Witaj na forum
nieznajomy
  • REGULAMIN
  • OGŁOSZENIA
  • DO ADMINISTRACJI
  • REZERWACJE
  • ZAMÓWIENIA
  • NIEOBECNOŚCI
  • ZARAZ WRACAM
  • KTO ZAGRA?
  • ZAJĘTE WIZERUNKI
  • MIEJSCA PRACY
  • DZIELNICE MIESZKALNE
  • SPIS LOKACJI
  • POSZUKIWANIA
  • RODZINY FABULARNE
  • POZIOMY MISTRZA GRY
  • WĄTEK KRYMINALNY
  • pogoda


    Smithers, BC, Canada
    newsy
  • Witamy w Deep Lakes ♥
  • Nowy numer Deep Lakes News już dostępny!
    Przypominamy o możliwości wysłania gorących ploteczek na konto DL NEWS w wiadomości prywatnej!
  • Poszukiwani moderatorzy - więcej informacji w ogłoszeniu

  • Znalezionych wyników: 234
    Deep Lakes Strona Główna
    Autor Wiadomość
      Temat: cyan arsen meyer
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 60
    Wyświetleń: 1168

    PostForum: Telefon   Wysłany: 2020-08-21, 20:19   Temat: cyan arsen meyer
    CYAN
    4
    nie powiem ci bo jak nie uda sie to bedzie wstyd
    aha czemu nie mowilas ze chcesz byc moja zona to bym sie nie staral nawet na tamtej plaszczyznie
    CO CI ZROBIL TEN SMIEC KAPITALISTYCZNY
    ze go bic chcialas??? ja nie mam sily na niego naprawde
      Temat: Makyla
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 221
    Wyświetleń: 3775

    PostForum: Telefon   Wysłany: 2020-08-21, 20:09   Temat: Makyla
    CYAN
    5
    aha mam nadzieje ze poszlas do szpitala zeby opatrzyli?? mialem raz zlamany nadgarstek i dwa tygodnie sie czailem z tym do tej pory mnie palce bola nie poelcam
    tak ym powiedzmy ze impreza zakonczyla sie pozytywnym akcentem w takiej postaci ze moze ktos wazny zwrocil na mnie uwage wreszcie,,,,,,,,,,,,,,,,
    i to nie tylko ty wiec mozesz trzymac kciuki za moj uposledzony romantyzm
    czekaj MARKSIE
    jak to zlamany nadgarstek czy ktos ci cos zrobil mickey to wazne
      Temat: Makyla
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 221
    Wyświetleń: 3775

    PostForum: Telefon   Wysłany: 2020-08-21, 19:04   Temat: Makyla
    [po imprezie nad jeziorem]
    CYAN
    2
    omg mickey!!!! jestes w domu dotarlas cala?
    to ja przepraszam nei powininem tracic cie z oczu ale sam troche odlecialem
      Temat: pieśni czasu ucieczki
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 15
    Wyświetleń: 313

    PostForum: Poza miastem   Wysłany: 2020-08-19, 18:50   Temat: pieśni czasu ucieczki
    Czemu nie umarliśmy?
    Pytanie odbite głucho od obdrapanej ściany zgniłożółtego budynku, od nierównych cementowych płyt, na których zalegali bezsilnie, od cuchnących nieznośnie tuż obok kontenerów, wypełnionych resztkami zbyt tłustych zakąsek i obślinionymi niecierpliwymi ustami papierowymi serwetkami. Do jego uszu dotarło po długich sekundach, uderzyło, spowodowało, że musiał zmarszczyć brwi, przymknąć jeszcze na moment oczy. Czemu? Powtórzył za nim, w myślach, z większą dozą pretensji. Czemu?
    Za każdym razem to samo - zawsze tak blisko, prawie zawsze, od początku tak było, od pierwszego razu. A kiedy o tym myślał, to wydawało mu się takie łatwe: przestać oddychać. Próbował kiedyś przestać oddychać, gdy leżał w łóżku i wszystko go bolało, ale nie dało się przecież, bo organizm się upierał, nie poddawał tak łatwo. Gwałtownie łapany oddech, Cy, ja chcę spać mruczane przez małą Em z łóżka obok. Ona chciała spać, a on chciał przestać oddychać - tamtej nocy oboje nie dostali tego, czego chcieli.
    Byli przyzwyczajeni chyba, bo nie stać nas na to za każdym razem, kiedy jakaś głupia oferta szkolnej wycieczki przechodziła mu przez usta. Nie stać, tak, zapomniał - jakoś, choć klamka od drzwi w łazience pozostawała tak dramatycznie rozklekotana od co najmniej kilku lat. To w porządku, serio. Tak, jasne, że wszyscy byli już w Vancouver, ale tam nie ma nic ciekawego - ci, co byli mówili, że nic ciekawego tam nie ma. Jakieś muzea, nuuuudy - opowiadał Ed, więc Cyan kiwał głową, chociaż nie był nigdy w muzeum. Nudy, na pewno, skoro Ed tak mówi, to musi być prawda. Siedział w pokoju, układał puzzle z którymś z rodzeństwa albo z Jacobem, który przychodził czasem. Było w porządku. Raz pojechali ze szkoły na narty do Yukon, to było w grudniu i mama powiedziała, że w ramach prezentu może wyjąć oszczędności ze skarbonki i zapłacić za wycieczkę. Ale przecież Em też miała urodziny, więc zapłacił dla niej za wycieczkę i pamiętał, że tata wtedy był dumny, kładł mu dłoń na ramieniu, mówił, że zachował się jak mężczyzna.
    I Em pojechała na narty, a on mógł spać sam w pokoju - zjadł całe pudełko tych maminych tabletek na migrenę, nic się nie stało. To było wtedy, kiedy On odchodził z miasteczka, ostatni raz się wtedy widzieli, było mniej przyjemnie i bolało mocniej niż zwykle, a Cyan bał się, co będzie, kiedy On już zniknie, kiedy będzie sam znowu, znowu bez nikogo zupełnie. Bał się tego czekania - bo miał czekać, bo On mówił, że wróci po niego, kiedyś, za parę lat, ale Cyan miał wrażenie, że nie wróci wcale. Wcześniej mówił mu przecież, że jest zły, że to tajemnica wszystko, że nikt wiedzieć nie może dlatego właśnie - bo każdy się dowie, że jesteś zły wtedy, a źli ludzie idą do Piekła, płoną na stosach. Nie chciał iść do piekła wcale ani na stos.
    Co powiedziałby, gdyby go widział teraz? To twoje piekło, Cyan, stąd nie ma już powrotu. Teraz będą już tylko brudne strzykawki i te kontenery pełne śmieci, igła zostająca za długo w żyle, kształtujący się na przedramieniu duży, fioletowy siniak. Ciepło. Teraz ciepło, gorąco, to ten ogień z piekła dociera aż tutaj, ale kiedyś opadnie to wszystko, czas przestanie się tak rozwlekać, ten proszek przestanie działać i znowu będzie zimno, będzie trząsł się, marzł, odrywał przebijający brudną czerwienią rękaw swetra od rany, bo krew ciepła była, krew zawsze była ciepła - też wtedy kiedy wypływała z nosa, żeby opaść na wargę i kiedy spływała po rękach, żeby skapać na poszarzałe, łazienkowe płytki, i kiedy zostawiała przerażające ślady na udach, na obcym ciele, na sztywnym od krochmalenia prześcieradle, naciągniętym na materac na plebanii. Zdarza się - nie powinno się zdarzać, ale nie wiedział o tym wtedy, wtedy zdarzało się, a on przepraszał czasem, kiedy płakał.
    Teraz mógł sobie płakać, bo nie patrzył nikt przecież, chociaż Atlas był obok, chociaż zsunął się z jego uda i ułożył na ziemi całkiem, chociaż widzieć mógł. Widzieć, ale słyszeć nie, bo łzy zsuwały się po policzkach bezgłośnie zupełnie, bo klatka piersiowa unosiła się tak samo płytko i regularnie jak chwilę wcześniej, bo on sam nawet uśmiechał się płytko, i patrzył na te gwiazdy, i zapomnieć już zdążył. O tym, że Atlas pytał, dlaczego nie umarli.
    Czemu nie umarliśmy?
    Nie wiem już, serio, nie mam pojęcia. To aż niemożliwe: żeby pragnąć czegoś tak mocno i tak mocno próbować, i tak stanowczo przekraczać kolejne granice, a to wszystko na nic, bo zawsze znajdzie się jakieś ale, bo znikąd wyrośnie jakaś przeszkoda, bo świat tupnie nogą jak niezadowolone dziecko i powie, że nie. Bez żadnego wyjaśnienia, bez niczego. Nie stać nas. Bez żadnego wyjaśnienia. Dobrze, że boli; ma boleć. Bez słowa sprostowania. Nigdy nikt mu niczego nie tłumaczył, może trzeba było się do tego przyzwyczaić? Tak ma być i koniec. Straszne. Przerażająca była ta myśl: że nie mógł umrzeć po prostu, że fizycznie się nie dało, że będzie męczył się i szwędał bez końca istnienia świata, że nie zabije ich ta nieszczęsna tułaczka do Vancouver - bo to o to chodziło tak naprawdę, prawda? Atlas? Nie będzie żadnego nowego życia na nowych zasadach, to droga trochę jak w Wielkim Marszu Kinga, no nie? Będziemy nią iść i iść, i iść, aż w końcu umrzemy z wyczerpania. Od tych brudnych strzykawek, od obsługiwania tych brudnych ludzi, od brudnych ubrań, brudnej wody. Od brudu swojego całego, będziemy tym brudem oblepieni, będą nas widzieć z daleka - to oni. Jakieś dzieciaki będą kopać nas w żebra w imię zakładu za małą puszkę coli i śmiać się złośliwie, pluć na nas z daleka. Będziemy rzygać dookoła i załatwiać się pod siebie, żeby było cieplej i znośniej, będziemy drżącymi rękami dzielić działki na równe połówki, tak z założenia, choć i tak będziemy oszukiwać - siebie nawzajem będziemy oszukiwać, wiesz? Kurwa, to takie straszne, boję się tego tak cholernie, Atlas.
    A co z mamą? Moją i twoją też? Co z mamami naszymi, co z nimi? Straszne, przerażające, co, jeśli się dowiedzą kiedyś, jeśli nas jeszcze kiedyś zobaczą i dostrzegą wreszcie, jacy jesteśmy brudni okrutnie, jak bardzo nieporadni, jak beznadziejni skrajnie? Poradzą sobie, tak, one sobie poradzą, na pewno, bo nasze mamy są takie dzielne, wiesz? Może razem będą siedzieć, może przytulać się będą jak wtedy, kiedy twój ojciec zginął w kopalni. Może w kuchni będą siedzieć, kawę parzyć, płakać i obejmować tak szczelnie, jak ja bym cię chciał teraz obejmować, ale nie mam siły na to, przepraszam. Może pochowają puste trumny razem, oni zaginęli. Może nie rozpoznają nas, kiedy w kostnicy ktoś będzie odkrywał przed nimi nasze zapadnięte ciała. To nie mój syn, mój syn był piękny kiedyś. Nie był piękny, ale był ładnym chłopcem, którego skórę obcy faceci lubili ściskać za mocno, do czerwoności. To mama piękna była, tak naprawdę - miała dobre serce i często milczała, uśmiechała się często, i miała na dłoniach tak dużo odcisków, i Cyan liczył je, jak był mały, i tata jeszcze pozwalał jej brać go na kolana. Opowiadała najlepsze bajki i zmieniała ich treść za każdym razem, tak trochę tylko, odrobinę - kolor obrusu na stoliczku, co się nakrył i ilość sypialni, jaką miał wymarzony dom rybaka, który złowił złotą rybkę, a oni mieli za zadanie znaleźć te różnice, więc Cyan nie wiedział do tej pory, jak było w oryginale. Wiedział, że ręka mamy była ciepła i jej pocałunki w czoło też - ciepłe i mokre, potem musiał ocierać twarz wierzchem dłoni, a ona uśmiechała się tak przyjemnie. A jak był chory, to przynosiła mu do łóżka ciepłe mleko z jakimiś magicznymi składnikami, takie tłuste bardzo, okropnie, nie wypiłby go teraz. Albo wypiłby, może właśnie by je wypił. Zwymiotowałby potem, to na pewno, ale wypiłby je, bo smakowało jak dom - ten sam, z którego uciekł tak szybko, do którego wracać nie chciał wcale.
    Miał chyba wrażenie, że ten dom uciekł gdzieś, że tam został tylko budynek taki, w dodatku nieocieplony i w zimę zawsze było tak przeraźliwie mroźnie. Kiedyś otulał się grubymi kołdrami i było dobrze, normalnie było, ale teraz, gdy tam przychodził, to nikt mu tej kołdry nie chciał podać, to wszyscy ją chowali przed nim, bo powinien sobie radzić przecież. Ale on sobie nie radził i nie radził sobie przeraźliwie, strasznie sobie nie radził, i ostatnio o tym myślał bardzo często. Nie radzę sobie, wcale sobie nie radzę. Ale nikt nie widział, że sobie nie radzi, a on nie miał dokąd pójść nie radząc sobie, więc szedł do Elijahy, więc całował, więc palce rozpinały guziki koszuli, bo to pomoże. Pomagało, kiedy był mały, bo przychodził wtedy i całował, i dostawał to wszystko, czego było mu trzeba - i mógł mówić o sobie wszystko, i opowiadać, co działo się w domu, i co działo się w szkole, i co z Edem robili na placu zabaw, i o wszystkim mógł mówić, i On kiwał głową, i kładł mu rękę na ramieniu albo obejmował, bo pozwalał na kolanach swoich siedzieć, a w domu nie wolno mu już było tak robić, bo był za duży. Tu nie był za duży, tylko duży wystarczająco - żeby sprawy zrozumieć, żeby sekretów dochować, żeby być tutaj, teraz, wyjątkowym, żeby być, żeby walczyć z tym złem, które go zjadało.
    Ale Elijah był za dobry na to, Elijah z tym złem nie wytrzymywał wcale, niszczyło go to zło, nie dawał rady i czekać też nie dawał rady. Bo był zbyt wielkoduszny, bo dużo miał do oddania i chciał oddać, ale chciał też, żeby ktoś docenił, i Oscar doceniał faktycznie. Bo Eli nie chciał tylko seksu. Jakieś łzy gęstsze, jedna po drugiej chyba, załaskotały w policzek i w podbródek, ale nie bolało przecież. To ten organizm jak zawsze się sprzeciwiał, wrogiem był jak zwykle. Eli czegoś więcej chciał, a Cyan nie umiał dać mu więcej - a on chciał więcej niż seksu, nie chciał seksu, jego nie chciał. Może chciał seksu z kimś, z kim można było zbudować coś więcej, ale to nie był Cyan, bo pewnie nawet w jebanym Deep Lakes jest ktoś dużo lepszy dla mnie. Bo to nie jesteś ty. I był, był naprawdę, cholera, tak blisko był, a Eli tyle czasu zmarnował na niego, na Cyana zmarnował, niepotrzebnie zupełnie, trzeba było od razu szukać dalej, wyśmiać go trzeba było, trzeba było go nie całować wcale wtedy w nocy, w tym parku, przy tym placu zabaw. I lepiej by było, zdrowiej by było, szczęśliwy byłby wtedy już, nie marnowałby się, nie oddawałby mu tych wszystkich rzeczy niepotrzebnie. Oscarowi by dawał i Oscar dawałby jemu, i dobrze by było. Oscar docenia.
    - H-hej, Atlas? - chciał sprawdzić, a przynajmniej tak to brzmiało. Jesteś tu jeszcze, Atlas? Jeśli tu jesteś, to czemu czuję się tak bardzo sam, jakbym w takiej pustce pływał i wszystko wraca do mnie, a ja to biorę, i to nie boli wcale teraz, na razie, ale zaboli potem, tak? Nie chcę, żeby potem zabolało, Atlas, obronić mnie musisz ten ostatni raz. - Kochał-łeś kiedyś kogoś tak b-bardzo, że… - urwał, powietrza nagle za dużo, za dużo tlenu uderzyło w głowę; dziwne uczucie, łaskoczące jakby. - T-tak bardzo, że kazałeś mu odejść, ż-żeby go nie ranić więcej? - Podnieść się chciał, do siadu najlepiej, oprzeć plecami o tę zimną ścianę, ale nie mógł. Leżał wciąż i wciąż wlepiał spojrzenie w ten wiszący nad głową nieboskłon. I nagle zrozumiał. Zrozumiał ludzi, którzy mówili, że przestrzeń jest ciężka i wisi tak bardzo niebezpiecznie. - Ja chyba tak. - Głos wciąż wydawał się głuchy, otępiały i nie pasował wcale, i tylko po tym drżeniu słów niektórych wywnioskować było można, że drży też cały podbródek, że pojedyncze łzy płyną dalej, jakoś tak bezmyślnie, jakoś automatycznie. - To j-jak w piątej klasie Jimmy wygrał konkurs… pamiętasz? - ożywiane nagle bardziej, zawisło między nimi na moment. - J-jak Jimmy wygrał, pamiętasz? I oszukiwał, i pow-wiedział potem o tym, i od-dał tę nagrodę, bo… że nie zasłużył na nią pow-wiedział, pamiętasz? - powtórzył uparcie, spojrzeniem zjeżdżając z tego ciemnego nieba na bok gdzieś, tam gdzie jarzeniówka oświecała atlasową twarz. - I j-ja nie rozumiałem wtedy wcale teg-go, i myślałem, że j-ja bym nie oddał wcale, ale... - urwał znowu: tym razem za mało powietrza. - Ale jednak oddałem, b-bo też jestem oszustem. To straszne ż-żyć z wiedzą, że jestem takim oszustem. - Znowu cisza, oddech gwałtowniejszy nagle.
    Rozmywały się powoli te kosmosy, a Cyan nie chciał z nich wychodzić wcale, okropne to było. Jeszcze chwilę, zostańmy tu jeszcze moment. Dopóki płyną myśli.
      Temat: pieśni czasu ucieczki
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 15
    Wyświetleń: 313

