu swojego życia. Nieuniknionego zapewne, nawet jeśli zakończy to tu i teraz, a wszystko wskazywało na to, że taki finał będzie miał miejsce. Nie odpowiedział. Jak na niemożność rozgryzienia go, poradziła sobie z tym całkiem nieźle.
    Na jej słowa zaśmiał się gorzko. Ona była naprawdę niepoprawnie naiwną idiotką! W porównaniu do wiecznie pragmatycznie myślącej żony to była miła odmiana. Wykreował w swojej twórczej karierze wiele postaci kobiecych, ale żadna z nich nawet w opowieści nie była aż tak… głupia, bo właśnie tak Jeremiah nazwałby jej podejście do życia. Dohemy miał wypaczone pojęcie o zasadach moralnych, dlatego gdyby chciał, bez skrupułów zrobiłby jej krzywdę. I nie byłaby pierwszą kobietą potraktowaną przez niego w ten właśnie w ten sposób. Tylko że, do jasnej cholery, była pierwszą której skrzywdzić nie chciał! - To nie książka ani film, skarbie. W prawdziwym świecie tacy właśnie są ludzie - źli, wybuchowi, niebezpieczni. Krzywdzą zupełnie bez powodu, bo mają taki kaprys. Zagłuszają wyrzuty sumienia, biorąc jednocześnie to, co chcą. Tak po prostu, bo mogą.
    A czego on chciał od życia? Odebrał sobie możliwość targowania się z losem o własne zachcianki dziesięć lat temu. Ten jeden jedyny raz, kiedy postanowił być odpowiedzialny i zamiast zmusić dziewczynę do aborcji, ożenił się z nią z poczucia obowiązku, mścił się na nim teraz okrutnie. Pieprzenie o braniu od życia tego, co się chciało, mogła sobie włożyć między bajki - on zwyczajnie w to nie wierzył, usidlony z jednej strony przez odpowiedzialność, a z drugiej przez miłość do swoich dzieci, które przez ten czas były jego jedyną motywacją do trwania w takim stanie, w jakim się znajdował. Przez bite dziewięć lat wmawiał sobie, że jest porządnym obywatelem, chociaż w głębi duszy wiedział, że nim nie jest i nigdy nie był. Powiew świeżości i przygody, jaki tchnęła w niego Mari, był nie do zatrzymania. Pokazała mu, że życie wcale nie musi tak wyglądać. Jak miał sobie na to pozwolić, kiedy na drugiej stronie szali znajdowały się jego dzieci? Chciał jej powiedzieć prawdę. Wyrzucić to, co go tak nurtowało, ale zabrakło mu do tego jaj. Mógł budować wokół siebie otoczkę tajemniczego badassa, ale tak naprawdę był tchórzem i egoistą. I miała rację - oszukiwał sam siebie. Nie da jej tej satysfakcji i zachowa to dla siebie. - No i zobacz, do czego cię to doprowadziło. Wylądowałaś w środku szczerego pola z facetem, o którym wiesz tylko trochę z liceum, a który niechętnie dzieli się informacjami na swój temat. Jesteś z siebie zadowolona? - to był cios poniżej pasa i pożałował tych słów od razu po ich wypowiedzeniu.
    Odeszła. I dobrze. Jeremiah obserwował przez jakiś czas, jak jej obcasy zapadają się w grząskiej ziemi, ale w końcu pokręcił głową odwracając się i ruszył w przeciwnym kierunku. Ucisnął wewnętrzne kąciki oczu spacerując w tę i z powrotem, jakby to mogło go uspokoić. Gówno, nie uspokajanie się. Nie chciał, żeby odchodziła, ale wiedział, że tak właśnie powinno być. Idąc jednak za jej radą, postanowił wziąć coś od życia dla siebie. Zdjął marynarkę i rzucił ją na tylne siedzenie ostentacyjnie trzaskając drzwiami, żeby oddalająca się Carlotta usłyszała ten huk, a potem wsiadł do samochodu i nawrócił na jakiejś zatoczce. Podjechał bliżej Mari, opuścił szybę po stronie pasażera zwalniając koło niej, ale dalej toczył się leniwie nieco szybciej od jej kroków. - Zostawiłaś coś - skinął głową na jej telefon ciągle zamocowany do uchwytu. - Skoro się nie boisz, to wsiadaj. Nie dojdziesz tak daleko. Obiecuję, że tym razem dowiozę cię na miejsce bez żadnych wygłupów. - Zatrzymał auto dając jej szansę na wejście do środka. Obiecywał i zaraz zmieniał zdanie. Nie był godny zaufania, ba, jego humorki zmieniały się jak w kalejdoskopie. Czuł się jak nastoletni gówniarz, co lata wokół niej jak upierdliwa ćma wokół światła, tylko dlatego, że pcha ją tam jakaś niewidzialna siła. - A jak jesteś równie bystra, co odważna, to połączysz sobie sama kropki bez prowadzenia za rączkę.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-06-05, 18:59


    Głupia, głupia, głupia idiotka; tylko to była w stanie powtarzać sobie w myślach gdy tak wściekle maszerowała w stronę głównej drogi. Jeremiah nie znał jej wybuchowego temperamentu i włoskiego uporu, więc mógł się tylko domyślać, że na złość jest w stanie pokonać na pieszo drogę chociażby do samego Deep Lakes. Jego słowa ją dotknęły. Miał czelność odzywać się w taki sposób, podczas gdy sam zachowywał się tak nie na miejscu. Przynajmniej Mari nikogo nie krzywdziła, robiła co chciała bo mogła a on podczas tych ich trzech spotkań nawet nie zająknął się o sobie i swoim życiu. Czy ktoś go tak mocno zranił, że nie ufał ludziom trzymając ich cały czas na dystans? Zachowała się jak skończona kretynka, która poczuła się wyjątkowo na tyle, że pomyślała że będzie w stanie na niego wpłynąć. Straciła głowę. I to dla kogo? Dla faceta, który od początku dawał jej sygnały, że jest palantem? Zacisnęła mocniej pięść i nawet nie obejrzała się, gdy tak głośno trzasnął drzwiami. Szło jej się niewygodnie, zwłaszcza że podłoże było nierówne i grząskie, ale miała w sobie tyle dumy, że nie zamierzała ulegać. Nawet gdy do niej podjechał. Chociaż z drugiej strony może tego właśnie oczekiwała? Że nie pozwoli jej odejść? Że będzie chciał ją zatrzymać nawet jeśli zmusi ją to do okazania kolejny raz słabości. Mari nie potrafiła się długo gniewać, jednak w tym momencie była tak nabuzowana, że nawet się nie zatrzymała. W dodatku gdy wspomniał, że daleko tak nie dojdzie odwróciła się na chwilę i pokazała mu środkowy palec, bo kim on był żeby decydować o jej życiu? Nie dojdzie tak daleko? Tym bardziej chciała udowodnić, że jest lepsza niż mu się wydaje. Carlotta Tillsley na pewno nie była słabą dziewczyną, która potrzebowała męskiego ramienia by poczuć się lepiej. Nie potrzebowała ani jego pomocy, ani podwózki ani w ogóle jego. Chociaż to ostatnie było totalnym kłamstwem, bo chciała go w swoim życiu, chociaż nigdy nie przyzna tego na glos.
    - Telefon możesz zostawić w restauracji, albo wysłać pocztą. Znasz adres – burknęła wiedząc, że chociażby miała iść boso w największej ulewie i podczas burzy z piorunami nie wsiądzie do tego cholernego auta. Oboje igrali ze sobą wystarczająco długo by któreś z nich w końcu wybuchło. A to było przecież jak starcie dwóch żywiołów. – Podczas zaledwie kilku minut obraziłeś mnie kilkukrotnie, więc spadaj Dohemy. Idź znajdź sobie inną naiwną dziewczynę, która będzie podporządkowywać się Twojemu zmiennemu nastrojowi. – jak na osobę, która aktualnie nie chciała mieć z nim nic wspólnego dawała się zaskakująco łatwo wciągnąć w rozmowę. Jechał obok niej powoli i mogła przysiąść, że czuła na sobie jego badawcze spojrzenie, jakby tylko czekał aż zmięknie i pozwoli mu wygrać. Ale nie Mari. Na pewno nie trafił jeszcze na tak upartą i temperamentną włoszkę.
    - Zawsze zachowujesz się jak palant czy masz tak tylko przy mnie? – na chwilę odwróciła głowę w bok by przez kilka sekund skrzyżować ich spojrzenia. Jeremiah jechał tak powoli, że nie musiał przykładać większej uwagi do drogi, przynajmniej teraz nie będzie bliski spowodowania czołowego zderzenia. A Mari naprawdę chciała iść szybciej, ale obcasy co jakiś czas zakopywały się w piasku i chyba naprawdę będzie musiała iść niedługo boso, bo w takim tempie dojście do drogi zajmie jej godzinę. – Ale w sumie w jednym miałeś rację, życie to nie film a ja byłam naiwna myśląc, że w końcu na mojej drodze stanął facet godny uwagi. Na szczęście szybko pokazałeś, że w tej historii to Ty jesteś czarnym charakterem – wywróciła oczami, bo cholera, ale ona i tak miała słabość do niegrzecznych chłopców, którzy brali co chcieli, nie licząc się z opinią innych. A on taki był. Pomimo wielu wad, dalej ją intrygował, bo przecież w innym przypadku nie byłaby taka uparta. W pewnym momencie jednak źle postawiła krok a obcas głębiej wbił się w ziemię. – Kurwa – syknęła czując ból w prawej stopie. Jeszcze tego brakowało by sobie tutaj zwichnęła nogę. I przez kogo? Największego palanta jaki pojawił się w jej życiu.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-06-05, 21:56


    Parsknął śmiechem, kiedy wystawiła mu środkowy palec. Tak, należało mu się. I gesty, i słowa, a to nie zadośćuczyniło nawet części tego, jakim okazał się chamem. W innych okolicznościach zapewne schlebiałoby mu, że wbudził w niej tak silne emocje, ale biorąc pod uwagę sytuację sprzed kilku minut nie było mu aż tak do śmiechu. Teoretycznie powinien być zadowolony, bo przecież dokładnie o to mu chodziło. Załatwił sprawę szybko i w miarę (jak miał nadzieję) bezboleśnie. Ale wcale nie czuł się z tym lepiej. Pogrywał mocno nieuczciwie, bo mając jeszcze jedną paczkę ciastek, otwierał i próbował z lubością kolejną. Oba rodzaje smakowały inaczej, w obu było coś, że chciało się mieć jedno i drugie. Nie dało się, no nie dało. A wybór nie był prosty. Własne życie a oddanie go dzieciom. Cholera, cholera, cholera. Dlaczego, kiedy Carlotta oddalała się od niego, bez wahania decydował się na dzieci, a kiedy miał ją na wyciągnięcie ręki, poddawał się tu i teraz?
    Pilnował się drogi, ale częściej rzucał spojrzenia w jej kierunku, oceniając jej stan. Widział w życiu różne reakcje kobiet na jego zachowanie, poniekąd wiedział, czego się spodziewać. Zwykle jednak płeć przeciwna w końcu poddawała się jego namowom, w przeciwieństwie do tej rozwścieczonej diablicy. Chcąc nie chcąc nie mógł powstrzymać uśmieszku na ustach.
    - Jeśli poczujesz się od tego lepiej, to możesz uznać, że zawsze. Czy to robi w ogóle jakąkolwiek różnicę? - Wzruszył ramionami. Szkopuł tkwił w tym, że tylko ona wpływała na niego aż tak bardzo, iż popadał ze skrajności w skrajność. Nawet nieprzewidywalne w swojej kreatywności dzieciaki nie wyprowadzały go aż tak z równowagi jak ta kobieta. Czego oczywiście nie miał w planach jej mówić.
    - Brawo, księżniczko, wreszcie zrozumiałaś! Po co brnąć w to dalej, skoro można rozczarować się od razu i dać sobie spokój? Nic dobrego by z tego nie wynikło, nawet jeśli zabawa była świetna. Niemniej cieszę się, że oprócz dostarczenia ci odrobiny przyjemności, mogłem nauczyć cię życia. Nawet czarne charaktery czasem do czegoś się przydają. - I po co mu to było? Dlaczego dalej pogrążał się w ironii i cynizmie? Było to łatwiejsze niż wytłumaczenia.
    Kurwa rzucona po niepewnym kroku mogła oznaczać tylko jedno. Auć. Co prawda nigdy nie chodził w butach na obcasach, ale przez wieloletnie obracanie się w towarzystwie kobiet - wiedział, z czym to się wiąże. - No i widzisz? - naprawdę starał się nie brzmieć, jakby tym krótkim pytaniem sugerował “a nie mówiłem?”. Chociaż wewnętrznej satysfakcji nie mógł sobie odmówić. - Wiem, że tymi pazurkami potrafisz siać spustoszenie, ale ślady na plecach łatwiej zakryć niż te na twarzy, a mam wrażenie, że właśnie tak skończyłoby się zbliżenie do ciebie na odległość ręki, więc pozwól, że nie-po-dżentelmeńsku nie otworzę ci drzwi. Masz ostatnią szansę, mała. Wsiadasz albo odjeżdżam. - Przez chwilę stał koło niej, a potem powoli, powoli zaczął ruszać do przodu. Trochę sobie z niej pokpiwał, co przynosiło efekt dalszego obrażenia. Nie zamierzał mimo to zostawiać jej tu w takim stanie. Widząc ten upór, znów się zatrzymał i westchnął. Wiedział, że prędzej czy później doprowadzi do takiego momentu, ale nie był na niego przygotowany.
    Zszedł z tonu. Pochylił się nad fotelem pasażera i pociągnął za wewnętrzną klamkę otwierając jednym pchnięciem drzwi. - Mari, wsiądź - czyżby po raz pierwszy od początku tej dziwnej relacji zwrócił się do niej tak po ludzku, bez żadnego podtekstu czy naigrywania się, a wręcz prosząco, miękko? - Naprawdę, odwiozę cię do domu i znikam z twojego życia. Nie utrudniajmy sobie tego bardziej, niż to konieczne. Proszę… - wydusił w końcu z siebie z oporem. Miał ogromną ochotę wyjść z auta i wsadzić ją do niego siłą, ale wiedział, że w tym momencie jakikolwiek dotyk by go złamał bez reszty. Zwłaszcza, że upewniła go w przekonaniu, że on także nie jest jej tak do końca obojętny. Kpiarskimi tanimi zagrywkami próbował zakryć swoją niepewność. Nienawidził tego uczucia jak niczego innego, a teraz przecież huśtał się nad przepaścią czekając tylko na to, aż któraś z linek przerwie się pod ciężarem jego kłamstw i niedopowiedzeń.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-06-06, 07:31


    Wdawanie się z nim w jakiekolwiek dyskusje było bez sensu, bo im bardziej Jeremiah rozbawiony był całą tą sytuacją tym Mari mocniej się wkurzała. Może i siedział w samochodzie, podążając za nią krok w krok, ale mógł wyczuć jak bojowo jest wobec niego nastawiona. Nie tylko jej spojrzenie wypełnione było wściekłością, ale każdy jej gest czy spięte mięśnie wskazywały, że lepiej się do niej nie zbliżać. Tym razem to ona była niczym rozdrażniony drapieżnik, który rzuci się na swoją ofiarę przy jednym złym kroku. Albo jak uśpiony wulkan, który jest tak blisko erupcji, że lepiej ewakuować okoliczne wioski. Tyle, że on się nie zamykał, dalej pogrążał się w tej ironii, za którą miała ochotę go udusić. Domyślała, że pod głupimi tekstami rodem z liceum próbuje ukryć swoje prawdziwe emocje, ale nie miała zamiaru urządzać mu teraz terapii i sprawiać, że spojrzy na świat nieco łaskawiej. Oceniał wszystkich swoją miara i szczerze mówiąc to Mari miała tego dość. Od zawsze czuła, że ich spojrzenie na świat tak bardzo się od siebie różni, że nie ma szans by się dogadali. A jednak kilka rzeczy ich połączyło i nie chodziło tylko o seks. Gdyby nie to na pewno by teraz nie rozmawiali. Chciała jednak być twarda, pokazać mu że wcale nie potrzebuje podwózki, jednak on cały czas gadał i gadał a ona nie miała nawet ze sobą telefonu by włączyć jakąś muzykę i włożyć słuchawki do uszu. Znając jej upór naprawdę pieszo przeszłaby całą drogę. Gdyby nie noga, która z każdym krokiem bolała ją coraz bardziej. Próbowała sobie nawet nucić pod nosem, byleby tylko ignorować mężczyznę i swoją stopę a zatrzymała się dopiero, gdy zwrócił się do niej imieniem. I to nie pełną jego wersją. Chyba pierwszy raz powiedział do nie Mari, w dodatku jego głos był taki… inny. Wsiadła więc do tego cholernego auta, ale żeby nie myślał, że załatwił sprawę, odwróciła się do niego plecami i obserwowała widok za oknem pasażera. Nie zamierzała się do niego odzywać, co było niesamowicie trudne, bo tyle słów miała teraz na końcu języka. Minuta. Dwie. Trzy. Cisza była tak dobijająca, że zanim wyjechali z tej bocznej drogi Mari wbiła w niego mordercze spojrzenie.
    - Nie wiem dlaczego masz się za lepszego od innych. Myślisz, że naprawdę wszyscy będą skakać tak jak im zagrasz? Jesteś… - palantem, dupkiem, skończonym kretynem z psychopatycznymi zapędami, Chamem, prostakiem, zapatrzonym w siebie egoistą… Dużo epitetów mogłaby tutaj wymieniać, jednak gdy patrzyła w te szarozielone oczy jej złość malała. Wiedziała też, że Jeremy karmi się takimi określeniami, że nie zrobi to nim żadnego wrażenia i prędzej obróci wszystko na swoją korzyść niż poczuje się urażony tymi oskarżeniami. – Po prostu jesteś… Nie mam nawet na Ciebie słów! – jak mogła być tak głupia i pozwolić mu wejść do swojej głowy? Nawet teraz, gdy miała ochotę go zabić, coś podpowiadało jej, że nie tak powinni kończyć swoją znajomość. Jedno było pewne; Jeremiah Dohemy na pewno nie odstraszył jej swoim zachowaniem.
    - Z drugiej strony szkoda mi Ciebie wiesz? Bo możesz mi wiele zarzucić; że jestem głupia, naiwna, że patrzę na świat przez różowe okulary i staram się we wszystkim i wszystkich dostrzec pozytywne strony. Ale przynajmniej nie chowam się za cynicznym uśmiechem i inteligentnym sarkazmem. – był dla niej teraz małym, pogubionym chłopcem, który sam nie do końca wie czego chce od życia. A przecież ono nie polegało na wiecznej zabawie, czasami trzeba było ponosić odpowiedzialność swoich czynów, nawet jeśli niekocenie się im to podobało. Zsunęła z nogi szpilkę, rozmasowując swoją kostkę, która na szczęście nie spuchła, więc było to zwykłe naciągnięcie a nic poważnego. Na całe szczęście. Bo tego było mało by przez niego nabawiła się jakiejś kontuzji. – Boże dlaczego ja mam taką słabość do palantów… - westchnęła pod nosem, przeczesując palcami długie włosy. Dopiero po chwili zrozumiała, że wypowiedziane słowa nie zabrzmiały jedynie w jej głowie, dlatego odwróciła się w jego stronę i ponownie spoglądała w jego profil. – Nie chce jechać do domu. Przynajmniej jeszcze nie teraz – jej spokojny i melodyjny głos ponownie przerwał narastająca między nimi ciszę. Coś się jednak zmieniło. Mari nie była już tak bojowo wobec niego nastawiona a nawet zrobiła się nieco... bezbronna?

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    32

    wiek


    morderstwo to ciekawy motyw literacki

    ZAJĘCIE


    ale w realnym życiu lepiej kochać niż umierać

    UCZUCIA




      
    Jeremiah
       Dohemy

      
    "towers of gold are still too little, these hands could hold the world but it'll never be enough

      

      

      

      

      

      

    2020-06-06, 13:26


    Ten opór i oburzenie miały w sobie jakiś urok. Ale jeśli myślała, że fochem i tupnięciem nóżką cokolwiek osiągnie - była w błędzie. Cierpliwości do obrażonych kobiet Jeremy miał w sobie wystarczająco dużo. Ćwiczył przez ostatnie lata na kapryśnej córce i jej matce. Cisza mu jednak nie przeszkadzała, pozwalała zebrać jako tako myśli, chociaż ich natłok ze wszystkich stron wywoływał jeśli nie ból, to przynajmniej nieprzyjemne pulsowanie w skroniach. Lewą ręką przetarł na szybko twarz i rozmasował skroń. Zerknął krótko na plecy Mari i pokręcił głową. Masz, czego chciałeś, pomyślał. Nie czuł satysfakcji ani za grosz, wręcz przeciwnie. Dopadło go poczucie porażki. Ręka mu drgnęła, żeby pogłaskać kobietę po plecach, w ostatniej chwili jednak się powstrzymał. Dopóki biła od Mari wściekłość, łatwiej było odwieźć ją do domu. Właściwie byłoby jeszcze łatwiej, gdyby naprawdę przestała się odzywać. Niestety - chyba jak każda kobieta - musiała mieć ostatnie słowo w dyskusji. O, myślę, że jednak znalazłabyś kilka. Nie wątpił, że w trakcie tej pauzy przez jej umysł przewinęło się kilka mniej lub bardziej cenzuralnych epitetów. Wywrócił oczami. Tym razem nie zamierzał dać się sprowokować, toteż nie podjął tematu, chociaż i jemu na usta cisnęły się słowa. Po co jednak miałby się usprawiedliwiać? Czyż nie o to mu chodziło, żeby ją do siebie zniechęcić?
    Nie uszło jego uwadze rzucone zdanie o słabości do palantów, które wcale nie pomagało. Kurwa, w którym momencie role się odwróciły? I to on zaczął być manipulowany? Uświadomienie sobie tego było kluczowe, bo dawało przewagę i możliwość powrotu na stare tory. Złudne poczucie kontroli nad sytuacją.
    - A to ja podobno mam zmienne nastroje - mruknął cicho pod nosem, kiedy nagle się uspokoiła. Mógł skręcić w ostatni zjazd przed miastem i jechać dalej długą drogą między lasami i jeziorami, ale mimo iż pomysł kusił, wiedział, że to zła opcja. Przeciąganie spotkania w czasie wiązałoby się z pogłębianiem niepewności, wyrzutów sumienia i kolejnymi ustępstwami wobec Carlotty. A wykorzystanie jej bezbronności, nawet jeśli wzbudzało w nim obrzydzenie do samego siebie, mogło okazać się ostatecznym argumentem w zakończeniu tej znajomości. Zły czy nie zły, nieważne, musiał tylko dobrze to rozegrać.
    - To czego w końcu chcesz? - zapytał prosto, trochę chłodniej niż zamierzał. Palce szczelniej owinęły się wokół kierownicy, a głowę mocno przycisnął do zagłówka. - Że niby wiesz, tak? Sama nic nie wiesz. Nie wsiądę, ale wsiadam. Zostaw mnie, palancie, ale nie chcę jechać do domu - przedrzeźniał jej głos skupiony cały czas na jeździe. To, że nie musiał patrzeć jej teraz w oczy było zbawiennym ułatwieniem. Pomagał też fakt, że - mimo sarkazmu - był na siebie cholernie zły za całą tą akcję, która okazywała się trudniejsza z każdym kolejnym słowem. A to jeszcze nie był koniec jego wywodu, bowiem po głębokim wdechu podjął temat nie dając jej się wtrącić: - Myślisz, że jak nagle zaczniesz zachowywać się inaczej, to coś zmieni i w moim zachowaniu? Nie, bo ja naprawdę nie udaję. Od samego początku uprzedzałem, że nie można mi ufać. To ty sama w swojej ślicznej główce ubzdurałaś sobie, że jestem inny. Niech zgadnę - może jeszcze masz ambicję wyleczenia mnie z tego mojego rzekomego czarnego charakteru, bo pod tą starannie zbudowaną powłoczką na pewno kryje się wrażliwy, odpowiedzialny mężczyzna? - jawnie ironizował, a na koniec zaśmiał się gorzko. Kłamstwa przychodziły mu nadzwyczaj łatwo, ale nie miewał problemów z płynięciem słowami. Naprawdę wiedział, jak ich użyć, aby osiągnąć swój cel. - Nie wymusisz na mnie uzewnętrzniania się takimi tekstami, więc je sobie podaruj. Osiągnąłem to, co chciałem - wsiadłaś do samochodu, odwiozę cię do domu i każde z nas pójdzie w swoją stronę. - Był chujem i kropka. Niech sobie go takiego zapamięta.
    Profilaktycznie - w końcu była równie nieprzewidywalna, co on - zablokował wszystkie drzwi, żeby nie mogła mu wyskoczyć w trakcie jazdy. Przeczuwał, że naprawdę mogła być do tego zdolna. Rzucił kątem oka na stopę Carlotty, ale nie wiedział czy było z nią coś poważnego, czy nie. Cały czas patrząc na szosę sięgnął ręką do skrytki umiejscowionej przy siedzeniu pasażera, nacisnął przycisk i otworzył się wypełniony różnymi ulotkami, paragonami i elementami podręcznej apteczki schowek.
    - Jest tam sprej chłodzący na urazy - rzucił chłodno nie patrząc na nią. Myśl, że jako ojciec - będąc przygotowanym na różne dziecięce wypadki - spisuje się odrobinę lepiej, była marnym pocieszeniem.
     
    imię / nick:A.
    multi:w życiu!
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     





    30

    wiek


    Managerka Come a Casa

    ZAJĘCIE


    Kochać... jak to łatwo powiedzieć

    UCZUCIA




      
    Carlotta Mari
       Tillsley

      
    "A strong woman is one who is able to smile this morning like she wasn't crying last night...

      

      

      

      

      

      

    2020-06-06, 14:28


    Mari nie odezwała się ani słowem, gdy z jego ust płynęły kolejne durne teorie, które nie miały nic wspólnego z prawdą. Nigdy nie chciała go zmieniać, od samego początku go polubiła właśnie za to jak potrafił ją rozbawić i zaintrygować jednocześnie. Przy nim uśmiechała się tak szczerze, że naprawdę mogłaby do takiego stanu rzeczy się przyzwyczaić. Jednak dzisiaj był jeszcze większym palantem niż zazwyczaj a zamiast czerpać radość z tego spotkania chciała znaleźć się jak najdalej od niego. Nie rozumiała dlaczego tak usilnie próbował ją od siebie odepchnąć skoro do tej pory sam zabiegał o ich kolejne, niby przypadkowe, spotkania. To on skakał po dachach by ją odwiedzić. To on zostawiał w jej mieszkaniu kolejne przedmioty by później wykorzystać to jako wymówkę do kolejnych wizyt. To wszystko było jego wina i miał dalej zamiar karmić ją tymi wszystkimi kłamstwami? Tak bardzo starała się kontrolować sytuację, że w jednej chwili wszystko się posypało. Czuła jedynie żal do siebie, że była taką naiwną idiotką, która dała się zwieść temu cwanemu uśmiechowi. Powinna się od niego odciąć, ale czy naprawdę tego chciała?
    Cała droga do domu minęła im w ciszy. Totalnej ciszy przerywanej jedynie przez przejeżdżające obok nich samochody i gwar miasteczka, gdy ponownie znaleźli się w Deep Lakes. I tak będzie musiała pojechać na swoje spotkanie, bo telefonicznie prawie nic nie załatwi. Jednak nie miała teraz do tego głowy, nie kiedy pomimo próby wyrzucenia go ze swoich myśli cały czas analizowała jego zachowanie. Co było totalną głupotą, bo nie potrafiła go rozgryźć i zrozumieć. Było to niemożliwe.
    - Nie próbowałam Cię zmieniać. Ani przez sekundę tego nie robiłam, bo polubiłam Ciebie takiego jakim byłeś… Przynajmniej aż do dzisiaj, gdy chciałeś wyrzucić mnie z samochodu zachowując się jak obrażony gówniarz – ale czy faktycznie podczas dwóch pierwszych spotkań pokazał jej prawdziwego siebie? Może dała się omamić kłamstwami i swojej wyobraźni, która wykreowała w jej głowie inteligentnego, bystrego i pełnego pasji mężczyznę? Dzisiaj jednak był większym palantem niż zazwyczaj, więc co innego miała zrobić? Gdy zatrzymali się pod restauracją wysiadła z samochodu, nie krępując się by ponownie ostentacyjnie trzasnąć drzwiami. Okno od strony pasażera dalej było otwarte, więc nachyliła się by ostatni raz na niego spojrzeć.
    - Uznajmy, że to była ta obiecana przysługa. Nie jesteś mi już nic winien – dziwny smutek bił od jej oczu, które zazwyczaj były roześmiane i zadziorne. Zbyt wiele sobie wyobraziła i teraz ponosiła tego konsekwencje. Upewniła się czy zabrała ze sobą telefon i nie oglądając się za siebie, ruszyła w stronę swojego mieszkania. Z jednej rzeczy tylko kompletnie nie zdawała sobie sprawy; że pod rzuconą na tylne siedzenie marynarką został jej kalendarz.

    zt.

     
    imię / nick:stokrotka
    multi:nie
    poziom mistrza grySTOPIEŃ 2
     


    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: