To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Deep Lakes

Poza miastem - Nikt nie kocha klauna o północy

Benjamin Brinley - 2020-06-07, 18:33
Temat postu: Nikt nie kocha klauna o północy
Czerwiec zawsze był intensywnym miesiącem. Rzadko kiedy miewał okazję do odpoczynku, bo koniec semestru zbliżał się wielkimi krokami, a to oznaczało poprawianie stopni i walkę o dobrą średnią. Brinley dla samej ambicji siedział z nosem w książkach, miał jednak na to czas tylko w nocy. W ciągu dnia zajmował się wszystkimi uczniami, którzy zgłosili się do niego chcąc poprawić swoje oceny. Pracy było sporo, ale pieniądz mu nie śmierdział. W przypływie zuchwałości krzyknął nawet większą cenę za korki dla spóźnialskich osób, które łapały go na korytarzu i błagały o jakiś szybki termin. Obyło się bez żadnych protestów. W szkole czuło się atmosferę, która pojawiała się przy każdym zakończeniu roku szkolnego, podenerwowania przeplatającego się z ulgą. Uczniowie czuli, że do pokonania została ostatnia prosta, a później czekały na nich upragnione wakacje.
Ben również nie mógł się ich doczekać. Nie chwalił się tym pomysłem rodzicom ani znajomym, ale zamierzał wyjechać na miesiąc. Przez cały rok skrupulatnie odkładał pieniądze, bo doskonale wiedział, że starszych nie byłoby stać na zafundowanie mu takiego prezentu. Przygotowywał się do rozmowy z nimi licząc, że puszczą go w samotną wojaż. Jednocześnie im dłużej o tym wszystkim myślał tym częściej pewna uparta, nawracająca myśl nie dawała mu spokoju. Czy przeżyjesz miesiąc rozłąki? Choć jego zachowanie względem Olivii nie zmieniło się i wciąż z przekonaniem grał rolę jej przyjaciela to jego stosunek uległ diametralnej zmianie. Nie był w stanie się już dłużej oszukiwać, wpadł po uszy i zakochał się w swojej najlepszej przyjaciółce.
Nie mógł powstrzymać się od odprowadzania jej wzorkiem kiedy oddalała się w przeciwnym kierunku. Ani od częstego zerkania na jej profil podczas siedzenia w ławce, pewnego dnia bezmyślnie zaczął go szkicować w swoim zeszycie. Nawet kiedy rozstawali się po szkole albo po wspólnie spędzonym czasie jakaś cząstka jej zawsze była przy nim. Zostawiała zapach perfum ja jego bluzie, włos na nogawce spodni, świstek papieru pokryty jej charakterem pisma, który omyłkowo wsadziła w jego podręcznik, a nie swój. Zasypiając miał ją przed oczami, wspominał zabawne chwile, które miały miejsce tego dnia, to jak marszczy nos, jak burza loków okala jej twarz. Słowem dramat. Nawet nie chciał myśleć co by się stało gdyby sprawa wyszła na jaw.
W końcu nadszedł weekend, a z nim sposobność spędzenia czasu z Olivią z dala od zgiełku szkoły i ich rozwydrzonego rodzeństwa. Wszelkiej maści komentarze pod ich adresem i insynuacje nie poprawiały mu humoru. Do tej pory zbywał je żartem, ale coraz częściej zaczął zachodzić o głowę czy ich autorzy nie domyślają się czegoś.
W sobotę zjawił się pod domem Olivii na skuterze pożyczonym od kolegi z klasy. Na głowie miał czerwony kask (dopasowany pod kolor maszyny), a drugi w tej samej kolorystyce trzymał w wolnej ręce.
- Jedziemy poza miasto – oznajmił tajemniczo, ale zaraz uśmiechnął się promieniście i puścił oko do brunetki.
Droga zajęła im grubo ponad godzinę, ale w końcu bezpiecznie dotarli na miejsce. Zaparkowali na strzeżonym parkingu (Bob zabiłby Brinleya gdyby coś stało się skuterowi) i oddali kaski do przechowania uroczemu pana z budki, który sam zaproponował, że podczas ich nieobecności zajmie się ekwipunkiem. Znajdowali się w miasteczku, które nie sąsiadowało bezpośrednio z Deep Lakes, ale było znane pewnie wszystkim mieszkańcom ich miejscowości.
- Pomyślałem, że nie zaszkodzi się trochę rozerwać – zaczął kiedy ruszyli chodnikiem w stronę obraną przez Benjamina. Na każdym wolnym kawałku przestrzeni wisiały kolorowe plakaty informujące, że w ten weekend można odwiedzić objazdowe wesołe miasteczko/ Ze zdjęć uśmiechały się do nich klauni, a dzieciaki zajadały się watą cukrową na diabelskim młynie. -W tym roku ominąłem nasz miejski festyn i poczułem, ze muszę nadrobić. –
Weszli na teren zabaw i Benjamin uśmiechnął się na widok szaleństwa, które się przed nim roztaczało. Budki z jedzeniem, grami, pamiątkami i mieniące się atrakcje zachęcały do skorzystania.
- To od czego zaczynamy? –

Olivia Walsh - 2020-06-07, 19:34

Nie było niczym nowym ani zaskakującym to, że weekend stanowił ten szczególny czas w tygodniu, którego zawsze wyczekiwało się z niecierpliwością. Tego konkretnego Olivia wyczekiwała jednak tym bardziej, mniej więcej od momentu, w którym padły ustalenia, że miała spędzić go w towarzystwie Bena. I, oczywiście, kiedy upewniła się, że jej wcześniejsze katastroficzne wizje nie miały się sprawdzić, a ojciec nie zamierzał uziemić jej na najbliższe sto lat w ramach konsekwencji za palenie na terenie szkoły i ucieczkę z kozy.
Nie, żeby faktycznie spędzanie czasu w towarzystwie Brinleya miało być jakąś wielką nowością. W końcu nie od dziś powszechnie wiadomym było to, że tych dwoje spędzało w swoim towarzystwie wystarczająco wiele czasu, by niektórzy znajomi odruchowo zaczynali już rozglądać się za Benem, gdy tylko zdarzyło im się trafić na samą Olivię. Nie bez przyczyny w domu Walshów chłopak miał już swoją ulubioną miskę do płatków, a u Brinleyów każdy doskonale wiedział, który kubek należał od Liv i którego nie należało ruszać. Od zawsze zresztą zupełnie naturalnym wydawało jej się to, że spędzali w swoim towarzystwie tak wiele czasu i naprawdę do pewnego momentu była skłonna uważać to za tak samo naturalne, jak spędzanie czasu z własnymi siostrami. No i jasne, zawsze cieszyła się z towarzystwa Bena, więc teoretycznie nic się przecież nie zmieniło, ale... mimo wszystko trudno byłoby zaprzeczyć temu, że jakieś zmiany jednak zaszły.
Nawet, jeżeli Olivia bardzo starała się temu zaprzeczać.
O zmianach świadczyć mógł jednak choćby taki nieistotny szczegół jak fakt, że właśnie tego sobotniego ranka postanowiła nawet podjąć nierówną walkę z własnymi włosami. Tak dla odmiany, żeby przynajmniej raz nie wyglądać, jakby jakieś pięć minut wcześniej wetknęła do kontaktu widelec. Nie, żeby w ogóle jej starania miały przynieść jakieś konkretne efekty... Zwłaszcza, że przecież nie mogła poprosić o pomoc Gi, skoro ledwie chwilę wcześniej obie siostry zdążyły odbyć słyszaną w bliższym i dalszym sąsiedztwie kłótnię o wypity sok. Pozwolenie na to, by po podobnej awanturze Gigi zajęła się jej włosami, mogłoby skończyć się co najwyżej jeszcze większą katastrofą. Dlatego też po dobrej godzinie bezskutecznych starań, by jakkolwiek ogarnąć ten naturalny nieład, Liv musiała po prostu się poddać i przypomnieć samej sobie, że przecież i tak Ben widywał ją już niejednokrotnie w znacznie gorszym wydaniu.
Oraz, że przecież i tak nie miało to najmniejszego znaczenia.
Zresztą, z niepowodzenia swojej porannej walki z włosami musiała ucieszyć się nieco później, kiedy już zobaczyła przed swoim domem Brinleya na skuterze. Bo przecież i tak niewiele zostałoby z efektów próby ułożenia jakiejkolwiek fryzury, gdyby ta zaraz miała zostać zniszczona przez ten wściekle czerwony kask.
Chociaż i tak nie podarowała sobie pełnego dramatyzmu - zakłóconego przez nieskrywane rozbawienie - stwierdzenia, że przecież nie po to spędziła pół dnia próbując stworzyć na swoich włosach coś, co mogłoby przypominać fryzurę, żeby teraz cały efekt popsuć kaskiem.
- Pamiętaj tylko, że obiecałeś nie zostawiać mnie na pożarcie niedźwiedziom. Mam to na piśmie - przypomniała również, kiedy już założyła na głowę kask i kiedy Ben poinformował ją o tym, że wybierali się za miasto.
W normalnych warunkach godzinna droga pewnie mogłaby być czymś, co znudziłoby Liv ledwie po kilkunastu minutach. Bo przecież zwykle to właśnie tyle czasu była w stanie wysiedzieć bezczynnie... Z drugiej jednak strony - właśnie zyskała możliwość, by spędzić godzinę przytulając się do Bena. Zwłaszcza w momencie, kiedy postanowiła udawać, że zasnęła znudzona zbyt wolnym tempem jazdy i monotonią krajobrazu. Zdecydowanie nie zamierzała więc narzekać.
Tym bardziej nie zamierzała narzekać w momencie, kiedy już jasnym stało się, jaką niespodziankę zaplanował dla nich Ben. Wręcz przeciwnie - zdecydowanie bliżej było jej do kilkulatki wpuszczonej bez nadzoru do sklepu ze słodyczami niż do kogoś, kto miałby mieć jakikolwiek powód do narzekania.
- Dom strachów! - oznajmiła od razu w odpowiedzi na jego pytanie, uśmiechając się przy tym szeroko i nie czekając nawet na jakąkolwiek odpowiedź z jego strony, złapała go za rękę, żeby czym prędzej poszukać tej właśnie atrakcji i przy okazji nie zgubić się gdzieś w tłumie. - Muszą tu gdzieś jakiś mieć, nie? Chyba, że jednak uznali, że już sami klauni wystarczą, żeby skutecznie nastraszyć większość osób. Myślisz, że ktoś w ogóle może ich faktycznie lubić? Chyba nie bez powodu przewijają się w tylu horrorach, nie...?
Jak się okazało, droga do domu strachów wcale nie była zbyt skomplikowana i znaleźli się przed nim dość szybko. Nawet, jeżeli przemierzając kolejne alejki, Liv konsekwentnie lekceważyła jakiekolwiek znaki informacyjne.
- Zakład, że pierwszy się czegoś przestraszysz? - uśmiechnęła się w kierunku chłopaka, ustawiając się w kolejce, w której zdecydowaną większość stanowiły dzieciaki sporo młodsze od nich. Raczej nie było co liczyć na prawdziwie straszne przeżycia.

Benjamin Brinley - 2020-06-11, 23:11

Miejsca takie jak te miały swój niepowtarzalny urok, choć z pewnością nie każdy był ich fanem. Ben, zawsze skory do dobrej zabawy, mógł przymknąć oko na tłum, który zbierał się podczas takich okoliczności. Czy mógł winić tych wszystkich ludzi? Czy nie łączyło ich to samo? Wszyscy przyszli tu spodziewając się dobrej zabawy, licząc, że choć na chwilę zdołają się oderwać od rutyny towarzyszącej zwykłemu, przeciętnemu życiu. Dlatego też z przyjemnością zaciągnął się powietrzem, które było przepełnione zapachem smażonych potraw i waty cukrowej. Czują tę mieszankę poczuł uścisk w żołądku choć przed wyjściem z domu zjadł porządny obiad, który wyszedł spod ręki Freda. Rozejrzał się wzrokiem po mieniących się atrakcjach. Samochodziki, karuzele w kształcie filiżanek, dom luster, diabelski młyn, dmuchane zamki, trampoliny, strzelnice… Dalej nie sięgał wzrokiem, ale wiedział, że za każdą z tych atrakcji znajdowała się kolejna.
Jego wzrok padł na twarz Olivii. Wiedział, że podobna ekscytacja musiała odmalowywać się na jego licach. Poczuł, że wybranie się w to miejsce było dobrym pomysłem. Miał nadzieję, że poprzez wprawienie dziewczyny w dobry nastrój zdoła zmiękczyć ją przed pytaniem, które zamierzał zadać w odpowiednim czasie. Proszę nie posądzać Benjamina o bycie interesownym, czy coś w tym rodzaju. Po prostu chłopak od pewnego czasu czuł się tak zagubiony w swoich uczuciach, że powoli przestawał wiedzieć co mu wypada jako przyjacielowi, a co nie.
- Prowadź zatem! - Odparł nieco głośnej, bo hałas, na który składał się ogólny gwar rozmów i piski ludzi korzystających z atrakcji, zdawał się na nich napierać i utrudniać komunikację. Z zadowoleniem splótł swoje palce z Livkowymi. Poczuł się wręcz upojony bliskością, której miał okazję zaznać tego dnia. Przyjemnie było czuć, że jej dłoń dobrze wpasowuje się w jego. Było niemal tak samo miło jak wtedy, kiedy podczas podróży przywarła do jego pleców.
- Myślę, że to oni będą straszyć w domu – odparł śmiejąc się z tyrady dziewczyny. Już dawno przywykł do tego, że wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. = Poza tym, popatrz. Ci tutaj nie wyglądają jakoś przerażająco. – Wskazał na dwójkę klaunów, którzy pochylali się na dziećmi balansując na wielkich szczudłach. Ich twarze były pokryte kolorowym makijażem wzorowanym na błazna z sieci McDonald’s. Właśnie wtedy jeden z balonów - którymi obdarowywali gromadkę dzieci - pękł, a kilka młodszych smyków wpadło w płacz. - Ups, zły przykład. –
Przepychając się przez tłum znaleźli docelowe miejsce i ustawili się na końcu kolejki. Zdecydowanie wydawali się odstawać od grupy wiekowej, dla której przeznaczona była ta atrakcja, ale żadne z nich nie zdawało się tym przejmować.
- Moja droga, hazard mam we krwi. Podaj tylko swoją stawkę. – Uśmiechnął się łobuzersko przechylając głowę w bok. - Jeżeli przegrasz zakład będziesz musiała… - zawahał się na chwilę szukając dobrego warunku. - Pocałować jednego z klaunów! Może to być nawet i całusów w rękę, ale będziesz musiała to zrobić dzisiaj. No i oczywiście, klaun ma być żywy. – Wolał się ubezpieczyć na wypadek gdyby Olivii wpadło do głowy pocałować pierwszą lepszą ulotkę z wizerunkiem błazna.
Kiedy nadeszła ich kolej Ben zapłacił za wstęp za pomocą kolorowych żetonów, które nabył przed wstępem na plac parku. Wsiadając do wagonika puścił dłoń dziewczyny i właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że przez cały ten czas trzymali się za ręce.
Wagoniki były wyjątkowo małe, albo to Ben i Olivia byli zdecydowanie za duzi na taką rozrywkę. Choć oboje byli szczupłej budowy ciała to ich długi kończyny ledwo pomieściły się na tak nieprzystosowanej powierzchni. Czuł jak stykają się ich ramiona i nogi.
- Walsh, coś musiało pójść nie tak, to musi być jakaś atrakcja dla dzieci. – Zmarszczył brwi i spróbował usiąść bardziej półdupkiem, aby zapewnić im obojgu nieco przestrzeni. Szybko poczuł dyskomfort wywołany tą pozycją więc z westchnieniem wrócił do poprzedniej. Pracownicy atrakcji po raz ostatni sprawdzili wszystkie zabezpieczenia, a kiedy odsunęli się na bezpieczną odległość od pociągu zgasły wszystkie światła.
- Panie i panowie, zapraszamy was w podróż pełną strachów. – Komunikat zakończył się złowieszczym śmiechem, który wzbudzał raczej politowanie niż przerażenie.
- Trzymaj się i postaraj się nie posikać ze strachu – powiedział Ben zanim wagonik ruszył przed siebie w ciemność.

Olivia Walsh - 2020-06-12, 09:22

Zdecydowanie nie należała do osób, którym tłum miałby jakkolwiek przeszkadzać. Wręcz przeciwnie - to właśnie pośród takiego chaosu zdawała się odnajdywać naprawdę nieźle. To znaczy... przynajmniej w tym nie do końca dosłownym znaczeniu, bo jednak jeśli chodziło o dosłowne "odnajdywanie się", to oczywistym było, że Liv co najmniej kilkakrotnie pomyliłaby drogę i trafiła gdzieś zupełnie indziej, gdyby w którymś momencie naszła ją chęć dotarcia do jakiegoś stanowiska, które mijali w drodze do domu strachów. Wszystko najpewniej przez to, że zazwyczaj nie zawracała sobie głowy takimi błahostkami jak drobne szczegóły otoczenia, które mogłyby ułatwiać odnajdywanie właściwej drogi. W dodatku wychodziła z założenia, że dzięki swojej zerowej orientacji w terenie przynajmniej częściej niż inni miała okazję przypadkowo trafić na coś interesującego.
Grupą osób, do której również nie dałoby się Olivii zaliczyć, byliby wszyscy ci, którzy panicznie reagowali na widok klaunów, każdorazowo przeżywając jakąś traumę sprzed lat. Jasne, nie przepadała za nimi i nie do końca rozumiała, dlaczego ktoś kiedyś wpadł na pomysł, by właśnie z klauna zrobić kluczową postać wszystkich dziecięcych imprez. Ale też nie uciekała na ich widok w popłochu. Mimo wszystko z pewną dozą sceptycyzmu spojrzała w kierunku tych dwóch wymalowanych klaunów, których wskazał Ben. Kiedy po huku pękającego balonika rozległ się dziecięcy płacz, nawet nie musiała silić się na wypowiadanie swojej opinii na głos. Jej spojrzenie powinno mówić absolutnie wszystko, a niewypowiedziane "no chyba jednak nie" i tak zawisło na moment w powietrzu.
- Myślę, że każdy klaun ma w sobie coś z psychopaty - zauważyła, zerkając jeszcze przez ramię w momencie, kiedy już ustawili się w kolejce. Dwóch rzekomych psychopatów i tak nie miała już jednak szansy dostrzec, bo ci zdążyli najwyraźniej zniknąć gdzieś w tłumie, by zafundować dożywotnią traumę jakiemuś innemu dzieciakowi. Nie próbowała ich jednak wypatrywać zbyt długo, bo kiedy Benjamin poinformował ją, co miałaby zrobić w razie przegranego zakładu, odwróciła się ponownie w jego stronę. Na moment zmrużyła oczy i w geście, który miał wyrażać prawdopodobnie absolutną pewność siebie, odrzuciła włosy do tyłu. Tym, że przy okazji omal nie zdzieliła nimi jakiegoś dzieciaka, właściwie w ogóle się nie przejęła. Bo nawet nie zauważyła.
- Okej, ale lepiej szykuj kasę na największą watę cukrową, jaką uda nam się znaleźć, bo będziesz musiał mi ją kupić, jak już przegrasz - dziabnęła go palcem wskazującym w mostek, nadal nie mając absolutnie żadnych wątpliwości co do tego, że to właśnie on miałby przegrać zakład. Bo przecież nie zamierzała całować potencjalnych psychopatów...
- Nie przesadzaj, przecież nas nie wyprosili. No i jakoś się mieścimy... - co prawda trudno byłoby przegapić wymowne spojrzenie chłopaka z obsługi, który mógł być niewiele starszy od nich samych, ale niezaprzeczalnym faktem pozostawało to, że nikt nie wyprosił ich z tej atrakcji. Czyli wciąż wpasowywali się w jakieś ustalone ramy wiekowe. Nawet, jeżeli do wagonika faktycznie mieścili się przede wszystkim jakoś. Zdecydowanie nie miała to być najbardziej komfortowa przejażdżka, na jaką którekolwiek z nich się wybrało. Nie zapowiadało się też, by miała być jakkolwiek ekscytująca, skoro nawet jadące z nimi dzieciaki wybuchnęły śmiechem, gdy na pierwszym odcinku ten niesamowicie przerażającej trasy, z ciemności na moment wyłoniła się sylwetka jakiegoś wyliniałego wilkołaka, który prawdopodobnie nawet w czasach swojej świetności nie byłby w stanie wystraszyć absolutnie nikogo.
- Chyba jednak stoisko z popcornem byłoby ciekawsze... - mruknęła w pewnym momencie Liv, a żeby dać jeszcze lepiej znać o swoim rozczarowaniu, pochyliła się lekko do przodu, a przedramionami oparła się o metalową rurkę, która najwyraźniej miała zabezpieczać ich przed wypadnięciem w trakcie jazdy. Bo przecież prędkość była tak zawrotna, że na pewno podobne wypadki zdarzały się co chwilę... Już miała dodać do swojej wypowiedzi coś jeszcze, kiedy jej spojrzenie na krótką chwilę skupiło się na czymś, co spadło na jej rękę podczas krótkiego postoju przy plastikowym kościotrupie. Minęło ledwie kilka sekund, zanim dotarło do niej, że czarny punkcik na jej przedramieniu posiadał osiem paskudnych odnóży i że niewątpliwie był przedstawicielem jednych z najpaskudniejszych stworzeń na świecie. Niewiele myśląc, energicznie potrząsnęła ręką, żeby pozbyć się intruza, jednocześnie pozwalając sobie na wrzaśnięcie, które przez współuczestników podróży mogło być uznane za przerażenie kolejnym wyjątkowo tandetnym straszydłem. Do samej Olivii dopiero po chwili, kiedy zagrożenie ze strony pająka już minęło, dotarło, że rzeczywiście całą tę sytuację można było błędnie zinterpretować. Zdecydowanie jednak nie przejmowała się tym, co miałyby pomyśleć jadące z nimi dzieciaki, bo przecież był w tym wszystkim znacznie poważniejszy problem. Zakład.
- To się nie liczyło! - oznajmiła, odwracając energicznie głowę w kierunku Bena. - Zaatakował mnie pająk, one nie są częścią atrakcji, więc... no, nie liczyło się i już.
No bo przecież nie mogła sobie pozwolić na to, żeby przegrać zakład z powodu jakiegoś durnego pająka, który postanowił ją wystraszyć w najmniej odpowiednim momencie.

Benjamin Brinley - 2020-06-14, 23:09

Z udawanym oburzeniem Ben syknął na dziewczynę, kiedy ugodziła go palcem. Zdecydowanie powinna pomyśleć nad swoim postępowaniem i przestać go bić. No naprawdę, okładała go w każdej możliwej sytuacji, a na dodatek bez żadnego powodu.
- Walsh, masz żółtą kartkę - ostrzegł ją lojalnie. Za kolejny akt przemocy wymierzony w jego stronę przygotuje jakąś zemstę. - Ale umowa stoi. - Dodał uroczyście. Mogłoby się wydawać, że wata cukrowa to nic w porównaniu z pocałowaniem klauna, ale Brinley znał prawdę. Po zbyt dużej dawce cukru Olivia stawała się… Olivią na przyśpieszonych obrotach. W normalnych warunkach - oczywiście pojęcie to należało rozpatrzeć w kategoriach normalności, którą prezentowała sobą panienka Walsh - była nieokiełznana i nieprzewidywalna. Biada tym, którzy kiedykolwiek weszli jej w drogę podczas trwania słodkiego haju.
Przejażdżkę można byłoby nazwać rozczarowującą, gdyby nie fakt, że Benjamin właśnie tego się spodziewał. Dlatego też, gdyby ktoś go zapytał o opinię, odpowiedziałby, że atrakcja spełniła jego oczekiwania. Podczas jazdy odchylił głowę do tyłu i stwierdził, że najbardziej przerażającą rzeczą w tym pomieszczeniu była instalacja elektryczna. Przebłyski światła, które rozjaśniały na chwilę ciemności nie były zasługą ekipy technicznej, a snopu iskier padających z smętnie wiszących kabelków. Z cichym westchnięciem wrócił do poprzedniej pozycji główkując co mógłby zrobić, aby nastraszyć swoją towarzyszkę. Przejażdżka dobiegała końca i wszystko wskazywało na to, że nie będą mieli żadnej zabawy ze swojego zakładu.
Głośny wrzask, którego źródło znajdowało się tuż obok niego, sprawił, że Benjamin dosłownie podskoczył w miejscu. Była to najbardziej niespodziewana rzecz, która miała miejsce w ciągu całej przejażdżki. Odwrócił głowę w stronę dziewczyny, a na jego twarzy odmalowało się zdziwienie, które znikło ustępując rozbawieniu.
- Akurat Walsh, pewnie przeraził Cię ten facet z ekipy, który udawał wampira – zaczął się droczyć, bo w momencie całego zajścia jakiś czterdziestolatek w starej pelerynie i sztucznych kłach pojawił się tuż obok wagoników. Co prawda Benjamin nie dostrzegł rzekomego pasażera na gapę, który odpowiadał za wybuch Olivii, ale nie wątpił w jej wersję wydarzeń. - No cóż moja droga… takie były zasady. Osoba, która się pierwsza czegoś wystraszy przegrywa, a pająk z pewnością był czymś. – Skoro sama ustaliła reguły to nie mogła mieć do nikogo pretensji. Nie zamierzał odpuścić jej tego incydentu.
Przejażdżka dobiegła końca i Benjamin z ulgą wysiadł z wagonika. Poruszał kończynami, aby odzyskać w nich krążenie i ustawił się w kolejce do wyjścia. Dzieciaki przed nimi przepychały się i szturchały ramionami licząc, że to pomoże im w szybszym wydostaniu się. Obserwował toczący się spór między dwoma chłopcami, a następnie przeniósł wzrok na profil Olivii. Przez chwilę myślał, że jeden z loków przyjaciółki zaczął żyć własnym życiem i dopiero po chwili dotarło do niego, że to nieprawda. To, co początkowo wziął za część fryzury, okazało się nieproszonym gościem, który już wcześniej zakłócił jej spokój.
- Liv – zagadnął dziewczynę zdawkowym tonem. - Ten dzieciak przed Tobą dłubie w nosie – skłamał odwracając uwagę brunetki, a następni zanurzył rękę w jej włosach, aby wyciągnąć pająka. Wolał nie wtajemniczać ją w swój plan obawiając się postronnych ofiar i dopiero kiedy odwróciła ku niemu z powrotem twarz pokazał jej co trzymał w dłoni.
- Dupek – odezwał się dwunastolatek, który został fałszywie oskarżony. Niewiele myśląc Brinely położył mu na głowie swoje znalezisko i chwycił Olivię za rękę, aby wyciągnąć ją z tłum. Kiedy przemierzyli kilka kroków usłyszeli krzyk, który zapewne należał do dziecka. Chłopak roześmiał się pod nosem będąc najwyraźniej dumny ze swojego podstępu.
- No dobrze moja droga, jest dziewiętnasta. Masz jeszcze trochę czasu na wykonanie swojego zadania więc lepiej zacznij myśleć o tym jak pocałujesz tego błazna, a w międzyczasie… - wskazał palcem na karuzelę, która szaleńczo wirowała nad ich głowami - spróbujmy tego. –

Olivia Walsh - 2020-06-18, 20:28

Oczywiście ogromną niesprawiedliwością i nadinterpetacją było uznanie, że przestraszenie się pająka było jednoznaczne z przegraniem przez Olivię zakładu. Mogłaby prawdopodobnie sprzeczać się na ten temat. Pewnie nawet znalazłaby co najmniej tysiąc argumentów przemawiających na jej korzyść, z czego jeden byłby bardziej absurdalny od drugiego. Jak choćby myśl, że pająk rzucił się na nią absolutnie celowo albo też atak wstrętnego stworzenia był efektem sabotażu Bena. Ostatecznie jednak zakończenie całej tej ekscytującej przejażdżki okazało się być zbyt wielką ulgą, by jeszcze zawracać sobie głowę jakimś tam pająkiem i przegranym zakładem.
- Wiesz, że to kompletnie nie fair i tak naprawdę nie powinnam przegrać, nie? - rzuciła więc tylko, kiedy wreszcie mogła wysiąść z niewygodnego wagonika i poczuć, że krążenie mogło powrócić do jej kończyn. Mogło więc obyć się bez rychłej amputacji nogi lub ręki, co niewątpliwie można było uznać za jakiś plus.
Zanim jednak Liv mogłaby w pełni nacieszyć się nagle odzyskaną swobodą ruchów, musiała skrzywić się z niesmakiem, spoglądając w kierunku wskazanym przez chłopaka.
- Fu... Założę się, że pewnie wycierał to w... Co ty robisz? - na szczęście Brinley zdążył chwycić pająka zanim Liv odwróciła głowę w jego stronę. W przeciwnym razie intruz albo zaliczyłby przyspieszony kurs latania przez zbyt energiczne odrzucenie włosów, albo przepadłby na wieki w odmętach zbyt bujnej czupryny dziewczyny. Z czego ta druga opcja zdawała się być znacznie bardziej prawdopodobna. I znacznie mniej optymistyczna dla samej Olivii...
- A widzisz?! Mówiłam, że mnie zaatakował! Wcześniej mu nie wyszło, więc teraz próbował drugi raz! - przezornie cofnęła się o te pół kroku na wypadek, jakby pająk postanowił jednak wyrwać się z ręki Bena i po raz kolejny zaprezentować swoje mordercze zapędy. Zaraz jednak odwróciła się w kierunku dzieciaka, który wcześniej został posądzony o dłubanie w nosie. Uniosła znacząco brwi, przez moment usiłując sobie przypomnieć, czy będąc w jego wieku, również zdarzało jej się używać podobnych słów.
Prawdopodobnie nie, w końcu do tej pory jej ociec starał się walczyć z nieodpowiednim językiem córek. Wrzucane do słoika pieniądze skutecznie zniechęcały do używania jakichkolwiek wulgaryzmów. Przynajmniej w obecności taty.
- Ej, uważaj na język, młody - pozwoliła sobie nawet pokręcić lekko głową w geście dla dezaprobaty dla zepsucia obecnej młodzieży. Zacmokać dla lepszego efektu nie zdążyła, bowiem Ben w kolejnej chwili odciągnął ją od tłumu dzieciaków przepychających się ku wyjściu.
Chwilę później, kiedy już do ich uszu dotarł krzyk dwunastolatka, Liv parsknęła krótkim śmiechem, na moment odwracając się jeszcze w kierunku, z którego właśnie się oddalali.
- To przez wyzywanie starszych! Następnym razem pewnie uschnie i odpadnie ci język! - zawołała, żeby dzieciak wiedział, czego powinien się spodziewać, jeżeli nie poprawi swojego zachowania. Bo oczywiście to, o czym mówiła, było wielce prawdopodobne.
Pewnie nawet nie na tyle, by mógł w to uwierzyć dwunastoletni dzieciak.
Chwilę później musiała jednak skrzywić się z niesmakiem i wywrócić wymownie oczami, kiedy Ben przypomniał o przegranym - niesprawiedliwie! - zakładzie. Zanim jednak zdążyłaby zakomunikować mu, że nie miała najmniejszego zamiaru myśleć o całowaniu klaunów, zerknęła jeszcze w górę, w kierunku wskazanej przez niego karuzeli. I tyle wystarczyło, by uśmiech powrócił na jej twarz, a ona sama na moment faktycznie zapomniała o klaunach i o tym, że powinna wzbraniać się przed ich całowaniem.
- Dobra, ale tym razem nie zakładam się z tobą, kto pierwszy się porzyga albo ucieknie z kolejki. I tak oszukujesz - stwierdziła pogodnie, jednocześnie wraz z chłopakiem kierując się w miejsce odpowiednie, by ustawić się w całkiem pokaźnej kolejce. Tym razem jednak przynajmniej nie składały się na nią same dzieci, co dawało pewne nadzieje na to, że przejażdżka okaże się znacznie bardziej emocjonująca niż wcześniejsza. No i pewnie bardziej komfortowa...
Choć pewnie kłamstwem byłoby stwierdzenie, że Liv nie miała ani trochę stracha przed wejściem na karuzelę. To chyba był naturalny odruch, a przypominanie sobie o wszystkich krwawych wypadkach, jakie miały miejsce w najróżniejszych wesołych miasteczkach, najpewniej w niczym nie pomagało. Możliwe więc, że to właśnie dla odstresowania umysł Olivii podsunął jej niesamowicie głupi pomysł, który bez większego namysłu dziewczyna postanowiła zrealizować. Nie zastanawiając się ani przez chwilę od momentu, kiedy myśl pojawiła się w jej umyśle, odwróciła się w kierunku Bena, by następnie krótko cmoknąć go w policzek.
- Uznałam, że możemy mianować cię honorowym klaunem tego wesołego miasteczka. W końcu tak samo skutecznie zapewniasz traumę dzieciakom, tamten chłopak pewnie przez wiele lat będzie się jeszcze budził z krzykiem, kiedy pomyśli, że łażą po nim jakieś pająki... - wyjaśniła pospiesznie, już w kolejnej chwili dochodząc do wniosku, że cały ten pomysł był po prostu idiotyczny. I że zdecydowanie należał do kategorii tych, nad którymi mimo wszystko warto byłoby zastanowić się odrobinę dłużej. - I nawet nie próbuj mi wmawiać, że to się nie liczy jako pocałowanie klauna. Wystraszenie się pająka też się nie liczyło jako przegrana.
Dopiero w momencie, kiedy uznała, że wypadałoby zaczerpnąć powietrza, doszła do wniosku, że wypadałoby się również zamknąć. A dla ułatwienia sobie tego zadania, postanowiła lekko przygryźć dolną wargę i skupić się przy okazji na karuzeli, do której zbliżali się w dość wolnym tempie. Dokładnie takim, jakiego można było spodziewać się po większości kolejek.

Benjamin Brinley - 2020-06-21, 21:55

Na twarzy Benjamin wykwitł wyraz politowania, którego nawet nie próbował ukryć przed Olivią. W jego mniemaniu nie było żadnej mowy o niesprawiedliwości, która rzekomo przemawiała przez werdykt zakładu. Nie zamierzał jednak zaszczycić odpowiedzią stwierdzenia dziewczyny, sądząc, że to tylko zaczepka, która wywołałaby lawinę argumentów z jej strony. Być może większość ludzi nie dawała się nabierać na to jej psioczenie, ale Brinley znał siebie i wiedział, że potyczka skończyłaby się jego przegraną. Walsh wymusiłaby poczucie winy, przeprosiny, a na sam koniec musiałby pocałować jakiegoś klauna w ramach zadośćuczynienia za wszystkie krzywdy, których doznała nie tylko w ciągu tego wieczoru, ale także w przeciągu całego życia. To, że znał ją na wylot wcale nie oznaczało, że był odporny na jej perswazję. Czy raczej siłę przebicia.
Benjamin nie miał za złe chłopcu jego reakcji, ale niezmiernie rozbawił go widok Olivii udzielającej reprymendy młodszemu pokoleniu. Choć w jej ogólnym zachowaniu ciężko było się dopatrzeć niestosowności to zdecydowanie nie należała do osób, które świeciły przykładem wzorowego postępowania.
- Niezła robota, szeryfie - zakpił, kiedy ciągnął ją przez tłum. - Z pewnością udzieliłaś mu nauczki, którą zapamięta na całe życie. – Dla lepszego efektu poklepał ją po ramieniu jakby naprawdę odwaliła kawał niezłej roboty.
- Nawet przez myśl nie przeszło mi ponownie zakładanie się. Ty po prostu nie potrafisz przegrywać. – Odciął się, choć jego ton również był pogodny. Po prostu chciał, aby ostatnie słowo należało do niego. Nie dlatego, że był takim typem człowieka, przekora ta wynikała z faktu długoletniej przyjaźni, którą cechowało wzajemne, niekrzywdzące przekomarzanie się.
Czekając w kolejce Benjamin podziękował sobie w duchu, że zaraz po przyjściu nie ruszyli do budek z jedzeniem. W przeciwnym razie cała zawartość żołądka mogłaby znaleźć się na innych uczestnikach atrakcji. Kiedy śledził ciemnymi oczami wirującą karuzelę poczuł lekki dreszczyk podniecenia, który mieszał się ze strachem. W jego głowie pojawiły się urywki z trzeciej części Oszukać Przeznaczenie, kiedy to bohaterowie uniknęli śmierci na rollercoasterze. I choć myśl o konsekwencjach zepsutej maszyny nie napawały optymizmem, Brinley nie miał zamiaru zrezygnować. Paraliżujący strach – zwłaszcza w kulminacyjnych momentach atrakcji – ustępował niesamowitej uldze i napadzie śmiechu w momencie, kiedy człowiek dotykał stopą bezpiecznej ziemi. I co tu dużo mówić, Ben uwielbiał to uczucie.
Z rozmyślań wyrwał go niespodziewany całus w polik, który mocno go zaskoczył. Skierował spojrzenie ciemnych oczu na Olivię, która wydawała się podenerwowana oraz – przynajmniej Ben odniósł takie wrażenie – zaskoczona swoim zachowaniem. Rzadko kiedy raczyli się podobnymi cmoknięciami. Zazwyczaj dochodziło do niech podczas świąt czy innych uroczystości, kiedy sobie winszowali pomyślności. Przez biedny, rozkojarzony umysł nastolatka przemknęło pytanie czy tak właśnie zachowują się przyjaciele? Z pewnością nie analizowałby tego tak roztropnie, gdyby nie jego uczucia względem Walsh. Jej słowa docierały do niego z opóźnieniem i dopiero kiedy przygryzła wargę zdał sobie sprawę, że musiał mieć minę jak ktoś, kto właśnie oberwał w tył głowy pałką od baseballa. Nie potrafił się skupić się na jednej myśli, w głowie kręciło mu się mu od rozpoczętych, pourywanych zdań i pytań. Czy to było odpowiednie? Czy to właściwy moment? Czy ona by tego chciała? Czy to zepsuje ich przyjaźń?
Pomimo wielu obaw położył dłoń na jej policzku, a następnie odgarnął kilka zabłąkanych loków Olivii za ucho. Nachylił się w jej stronę, aby ją pocałować, a kiedy ich usta dzielił zaledwie centymetr ktoś mocno ich popchnął. Ben z trudem utrzymał równowagę i dla wspólnej asekuracji złapał dziewczynę w pasie.
- Hej - krzyknął w oddali za oddalającym się bucem, który śpieszył się gdzieś w nieznane. Dopiero wtedy dotarło do niego co niemal zrobił. Rzeczywistość boleśnie go dopadła. Na powrót usłyszał rozbrzmiewający hałas, których ich otaczał, poczuł spojrzenie ciekawskich czternastolatek, które stały tuż obok i przyglądały się tej krótkiej chwili zapomnienia. Na twarz wypłynął mu ciemny rumieniec. Nie był w stanie spojrzeć Olivii w oczy, więc najpierw wędrował wzrokiem po ziemi, a następnie uniósł je w górę, gdzieś ponad głowę dziewczyny.
- J-ja… - zająknął się nie wiedząc co powiedzieć. - Ja chyba naprawdę Cię lubię, Liv. – Wyznał w końcu miękko, ale ze wzrokiem wciąż utkwionym w dalekim punkcie. - Chcesz, nie wiem… - Nie dokończył pytania i machnął ręką w kierunku budek, które stały kilkanaście metrów za atrakcjami. Nie sądził, że miejsce, w którym obecnie się znajdowali było odpowiednie na taką konwersację, ale jednocześnie był na tyle zakłopotany sytuacją, że nie zdołał ubrać pytania w słowa. Nie wiedział czy Olivia będzie chciała z nim porozmawiać, czy może wrócić do domu. A może wolała udać, że nic się nie stało? Miał tylko nadzieję, że zrozumie jego intencję i zgodzi się na rozmowę w spokojniejszym miejscu.

Olivia Walsh - 2020-06-22, 19:09

Biorąc pod uwagę to, że prawdopodobnie zdecydowanie zbyt często jej samej zdarzało się zbyt pochopnie wypowiadać na głos również w sytuacjach, w których stanowczo powinna ugryźć się z język, pewnie faktycznie była jedną z ostatnich osób, które powinny pouczać innych. Pewnie nawet sama w jakiś sposób zdawała sobie z tego sprawę. Nie przeszkadzało jej to jednak w tym, by z dumą wypiąć pierś i zadrzeć głowę w górę, kiedy Ben uznał, że zwrócenie uwagi dzieciakowi było dobrą robotą. Już chwilę później parsknęła jednak śmiechem, nie będąc w stanie udawać choćby odrobinę dłużej, że faktycznie zupełnie na serio miałaby być dumna ze swojej obywatelskiej postawy.
A gdyby jeszcze kilka chwil później, kiedy już stali w kolejce do karuzeli, choćby przez moment mogła podejrzewać, jakie następstwa mogło mieć jej nieprzemyślane mianowanie Bena "honorowym klaunem", może nawet doszłaby do wniosku, że czasami naprawdę warto było zastanowić się nad tym, co się robiło. Choć w gruncie rzeczy... mimo wszystko szanse na to, że tak szybko miałaby się nauczyć wyciągać wnioski z konsekwencji własnych działań, były raczej niewielkie.
Niezbyt często zdarzały się momenty, w których można byłoby powiedzieć, że Olivii Walsh najzupełniej odebrało mowę. W zasadzie... takie momenty nie zdarzały się niemal nigdy, Liv praktycznie zawsze miała coś do powiedzenia i raczej nie miała w zwyczaju przejmować się tym, że jej wypowiedzi mogłyby być dość chaotyczne, pozbawione jakiegokolwiek sensu, czy nawet zupełnie oderwane od sytuacji, w jakiej przyszłoby jej się znaleźć. Niewiele było pewnie osób, które mogłyby zupełnie szczerze powiedzieć, że kiedykolwiek były świadkami tego, że dziewczyna kompletnie nie byłaby w stanie wydusić z siebie słowa. Tymczasem z całą pewnością wmurowało ją w momencie, w którym uświadomiła sobie, do czego cała ta sytuacja zmierzała. Dłoń chłopaka na jej policzku, gest, jakim odgarnął jej włosy i jego twarz znajdująca się przez moment zdecydowanie zbyt blisko jej własnej... to wszystko sprawiło, że przez chwilę mogła się poczuć, jakby właśnie znalazła się na karuzeli, w kolejce do której czekali. W dodatku w trakcie przejazdu przez kilka kolejnych pętli, gwałtownych zakrętów, wzniesień i spadków. Gdyby ktoś z jakiegoś powodu zmusił ją do opisywania tych przeżyć, prawdopodobnie byłaby gotowa przysiąc, że na moment zapomniała nawet o tym, że wypadałoby oddychać.
Z kompletnego oszołomienia wyrwał ją dopiero człowiek, który najwyraźniej spieszył się tak bardzo, by nie zwracać uwagi na innych ludzi. Chociaż i tego pewnie nie dałoby się do końca określić wyrwaniem z oszołomienia, bo przecież w takim wypadku Olivia powinna odwrócić się w stronę tego gbura i wykrzyknąć za nim kilka adekwatnych słów. Nie należała przecież do osób, które swoje oburzenie potrafiłyby zachować tylko dla siebie. W tej sytuacji jednak można byłoby wręcz odnieść wrażenie, że prawie w ogóle nie zwróciła uwagi na przypadkowego osobnika, spojrzenia nie odrywając ani na moment od Bena. Przyglądała mu się zresztą z szeroko otwartymi oczami, z miną właściwą dla każdego, kto od dobrych paru chwil - z mizernym skutkiem - usiłował zrozumieć, co właściwie wydarzyło się przed momentem.
Zamrugała po chwili, jeszcze nie do końca przyswajając sens wypowiadanych przez Benjamina słów. Właściwie chyba nawet przez sekundę lub dwie wydawało jej się, że najlepszym rozwiązaniem mogłoby okazać się przejście nad tym wszystkim do porządku dziennego, że on na pewno też tak uważał i że w zasadzie mogliby przecież udawać, że kompletnie nic się nie wydarzyło.
No bo przecież nic się nie wydarzyło.
Przez kolejne pół sekundy mogło jej się wydawać, że może jednak lepiej było zadzwonić po Hugo, w ostateczności po ojca albo kogokolwiek innego, w spokoju wrócić do domu, a następnie zaszyć się gdzieś pod kołdrą, żeby w spokoju doczekać momentu, w którym faktycznie dałoby się udawać, że absolutnie nic się nie wydarzyło.
A później dotarło do niej, co właściwie Ben mówił.
- Co...? - może jednak nie do końca. Na moment zmarszczyła bowiem brwi, przyglądając mu się z niezrozumieniem porównywalnym do tego, jakim musiałby wykazać się człowiek, kiedy ktoś właśnie próbował tłumaczyć mu wyjątkowo zawiłe zagadnienia z zakresu mechaniki kwantowej. Powoli powiodła spojrzeniem w tym bliżej niesprecyzowanym kierunku wskazanym przez chłopaka, trochę chyba licząc na to, że być może właśnie tam znajdzie się jakaś sensowna odpowiedź. Jakoś jednak nie wydawało jej się, by stoisko, przy którym można było postrzelać do plastikowych kaczek stanowiło jakąkolwiek odpowiedź.
- Ale przecież... karuzela, kolejka... - w tym momencie prawdopodobnie sama powinna porządnie palnąć się otwartą dłonią w czoło. Bo przecież karuzela i kolejka faktycznie były właśnie tym, czym powinna przejmować się ledwie chwilę po tym, jak prawie pocałował ją chłopak, którego od dłuższego już czasu trudno jej było postrzegać tylko w kategorii wieloletniego przyjaciela.
W powrocie do rzeczywistości odrobinę pomógł jej niezbyt przyjemna sugestia, że mogliby się łaskawie ruszyć, jaką opryskliwym tonem wygłosił jakiś nastolatek stojący w kolejce za nimi. Jemu posłała przynajmniej gromiące spojrzenie, w ostatniej chwili gryząc się z język, by nie odpowiedzieć czegoś w podobnym tonie. Zamiast tego skinęła głową Benowi, by w następnej chwili opuścić razem z nim kolejkę i skierować się w trochę spokojniejsze miejsce. Takie, w którym mogliby liczyć na to, że nikt przynajmniej nie będzie na nich utyskiwał, potrącał i niecierpliwił się tym, że w którymś momencie powolne przemieszczanie się w stronę karuzeli przestało być dla nich istotne.
- No dobra, to było... dziwne - wzięła głęboki wdech, który prawdopodobnie miał jej pomóc w zbieraniu myśli i zatrzymała się we względnie spokojnym miejscu, odwracając się przy okazji w stronę Brinleya. Tylko na chwilę zatrzymała jednak spojrzenie na jego twarzy, dość szybko dochodząc do wniosku, że być może oglądanie końcówek własnych włosów było jednak lepszą opcją. - To znaczy... Ja też cię lubię, Ben i... tylko, no...
Wypowiedź, a w zasadzie próbę skonstruowania jakiejś sensownej wypowiedzi, zakończyła sfrustrowanym jęknięciem, które chyba najlepiej wyrażało jej odczucia co do tego, że nie była nawet w stanie pozbierać myśli i wydusić z siebie kilku sensownych zdań. Albo przynajmniej jednego, które miałoby jakikolwiek sens.

Benjamin Brinley - 2020-06-23, 14:35

Niezręczność, która pojawiła się pomiędzy nimi wprawiła Benjamina w zakłopotanie. Poczuł suchość w gardle i drżenie dłoni, więc aby zamaskować podenerwowanie założył ręce na piersi. Gdyby dało się cofnąć czas Brinley nie skorzystałby z okazji. Oczywiście najłatwiej byłoby nie dopuścić do tego prawie-pocałunku, bo dzięki temu oszczędziliby sobie komplikacji w relacji, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, jakie wywołała u niego cała ta sytuacja. Choć oddalili się od siebie na stosowną odległość to wciąż czuł jej ciepły oddech na twarzy i słodki zapach, który roztaczały jej perfumy. Brakowało mu dotyku miękkiej burzy loków, które przed chwilą znajdowały się pod jego palcami. Czuł nawet delikatne trzepotanie w żołądku, jakby motyle latały w jego brzuchu. Nigdy, w całym swoim siedemnastoletnim życiu, nie doznał czegoś takiego. Tylko raz zauroczył się dziewczyną, ale to dawne wspomnienie uczucia wydawało się mgliste i blade przy tym, którego doświadczał w tej chwili. Właśnie dlatego był gotów zaakceptować konsekwencje, w które ten wieczór miał zaowocować. Pękła w nim kontrola, która dbała o to, aby nie zapuszczał się zbyt daleko w swoich fantazjach. Teraz - kiedy zdecydował się na krok w przód i kiedy okazało się, że doświadczenie było jeszcze lepsze od tego co sobie wyobrażał - nie mógł wzbraniać się przed uczuciem.
Przygryzł wargę obserwując rozterkę odmalowaną na twarzy Olivii. Miał ochotę złapać ją za rękę, powiedzieć, że wszystko w porządku, ale nie mógł się na to zdobyć. Szanował jej uczucia, zaakceptowałby odmowę, ale… pomimo tego, że był gotów na konfrontację, nie był równie dobrze przygotowany na kosza. Nie mógł przewidzieć dalszych działań dziewczyny, ani odgadnąć uczuć, więc był zmuszony do czekania na jej ruch. W końcu zgodziła się udać w nieco dyskretniejsze miejsce, pozbawione zniecierpliwionych ludzi, którzy nie byli zainteresowani oglądaniem nastoletnich uniesień. Podczas tego krótkiego spaceru żadne z nich się nie odezwało. Oddalali się od światła i hałasu, a kiedy znaleźli się obok pustych przyczep, które służyły jako nocleg dla ekipy technicznej wesołego miasteczka, przystanęli. Benjamin przyglądał się Olivii z neutralnym wyrazem twarzy. Nie uciekał wzrokiem, nie patrzył w punkt, który znajdował się gdzieś nad jej głową. Pozbył się skrępowania, które było jego pierwszą reakcją, ale spokój, który prezentował był tylko na pokaz. Wewnątrz czuł kłębek emocji próbujących przebić się przez jego maskę.
- Było to bardzo dziwne dla Ciebie? - Zapytał jednocześnie obserwując jak bawi się włosami. Zrobił krok w jej stronę. A później jeszcze jeden zmniejszając dystans pomiędzy nimi. Nie dotknął jej w żaden sposób, ale wystarczyło, że jedno z nich wyciągnęłoby rękę, aby móc poczuć obecność drugiego.
- Ja wiem… - szepnął miękko tuż obok jej ucha. - Chyba. - Tak mu się przynajmniej wydawało. Czy też ważyła na szali to co mieli, a to co mogli mieć? Rozpatrywała konsekwencje? Zagłębiała się w swoje uczucia? W jego nozdrza na powrót uderzył jej zapach, który tak dobrze znał, i właśnie to dodało mu odwagi.
- Ale ja już dłużej tak nie mogę. Nie potrafię, a właściwie nie chcę udawać, że to co do Ciebie czuję jest czymś czysto platonicznym. - Wypowiadając te słowa chwycił ją za dłoń i pokierował jej ręką tak, aby oplotła jego szyję. - Nie umiem też dłużej ignorować tego uczucia. - Podjął szeptem czując, że serce bije mu jak oszalałe. Po raz pierwszy wypowiedział na głos to co czuje, a na dodatek zrobił to w jej obecności. Złapał ją za drugi nadgarstek i ułożył go sobie za karkiem.
Gdyby odważyła się zerknąć mu w oczy zobaczyłby ciepłe, ciemne spojrzenie, którym ją pożerał. Nie mógł jednak złapać z nią kontaktu wzrokowego, więc uważnie obserwował fragment jej twarzy starając się wychwycić oznakę sprzeciwu, po której zaprzestałby swoich dalszych poczynań. Ulokował dłonie na talii Olivii, a kiedy ponownie się odezwał głos miał pewny i czysty, choć w rzeczywistości czuł, że od mieszanki intensywnych emocji tembr zaraz mu się załamie.
- I wiem, że to nie jest może coś czego się spodziewałaś, nie wiem też czy jest to coś czego chcesz, ale musisz wiedzieć, że naprawdę się w Tobie zakochałem. –

Olivia Walsh - 2020-06-27, 20:36

Przez wiele lat Benjamin był osobą, przy której naprawdę czuła się najzupełniej swobodnie. Prawie jak przy własnych siostrach, przy których też nie miała przecież oporów, żeby pokazywać się w obciachowej piżamie, rozciągniętej koszulce służącej do chodzenia po domu, czy z totalnym bałaganem na głowie. Chociaż... w porządku, na to ostatnie akurat nie miała żadnego wpływu. W każdym razie niezmiennym pozostawał fakt, że w zasadzie od zawsze przy Benie mogła zachowywać się w sposób zupełnie nieskrępowany, pozostając po prostu sobą i dopiero od pewnego czasu zaczynając przejmować się tym, że czasami zdarzało jej się palnąć coś bez przemyślenia, że włosy nie chciały jej się układać tak jakby sobie tego życzyła i że miała wrażenie, że jakoś tak nieelegancko garbiła się, kiedy siedziała w szkolnej ławce. To wszystko było jednak niczym w porównaniu z tym, co czuła w obecnej sytuacji. Było niczym nawet w porównaniu z jej rozterkami na temat tego, jak okropnie musiała z jego perspektywy wyglądać ta bezładna plątanina loków, kiedy zdarzało mu się siedzieć w klasie za nią.
Trudno byłoby jej przypomnieć sobie choćby jedną sytuację związaną z Benem, w której tak samo jak teraz, kompletnie nie wiedziałaby co powinna powiedzieć. Albo tym bardziej, co powinna zrobić.
Bo z jednej strony przecież właśnie miało miejsce coś, czego jak najbardziej mogłaby życzyć sobie od dłuższego czasu. Niezależnie od tego, ile razy powtarzałaby sobie, że to śmieszne i że pewnie tylko wydawało jej się, że zakochała się w przyjacielu, nie zmieniało to faktu, że nie było to przecież tylko jej głupim wymysłem. Faktycznie czuła do niego coś, czego absolutnie nie powinno się czuć do przyjaciela i to, że najwyraźniej Brinley odwzajemniał jej uczucie, powinno być najlepszą informacją na świecie.
I po części chyba rzeczywiście taką właśnie było. Dlatego też nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby jakkolwiek protestować, kiedy ułożył jej ręce na swoim karku. Nawet odruchowo splotła ze sobą palce, jednocześnie jednak wciąż czując, że to wszystko jakoś nie tak, przez co jeszcze co najmniej przez chwilę nie była w stanie spojrzeć mu bezpośrednio w twarz. Nie, żeby miała jakkolwiek ułatwione zadanie, znajdując się tak blisko i usiłując uciec wzrokiem. Najwyraźniej jednak gdzieś po prawej stronie, w okolicach jej ramienia znajdowało się coś wystarczająco interesującego, by właśnie na tym punkcie skupić spojrzenie.
A chociaż nie było to do niej nijak podobne, nadal kompletnie nie wiedziała, co powinna powiedzieć na to wszystko. Dalej za to miała wrażenie, że chociaż wcale nie dotarli nawet do karuzeli, to przed momentem przyszło jej zejść z jakiegoś szalonego rollercoastera i teraz potrzebowała dobrej chwili, żeby dojść do siebie, wrócić do rzeczywistości i w pełni pojąć, co właściwie działo się dookoła. Nabrawszy powietrza w płuca, skierowała wreszcie spojrzenie na twarz chłopaka, żeby po tych kilku, może kilkunastu sekundach dość niezręcznej ciszy powiedzieć w końcu coś, co mogłoby mieć jakikolwiek sens. Ostatecznie jednak, zamiast faktycznie się odezwać, wspięła się lekko na palce, żeby tym razem już bez niespodziewanych przeszkód złączyć ich usta w krótkim pocałunku. I najwyraźniej - paradoksalnie - było to coś, co przynajmniej w jakimś stopniu pomogło jej wrócić do siebie, bo ledwie chwilę później cofnęła się już o tych kilka cali, by pozostawiwszy jedną dłoń na karku Bena, drugą uderzyć go w bark. Niezbyt mocno. Właściwie ledwie dotknęła go zwiniętą w pięść dłonią.
- To ja co najmniej od kilku miesięcy zastanawiam się, czy totalnie już mi odbiło i czy można tak po prostu zakochać się w przyjacielu, a ty teraz mi mówisz, że... - urwała, zamiast dalszej wypowiedzi decydując się na to, by trącić go w bark raz jeszcze. - W ogóle nie powinnam nawet z tobą gadać, wiesz?
Trochę trudno byłoby jednak uwierzyć, że faktycznie właśnie to mogłaby mieć na myśli, skoro ledwie chwilę później najzwyczajniej przytuliła się do niego. Bo jeżeli przynajmniej przez chwilę mogła nie zastanawiać się, czy faktycznie ryzykowanie niszczeniem wieloletniej przyjaźni miało jakikolwiek sens, to chciała z tej możliwości skorzystać właśnie w tym momencie. Przynajmniej na chwilę, ewentualne rozterki co do tego, czy aby przypadkiem nie popełniali ogromnego błędu, postanawiając zostawić sobie na później.

Benjamin Brinley - 2020-07-20, 01:41

Przez ostatnie miesiące Benjamin przeżywał na swój sposób katusze przebywając w towarzystwie Olivii, bo jak mógł być dobry przyjacielem, kiedy jedyne czego pragnął to wyjście z tej strefy? Nie mógł oprzeć się przypadkowemu dotykaniu jej do tego stopnia, że musiał narzucić sobie limit dzienny. Jedno muśnięcie dłoni, dwukrotne zetknięcie się kolanami pod ławką, jedno odgarnięcie włosów za ucho. Konfiguracje były różne, ale granica nigdy nie została przekroczona. Ciężko było mu powstrzymać maślane spojrzenie, którym wodził za dziewczyną. Jeszcze gorsza do opanowania była chęć warknięcia, na któregoś z chłopców, którzy obdarzali swoim zainteresowaniem Walsh. Livia nawiedzała go nawet w snach. Nigdy w życiu nie przyznałby się do tego nikomu na świecie, a już zwłaszcza dziewczynie, która przychodziła do niego na jawie. Nie było, co prawda, w nich nic złego czy nieprzyzwoitego, lecz sama ich obecność była dla Brinleya bardzo intymna.
Niejednokrotnie zastanawiał się co by było, gdyby... Jakaś cicha cząstka, którą łatwo można było zagłuszyć, miała nadzieję, że Olivia dopatrzy się w tych gestach czegoś więcej i wykona ruch, który mógłby uznać za jakiś drogowskaz. Nie wiedział jednak, czy jej obojętność jest spowodowana niedomyślnością czy odmową. Mogła jego zachowanie interpretować jako mieszczące się w normie, bowiem znali się już tyle lat, że wszelkie uprzejme czy też czułe gesty można było odczytać jako serdeczne i platoniczne. Czy więc zauważyła jak chętnie podsuwa jej swoją bluzę, kiedy widział, że zapomniała swojej? A może dostrzegła, że jego kanapki nie zawierały już mięsa na wypadek, gdyby nie wzięła swoich? Domyśliła się, że odsłuchiwał najnowsze odcinki jej podcastu zaraz po premierze, aby móc jako pierwszy je skomentować? Nie znał odpowiedzi na żadne z tych pytań. Tkwił w bolesnej mieszance nieświadomości i frustracji, które w końcu znalazły upust dzisiejszego wieczoru i stały się nieświadomym impulsem do działania.
Poczuł jak dziewczyna wspina się na palce i już wiedział co się wydarzy, napiął całe ciało w oczekiwaniu i wstrzymał oddech. I choć wiedział, że to się stanie, to i tak się nie był na to przygotowany. Pocałunek wprawił go w osłupienie. Kiedy Olivia odsunęła się po tym krótkim całusie wciąż czuł ciepło jej warg na swoich ustach. Miał wrażenie, że to uczucie rozchodziło się po całym jego ciele i przenikało do najdalszych zakamarków. Instynktownie objął ją, kiedy tylko poczuł jak przylega do jego ciała. Stopili się w uścisku, a Ben zanurzył twarz w jej szyję nie komentując w żaden sposób jej delikatnego kuksańca. Normalnie z pewnością nie zostawiłby go bez uwagi. Skrzywiłby się, zażartował, że powinni popracować nad jej wybuchami agresji. Teraz w głowie echem odbijały mu się tylko jej słowa to ja co najmniej od kilku miesięcy zastanawiam się, czy totalnie już mi nie odbiło… Od kilku miesięcy. Czyli u niej też trwało to tyle czasu. Jak mogli to przegapić? Czy można tak po prostu zakochać się w przyjacielu. Świadomość, że żywiła do niego te same uczucia co on do niej, napawała go niedającym się opisać szczęściem. Dłuższą chwilę trawił jej słowa rozkoszując się ich sensem.
- Ale ja bardzo lubię z Tobą rozmawiać - odezwał się w końcu po chwili milczenia, która zapadła między nimi. Wypowiedział te słowa z ustami gdzieś obok jej ucha, bo wciąż skrywał twarz w zagłębieniu jej szyi. - Więc podaruj mi karę, proszę Cię ładnie, Liv. - Wymruczał, a następnie wyprostował się. Kiedy tylko natrafiła się okazja i uniosła nieco twarz ku górze skradł jej jeszcze jednego całusa, który był bardzo podobny do tego pierwszego. Krótki i delikatny. Jakby obawiał się lub wstydził wziąć więcej.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group