    PostForum: Poza miastem   Wysłany: 2020-08-17, 18:21   Temat: pieśni czasu ucieczki
    Cyana to nie obchodziło - czy ślady zostaną.
    Mogą zostać, bo to i tak nie miało znaczenia bo w jakimś jego wąskim postrzeganiu nie było już nic poza tą wyprawą. Dotrą do Vancouver? Może tak, może nie, to bez znaczenia też i tak, bo wtedy inne miejsce jakieś znajdą, dalej jeszcze, gdzie będzie jeszcze więcej nic nie znaczących osób, jak oni całkiem, odnajdą się tam przecież. Gdzieś. Nieważne gdzie przecież, bo i tak już nie pokaże tego nigdy: tego balastu ciężkiego nie pokaże, tych tłustych zgrubień pod skórą i zatopionych żył, ud nie pokaże, i brzucha też, nigdy więcej już. Chyba, że trzeba będzie coś więcej załatwić, chyba że, ale nawet do tego wystarczyły tylko spodnie opuszczone do kolan, nic więcej. To jak nic, nic zupełnie, to nieważne tak mocno, oni nie patrzyli na to, oni o tym nie myśleli, bo on był nieważny dla nich też - bo mogli przymykać oczy na ten oddech płytki, na tę bezsilność, na fakt, że powinien pomyśleć o uprawianiu jakiegoś sportu, na to, że nie był w stanie wspiąć się po schodach, jak grubas najgorszy, najohydniejszy, najpaskudniejszy. Dla nich to nie znaczyło nic, bo to tylko na chwilę, za działkę albo dwie, a może za pieniądze - może tak opłacało się bardziej? Nie wiedział jeszcze, ale to nic, dowie się przecież, na pewno, w Vancouver może, ktoś im powie.
    Zostać mogą, bo kolejne ślady nie robiły już wcale różnicy, bo na drugiej ręce będzie miał dwie, podłużne, zachodzące na siebie blizny i nad nimi prostopadle jeszcze jedna, i na wewnętrznej stronie dłoni kolejną, i cały był w bliznach przecież - w bliznach i w odciskach cudzych łap, w malinkach kiedyś; pamiętał jak cały był w malinkach, i pamiętał też pierwszy raz, kiedy miał malinkę, i nie wiedział, co to, i myślał, że umiera, ale bał się pokazać mamie, żeby nie nakrzyczała. Więc pokazał Jemu i On powiedział, że to jest ślad miłości, dobry znak, ale Cyan nie dowiedział się nigdy, gdzie była ta miłość i czemu tak bolała, i czemu nie mógł przez nią wyjść na dwór do Atlasa i Makyli, i Eda. A on przychodził i tak - po miłość przychodził, bo już wtedy był taki: pusty taki, zachłanny, łakomy, do zła stworzony, bo robisz tyle zła, Cyan, nawet nie wiesz, ile zła robisz… Ale wiedział teraz, teraz widział, bo nawet jeśli wszystko inne pozostawało tak cholernie zamglone, to klarowały się niektóre rzeczy, wyłuszczały, dziurawiły umysł.
    Jak to, że od zawsze był taki w sumie, na pokuszenie mnie wiedziesz, ale nie chciał przecież, tylko nie umiał inaczej, normalniej nie umiał. I wszystko musiał robić nienormalnie, a im bardziej próbował się wpasować i być jak inni, tym gorzej wychodziło, a starał się - chyba nie umiem tak się starać - przecież tak bardzo, jadł oranżadę i zwieszał się z drabinek, i grał w gry na telefonie Eda, ale pilnował się przede wszystkim. Żeby nikogo innego nie zwieść w ten sposób, bo to było złe, wiedział już - to, jak się zachowywał, to co robił, jak działał. Całe złe, złe tylko, do bólu był tym złem przeżarty, tą nieczystością, do łez. Zły chłopiec, nie dobry, Eli, nie miałeś racji wtedy, to Tim miał rację, bo klęczenie u księdza na zakrystii nie nauczyło cię pokory, to prawda była. Dlatego nadal tak źle było, tak ciężko, bo inaczej nie umiał, bo robił ciągle coś, przez co czyjeś ręce zawsze sięgały za mocno, za bardzo, za daleko, zawsze. I nie umiał tego powstrzymać, i nie wiedział, co powinien robić, więc wciskał sobie na nowo ciągle, uparcie, zażarcie, że podoba mu się to przecież, że to lubi, jest w porządku, że może być, że neutralnie jest, że nie tak źle. Bo dało się ograć to wszystko, nawet jeśli było ciężko, bo to jego wina ciągle, bo wygląda jak pedał, dlatego pewnie, bo jest taką ciamajdą nieznośną, bo ty naprawdę niczego nie umiesz zrobić, Cyan. Bo prowokował.
    Teraz też prowokował, zawsze prowokował - różne rzeczy po prostu. Śmierć teraz prowokował, to komiczne, to niepoważne. Prowokował, a ona bawiła się z nim w ciuciubabkę. Zemsta to była za tamten dzień, gdy przewiązał Eliemu oczy koszulą i kazał się gonić - ale kwitły wtedy trawy i rosa łaskotała w kostki, i chyba było pięknie, i dobrze. Teraz łaskotało też, ale to nie rosa, to nadgarstki. Nadgarstki go swędziały znowu, to najgorsze, to okropne. Swędziały, ale w głowie tylko, bo naprawdę była tylko Śmierć, która zasłaniała mu oczy, złap mnie. Ale to nie było proste ją złapać, kurwa, tak długo już gonił, tak mocno, tak bardzo i czuł, że ciało też już chciało, że opadało powoli z sił, że synchronizowało się z umysłem, bo ile można gonić, ile można uciekać? Sam w ciemnym polu, po środku ścierniska, Śmierć trzaskała drzwiami od samochodu, tego codziennego. Więc teraz powinien się uderzyć, wpaść na drzewo, zerwać tę płachtę z oczu, pobiec, dorwać ją, mieć ją już dla siebie, tak niepoważnie rozluźnioną, dumną taką, taką zupełnie bez pokory. Ale nie było uderzenia, a palce nie mogły sięgnąć do zaciskającego się wokół twarzy materiału - nogi miękły, bo nie wiedział, co dalej, bo nie tak miało przecież być. A materiał stawał się grubszy, zsuwał się z oczu na nos i na usta, ale to nic, bo była tylko ciemność, szczere pole, nogi wtapiające się w podłoże. A teraz brak powietrza jeszcze, krótkie ukłucie paniki, reflektory samochodu gdzieś daleko, ich światła rozrywały pustą ciemność. Warkot odpalanego silnika, chciał biec. Chciał, ale nie mógł, nie dało się, ugrzązł, zapadł po kolana. Żółte, samochodowe światła poruszyły się niespokojnie, koła przetoczyły gdzieś zbyt daleko, żeby mógł usłyszeć jak odkleja się od nich błoto. Dusił się i patrzył, i nie mógł się poruszyć, i łzy płynęły po policzkach chyba.
    Śmierć odjechała.
    Oczy otworzyły się szeroko, gwałtownie, urywany oddech uniósł klatkę piersiową. Zagubione spojrzenie, głuche dudnienie w uszach. Nadal tak ciepło, przyjemnie tak i wolno - spowolnione wszystko, ale on nie mógł, czasu nie miał, gonić ją musiał. To sen? Przywidzenie? Halucynacja z wyczerpania? Na nogi musiał spojrzeć, nogi zobaczyć. Leżały wyciągnięte, on cały leżał, ale nie był ubłocony wcale, nie zapadł się w polu, nie utknął. Poruszyć nogą - za ciężkie, niemożliwe. Ale był Atlas, znalazł go. Z policzkiem przyciśniętym do jego uda, z dłonią na jego brzuchu, nie brzydzisz się, Atlas? Leżał i źrenice miał wąski jak szpilki, i otwarte oczy, ale nie ruszał się wcale. Leżał. Ostre światło nad drzwiami prowadzącymi na zaplecze. Cyanowa głowa wsparta jakoś sztucznie o ścianę, bo i tak spłynął, cały spłynął. Zabrudził golf pewnie albo porwał nawet. To nic, mama zszyje. Mama. Zszyje. Co za upiorna myśl, przeraźliwa, ciężka. Nie pasowała tu, do ciężkiej głowy Meyera nie pasowała, odsunąć ją było trzeba - bo nie było już mamy. Powoli wracało wszystko, powoli się składało - sen czy majak, czy to ważne? Wracało wszystko do niego, małymi falami, a potem nagle, gwałtownie i znowu chciało mu się wymiotować. Ale był Atlas a dłoń Cyana spoczywała bezmyślnie jakoś w jego włosach, długo już tak? To dlatego nie mógł sięgnąć, dlatego nie mógł zedrzeć z oczu materiału? Bo miał zajęte ręce? Drugiej dłoni nie mógł podnieść - najpierw w ogóle znaleźć nie mógł, najpierw musiał pomyśleć, że nie było jej już, że zniknęła, że to koniec, ale potem ją dostrzegł. Na bruku, ułożona leniwie, choć nie czuł jej wcale - jak nie jego, jak kawałek ciała odrąbany i położony obok.
    Łuk krzywej blizny ukrytej na co dzień we wnętrzu dłoni, spogladał teraz w niebo: ciemne, gwieździste, w Deep Lakes też było takie niebo, ale w Vancouver pewnie nie. W Vancouver pewnie jest za dużo światła. Cyan pamiętał, kiedy ktoś mu to wytłumaczył - miał dziesięć lat, to było na kółku astronomicznym, bo chodził na takie kółko, bo w tym kosmosie wielkim wszystko się gubiło przecież; przecież on był taki mały i to co się działo było takie małe, i każda rzecz, którą robił, nie znaczyła nic zupełnie. Pusta przestrzeń, ogromna, gdzieś tam ponad nimi, wokół nich i nie poznają nigdy całej, i nie dowiedzą się nigdy niczego więcej, poza jakąś cząstką nieznaczną, poza fragmentem. Nie będzie nic więcej, bo ludzie chcieli nadal być duzi, chcieli być ważni, więc świecili w kosmos swoimi małymi latarniami, zabijali gwiazdy. Te z helu. Świecili i dlatego nie było ich widać, ukrywały się dlatego, nie chciały patrzeć, i nie chciały mówić. Zostawcie nas w spokoju, nasz kosmos zostawcie, trujcie się sami, niszczcie się sami, nie sięgajcie za daleko, za wysoko, za mocno, bo to oddali was jedynie; bo najbliżej kosmosu byli wasi przodkowie tysiące lat temu, bo patrzyli i ufali po prostu, a wy chcecie tylko przejmować, wszczepiać się w ciało, zadawać złe pytania. I Cyan czuł, że wie teraz, że rozumie. Kosmos rozumie cały, cały Kosmos do niego teraz mówi.
    I on wpatrywał się w ten Kosmos, i dziękował, i przepraszał, i powinien płakać też nad tym, że nigdy nie próbuje zrozumieć, i każdy chce mieć tylko, i każdy pyta o złe rzeczy, każdy w zły sposób pyta, i szuka nie tam gdzie trzeba. Powinien, ale szkoda było łez, bo łzy były takie małe, a Kosmos tak ogromny. Nic nie znaczyły oceany wylanych łez w obliczu tego ogromu, który wisiał ciężko i czasem może przygniatał - ale teraz nie. Teraz Cyan spłynął niżej jeszcze, żeby ułożyć głowę płasko na ziemi, żeby móc widzieć lepiej ten kosmos, żeby móc księżyc znaleźć. Nie widział księżyca, ale to nic; księżyc musiał być już zmęczony, ci Rosjanie zaraz wbiją w niego kolejną flagę. Albo Chińczycy, albo Amerykanie.
    Ale musiał przestać patrzeć. Kiedyś, teraz, w tej chwili. Kark wygięty w prawą stronę i znowu był Atlas, a Cyan był nieboskłonem. A jednak ten nieboskłon nadal nie mógł się ruszyć, odrobinę nawet, nie mógł go wyżej przyciągnąć, bliżej, chodź, przytulę cię, nie mógł - bo nie miał siły. Oddychać też nie miał siły przez chwilę, gdy tylko przez głowę przebiegła mu taka myśl, opcja taka. Materiał na oczach, ustach, nosie. Duchota, próżnia w płucach. Chwila tylko, bo był Atlas obok, a on nieświadomie przesunął tę dłoń z włosów na jego ramię. Bezwiednie zupełnie, nie zauważając wcale, nie myśląc o tym, że chwilę temu nie był w stanie się ruszyć. I wargi takie suche były, i zimne, a przecież jemu było ciepło - zupełnie bez sensu. Suche i w buzi miał sucho, i ślinę połykało się dziwnie, nienaturalnie. Powoli kolejne życiowe funkcje, odruchy bezwarunkowe, zaprzątały myśli. Zupełnie, jakby musiał je włączać powoli, uruchamiać kolejno, bo inaczej nic nie działało, wszystko było chwiejne, niebezpieczne. I wpatrywał się cały czas uparcie w Atlasa, w swój Kosmos nowy, i czekał, aż będzie mógł powiedzieć coś, cokolwiek powiedzieć. Słowo albo dwa, albo szereg cały. Jakaś pusta sylaba wyrzucona bezsilnie w powietrze. To blisko, to bardzo blisko, zwilżone językiem wargi.
    - Um-marłem prawie - stwierdził, ale zabrzmiało to pusto jakoś, jakoś nieszczerze zupełnie, a przecież to była prawda, bo Śmierć była tak blisko, już ją miał, już prawie zaciskał palce wokół jej chudej szyi. - Ale jestem - dodał głucho, niezniechęcony tym zimnym tonem, który tak bardzo do niego nie pasował, tą wyblakłością, tym brakiem wyrazu. - Gdzie ty jesteś, At-tlas? - Ze mną? Czy sam? Czy jesteśmy razem jeszcze - teraz, po tym wszystkim? Czy widzisz mnie tak, jak ja widzę ciebie? Czy ciebie też kole w oczy ostry blask zawieszonej nad drzwiami jarzeniówki?
      Temat: pieśni czasu ucieczki
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 15
    Wyświetleń: 313

    PostForum: Poza miastem   Wysłany: 2020-08-17, 11:33   Temat: pieśni czasu ucieczki
    Więc Atlas płakał. Cicho, ale mocno, bo Cyan czuł jak te łzy spływają za kurtkę, przebijają przez golf, parzą skórę. Parzą, bo przez niego płakał, bo powinien go powstrzymać jakoś, za nadgarstek złapać, nie puścić. Albo pójść za nim, bo nie wiedział dalej - czy stało się coś, jak dużo się stało? Bał się tej myśli, że mogło stać się jeszcze gorzej, uciekał przed nią panicznie, choć czuł przecież, że nie powinien uciekać: przyjąć to powinien, po męsku się zachować, dla Atlasa to zrobić, bo Atlas dla nich zrobił już tak dużo przecież cholernie za dużo. Ale to tak trudne było przecież - zaakceptować myśl, że ktoś mógł cierpieć przez niego i to tak cholernie cierpieć, do końca życia cierpieć, i przypominać sobie o tym już zawsze, nawet kiedyś czyjeś kochające dłonie będą prowadzić go łagodnie, bo to zostanie przecież, zostanie wszystko. A teraz przytulał go tak mocno, kiedy Cyan czuł się jak oprawca, jak ten zły, najgorszy ten, ten, który mu to zrobił wszystko, bezpośrednio, którego palce zaciskały się na włosach i na skórze, za mocno. Oprawca, który udaje, że nie jest nim wcale, który uderza, a potem przeprasza, ale to nie miało znaczenia - chociaż przepraszał szczerze, chociaż żałował najbardziej na świecie, chociaż miał ochotę odciąć sobie tę rękę, która wtedy chwyciła za tamtą cukiernicę, która uderzyła jedyną osobę, której na nim zależało kiedykolwiek, która była dla niego dobra i oddana, która kochała go - przynajmniej wtedy kochała, bo przez chwilę na pewno musiała kochać. Przez chwilę, zanim zauważyła, jak straszny był cały, jak okropny, jak zepsuty, jak zużyty: bo mógł udawać, że nie widać wcale, ale przecież było widać wszystko i po roku, i po pięciu, i po dziesięciu, ciągle było widać, bo to nie znika tak po prostu. A z Atlasa - czy z Atlasa zniknie jeszcze? Niech zniknie, proszę. Z niego tylko niech zniknie. Czemu nie dało się cofnąć czasu?
    Atlas płakał, drżąc cały, więc drżeli razem, ale Cyan nie płakał, nie mógł, nie wolno było. Silny musiał być, musiał trzymać go mocno, musiał gładzić po plecach, w dół ściągnąć musiał. W dół. Zawsze w dół tylko, tylko tak potrafił, bo jesteś niestabilny, do cholerny, a przecież z „niestabilnymi”, jak słusznie zauważyłeś, nie da się zbudować nic ponad półtora porannego wzwodu - wracało to wszystko chyba, wracało za mocno, za szybko. Głowa uderzająca o ścianę, dłonie Elijahy dociskające go do muru, ostre słowa Madison. Upokorzenie. To chore, że myślał o tym teraz, teraz właśnie, zamykając Atlasa w tak silnym uścisku, najsilniejszym, na jaki był w stanie się zdobyć. Może to o wstyd chodziło, wstyd. Mi też jest wstyd, Atlas, strasznie wstyd, cholernie wstyd. Opowiadał mu historię chyba - tym uściskiem, tymi dłońmi sunącymi po plecach, tym ciężkim oddechem, wszystko mu opowiadał. Pewnie nikt ci nie powiedział, że można się zarazić obciągając dilerom w klubowych kiblach. Nikt, Elijah, naprawdę nikt, bo nikogo to nie obchodzi tak naprawdę. I to przez te wyrzuty sumienia jesteś u rudego stulejarza co noc na kolanach? Dobry z ciebie chłopiec, uczą tego w szkółkach niedzielnych? Źle znowu, bardzo źle, niedobrze bardzo, wymiotować musiał, ale nie mógł. Musiał trzymać Atlasa, nie puszczać Atlasa, bo tylko Atlasa miał teraz - tylko i , aż chyba, na pewno aż, bo to dużo było, bo zawsze był sam w takich momentach, w takich złych momentach, w najgorszych. A nie chciał teraz samotności. Dla siebie, ale dla Atlasa przede wszystkim, choć czy to nie łączyło się ze sobą w najprostszy ze sposobów? Bo Atlas był jak on teraz, bo Atlas płakał i trząsł się, i czuł się wykorzystany, na pewno, i odtrącał tę myśl, bo była nieznośna. Jak on był, więc Cyan chciał być dla niego tym, czego on sam nie miał nigdy. Bo nikt go nigdy nie przytulił przecież i nie pogłaskał po włosach, i nie powiedział nic - bo to nie były słowa: dobry chłopiec, beznadziejnie, jeszcze raz, połóż się teraz, to dostaniesz tamte puzzle, to nie były słowa w ogóle, nie istniały wcale, nie było ich - więc nie powiedział nic nikt. Nigdy. I każdy wierzył w najprostsze kłamstwa, w banały, i nikt nie dociekał, i nikogo to nie obchodziło tak naprawdę. Bo widzieli może, wszyscy już widzieli, widzieli, że nie ma sensu drążyć, pytać nie ma sensu, bo już i tak był stracony. Zmarnowany.
    Nie chcę. Wiem, że nie chcesz, Atlas, wiem, nie będziesz musiał, nie stanie ci się nic, ja cię obronię, uratuję cię przed tym, nic… nikt cię nie skrzywdzi już nigdy, nigdy, obiecuję, ochronię cię, nie pozwolę, obiecuję. Będziesz mieć dobre życie i ładny dom, dużo zwierząt, pracę dobrą, dobrą osobę do kochania, która będzie cię kochać też, której powiesz o tym wszystkim, bo ufać będziesz i nie zawiedziesz się, bo zostanie ta osoba, będzie o ciebie dbać, opiekować się tobą będzie, przytulać w nocy i przynosić śniadanie do łóżka, za wcześnie podnosić rolety, kiedy będziesz jeszcze spał. I na początku będzie trudno, na pewno, ciężko będzie, będą ci się śniły koszmary, będziesz się zrywał w środku nocy, panikować będziesz, ale to nic, bo będziesz mieć kogoś, kto cię przytuli, kto powie, że jest dobrze, że ty jesteś dobry, bo jesteś, kurwa, naprawdę. I to może brzmieć teraz głupio, i nienaturalnie, ale zapomnisz kiedyś, któregoś dnia wstaniesz, i już nie będziesz pamiętał o tym wszystkim: o tym wyjeździe, o narkotykach, o tym, co stało się w łazience, o mnie. Nie będziesz, bo będziesz szczęśliwy, naprawdę, obiecuję ci to. Ktoś ci to całe zło jeszcze wynagrodzi.
    Nie fentanyl. Szloch, musiało zaboleć go serce. Atlas, boże. Przepraszam, tak cholernie przepraszam. Za to, że nie wiem, co powiedzieć, co zrobić mogę, co powinienem zrobić, czego potrzebujesz, co mogę ci dać; że nie mogę cię przytulać dalej, okryć kocem, herbaty przynieść, pogłaskać, opowiedzieć coś do snu, zostać tak z tobą; że zamiast tego tylko biorę od ciebie ten proszek brązowy i oddaję ci łyżeczkę, i udaję, że nie widzę - muszę udawać, bo inaczej się rozpadnę znowu, też się rozpadnę, a nie zniesiesz tego, rady nie damy, wiesz? Dla ciebie muszę być, tym silnym być muszę, a ty możesz tak powoli, na spokojnie, bez pośpiechu. Tylko tę łyżkę trzymaj, ja nasypię… trochę, więcej? Ile mam nasypać, Atlas, nie mam pojęcia, pierwszy raz to robię, pierwszy raz coś sypię na łyżkę, ogień podkładam pierwszy raz. Ale to nic, dam radę, damy radę. Na oko, po prostu, boże, na oko.
    Brzydki kolor, całe brzydkie - nie podobało mu się wcale, rzygać mu się chciało na myśl o tym, że miał sobie to wstrzyknąć naprawdę, tak po prostu, do krwi centralnie, tą brudną igłą, strzykawką brudną. I udawał, że nie widzi tego skrzepu tam w środku, w strzykawce, że mu się słabo nie robi wcale, że obrzydzenia nie czuje, nieważne, ohyda, nieważne, czym się staliśmy, Atlas? To nic, to nie ważne, sam chciałeś, Cyan, sam chciał, tak. A teraz czuł się źle, żołądek zrywał się do wymiotów, w głowie kręciło przejmująco, serce waliło jak oszalałe, ciało drżało - z zimna, z ekscytacji? Ekscytacja. Pomimo tego wszystkiego, pomimo tej obrzydliwości okropnej, pomimo ohydztwa, pomimo świadomości tych wszystkich rzeczy paskudnych, które mogły być w tym - ekscytacja, tak niezdrowa, przejmująca tak, bo nie mógł się doczekać przecież, choć udawał, że nie, nie wcale, to nie jest tak silne, nie potrzebuję tak bardzo, mógłbym… nie wziąć mógłbym, gdybym chciał tylko, ale nie chcę. Chcę wziąć, w sensie, to nie może być aż taki syf, tak źle nie może być przecież. A nawet jeśli, to co? Co się stanie, co może się stać najgorszego? Za dużo płynu, za mocne, przekręci się, umrze, zostawi go tu Atlas - przy tym śmietniku, przy zajeździe tym i dobrze bardzo, choć ta pani za baru będzie wściekła, że znowu te pierdolone ćpuny zrobiły jej problem. To nic tak naprawdę, bo skoro go nie będzie, to nie będzie go to obchodzić już. Może go nie znajdą nigdy, nie miał dokumentu żadnego, niczego nie miał, rodzina nie zauważy nawet, nikt się nie zgłosi, nikt go nie zidentyfikuje. Jako John Doe zostanie pochowany i dobrze, tak już będzie, nowe imię, nazwisko nowe, przynajmniej koniec byłby sensowny.
    Ale teraz nie było końca jeszcze, bo teraz palce Atlasowych dłoni podciągały rękaw jego golfa, kurtki rękaw, odsłaniały przedramię - dobrze, że prawe, całe szczęście, że prawe, bo lewe nadal całe było z krwi, bo skrzep przywarł już do materiału golfa, a Cyan wiedział o tym, bo przecież odrywał go ciągle, bo to pieczenie spijał, bo pomagało jakoś. Ale teraz coś innego miało pomóc. Tu. Atlasowy palec naznaczył miejsce na ciele, więc Meyer wbił spojrzenie w poszarzałą skórę i spanikował na moment, na moment oddychać przestał, bo nie widział tych żył w ogóle, bo zapadły się już tak mocno, bo ukryły - pod fałdami tłuszczu się ukryły, a jemu nagle zrobiło się tak źle, tak głupio, bo Kahan musiał patrzeć na to i dziwić się też musiał: jak można być tak spasionym, żeby zalać tłuszczem wszystkie żyły? Nieważne, nieważne, znajdzie przecież, przecież znajdzie.
    Przez chwilę jeszcze wbijał spojrzenie w ten brązowy płyn, pluskający w strzykawce, kiedy ręka drżała tak mocno i kątem oka na Atlasa też zerkał, bo wiedział przecież - bo nie mogli razem, jednocześnie, teraz nie mogli, teraz ktoś musiał być pierwszy, a drugi musiał podgrzewać na nowo, na nowo pociągać za tłoczek, wszystko na nowo, powoli tak. Zawsze wszystko razem, jednocześnie, a teraz nie, teraz inaczej, teraz po kolei trzeba było, jedno za drugim i to było straszne w jakimś sensie. I ekscytujące. Ale chwila, jeszcze chwila, moment jeszcze, co mogło pójść nie tak? Wszystko. Ja nie wiem, Atlas, pojęcia nie mam, jak to zrobić, jak się wkłuć, czy wszystko naraz wstrzyknąć? Czy połowę i poczekać, i resztę potem? Nie wiem, Atlas, naprawdę, a co, jeśli umrę? Co wtedy, co zrobisz, dasz sobie radę beze mnie, teraz, w tej chwili? Dasz?
    Da, oczywiście, że da, jasne, że da. Bo Atlas był silny, bardzo silny i tej myśli Cyan musiał się trzymać uparcie, z tą myślą wpatrywać się w ten płyn brązowy, oswoić go jakoś próbować. Bez sensu, powinien nie patrzeć, tylko wstrzyknąć po prostu, wcale nie patrzeć, nie myśleć o tym, bo przez to źle mu było, bo podle się czuł, jak szmata najgorsza, jak wrak człowieka. A jednak trzymał wciąż tę strzykawkę, igłą do góry, ze spierzchniętymi ustami.
    Chwilę, chwilę tylko, Atlas, potrzymaj, chwilę tylko, tylko chwilę, bo może nie mogę okryć cię kocem i zrobić herbaty, może nie, ale mogę tyle innych rzeczy zrobić, więc potrzymaj to chwilę, nie patrz na to, jakie jest obrzydliwe, potrzymaj, poczekaj. Wszystko to mówił mu uparcie w myślach, z tym wszystkim wgryzał się w niego spojrzeniem, z tym pouczeniem zsuwał z ramion kurtkę, w golfie zostając, podciągał rękaw mocniej trochę, sięgał do plecaka drżącą ręką, szarpał za suwak, wyciągnął wreszcie. Tę marchewkę pierdoloną. Drżał, mocniej drżał teraz, ale to nic, bo przecież zaraz się skończy - nie wiedział czy na pewno wszystko, ale przynajmniej część rzeczy, zimna nie będzie, bólu nie będzie, a to prawie jak śmierć, prawie równie dobrze. Tyle tylko ci mogę dać, Atlas, nie mam więcej, tyle mam tylko. Na klęczki się przeniósł, ostrożnie, drżąc nadal, a potem rozłożył tę kurtkę i ułożył na jego ramionach, na Atlasa ramionach, i okrył go szczelnie, tak myślał o tym, jak kocem, jak kołdrą, prawie równie dobrze, chciałbym lepiej, ale nie umiem lepiej, nie umiem bardziej, tylko tyle mam. Nie oddychał prawie wcale - tak mu się wydawało, w głowie kręciło się tak potwornie, okropnie, ale to nic przecież. Dłoń już wciskała tę nieszczęsną marchewkę pomiędzy palce tej wolnej, atlasowej ręki, bo herbaty nie mam ani ciastek, ani śniadania, niczego nie mam, tylko to mam, kurwa, ale ty musisz dbać o siebie, musisz pilnować, musisz zjeść śniadanie. I wpatrywał się w niego przez chwilę, w ten tragikomiczny obrazek - w Atlasa z czerwonymi od łez policzkami, z brudnymi włosami, z pełną strzykawką w jednej ręce i marchewką w drugiej, okryty jakiś beznadziejnym kawałkiem szmaty, wciąż zakrwawionym na jednym z rękawów, w jego oczy duże, w równą twarz. I chociaż już byli tak blisko, on musiał przysunąć się bliżej jeszcze, ich uda się stykać musiały, te ohydne uda, które miał ochotę odciąć sobie nożyczkami, nożykiem, piłą może i atlasowe, szczupłe i znane przecież, to było tak ważne, udawaj, że ci dobrze, Atlas, że ci ciepło, że w łóżku jesteś, że masz jedzenie i kubek herbaty, że zaopiekowany jesteś, że dajesz radę. I nie myślał nad tym długo chyba, to był odruch - twarz zbliżająca się do twarzy, ciepły oddech na ustach, przymknięte powieki, pozostawienie na wargach śladu krótkiego, lękliwego pocałunku. Bo nie boję się, nie brzydzę, bo piękny jesteś, wspaniały jesteś, cudowny, Atlas, nie wolno ci inaczej myśleć, bo kocham cię bardzo, bo nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić już nigdy, bo dla ciebie tu jestem teraz, dla ciebie tylko i chcę, żeby dobrze było: teraz, zaraz, kiedyś, jak najszybciej, i wiem, że poradzisz sobie, radę dasz, tak? A to wszystko jest tylko tymczasowe, będzie dom, pamiętasz? Dom, łóżko, osoba - zapomnisz, o tym wszystkim zapomnisz.
    I dłoń musiała wreszcie odebrać od niego tę strzykawkę, za długo być może splatając się z atlasowymi palcami, a to wszystko kiedy odsuwał się powoli, nie za bardzo, trochę tylko, kiedy wracał z klęczek do siadu, kiedy drżąc szukał tego miejsce, które mu Atlas pokazał. Mrużył oczy, bo w zimnym świetle lamp zawieszonych nad tylnym wyjściem zajazdu ta szara skóra wydawała się jaskrawa, piekła w źrenice. A może to nie światło, może to łzy. Ale musiał, potrzebował i Atlas też potrzebował, i nie mógł być taki egoistyczny przecież, nie mógł się guzdrać, nie mógł tak? Urywany oddech, igła wprowadzona drżącą ręką pod skórę. Pociągnął za tłoczek, ale nie było żadnej krwi tam w środku, tylko ten płyn jasnobrązowy, tylko jakieś paprochy w nim pływające, odruch wymiotny. Dobrze, nie tutaj, ale obok gdzieś przecież, gdzieś musi być na pewno. Zacisnął pięść, to jak pobieranie krwi przecież, przecież nie mogło inaczej być. Zaciskał palce i zęby też zaciskał, odruchowo chyba, i był już spięty, i zestresowany, bo ręka drżała jeszcze mocniej, kiedy znowu się wkuwał, znowu ciągnął. Nic, kurwa, nic. Jeszcze raz, już na oślep całkiem, uda się przecież, musi się udać.
    Udało się. Gardło związało się ciasno. Krew była taka ciemna, tak abstrakcyjnie wyglądała, kiedy mieszała się z tym paskudnym płynem, strasznie, okropnie. Drżący oddech, kciuk napierający na tłoczek. Najpierw powoli, z oporem, z niepewnością, ale potem szybciej - szybciej, mocniej, już za sobą chcę to mieć, niech już działa tylko. Do zera, co teraz? Krótkie ukłucie paniki, ułamek sekundy, spojrzenie szukające atlasowego wzroku. Bojęsiębojęsiębojętakbardzo. Jakiś marny strzęp chwili, ale nie zdążył nawet powiedzieć nic, nawet oddechu wziąć, nawet wyciągnąć tej strzykawki z żyły, bo nagle wszystko tak strasznie
    zwol
    ni
    ło
    głowa taka ciężka, blisko ściana, oprzeć się, nie - opaść po prostu, opaść, takie obce, rozchylone wargi, gdzie był Atlas? Nieważne, bo myśli huczały za mocno, niepotrzebne były myśli. Umierał może - może tak, ale czy to źle, tak w gruncie rzeczy? Jakieś kaszlnięcie puste - zaśmiać się chciał, nie - nie zaśmiać, wyrzucić coś z siebie, napięcie to całe wyrzucić, ten lęk, wszystko. Bo to nie miało już znaczenia nagle - ta strzykawka brudna, ten brudny proszek, nieważne, skoro on nagle był taki znikomy, mały taki, skoro wtapiał się w ziemię, skoro zatapiał w niej, skoro nie bolało już nic, skoro uśmiechać się chciał, ale siły nie miał, nie miał władzy wcale - coś innego miało władzę, ale nie wiedział co? Jakiś gwałtowny zryw żołądka, głowa sama szarpnęła na bok - zwymiotować musiał, więc wymiotował, choć nie miał czym przecież, choć na języku pozostawał kwaśny posmak żółci, chwilę tylko, tylko chwilę, ale to nieważne, bo głowa znowu oparła się o ten mur taki zimny, ale to nic, bez znaczenia to, bo jemu było ciepło przecież, bo cały był ciepły. I nie wiedział, gdzie jest Atlas, ale to nic, znajdzie go jeszcze, jeszcze się znajdą, ale na razie było tak ciepło, tak dobrze, zatrzaśnięte powieki.
      Temat: #2
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 9
    Wyświetleń: 145

    PostForum: #006   Wysłany: 2020-08-16, 17:50   Temat: #2
    Ale twój organizm jest.
    Nie, wcale nie, Jacob. Nie jest, przyzwyczaił się już przecież, przyzwyczailiśmy się, jest dobrze, kurwa. Co to za różnica zresztą, tak w sumie - to jednak nie ma znaczenia, tak postanowił, nie ma, bo organizm zawsze robił mu pod górkę, bo komplikować wszystko, jego ciało oszukiwało go przecież tak często, to niedorzeczne. Głód był dobry - kiedy był głodny to spalał, wyobrażał sobie, jak te warstwy tłuszczu znikają, wsiąkają się, opuszczają go i jest dobrze, lepiej, coraz lepiej ciągle. Czuł się dobrze dzięki temu - a może mniej źle po prostu, bo głód już chyba dawno przestał być wrogiem, Cyan wszedł z nim w układ, trzymał się go kurczowo, ale to była tylko ich rzecz, ich tajemnica tylko. Nie mówiło się o tym, zaprzeczało się temu, kręciło się głową z przyjaznym uśmiechem, grzebało w talerzu tak długo, aż druga osoba straciła czujność, wpychało się jedzenie do kieszeni, rzucało psu albo kotu pod stół, przetrzymywało w policzkach i wypluwało do sedesu albo śmietnika. Ale nie przyznawało przecież. Nigdy.
    Nawet, jeśli udawanie przed Jacobem nie miało sensu, bo Jacob wiedział, zawsze wiedział. I o tym też wiedział, choć nie mówili o tym. Nie na głos. To nic, milczenie było dobre, na milczeniu zbudowali całą swoją relację. Na lęku przed powiedzeniem za dużo chyba też. Cyan nie chciał mówić za dużo, to było nie fair, głupie to było. O demonach za dużo, o tym, że potrzebujesz pomocy, Jacob. Każdy to mówił, nikt nie rozumiał, więc Cyan czasem podsuwał sugestie jedynie, nieśmiało, zamknięte w jakichś zmetaforyzowanych słowach, ale przecież dla samego Clementsa z pewnością w pełni zrozumiałe i czytelne. I tak miało być - zagmatwanie, a jednocześnie tak prozaicznie przecież, tak jasno, spokojnie, razem dla siebie, ze sobą - tak, ale bez wadzenia sobie nawzajem, bez wchodzenia w drogę sobie, ty rób swoje, a ja będę robić swoje dalej, Jacob, maluj te demony, mów o nich, opowiadaj mi te wszystkie niestworzone rzeczy, a ja będę słuchać, kiwać głową, dopytywać i dopiero potem wątpić - zawsze sam, bez ciebie, nie do ciebie. Taki był układ przecież, tak?
    Za chudy. Za słaby. Wzdrygnął się, musiał opuścić ten pędzel, wbić spojrzenie gdzieś w podłogę, przygryźć wewnętrzną stronę policzka, poczekać. Czemu to robisz, Jake, czemu uruchamiasz te myśli wszystkie, naprawdę, wiesz przecież, co jest grane, kurwa mać. Miał ochotę przez chwilę krzyknąć na niego, powiedzieć mu całą masę paskudnych rzeczy - to twoje demony, twoja to wina, to przez nie jestem spasiony taki, widzisz? Przez nie nie mogę jeść normalnie, bo za każdym razem, kiedy jem, to jestem śmierci bliżej, rozumiesz? Wyobraź to sobie w tych swoich wizjach piekielnych, to zrozumiesz może, Jake, bo masz pierdoloną schizofrenię, tysiąc razy gorszą niż moja siostra, tysiąc razy bardziej złożoną, a ja mam już dość tego, dość męczenia się, dość słuchania ciebie, przestań gadać mądrzyć się przestań, przestań się unosić swoją bezsensowną wiedzą, swoim snobizmem przestań się unosić, przestań...
    - Przestań, Jake - uciął więc po prostu, przez dłuższy czas zbierając się, żeby wyartykułować tylko te dwa słowa: krótko, węzłowato. - Cicho już bądź. - Malujmy po prostu, po to tu przyszedłem, tak? Niech ten makaron stygnie dalej na stole, nie obchodzi mi tu, chociaż śmierdzi okropnie, tak okropnie, że robi mi się niedobrze. Zaraz do cholery upadniesz. Nie wcale - trzymał pion przecież, całkiem solidnie nawet, teraz tylko drżał znowu: ze wzburzenia tym razem, nie z nerwów, nie ze stresu. Bo Jake go prowokował, tak? Tak to brzmiało, wyglądało to tak, więc musiał w końcu odłożyć ten pędzel, rzucić stygnącej potrawie zniechęcone spojrzenie, a potem wbić jeszcze na moment wzrok w tył jacobowej głowy.
    - Idę. Makaron se zjedz - burknął z wyrzutem, zanim zaczął pospiesznie kierować się do wyjścia. Chwyciwszy za klamkę, zawahał się jeszcze przez chwilę. Chciał powiedzieć, że Eliemu nie spodobają się te demony, na pewno nie. W końcu jednak zrezygnował - nie miał już chęci i siły na wdawanie się z nim w dyskusję. Musiał wrócić do domu, kota nakarmić i królika też zresztą. Posprzątać może. Tak, na pewno.
    Trzaśnięcie drzwiami i wżerający się w pamięć swąd makaronu.


      Temat: pieśni czasu ucieczki
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 15
    Wyświetleń: 313

    PostForum: Poza miastem   Wysłany: 2020-08-16, 13:47   Temat: pieśni czasu ucieczki
    Tak łatwo było brnąć coraz dalej, głębiej, mocniej i to zupełnie bezrefleksyjnie, bez momentu zawahania, bez chwili zwątpienia. Bo kiedyś to w sumie znaczyło jeszcze coś - cokolwiek - jak bardzo można było wychylić się za tą wyznaczoną naturalnie granicę, jak mocno można było zaryzykować, zaimprowizować jak mocno. Ale potem kolejne granice robiły się już sztuczne, już ruchome bardzo, bo przypadkowy seks w klubowych łazienkach był spoko, ale obciąganie w zamian za dragi już nie, a potem obciąganie w zamian za dragi było już spoko, ale walenie w żyłę nie, a teraz walenie w żyłę było spoko też - co nie było spoko?
    - Tak - skłamał więc, ale przecież Atlas wiedział dobrze, że skłamał. To nic, to odruch taki tylko, bo słowa w gruncie rzeczy nie znaczyły niczego, prawda? Ale ja naprawdę cię kocham, Cyan, kurwa...naprawdę. Wcale nie, bo teraz był Oswald - Oscar - który doceniał i nie bał się łapać go za rękę, i nie mówił mu, że stara się za bardzo, i w ogóle nie mówił złych rzeczy, na pewno. To tylko Cyan robił, Cyan tylko wyrzucał z siebie tyle niepotrzebnych słów, gestów tyle. Uderzył go Cyan - najgorszą rzecz zrobił, najohydniejszą, najstraszniejszą i nie mógł pozbyć się tego z głowy, i nagle to, że Eli wyszedł wtedy, że zostawił go samego z tamtą dziewczyną, że zabrał medalik, wszystko zabrał, że pozwolił Madison wbijać mu pod skórę kolejne szpilki, nie było tak okrutne nagle. Rozumiał to chyba, chyba tak. Odchodzisz, kiedy ktoś cię krzywdzi - ludzie tak robią, prawda? Chyba, że jesteś słaby, wtedy zostajesz. Jak on. On zostawał nawet kiedy zarzekał się, że odchodzi, bo przecież wciąż przychodził do mieszkania pod szóstką i wciąż szukał tam czegoś, czego nie powinien, na co nie zasługiwał.
    Dziwne, inne - to nic, Atlas, poradzimy sobie z tym, ze wszystkim sobie poradzimy, może być dziwne i inne, i wszystko może być przecież. Szybciej, taniej, to najważniejsze teraz i Cyan nie czuł nawet obrzydzenia na myśl o tym, bo czy miał prawo jeszcze brzydzić się czymkolwiek? Jeśli chcesz. Obojętność w głosie Kahana sprawiła, że poczuł, że należy ukrywać tę desperację, która przecież wyprowadzała się sama na spacer, przebijała przez te krótkie zdania, rozbudowane myśli. Im dłużej myślał o tym, że może być szybciej, inaczej, taniej, mocniej - przede wszystkim mocniej - tym bardziej chciał, tym mniejsze znaczenie miały komplikacje ewentualne, tym mniejsze znaczenie miało wszystko w ogóle, bo już było mu tak niedobrze i już pociągał nosem, zimno było - już nie było czasu, on nie chciał mieć gorzej, już nigdy nie chciał mieć gorzej. Co mogło się stać najwyżej? Nic, tak naprawdę, nic, czego by mogli żałować, bo nawet przekręcenie się na tym jebanie podjeździe wydawało się atrakcyjniejsze niż czekanie do Jesmond, tułaczka przez ten las na trzeźwo, plastikowe takie wszystko, ból coraz mocniejszy, bo przecież te tabletki tylko rozdrażniły to tam w środku, co domagało się więcej, mocniej, bardziej, kurwa. I im dalej zachodziły te myśli, tym energiczniej kiwał głową - kiwał głową ciągle, kiedy Atlas mówił, że jeśli chcesz i kiedy mówił, że za długo. Za długo, ile można żreć te jebane piksy? One na pewno miały kalorie, Cyan czuł, że przytył przez te dwa dni, ciężki się czuł, rozdęty, musiał się zważyć - nie mieli wagi, stresowało go to, niepokoiło. Potrzebują czegoś, tak, uspokoić się potrzebowali.
    Więc poszukam kogoś. Przed wejściem poczekaj, jakby coś nie tak było, choć i tak nie zrobisz niczego przecież - ale żebym sam nie był, bo zawsze jestem sam i nikt nie może wiedzieć, i to jest najcięższe, najgorsze. I najbezpieczniejsze jednocześnie, paradoksalnie - bo to przecież żałosne, najbardziej, najmocniej, przyznać się do tego wszystkiego, do tego syfu całego, obrzydliwe. Ale ty wiesz przecież, Atlas, bo może nie mówimy o tym i może udajemy, że wcale nie, ale ty widzisz to wszystko; to widać. Brud widać, zużycie jakieś, widać to wszystko i na myśl o tym chce ci się wymiotować, ale i tak trzymasz mnie za rękę, bo dobry jesteś, kurwa, kolejna dobra osoba, kolejna do pociągnięcia w dół, na samo dno.
    Dlaczego więc to robisz, Atlas, kurwa - poczekaj, ale nie chciał czekać wcale. Moja kolej. Słabo mu się zrobiło, słowa utknęły w gardle, więc wpatrywał się w jego twarz po prostu i nie wiedział, co zrobić, nic nie wiedział. Powstrzymać go chciał jakoś chyba, uczepić się jego ramienia, nie pozwolić, nie rób tego, Atlas, żałować będziesz, nie wpuścić tam, pójść za nim, jak przyjaciel się zachować, jak brat - tak należało przecież, ale Cyan był tak żałośnie bezradny teraz, teraz słaby, tak bardzo nieporadny i oddychało się tak ciężko, w głowie się kręciło, mroczki przed oczami.
    - Nienienie, Atlas, nie, umówiliśmy, ale to… o hajs chodziło, tak? O hajs tylko, to nie ma znaczenia już, Atlas - jakoś panicznie starał się odciągnąć go od tego, ale głos drżał przecież tak niepewnie, cicho tak, za mało zdesperowanie, za mało pewnie, za mało pewne było spojrzenie - przerażone tylko, bo nie chciał tego dla niego przecież, dla nikogo tego nie chciał, a dla niego… dla niego najmocniej chyba, nie chciał wcale, Atlas, to takie bez sensu, ja pierdolę, nie musisz, nie powinieneś, nie możesz, rozumiesz? W swoim zaślepieniu całkowitym nie wysilił się nawet, żeby go uspokoić w jakiś sposób, ani trochę, ani odrobinę, bo na ten moment bał się po prostu, o niego się bał - co, jeśli coś mu się stanie, jeśli ktoś mu coś zrobi, jeśli podejdzie do kogoś, do kogo nie powinien, jeśli go oszuka ktoś i zostawi tak: to było najgorsze, prawda? Co, jeśli ktoś mu zrobi tak właśnie i to będzie wtedy Cyana wina, tylko i wyłącznie, niczyja inna, bo nie zaprotestował wystarczająco mocno, bo nie postawił się, bo nie odciągnął go od tego, a powinien przecież, bo to był Atlas i Atlas nie mógł. Po prostu.
    Uważaj. Uważaj ty, Atlas, ty uważaj, bo nie powinieneś, kurwa, nie możesz, nie wolno ci. Ściśnięta dłoń, długie spojrzenie - ostatnia szansa chyba. Ostatnia, ale on miał wielką gulę w gardle, oddychać nie mógł, a co dopiero mówić, więc patrzył tylko i nie wiedział co, kurwa, pojęcia nie miał, więc ścisnął tę atlasową rękę mocniej jeszcze, jakby wierząc w to, że to go zatrzyma naprawdę, że zostanie, że Cyan mu wyjaśni na spokojnie: nie możesz, Atlas, ja pójdę, bo jestem już brudny i tak, i tak już zużyty tak bardzo, tak mocno, ale ty nie, nie musisz robić tego, bo ciebie to złamie, a mi to i tak nie robi już żadnej różnicy. Robiło chyba. Robiło i był tego świadomy, choć wypierał przecież - mocno, stanowczo, ale niewystarczająco najwyraźniej, bo przecież pozwolił mu pójść, oddalić się, zniknąć w środku, z jakimś niemym Atlas zastygłym na ustach jeszcze, z sercem walącym za mocno, z paniką wzbierającą gdzieś w klatce piersiowej.
    Pozwolił mu pójść - naprawdę to zrobił, naprawdę, ja pierdolę i z każdą kolejną sekundą, minutą, godziną, dniem (?) (czas był taki dziwny, taki zachwiany teraz, dłużyło się wszystko, nieznośne) ta świadomośc uderzała mocniej, gwałtowniej, boleśniej bardzo, zaciskała się wokół krtani gęstymi wyrzutami sumienia, ohydnymi myślami, wyobrażeniami tych wszystkich złych rzeczy, które teraz mogły stać się Atlasowi, przez niego tak naprawdę - bo tak naprawdę bał się przecież i tak naprawdę nie miał siły, żeby o to walczyć, bo wiedział przecież, bo wiedział i pamiętał, i nie chciał przede wszystkim, cholernie nie chciał, i musiał być wdzięczny, tak kurewsko wdzięczny, że czuł się paskudnie przez to, strasznie, okropnie, bo nie powinien przecież, nie powinien go tam puszczać, nie powinien… nie powinien niczego, po prostu, powstrzymać go powinien, kurwa, to nienormalne, tragiczne więc. A teraz stał po prostu, tępo podszedłszy bliżej tych drzwi, okien bliżej, zupełnie jakby wierząc w to, że faktycznie będzie w stanie zrobić coś, coś powiedzieć, zareagować, cokolwiek, uratować go może - bo musiał wierzyć, że będzie w stanie go uratować, bo umarłby inaczej, bo nie zniósłby innej myśli. Wszystko bolało bardziej teraz, trząsł się bardziej, dygotał, grupka mężczyzn paląca papierosy wygwizdała go od pedałów chyba, ale to było teraz tak cholernie nieważne - Atlas był ważny, było ważne to, że Cyan nie wiedział, nie mógł wiedzieć, pojęcia nie miał żadnego, co się dzieje z nim, czy wszystko w porządku, czy okej wszystko? Mógł wrócić, mógł wrócić przecież i Cyan powinien powiedzieć mu to, dlaczego mu tego nie powiedział? Wrócić mógł, nic by się nie stało przecież, w każdej chwili, byłoby dobrze, wszystko dobrze, wrócić mógł przecież.
    I wrócił w końcu, a Meyer nie mógł oddychać przez chwilę - stał tylko i wbijał w niego wzrok tak mocno, tak intensywnie, że musiał krzyczeć i krzyczał: jak poszło, wszystko dobrze, jest okej, kocham cię, dziękuję, wszystko dobrze, kocham cię, przepraszam, jak się czujesz, jest dobrze, przepraszam tak bardzo, to nic, to nieważne, chodź do mnie, nie bój się, kocham cię, przepraszam, dziękuję. Ale Atlas nie widział przecież, niczego nie widział, nie słyszał też, bo wbijał uparcie wzrok w ziemię, kiedy podchodził do niego, kiedy chwytał go za rękę znowu i Cyan przez moment nie był w stanie zrobić nic innego, tylko tę rękę ścisnąć mocno, mocno, najmocniej jak tylko był w stanie, przesunąć kciukiem po grzbiecie dłoni. Przytulić go chciał, teraz, w tej chwili, powiedzieć mu te wszystkie ważne rzeczy, które musiał usłyszeć w tym momencie, jak najszybciej, jak najszczerzej, podziękować, przytulić znowu, przeprosić, kurwa, przeprosić już teraz, zaraz, szybko. Ale przecież Kahan już ciągnął go do środka i Cyan myślał czemu, i pytał go o to w myślach tak intensywnie, i głośno, ale nie mógł, kurwa, wciąż nie mógł odezwać się ani słowem, więc wszedł za nim po prostu, więc smród piwa uderzył w nozdrza, zrobiło mu się niedobrze. Mieli coś, nie mieli? Musiał spytać, wiedzieć musiał przecież, nie mógł w ciemno tak. Mieli, nie mieli?
    - Masz? - ciche, nad uchem wyduszone z trudem z tej przyblokowanej krtani, bo widział po nim przecież, że walczy tak bardzo, czuł, że drży, że powstrzymuje płacz z trudem i wiedział, i rozumiał - jak mało kto rozumiał, ale to nie znaczyło przecież wcale, że mieli faktycznie, choć Cyan nie chciał myśleć o tym, że mogło być gorzej, że naprawdę mogło nie udać się, że Atlas zrobił coś nadaremno, bez sensu, bez celu, więc to głupie masz? było teraz potrzebne tak bardzo, tak cholernie, kurwa. Nie musiał mówić nawet, bo Meyer wciąż przecież patrzył na niego uparcie, wciąż ściskał za dłoń, wciąż śledził cienie przemykające przez jego twarz i głupie skinienie - płytkie nawet - w zupełności by wystarczyło, bo musiał tylko wiedzieć czy mieli.
    Mieli. Strzykawek nie mieli. Strzykawki. Jedna wystarczyła.
    Jeszcze moment, Atlas, jeszcze chwila, już, moment i będzie lepiej, obiecuję, ale na razie muszę działać, puścić cię muszę, dla nas to robię, ja pierdolę. I puścił - ostrożnie, powoli wyplątał palce z jego palców, na chwilę położył jeszcze dłoń na jego ramieniu, szukał spojrzenia jeszcze, patrz na mnie, Atlas, dobrze będzie wszystko, naprawdę, ale zaraz zsunął ją ostrożnie i zostawił go tam, pod ścianą, i ruszył przed siebie, do baru ruszył, oglądając się na niego stale, w nerwowym odruchu, żeby móc złapać z nim ewentualny kontakt wzrokowy, kiedy już zdecyduje się podnieść spojrzenie - to ważne, bardzo ważne, Cyan musiał być dla niego, nawet jeśli nie mógł być przy nim teraz, fizycznie tak.
    Nie przysiadał nawet na którymś z wielu wolnych stołków, czasu nie miał na tę całą bajerę, na udawanie. Barmanka była kobietą w średnim wieku, sporych gabarytów swoją drogą, z mocnym makijażem i wysoko upiętymi włosami. Spoglądała na niego przez ułamek sekundy, całkiem zobojętniałym spojrzeniem.
    - Nie sprzedajemy nieletnim.
    - Tylko chciałem łyżeczkę pożyczyć. Do cukru. - Do cukru? Do cukru.
    - Ojciec piwo słodzi? - kąśliwy uśmiech, wiedziała już, ale Cyan nie miał siły na to wcale - oglądał się na Atlasa tylko, pilnował, żeby nikt go nie zaczepiał, żeby nie odzywał się nikt do niego, zostawcie go już, dajcie mu spokój. Kobieta to zauważyła chyba. Że roztrzęsiony był, że spoglądał ciągle na tamtego dzieciaka pod ścianą, że nie miał zamiaru dyskutować z nią, że to, że tamto, wszystko że. I w końcu faktycznie podała mu łyżkę - stołową, nie taką do cukru wcale, a Meyer musiał patrzeć przez chwilę na nią całkiem nieprzytomnie, zanim odebrał ją wreszcie od kobiety. - Posprzątajcie po sobie chociaż, nie będę wycierać waszych rzygów.
    To nieważne, nieważne już, wepchnął łyżkę do kieszeni, nieważne. Teraz ta gorsza część, problematyczna bardziej, strzykawka, kurwa. Gdzieś tu musiała być apteczka, tak? Czy w apteczkach były strzykawki? Może były, kurwa, czemu miałyby być, tak z drugiej strony, bez sensu, Cyan, myśl czasem, trochę, chwilę, raz w życiu. Na razie musiał do Atlasa wrócić, na moment, pokazać mu, że jest, położyć dłoń na ramieniu, że jeszcze moment mruknąć, musiał wymyślić coś, szybko. Skoro był diler, to byli też klienci prawda? Nienienie, nie będziesz pożyczał strzykawki, Cyan, popierdoliło cię, nie będziesz…
    Znalazł ich szybko, dwóch ich było - łatwi do rozpoznania, oczy podkrążone, chudzi, dłudzy, szczupłe palce, źrenice takie wąskie, pewnie już władowali, pewnie tak. Siedzieli z boku, przy stoliku za filarem, z dala od cudzych spojrzeń, od Atlasa z dala, co stresujące było, w gruncie rzeczy.I Meyer musiał poczuć, jak kłuje go coś, jak uwiera, bo kiedy podszedł, to widział już, że oni wiedzieli też, że on tak jak oni… właśnie tak, chociaż nie przecież - chociaż to pierwszy raz dopiero, ale nieważne. Dobry wieczór czy byliby panowie skłonni może na moment użyczyć sprzętu, czy też lepiej jeszcze - oddać jakiś, czysty jakiś może, sterylny taki, nie, żebym panom nie ufał, czy posądzał o coś, ale tak byłoby najlepiej przecież, odpowiedzialnie, poprawnie, tak jak należy przecież, tak?
    - Macie strzykawkę? - tyle tylko i głos jakiś pusty, bo nie będziesz przecież, a jednak robił to, a jednak wpatrywał się w nich uparcie, bez uśmiechu, ale też parcia żadnego, bez perswazji w ogóle, po prostu stał i patrzył z determinacją, i czekał aż ich przećpane głowy zrozumieją, aż dotrze do nich, o co prosił, aż wyśmieją go, odeślą albo pożyczą faktycznie, albo dadzą na zawsze, a najlepiej nic nie powiedzą - wcisną mu w rękę po prostu, bez słowa, bez spojrzenia nawet. Tak się stało prawdę mówiąc, choć jeden z nich złapał go za mocno za ramię, przyciągnął do siebie, za blisko przyciągnął, ale to nic. Cokolwiek, serio, daj tylko tę strzykawkę. Poczuł jego palce na policzku, jak spływały wzdłuż twarzy, jak ściskały skórę, jak o wargi zahaczały, strzykawkę daj tylko, spływały po szyi, pod golf się wsuwały, wyciągały go ze spodni, drapały plecy, trochę w górę, w dół, pod materiał spodni chciały sięgnąć, a Cyan wiedział o tym przecież, ale stał i tak, uparcie całkiem, bo tylko o tę cholerną strzykawkę chodziło ciągle, cały czas, więc on stał nadal, a te palce jednej ręki wbijały się mocno w jego ramię, a drugiej przeciskały się za paskiem, sięgały za daleko, więc on tylko odwracał wzrok, przenosił go na tego drugiego, wyłączonego całkiem, a potem na Atlasa - za daleko, za daleko Atlas. Nieważne. Wyrwać się chciał chyba, odsunąć gwałtownie, ale nie potrafił, bo ten człowiek był silniejszy o dziwo - o dziwo, jak to możliwe, jak to możliwe w ogóle? Więc nie udało mu się, ale mężczyzna przestał nagle, ale wysunął rękę z jego spodni, gwałtownie dosyć, bo ten pasek był przecież zaciśnięty tak mocno, zapięty na dorobione własnoręcznie dziurki. Wysunął rękę i podał mu strzykawkę - tak po prostu, bez słowa, ten drugi musiał ocknąć się chwilę wcześniej i przekazać ją tamtemu, w takim woreczku plastikowym, a on wcisnął zawiniątko w cyanową rękę, tę, której ramię trzymał wciąż tak silnie, że to aż podejrzane, niemożliwe aż. I puścił potem, tak po prostu, tak bez niczego, bez słowa wciąż.
    Więc odwrócił się szybko, choć nieprzytomnie jakoś - na tyle nieprzytomnie, że nawet tej strzykawki nie schował nigdzie, nie upchnął w kieszeni, do plecaka nie wrzucił, nic. Atlas tylko, gdzie jest Atlas? Stał tam dalej, stał przecież, więc trzeba było pochwycić tylko szybko jego rękę, pociągnąć za sobą, na zewnątrz pociągnąć - bo tutaj śmierdziało piwem i było duszno, nieznośnie, niemożliwie, więc tak, pociągnąć go trzeba było za sobą, wytoczyć się na zewnątrz, przejść sprzed głównego wejścia na bok, obok śmietników, no już, i wtedy dopiero wepchnąć tę strzykawkę w kieszeń, żeby wreszcie przytulić go mocno, z całej siły, najmocniej jak potrafił - przytulić, położyć dłoń na tyle jego głowy, wcisnąć w swoje ramię, pozwolić atlasowym włosom łaskotać się po policzkach.
    - Już dobrze, Atlas, już okej. - Nie było okej wcale i widział to po nim, i czuł pod palcami, i wiedział po prostu, po prostu wiedział, więc obejmował go ciągle, więc nie puszczał, choć świadomość tego, że mieli towar i strzykawkę mieli, mieli wszystko w sumie, była tak kusząca, tak świdrująca umysł, nieznośnie. Ale najpierw to, to najpierw, tak? Na ziemię go pociągnął ze sobą - musiał, bo ciężko było ustać, bo drżały nogi, bo to za dużo, wszystkiego za dużo. Pociągnął, opadli ciężko na bruk, ale nie puszczał go nadal, nadal trzymał, przytulał nadal. - Nie bój się, nie musisz się bać, nie musisz. Dziękuję, słyszysz? Słyszysz mnie? Dziękuję, Atlas, dziękuję - powtórzył uparcie, teraz właśnie, bo to ważne było, ważne, kurwa, dlaczego mu pozwolił, to był tak straszne, tak okropne, głupia strzykawka, ręka na pośladku, to już było tak okropne, złe, rzygać mu się chciało, a Atlas… boże, Atlas. - Przepraszam, słyszysz? Przepraszam, przepraszam, przepraszam, już nigdy więcej nie zrobisz tego, dobrze? Obiecuję ci, dobrze? Nigdy już, nigdy - głos drżał w tak okrutnie niepoważny sposób, cały drżał, cali drżeli, powietrze drżało też, oddechy drżały, to nic. Przez dłuższą chwilę znowu miał gulę w gardle, znowu nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa, nabieranie powietrza takie głośne się wydawało, ale słuchał jego tylko, tylko Atlasa słuchał czy oddychał, czy serce biło, czy mówił coś, czy w porządku było? - nie było, kurwa, jak mogło być w porządku? W końcu dłoń z atlasowych pleców zawędrowała do kieszeni, po łyżeczkę na razie, na razie nie chciał na tę strzykawkę patrzeć, myśleć nad tym czy była czysta, czy sterylna, czy w porządku, nienienie, na pewno nie, ale to nic, łyżka na razie tak.
    - Patrz. - Musiał się do tego odsunąć trochę, choć wolna ręka pozostała na atlasowej szyi, zsuwając się drżąca na ramię, kiedy prezentował mu swoją zdobycz. - Strzykawkę też mam, wszystko mam. - Zapalniczka. Była gdzieś, w drugiej kieszeni? Nie, w plecaku pewnie, to nic, wyjmie ją zaraz, zaraz ogarną wszystko. - W-wiesz, co masz tam? - Co kupiłeś, Atlas, wiesz? To nie może być fentanyl, prawda? Czy może jednak? Proszek masz, Atlas? - Nieważne w sumie, daj, ja zrobię... - Daj, ja ogarnę już wszystko, ty siedź tylko, tylko bądź, tylko zostań ze mną, nie bój się tylko. Musiał w końcu puścić go całkiem, choć nie chciał wcale, ale potrzebował zsunąć plecak z ramion, sięgnąć do kieszeni, wydobyć z niej zapalniczkę. Na moment jeszcze ścisnął jego dłoń, na chwilę tylko, bo tak lepiej było jakoś, jakoś bezpieczniej.
    Zrobimy to, załatwimy, lepiej będzie już zaraz, za chwilę. Obiecuję.
      Temat: nasze bloki są zajebiste
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 3
    Wyświetleń: 181

    PostForum: Retrospekcje   Wysłany: 2020-08-15, 21:03   Temat: nasze bloki są zajebiste
    p l a c z a b a w
    wakacje 2012

    chyba mam krew w buzi


    Atlas to był frajer jednak - tak Ed powiedział kiedyś, więc Cyan też uważał tak, jeszcze jak, chociaż uwielbiał Atlasa, wiadomo. Mama, jakby się o tym dowiedziała, to by była zła bardzo i jeszcze może by pani Kahanowej powiedziała, że Dohemy tak mówi brzydko? Ciekawe, Cyan zawsze się bał tego, zwłaszcza, że Ed czasem takie głupoty gadał w szkole na korytarzu, a tam zawsze się znajdzie jakiś podpierdalacz (hihi) o rok młodszy, Jones chyba się nazywał, no nieważne. W ogóle to większości złych rzeczy Eddie go uczył, o czym mama nie miała pojęcia i dobrze! Bo jakby wiedziała, to zaraz by zabroniła im się widywać ze sobą, a przecież Cy Eda lubił i to bardzo, tak bardzo jak Atlasa, który był frajerem podobno. Czy jak kumplujesz się z frajerem, to ty też jesteś frajerem? Meyer nie był pewien w sumie, ale bał się spytać, żeby Ed zaraz nie powiedział czegoś niemiłego jemu też, np. że jest frajerem właśnie albo - co gorsza - nie pozwoli mu grać w Angry Birds na swoim telefonie. A, bo Eddie miał telefon, tak w ogóle, naprawdę, zupełnie czaderski i można na nim było grać w gry, i Cy zawsze się pytał czy popatrzeć może, a Ed pozwalał, bo był dobrym kumplem, a nie jakimś konfidentem.
    Nie wiedział Cyan, co ten konfident znaczy w sumie, ale to nic. Coś złego pewnie, jakiś gej albo coś. Gej to chyba taki wiking, prawda? W tym hełmie taki, wiecie, o co chodzi, tak też czasem przezywali się ich kumple, no i Cyan też tak czasem nazwał kogoś i udawał wtedy, że wie, o co chodzi. Nieważne - przed końcem roku szkolnego Arlette wytłumaczyła wszystkim na majcy, jak facetka poszła po dziennik, co oznacza 69. No śmieszne niby, każdy się śmiał, ale Cyan trochę dalej nie wiedział? Chciał nawet Eda podpytać, o co chodzi, bo on nie rozumie, bo Arlette to ta, co się tak przemądrzać lubi, jak Cy całkiem, tylko że Cy się przemądrzał o normalnych cyferkach, a ona o tych śmiesznych i no Boże, on nie wiedział zupełnie, o czym gadała ona. Czasem gadała tyle, że Cyan myślał o tym, że chciałby, żeby zamknęła się (ten ryj na przykład - tak myślał czasem, ale rzadko, bo uważał, że pani wychowawczyni czyta w myślach im wszystkim i mózgi im pierze na lekcjach), ale potem mówił, że się Bogu spowiada i księdzu mówił, że wie, że zgrzeszył, bo dobrym chłopcem był, tak? Żadnym konfidentem na pewno.
    No ale teraz były wakacje, więc już nieważna była ta matma cała, więc Ed chciał iść grać w różne sporty, a Cyan niezbyt, bo to głupie było, ludzie. Wolałby zostać z Makylą się pobawić w dom, ale to dla bab było, to musiał iść z Edwardem tak czy siak, no bo dziewczyny były głupie, więc Makyla też, chociaż była całkiem spoko, Cyan ją lubił bardzo. No więc poszli z tą nieszczęsną piłką na to boisko pokopać, a Atlas (który był frajerem) gdzieś pojechał albo robił coś, albo coś? Ed sam nie wiedział pewnie, tylko Cyanowi powiedział, że Atlas to frajer i nie wyjdzie pokopać piłki. No więc Meyer mu zazdrościł przez chwilę i się zastanawiał nawet czy to nie jest np. bardziej opłacalne być tym frajerem jednak i nie musieć piłki żadnej kopać, ale w końcu poszli na kompromis z Edwardem, jak tylko okazało się, że Cyan ani kopać nie umie, ani łapać i że psuje grę. Odłożyli więc piłkę na bok gdzieś i poszli usiąść na huśtawki, bo Ed uważał, że on umie się zakręcić na tej belce, a Cy nie wierzył wcale, bo chyba na głowę upadł ten Ed! Tak się nie da!
    Całe szczęście, że pani Meyer dała im po saszetce tej oranżady za kilka centów, to mieli frajdę i zaraz Cyan powiedział, że jak Ed się tak na tej belce zakręci, to on nosem tę całą oranżadę wciągnie jak narkotyki (hihi). No więc zszedł ten Cyan z huśtawki, żeby usadowić się na szczycie zjeżdżalni tuż obok i patrzeć, co ten Dohemy wyczynia niby, i wyjadł tak w sumie już pół tej oranżady, co ją wciągnąć miał, no ale to i tak bez znaczenia, bo nie zakręci się Edward przecież, tak? Tak więc siedział i obserwował normalnie, i Ed miał taką fajną bluzkę z Ben 10, że Cyan zazdrościł aż całkiem, żenada.
    - Ej, Ed, a piłeś już... - rozejrzał się szybko, żeby zaraz zniżyć głos do szeptu - ... piwo? - nie mógł powstrzymać uśmiechu tego łobuzerskiego, bo jemu tata pozwalał piankę spijać z góry i myślał, że jest wyjątkowy i jedyny taki, a Ed to najwyżej piankę z soku jabłkowego spijał sobie, ha! Bo mu na pewno tata nie daje tak. I ta pianka ohydna była, gorzka taka, ale Cy i tak ją spijał, bo wtedy taki dorosły był i już się szykował na opowiadanie swojemu przyjacielowi serdecznemu opowieści o tym, że ta pianka przepyszna jest i ogólnie piwo to on uwielbia, ale wtedy na horyzoncie pojawili się oni.
    Ci śmierdzący licealiści, co palą papierosy.
      Temat: pieśni czasu ucieczki
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 15
    Wyświetleń: 313

    PostForum: Poza miastem   Wysłany: 2020-08-15, 15:34   Temat: pieśni czasu ucieczki
    ii. prześpię się i zapomnę


    Cariboo Highway rozciągała się przed nimi zaskakująco niezbyt szeroką dwupasmówką, prześladując oczy startym asfaltem i wyblakłą farbą. Pierwsze kilometry zrobione wzdłuż pobocza za Prince George rozmywały się już leniwie w pamięci, przypominając w gruncie rzeczy raczej sen niż realne wspomnienie. Tabletki nie działały już tak dobrze jak kiedyś - jak parę dni, tydzień, dwa tygodnie wcześniej - nie działały po prostu i mogli to wypierać, i mogli udawać, że to zjebany towar, że zły setting, że to i tamto, ale prawda wisiała gdzieś w powietrzu, ciężka od kurzu unoszącego się nad jezdnią. A prawda była taka, że nie czuli już wiele; przynajmniej Cyan nie czuł wiele, tyle tylko, że nie bolało go wszystko tak okropnie, że lęk odpływał, choć nie całkowicie przecież, że lekka senność zgarniała go ze sobą, ale nie osuwał się na ziemię nie przez fentanyl, tylko szedł dalej. Nieprzytomnie trochę, trochę bezmyślnie, w jakimś dziwnym otępieniu, ale szedł. Szli. Szli, dopóki ta mierna dawka nie zeszła, nie zaczęło się robić niedobrze znowu.
    Autostop. Bo szli tak wolno przecież, bo to było bez sensu, bo za każdym razem, kiedy mijał ich jakiś samochód, Cyan irytował się, bo mógł się zatrzymać przecież, więc czemu nie, czemu się nie zatrzymał? Głupi ludzie, wszystko głupie, wszystko denerwujące - to przez ten fentanyl? Przez to, że działał tak chujowo? Może Drake go oszukał? Oczywiście, że go oszukał, na pewno go oszukał, to straszne, że ciągle ktoś go oszukiwał, a on się tak starał przecież, tak próbował. Ukradkiem zerknął na Atlasa, żeby sprawdzać, jak ten się trzyma. Mieli jeszcze na dwa wrzuty. Słabe, bo słabe, ale dwa. Lepsze to niż nic, prawda?
    Dwa dni, dwa wrzuty. Tak liczył chyba, tak było najrozsądniej, choć nie wyszło, bo nie wytrzymali; bo świadomość, że mieli na te dwa wrzuty jakoś skradała się ciągle, chodziła za nimi, śledziła, dyszała ciężko w kark zgniłym oddechem. I w ten sposób przeminął dniem za dniem, szeregiem nietrzeźwych godzin (za mało nietrzeźwych), w rytm wolno stawianych na poboczu autostrady kroków, dyktowanych letargiem, otumanieniem, otępieniem spowodowanym zarówno bliskim dostępem do pożądanej substancji, jak i wzrastającej irytacji wobec tego, co musiało być tolerancją, a o czym Cyan nie chciał myśleć, głupie, idiotyczne.
    Środowy poranek zastał ich trzeźwych, ale nieumierających - choć pierwszą noc przeszli uparcie, wytrwale, nad ranem łapiąc się podwózki o marnych piętnaście kilometrów, drugą przespali w przyczepie campingowej jakieś rodziny wesołych i zbyt gadatliwych hippisów, gdzieś przy 150 Mile House. W gruncie rzeczy byli całkiem spoko, usilnie próbowali dzielić się z nimi prowiantem (Cyan uśmiechał się miło i upychał dyskretnie wszystko do plecaka, dla Atlasa, na później, bo kto wie?), a potem jeszcze podzielili się blantem, który podniósł trochę ogólne morale podróżnych. Protoplasta tej samej rodziny, Bob chyba, wcisnął Cyanowi w rękę jakąś przestarzałą mapę, ze słowami, że może się przydać, ale Meyer zaraz oddał ją Atlasowi.
    - Zawsze trzymam do góry nogami - wyjaśnił tylko.
    Z hippisowską rodziną rozstali się kilkanaście kilometrów dalej, na skrzyżowaniu Cariboo Highway 97 z Enterprise Road.
    - Wolimy mniej oczywistą trasę - tłumaczył im Bob, kiedy zbierali się leniwie z tylnego siedzenia, a potem dodał coś jeszcze o destynacji podróży, o drodze przez Dog Creek, wzdłuż Fraser River do Churn Creek, walczyć o coś tam z ochroną bogactwa naturalnego. Nieważne, nie słuchali już - Cyan nie słuchał, uśmiechał się tylko, dziękował jakoś koślawo za podwózkę, ciągnął Atlasa za ramię. A potem spoglądali jeszcze przez jakiś czas za ich minivanem, Kahan czytał mapę, Meyer szedł po prostu, wypalając ostatniego papierosa. Aż nagle olśnienie. Wolimy mniej oczywistą trasę. Tak, tak, tak, to miało sens, Atlas, posłuchaj, mniej oczywista trasa, to jest mądre, inteligentne to jest. Mniej oczywista trasa, rozumiesz? Trasa mniej oczywista.
    Zawracali te kilkadziesiąt metrów, które zdążyli przejść, minąwszy skrzyżowanie. Wracali, przekonani o słuszności swojej myśli, o błyskotliwości, Cyan uwiesił się gdzieś przy atlasowym ramieniu i pchał paluchy na mapę, zupełnie jakby rozumiał, jakby był doświadczony w tych podróżniczych sprawach, jakby wcale nie było tak, że on nadal ledwo pamiętał, że północ jest na górze, a południe na dole. Z zaangażowaniem tłumaczył, że tak, że pójdą wzdłuż Enterprise Road, to ma sens, odbiją potem w lewo na Upper Dog Creek Road, a potem Poison Lake Road i dalej już blisko: Big Bar Road, Jesmond Road i będą na miejscu, rozumiesz, Atlas? Jasne, że tak, mądry jesteś przecież. To bardziej rozsądne, rozumiesz, niż iść cały czas wzdłuż Cariboo Higway, a potem 99-tką do Vancouver, za łatwe, za proste, zbyt przewidywalnie, tamci hippisi rację mieli. A my radę damy jakoś, musimy, na pewno.
    Nieco ponad sto kilometrów, cały dzień i noc drogi, w życiu nie, nienienie, oczywiście, że nie. Jakiś kierowca ciężarówki zgodził się ich podwieźć, więc pojechali, choć Cyan miał przeczucie, że ufanie kierowcom ciężarówek to najgorszy pomysł, na jaki mogli wpaść. Po podwózce o jakieś pół trasy zażyczył sobie loda, i położył nawet łapę na atlasowym kolanie, więc Meyer po prostu otworzył szybko drzwi, pociągnął Kahana za sobą i biegli - jeśli bieganiem nazwać było można fakt, że uciekając kilka metrów w pole, które akurat napatoczyło się przy drodze, na samym końcu majestatycznie wtoczyli się do rowu. Nieważne przecież, tak naprawdę ważne było to tylko, że łysiejącemu facetowi za kierownicą zdecydowanie nie chciało się gonić pary dzieciaków przez jakieś wrzosowisko.
    Wrócili na trasę, gdy już odjechał i zniknął za najbliższym zakrętem, z zamiarem przebycia reszty drogi na piechotę - tak na wszelki wypadek. Popołudnie zaczynało robić się ciężkie, a Cyan wpychał Atlasowi w łapy to jakieś jabłko, to inną marchew odłożoną na czarną godzinę po wizycie w hippisowskiej krainie, marudząc pod nosem na to, że nie mają wody, że daleko i że beznadziejnie - a w marudzeniu akurat Meyer był absolutnie niepokonany. I przerwy tak. Zbyt częste przerwy, ale organizm wysiadał, organizm był w szoku, nie radził sobie organizm. Pół godziny - stój, Atlas. Piętnaście minut spędzone na poboczu, z głową w kolanach. Krwotok z nosa: jeden, drugi, nie miał chusteczek, więc wycierał wszystko w rękaw kurtki i udawał, że jest dobrze. Jest dobrze. Zemdlał tylko raz, na chwilę, na kilkanaście sekund dosłownie. Ktoś zatrzymał się chyba, chciał wezwać karetkę, podwieźć ich chciał - nie trzeba, naprawdę, poradzimy sobie. Dostali butelkę wody, która z nadejściem wieczoru zaczynała się kończyć.
    - Atlas, przerwa. - Znowu. Zajazd jakiś, wieczorna szarówka, głód - oba głody, jeden na drugim, drżące ciało. Skręcili z drogi na usypany żwirem podjazd. Nazwa Jesmond Peak View brzmiała obiecująco, ale migała do nich ze zużytego znaku, wiszącego ciężko nad drzwiami i pobłyskującego kiczowato zielono-niebieską poświatą. Nie chcieli chyba wchodzić do środka, jeszcze nie w każdym razie. Krawężnik gdzieś z boku był lepszą opcją, więc Cyan pozwolił plecakowi zsunąć się z ramion, zanim sam opadł ciężko w jego ślady na ziemię, stękając przy tym cicho. Drżąca dłoń przetarła twarz. Widok na Jesmond Peak nie był wcale tak dobry, jak mogła wskazywać na to nazwa zajazdu - szczyt był gdzieś tam daleko, ledwie dostrzegalny przez światła uliczne, porastające dalszą drogę lasy, wieczorną mgłę i szarówkę.
    Serce znowu biło tak krzywo, tak nierówno, bolały go plecy i brzuch, ale brzuch ciągle bolał. Niedobrze mu było. Poczekał aż Atlas usiądzie obok, oparł podbródek na wspartej łokciem o kolano dłoni, przyglądał się. Oddychało się ciężko i myślało się ciężko też, to już ten moment. Przyglądał się migającemu znad drzwi zajazdu znakowi, a potem wracał spojrzeniem do Atlasa - i znowu tam, i znowu z powrotem. Popierdolone to wszystko było. Złe.
    - Może zostaniemy tu na noc? - zaproponował w końcu, rozciągając sylaby jakoś nienaturalnie, i nie potrafiąc skupić wzroku na atlasowej twarzy. - W łazience. Na przykład. Tam dalej jest las i nie wiem… czy po ciemku tak - urwał. Nie możesz tak… po ciemku. Nie chciał, nie chcieli. Bez sensu, nie było żadnych świateł. Z drugiej strony, do Jesmond zostało już tak niewiele drogi, prawda? Raptem parę godzin, kilkanaście minut, gdyby ktoś zechciał podwieźć ich autem. A w Jesmond ogarną jakiś towar, jakikolwiek w sumie. W Jesmond albo… albo tutaj może? Przed zajazdem stało kilka samochodów, których właściciele wytaczali się co jakiś czas z budynku i wracali z powrotem do środka. I każdy z nich w tym momencie wydawał się Meyerowi tak samo podejrzany, tak samo prawdopodobny do odegrania roli dilera w ich małym, podróżniczym świecie. A jedni bardziej niż inni.
    - Powinniśmy serio zacząć ładować to w żyłę. Na dłużej by starczyło. - Głupia myśl, ale nie kontrolował już za bardzo tego, co mówił, powieki ciążyły jakoś, musiał pociągnąć mocno nosem, objąć się szczelnie ramionami. Zimno było, choć siedział w kurtce przecież, choć na zewnątrz wciąż było prawie dwadzieścia stopni. - Myślisz, że znajdzie się tu ktoś? Z czymś? - kolejne bezmyślnie wyrzucane pytania, mina do złudzenia przypominająca znudzoną, ale nie był znudzony przecież. Zirytowany był. I zdesperowany też trochę. - Nie działa już na mnie tak. Ta tabletka nie działa. Wiesz? - powiedział w końcu - teraz dopiero, beznamiętnie, obojętnie, neutralnym głosem, który ciążył na języku. Nie działa - powiedział to w końcu. To nie trefny towar, to Cyan był trefny po prostu. Chwilowa pauza, oczy wbite w ziemię. Przez chwilę szurał butem po żwirze, ale przestał szybko - irytował tak samego siebie i wszystko bolało bardziej: żołądek, nerki, plecy, a przełyk piekł żywym ogniem, choć nie rzygał dzisiaj przecież. Popierdolone.
    - Poszukam kogoś - zdecydował głucho, samemu sobie obwieszczając to bardziej niż Atlasowi chyba. I poderwał się do góry, ostrożnie i powoli, ale i tak przecież zakręciło mu się w głowie. To nic, bo gotowy był na to, zupełnie. Ciągle kręciło się w głowie, prawda? Odwrócił się od niego ostrożnie. - Poczekasz przed wejściem? Jakby coś… było nie tak? - zachwiał się jeszcze, jeszcze przez chwilę wpatrywał się w jego twarz.
    Nie rób problemów, Atlas.
    Wiesz przecież, co chcę zrobić.
      Temat: #1 blood is thicker than water
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 5
    Wyświetleń: 118

    PostForum: #184   Wysłany: 2020-08-14, 13:11   Temat: #1 blood is thicker than water
    Zegarek - bezsens faktycznie, a na pewno już w tej rodzinie. Na pogrzeb prababci też wszyscy się pospóźniali, naprawdę i ojciec potem gromił ich po kolei spojrzeniem, ale w ostatecznym rozrachunku nie odezwał się ani słowem: przyzwyczajenie to chyba było, tak uważał Cyan. Do wszystkiego w końcu można było się przyzwyczaić, prawda? Ostatnie dni udowodniły mu to chyba i to całkiem dobitnie. Do głodu, do niepewności, do głodu - tego innego rodzaju, do czekania, do wątpienia, do bycia na boku gdzieś - to przez całe życie akurat i ciągle na nowo, i na nowo, bezustannie, zawsze ten drugi, trzeci, czwarty, bo zadzwonisz do niego, kiedy ten pierwszy nie odbierze, tylko wtedy. W szkole czasem był pierwszy. Nawet częściej niż czasem, ale nie lubił o tym myśleć, bo szkoła do bujda, tak w gruncie rzeczy, cyrk na kółkach, gra pozorów, dlatego ją rzucił przecież - ciągle tylko udawanie, wartościowanie na każdym kroku, ciągła rywalizacja i stres, a on nie umiał tak przecież, nie bez przerwy. Nie? Za mocno chyba te wszystkie przymioty pasowały do tego, co robił teraz, uśmiechając się do Em miło, ale chyba niewesoło, wzdrygając się lekko, kiedy dźgnęła go w bok, udając, że wcale nie skrępowała go uwaga o tym, że wygląda coraz gorzej.
    - Pracuję nad tym - uciął krótko. Nie sądził, że było aż tak widać, jak strasznie przybrał ostatnio, to te tabletki, może one jednak miały kalorie? Odruchowo jakoś podwinął nogi do klatki piersiowej, przybierając pozycję podobną do siostrzanej, żeby następnie objąć dłońmi kolana, przyciągnąć je jeszcze mocniej, żeby zabrać jak najmniej miejsca. I żeby zasłonić brzuch, to też. Coraz gorzej. Przeszła mu ochota na tę lemoniadę chyba, a z drugiej strony... woda z cytryną dobrze działała na metabolizm. Po chwili zawahania sięgnął po jeden z papierowych kubeczków, drugą dłonią chwytając dzbanek z lemoniadą. Ciężki. Ręka zatrzęsła się znacznie, chyba odrobina napoju wylała się na koc, ale to nieważne przecież. Nalał do połowy, następnie zerkając na Em. Nie pytając pochwycił drugi kubek, żeby nalać też siostrze, więcej trochę. Odstawił dzbanek i podstawił jej lemoniadę pod nos, żeby następnie chwycić własny kubek w obie dłonie. Ostrożny łyk.
    - Śliczny jest - uśmiechnął się krótko, przyglądając temu, jak kociak podchodzi do Em i pozwala jej się głaskać. Odprowadzał go spojrzeniem, kiedy ten oddalał się pospiesznie, pewnie speszony obecnością obcego. - Nie chcesz go zatrzymać? Mama by się zgodziła - stwierdził bez zawahania, choć nie mógł być tego taki pewny, zwierzę to wydatek przecież, ale jeśli po kimś Em odziedziczyła obycie z futrzakami, to właśnie po Deborah, co do tego nie było wątpliwości. - Chciałem wziąć Barry'ego, bo dawno nie wychodził z mieszkania, a wiesz, że mu odbija jak nie może się poszlajać, to straszna łajza - zaczął ostrożnie, śledząc jeszcze spojrzeniem cień znikającego między krzewami kociaka. - Ale zasnął w zlewie. Nie chciałem go budzić. - Kolejny krótki uśmiech, bo ta ruda mamałyga zawsze wybierała sobie ekscentryczne miejsca do ucinania drzemek. Raz Cyan prawie wyprał go w pralce - Barry zaczął dobijać się do wyjścia w ostatnią chwilę, przed włączeniem automatu.
    Musiał się uśmiechnąć - szeroko i szczerze tym razem - kiedy Em zaczęła opowiadać o swoim pozyskaniu Manifestu i roli, jaką ten ważny dla nich obojga utwór odgrywał w domu Meyerów. To nic, że wiedział, że oprócz siostry nikt nawet palcem nie tknąłby niczego, co wyszło spod paluchów Marksa, to nic zupełnie. Dla dobra publicznego. Cyan pomyślał, że Em wyrasta na lepszą komunistkę niż on kiedykolwiek będzie, bo ostatnio zgubił gdzieś zapał, wiarę zgubił. W Marksa, w siebie, w rewolucję. Jak miał robić rewolucję, kiedy ledwo był w stanie zwlec się z łóżka, żeby zrobić parę przysiadów? Jeszcze będzie dobrze. Eli tak mówił, a Meyer naprawdę chciał mu wierzyć, ale nie potrafił chyba, nie teraz, jeszcze nie. Za pięć kilo może będzie dobrze. A jak nie, to za dziesięć. Za piętnaście może - nie wiedział, zobaczy. Będzie widział przecież, tak? Na razie było źle, więc na razie Clements się nie odzywał i na razie nie chciał go widzieć, ale to nic przecież, przecież on też nie chciał się widzieć, ale już niedługo, chwilę jeszcze, prawda? Przecież poczeka. Miał poczekać. Na pewno poczeka.
    - To super, Em, nie ma wyższej wartości niż dobro wspólne - zdążył tylko powiedzieć, bo pojawienie się Hazel widocznie rozproszyło uwagę młodszej z sióstr. Cyan postanowił także odwrócić głowę w jej stronę, uśmiechnąć się jakoś płytko, zawiesić na dłużej spojrzenie na jej sylwetce, kiedy siadała przy nich i Emerald już wpychała jej w rękę babeczkę.
    - Nie mogę uwierzyć, że wspierasz ten kartonowy system edukacji, to trochę cringowe, gościu - przywitał się w końcu, żeby zaraz upić kolejny łyk lemoniady. W końcu stwierdził, że wypada nareszcie dopełnić formalności, tak więc nachylił się do najbliższej roślinki, posyłając Em pytające spojrzenie. - Desdemona? - spróbował. To chyba był Gogo, ale szczerze mówiąc pamiętał tylko Pana Zgodę, bo miał zawsze ten wełniany sweterek. Przesunął spojrzenie na drugą z roślin, których nie potrafił zidentyfikować, a potem na grzbiet książki, na której stała. - A nie, wróć! Tutaj jest Otello, głupi jestem, przepraszam cię, Gogo - odwrócił się z powrotem do rośliny, którą przed chwilą pomylił. - Tak więc tutaj z pewnością Desdemona, tak - pokiwał głową do samego siebie, wracając spojrzeniem do doniczki ustawionej na dramacie Shakespeare'a. Uniósł wzrok na Em, jakby oczekując zatwierdzenia tego wszystkiego, do czego doszedł w ciągu kilku ostatnich sekund. - Przekażesz im, że przepraszam za ten nietakt? Nie jestem pewien czy chcą ze mną teraz rozmawiać - skrzywił się lekko, upił jeszcze trochę lemoniady, a potem odstawił kubek w miejscu w miarę stabilne, tak żeby się to wszystko nie wylało bardziej, niż zdążyło do tej pory. Sięgnął do kieszeni, po paczkę papierosów, którą zaraz otworzył, żeby podetknąć pod nos najpierw jednej, potem drugiej siostrze.
    - Em? Haze? - zaproponował, bo tak wypadało chyba, a następnie sam wydobył z opakowania jednego szluga, którego odpalił zaraz swoją zajebistą, antifiarską zapalniczką z trzema strzałami. Nałogi takie były, no cóż. - I co tam na tej radzie całej? - Nie obchodziło go to wcale chyba, ani trochę, ale zagadał głównie po to, żeby uniknąć ewentualnej dysputy na temat palenia w rodzinnym ogródku. Każdy wiedział, że Hazel lubiła sobie pomarudzić przecież.
      Temat: how far would you go?
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 2
    Wyświetleń: 79

    PostForum: #348   Wysłany: 2020-08-13, 10:55   Temat: how far would you go?
    To wcale nie było ważne, tak naprawdę - który Drake Marshall był prawdziwy. Dla Cyana, w sensie. Zupełnie, ani trochę go to nie obchodziło, nie myślał o tym, nie zastanawiał się wcale, nie roztrząsał wątpliwego moralnie zajęcia, jakim była dilerka. O tym domu dużym też nie myślał. Dużym, drogim - jedna piąta z tego, co tu było w zupełności by mu wystarczyła, a może mniej nawet? W innych okolicznościach przejąłby się tym może - nie możesz tak robić, Cyan, plujesz na własne wartości, przychodzisz do tego pierdolonego burżuja żebrać jak najgorszy ściek, całujesz go po butach, a przecież miała być rewolucja - ale nie było już rewolucji, niczego nie było, wszystko było puste, zimne, złe, Eli był gdzieś tam, robił coś tam: daleko i bez niego, ale to dobrze przecież, bo Clements miał tyle do oddania, a Cyan niczego nie miał, zupełnie, pusty był, nagi, niczego. I może dlatego stał tutaj teraz, tak naprawdę, może potrzebował czegoś, czego mógł się chwycić, tej pierdolonej brzytwy, czegokolwiek, bo nie dałby rady inaczej, utonąłby po prostu, bo nie umiał pływać przecież, nigdy nie umiał.
    I Drake był tą brzytwą właśnie, a przecież zawsze prychał, przewracał oczami, spoglądał z politowaniem na tych wszystkich ludzi, którzy w kryzysie odbijali się od dilerów, wierząc, że ci naprawdę im pomogą, że te wciskane w ręce foliowe woreczki to jakaś forma wsparcia, troski może nawet, że te oschłe pytania i przeliczane w milczeniu pieniądze, to jakieś świadectwo tego, że ważni byli - ci ludzie byli ważni, a teraz Cyan był ważny. To głupie przecież, idiotyczne całkiem, resztki racjonalności, jakie w nim pozostały, wypominały mu idiotyzm, nie możesz być tak durny, ale był najwyraźniej - skoro przyszedł tutaj, skoro przekroczył próg tego domu, skoro wbijał spojrzenie w kark Drake'a, kiedy szedł za nim do salonu. Dużego salonu. Serce wciąż waliło jak oszalałe, wciąż się stresował przeokropnie, ale ten stres sprawił, że szedł jakoś pewniej, energiczniej jakoś, szybciej. Może to ekscytacja, może to świadomość, że już zaraz, za moment, jeszcze chwila i już będzie w porządku, a przynajmniej mniej beznadziejnie, tak? Nie będą miały znaczenia te zdjęcia, te wiadomości, te dudniące w uszach słowa Elijahy, Oscar docenia, nic w sumie nie będzie miało znaczenia i tej myśli uczepił się w desperacji.
    Pokręcił głową - trochę za mocno, za szybko trochę, kiedy Drake wskazał na kanapę. Nie może siadać, nie będzie tyle siedzieć, bez sensu, nic nie zrzuci wtedy, wystarczy tego siedzenia, leżenia tego i te uda jeszcze, grube takie, jeszcze Marshall zobaczy i każe mu wyjść, brzydzić się będzie. Nie sprzedaję takim - mógł sobie na to pozwolić, prawda? Jasne, że mógł, bo miał dom na Lakewood i to taki z nowoczesnymi okiennymi ramami. Nienienie, to nieważne teraz, serio, naprawdę, stanął po prostu przy tej kanapie, wspierając się łokciem o oparcie, na wszelki wypadek, a może tylko po to, żeby mieć, co zrobić z dłonią, żeby zacisnąć palce na tapicerce. Dawno cię tu nie było. Prawda, dawno. Drake, wiesz, że jakiś chuderlawy Meksykaniec robi ci ostatnio konkurencję? To nic, sprzedaje jakiś szajs i boi się własnego cienia, niedawno przecież dał mu dwie tabletki za darmo, bo przestraszył się chyba - Cyana się przestraszył (!), zabawne. Nie utrzyma się długo z taką chujowizną na rynku, nawet jeśli sprzedawał fentanyl po tak komicznych cenach, że to już powinno dawać do myślenia czy to aby na pewno nie były tylko pudrowe cukierki.
    Ile potrzebujesz i czemu przyszedłeś akurat do mnie?
    - Bo inni sprzedają jakieś gówno - odparł zaraz, nie patrząc w sumie na niego wcale, bo wzrok sam się ześlizgiwał: na ściany, na podłogę, na sufit nawet, czasem tylko zahaczając o drake'owe lico, zatrzymując się na nim na moment. Powiedział to w taki sposób, jakby fentanyl nie był gównem samym w sobie, z definicji. Zabawne. W końcu udało mu się wbić w niego spojrzenie, przytrzymać je na dłużej, szukać jego wzroku. - Poza tym, ty nie zadajesz durnych pytań - dodał zaraz, brwi zmarszczyły się lekko. - No, w każdym razie nie zadawałeś. - Może to było głupie, mówić do niego w ten sposób, ale Cyan zgubił chyba wszystko, hamulce też. Zgubił, zapodział, czy znajdzie je kiedyś? Może nie, chyba nie. - Więcej trochę. Potrzebuję. Niż zwykle - nieskładne zdanie, drżące odrobinę, mniej pewne nagle. Po co ci więcej, Cyan? Dla siebie i dla Atlasa, tak, no przecież, po to tylko, żeby mieli na dłużej, tak? Tylko o to chodziło, naprawdę, to wcale nie tak, że myślał tak dużo i tak boleśnie, że dość miał już w sumie, że nie żarł te wszystkie tabletki przeciwbólowe, a one nie działały już, nie robiły nic, rzygał nimi tylko, że za płytko podcinał żyły, że nie miał odwagi na związanie pętli. Popierdolone to wszystko, głupie takie, bezsensowne - ale o Atlasa chodziło tylko, tak? Żeby razem mogli, normalnie, przez chwilę, bez stresu tego całego, dzień po dniu, tylko o to chodziło, naprawdę. Naprawdę.
    Już nawet samego siebie nie potrafił oszukiwać.
      Temat: brzoskwinki z cynamonem
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 6
    Wyświetleń: 109

    PostForum: Rozmowy   Wysłany: 2020-08-12, 22:21   Temat: brzoskwinki z cynamonem
    - Krwistość nocy? Co to jest za szajs jakiś, co ty nakładasz na te pazury, Picza? - żachnął się zaraz, bo noc przecież krwista nie była w ogóle, halo? Pewnie jakieś ciemne, może burgund jakiś, bleble, a każdy wiedział, że im bardziej oczojebne tym lepiej przecież. - Ciepły zachód to ma pewnie każda sunia z osiedla, co nosi pasemka, totalnie koralowa czerwień, nie widzę tutaj w ogóle powodu do wahania jakiegokolwiek. - Jeśli chodziło o czerwień, no to przecież znał się jak mało kto, bo ta flaga, co ją miał w pokoju na ścianie, to już zdążyła zmienić kolor o co najmniej pięć odcieni, od kiedy przyszła mu w paczce.
    - Aha, a stopy są seksi niby? - no już się zbulwersował prawie, a musiał się skupić przecież, bo już wchodził na tę skrzynkę odbiorczą i sprawdzał, co pan o imieniu FRED6969 miał do powiedzenia na ten temat. - Nie wiem, Picza, przyjebałem ostatnio dość, to chyba chujowy pomysł z tą klatą, bo jeszcze mi cofnie przelew albo coś - musiał przewrócić oczami, bo to nie tak przecież, że bał się osądu człowieka z internetu, tylko... okej, tak, może i bał się osądu człowieka z internetu, ale to nic przecież!
    - Jacht? O chuj, nie ma czasem na imię Frank może? - Kto wie, na jakich portalach siedział ten stary rudego, różne rzeczy się działy w łepetynach bogatych ludzi. - Ej, totalnie jedź na ten jacht, ale stawia wszystko, co nie?? Bo jak nie, to nie jedź, ale jak tak, to Marksie, musimy ci kupić buty złote takie, wiesz, o co chodzi, żebyś się błyszczała jak Kylie Jenner. - Ważne, bo przecież na tym jachcie całym to Picza się musiała jakoś prezentować, prawda?
      Temat: #3
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 6
    Wyświetleń: 178

    PostForum: Rozgrywki   Wysłany: 2020-08-12, 21:37   Temat: #3
    Księżniczko. Musiał przewrócić oczami, a gdyby był mniej leniwy, to kłóciłby się jeszcze albo palnął go przez ten łeb bezmyślny, ale były rzeczy ważniejsze w tym momencie - marihuana na przykład, tak. Skoro już zaliczył picie wódki, to skun nie mógł być większym grzechem, naprawdę. Zwłaszcza, że chyba akurat skręciło mu się takiego niezbyt mocnego, nie? Odpowiedź: nie, był mocny w chuj, tylko Cyanowi coś jak zwykle ujebało się w tej przepalonej głowie. To nic - czilera teraz, tak? Zioło, ziomki, alkohol i jeszcze tylko brakowało, żeby Meyer znowu spytał czy tego lola to serio nie da się zapauzować, żeby podkurwić trochę tego swojego kumpla serdecznego, ale powstrzymał się, no tak. Od tego akurat tak, za to z pewnością nie od klepania jęzorem wprost tego, co mu ślina na język przyniesie, nie bacząc na skalę idiotyzmu (którą wyjebało zapewne) swoich wypowiedzi. Nie musiał być przecież przy tym ruskim pacanie tak elokwentny jak na co dzień - bo tak, był elokwentny, z całą pewnością przecież i z przekonaniem, na to wyrywał dupy ciągle, one na to leciały, tak właśnie. Tak. Nie na zioło wcale.
    - Ciesz się, że masz pysk ładny, bo dupą to ktoś usiadł ci na rozumie. - Tak, Cyan od początku wiedział, że te wszystkie alternatywki to były niebezpieczne tak naprawdę, zwłaszcza, kiedy nieoczywistym stawał się fakt, że to całe siadanie na mordzie to tylko taki żart. Wixiarze byli dziwni - Meyer był w życiu na kilku wixach i za każdym razem kończyło się jakoś dziwnie. Raz jakaś laska przykleiła się do niego, zawiesiła na ramieniu i dosłownie nie chciała się odkleić, a on nie wiedział, jak mógłby delikatnie jej zasugerować, że NIE, NIE CHCE SIĘ WCALE RUCHAĆ, ZABIERZCIE JĄ. Niemniej, nie mógł przecież puścić pomimo uszu faktu, że Arsen bądź nie bądź zgodził się właściwie na to obsmarowywanie psiarni na murach ich budy, więc musiał zaraz uśmiechnąć się szerzej, zdjąć nogi z jego kolan i podnieść się do siadu, żeby poklepać go bratersko po policzku, po tym pysku zaplutym. - Swoją starą przetestuj - rzucił od niechcenia zupełnie, żeby w końcu stanąć na nogi, rozejrzeć się znowu, odebrać od niego skuna i po kilkukrotnym zaciągnięciu oddać mu z powrotem.
    - Ej masz jakieś kominiary czy musimy do mnie po nie skoczyć? - spytał poważnie całkiem, bo przecież prawdziwym rewolucjonistą był, a nie pizdą jakoś, a jak już pluć bagietom w pysk, to porządnie chociaż. - I spreje? Na pewno masz spreje - żachnął się, podejrzewając, że no nie, na pewno nie ma sprejów, więc całe szczęście, że z ich chaotycznej dwójki Cyan przynajmniej zawsze był gotowy na jebanie psiarskich. Spojrzał na niego ponaglająco, sięgając po tę butlę spirytu, która stała sobie obok popity kulturalnie, na stole. - No i na co ty czekasz, przepraszam ja bardzo? Muszę cię namawiać do plucia staremu Garcii w mordę? - Nie jesteś leszcz przecież, Arsene, no dalej. Pokażemy im, kto naprawdę rządzi tym miastem.
    Obrzuciwszy ostatnim spojrzeniem tę kanapę, stolik ten, tę zagrychę obrzydliwą, wszystko w zasadzie, poczekał jeszcze aż jego przyjaciel serdeczny dopali tego gibona, a potem otworzył przed nim drzwi, puszczając go przodem z zachowaniem pełnej kultury przecież. I ruszyli - ten przedziwny duet rewolucyjny, najpierw w stronę cyanowego mieszkania, które miało stać się bazą na czas tego zalążku rewolucji, a później wprost na cel - na komisariat policji znaczy, po drodze raczej gadając o zupełnych pierdoletach, niż przygotowując kompletny plan, bo w sumie po co im plan? Najlepsze rzeczy wychodziły na spontanie tak naprawdę.

      Temat: i'll be your american boy
    Cyan Meyer

    Odpowiedzi: 10
    Wyświetleń: 196

    PostForum: Relacje   Wysłany: 2020-08-12, 20:44   Temat: i'll be your american boy
    WAŻNE, jesteś kuzynem chuja tego, Eliasza, co mi serce łamie ciągle, ale pewnie nie wiem o tym, tak jak ty o nas, bo mało rudy jesteś, a ja z Clementsem siedzieliśmy w szafie, bo wygodnie nam tam było. Za to z drugim twoim kuzynem, tym od demonów, przyjaźnimy się od czasów kółka różańcowego, więc tak, ciebie muszę też znać, na pewno, żeby wszystkim z rudą krwią życie zatruwać. ŁAPY PRECZ OD MOJEJ SIOSTRY, o tym jak się dowiem, to pogrożę ci palcem i temu drugiemu bratu się poskarżę jeszcze, będziesz miał przekichane :/
     
    Strona 1 z 16
    Skocz do: